Wpisy z tagiem: obyczaje

poniedziałek, 14 maja 2012

Kritika jest nowoczesną Induską. Jej matka też jest nowoczesna, pozwoliła jej samej poszukać sobie męża. Kritika ma jednak 30 lat i dotąd się nie zdecydowała na zamążpójście. Obie schowały więc swoją nowoczesność do kieszeni i matka wkroczyła do akcji!

Kritika jest też bywała w świecie, zna języki i ma latynoskie przyjaciółki w Delhi. Spotykają się od czasu do czasu na kawę i zakupy. Kritika uważa, że Delhi dla nich to raj zakupowy, gdyż pochodzą z zacofanych gospodarczo krajów, w których nie ma sklepów. Przynajmniej nie tak wspaniałych, jak w Delhi.

Kritika jest wykształcona i śmieje się z zabobonów niepiśmiennych ludzi. Jest pisarką. Pisze (to ciężka praca), ale nie publikuje. Zrobi to dopiero, gdy skończy 36 lat. Tak mówi jej horoskop. Że przesądy? Niee, astrologia to przecież nauka!


nandita mukherjee

Nandita Mukherjee

Tagi: obyczaje
14:57, asiaya , Oni
Link Komentarze (10) »
piątek, 17 lutego 2012

Pytam, bo wypadałoby znać miejsce swojego pochodzenia. Okazuje się bowiem, że nieustannie sieję zgorszenie.

..................

Jaipur. Po kilku godzinach zwiedzania różnych budowli, usiedliśmy w jednej z kafejek i spytaliśmy o piwo. Czy jest. Kelner spojrzał nerwowo w lewo i w prawo. "Chwileczkę" - odrzekł i oddalił się w kierunku kuchni. Na taką "chwileczkę" w Indiach można machnąć ręką, więc zaczęłam rozglądać się za innym. Wrócił jednak i z tajemniczą miną oznajmił: "Proszę za mną". Rozbawieni wstaliśmy i poszliśmy. Poprowadził nas przez restaurację, w której indyjskie rodziny spożywały obiad, do pustej sali. Kazał usiąść i "chwileczkę" poczekać. Poszedł. Przyszedł. Przyniósł ze sobą to:

Zostawił otwieracz do butelek i wyszedł, starannie zamykając za sobą drzwi. W środku tajemniczej metalowej skrzynki leżały 2 butelki schłodzonego Kingfisher'a.

.....................

Delhi, centrum kulturalne India Habitat Centre. Przyszliśmy za wcześnie na film i korzystając z okazji, usiedliśmy w ogródku pobliskiej restauracji, aby poodychać trochę świeżym powietrzem. W końcu takich miejsc, gdzie można się na zewnątrz zrelaksować bez widoku śmieci i obdrapanych budynków, nie jest w Delhi wiele. Nie bardzo wiedzieliśmy, co zamówić i w końcu oboje zdecydowaliśmy się na kawę po irlandzku. Bez bitej śmietany.

- Niestety nie serwujemy alkoholu w ogródku. Zapraszamy do środka.

- Ale to jest przecież kawa...

- Ale z alkoholem!

Ponieważ za nic w świecie nie chcieliśmy wejść do środka, dostaliśmy kawę po irlandzku bez rumu. Ze śmietaną.

.....................

Zajęcia z jogi. Instruktor przypomina o włożeniu koszulki do spodni. Przecież mogłaby się zsunąć w ferworze zajęć i pokazać, mhhhhmm, co? Np. plecy... Nie byłoby problemu, gdyby można było nosić obcisłe topy. Ale nie można. Zalecane jest ubranie się na cebulkę. Cenna rada, szczególnie w 40 stopniach ciepła i w pomieszczeniu, które dysponuje jedynie kilkoma wiatrakami pod sufitem.


Na wakacjach w Sodomie i Gomorze. Fot. Sir, Wiedeń 2009

wtorek, 14 lutego 2012

... czyli wpis okolicznościowy ;)

3 miesiące aresztu, grzywna, a przy odrobinie szczęścia i to, i to. Tyle można dostać z paragrafu 294 Indyjskiego Kodeksu Karnego. Za co? Za tzw. Public Display of Affection, czyli publiczną demonstrację uczucia. Nie chodzi tutaj o przećwiczenie połowy Kamasutry na osiedlowym skwerku. Wystarczy pocałunek, przytulenie, czy nawet trzymanie się za ręce. 

Instytucja małżeństw aranżowanych w Indiach ma się dobrze. W Delhi widuję jednak od czasu do czasu zakochane pary - najczęściej w modnych sieciówkowych kawiarniach i parkach. Skrywając się w cieniu wystrzyżonych klombów można ulec złudzeniu intymności i nie daj Boże objąć ukochaną! Na szczęście czuwają strażnicy (parku lub/i moralności)! Rozlegający się raz po raz dźwięk gwizdka uzmysławia, że nie próżnują. Jest to też przy okazji świetna okazja, by wyłudzić kilka groszy. Nie każdy ma ochotę tłumaczyć się potem na posterunku.

Tuż po przyjeździe spytałam młodą Induskę, czy z mężem chodzą za rękę po ulicy. Odpowiedziała wymijająco, że przecież nie ma tutaj ulic do takich spacerów. Fakt, czasami trzeba iść gęsiego omijając różne uliczne "miny", ale dziwne mi się wydało, że nie odpowiedziała jednoznacznie. I fakt, nie widuję raczej takich par. No, może z jednym wyjątkiem.

Otóż najczęściej trzymają się za ręce... faceci. Nie jest to bynajmniej oznaka ich orientacji seksualnej, co by wywnioskował niezorientowany przybysz. To jest taki ot, przyjacielski gest, nie oznaczający nic więcej, niż u nas poklepanie po plecach. Przyznać jednak muszę, że do tej pory wywołuje u mnie uśmiech widok dwóch panów objętych, trzymających się za ręce czy siedzących sobie nawzajem na kolanach, zwłaszcza panów w mundurach :)

Zwierzyłam się M., że od dawna poluję na zdjęcie takiej pary i M. przyłączyła się do poszukiwań, co w praktyce objawiało się pokrzykiwaniem: "A., rączki, rączki po prawej!". "Odwróć się! Rączki masz z tyłu!" Dobrze jednak, że ten polski taki mało popularny :)

M. zajęta krajobrazem, a tu temat sam przyszedł. W przypadku dzieci to jednak jeszcze nie ten efekt :)

Tutaj już lepiej. Nie dość, że temat, to jeszcze takie tło! Fot. ML

A wczoraj telewizja przypomniała film "Niemoralna propozycja" - w sam raz na Walentynki, prawda?

poniedziałek, 09 stycznia 2012

Nie, to nie pomyłka. Gdyby Wam bowiem przyszło do głowy wybrać się w tym czasie do Wiednia, a w Wiedniu na słynny Noworoczny Koncert Wiedeńskich Filharmoników (ten, co zawsze w Nowy Rok przed południem w radio leci), to już naprawdę ostatni moment, żeby pomyśleć o biletach!! Wprawdzie ma on aż 3 edycje - próbną, Sylwestrową i Noworoczną, ale biletów na nie nie można sobie ot tak, nabyć drogą kupna. Jedyną szansą jest wzięcie udziału w losowaniu, do którego zgłoszenia przyjmowane są internetowo od 2-ego do 23-ego stycznia. Ktoś wyliczył szanse wygrania na 1% :) Na dodatek szczęśliwe wylosowanie nie zwalnia z jego opłacenia. Ceny od 30 do 940 EUR. 30 EUR to miejsce stojące. Nie mylić z naszą wejściówką. Kiedyś chodziłam sporo do warszawskiej Opery na wejściówki. Spektakle w ciągu tygodnia świeciły pustkami. Z wejściówką można było wybierać do woli, gdzie sobie człowiek chce spocząć. Można też sobie było miejsce po przerwie na dogodniejsze zmienić. W wiedeńskiej Operze, jeśli ktoś ma wykupione miejsce stojące, to ma stać, choćby wokół wszystkie fotele były puste. Widziałam kiedyś, jak upomniano osobę, która się ośmieliła złamać tą zasadę - uprzejmie, ale stanowczo.

Dla 99% chętnych, którzy nie zostali wylosowani oraz całej reszty, która sie do Wiednia przez przypadek w tym czasie zaplątała (jak my), miasto ma alternatywę: transmisję koncertu na telebimie przed Ratuszem.

Niewątpliwą zaletą jest to, że można przyjść w trakcie koncertu lub nawet po południu (czyli odespać Sylwestra), na powtórkę. Odpada problem fryzury, stroju itp. Na dodatek mieliśmy bonusy w postaci baletowych "teledysków", np. do Straussa "Nad pięknym, modrym Dunajem". Bardzo mi się podobały piękne, modre sukienki baletnic. Przypominały raczej morze w Grecji niż Dunaj, bądźmy szczerzy.

Zresztą na samego Sylwestra też lepiej przyjechać wystarczająco wcześnie. Na tyle, żeby zdążyć się zapoznać z obszernym regulaminem. Z daleka myślałam, że to może program imprez, ale po przyjrzeniu się z bliska mina mi zrzedła.

Program jednak też się znalazł! W odróżnieniu od innych miast, w których do tej pory byłam na takich imprezach, scen jest wiele, rozsianych po całej Starówce, na każdej gra się inną muzykę - oczywiście na żywo. My zrobiliśmy małą rundę po kilku z nich.  Niektóre już były tak oblężone, że ograniczano wstęp, ale ogólnie nie było tłoczno, nie było klaustrofobicznie i nawet bym powiedziała, że spokojnie. Co nie znaczy - nudno. Widok 70-letniej pani i jej koleżanek tańczących salsę bardzo mnie rozczulił.

O 24.00 wylądowaliśmy przed Ratuszem, gdzie wchłonęliśmy po 12 winogron (hiszpański obyczaj) i wypiliśmy po kieliszku tutejszego wina musującego.

Do domu wróciliśmy rozbawionym tramwajem (czy w Warszawie kursują tramwaje w Sylwestra? ) Jedna, na oko bardzo stateczna, pani w towarzystwie nie mniej statecznego męża i pary przyjaciół, popijała wino z gwinta, zagryzając pizzą z budki. I cały czas żartowała z innymi pasażerami.

Od kilku lat nie wychodzę na takie imprezy, bo przeraża mnie poziom tzw. bydła. Nie mam ochoty zarobić butelką, bo znalazłam się w nieodpowiednim czasie, w nieodpowiednim miejscu albo może nieodpowiednio spojrzałam. Nasz znajomy Wiedeńczyk zapewniał nas, że tam jest inaczej i rzeczywiście. Widziałam scenę, w której facet niechcący oblał winem drugiemu płaszcz. Tamten się odwrócił, myślę: "Nooo, zaraz będzie..." A on się uśmiechnął i powiedział: "Nie szkodzi, przecież jest Sylwester!!!"

Może muzyka rzeczywiście łagodzi obyczaje?

 
1 , 2
ARCHIPELAG
  • Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Wszystkie zdjęcia i teksty, o ile nie zaznaczono inaczej, są mojego autorstwa i do mnie należą prawa autorskie. Jakiekolwiek wykorzystywanie ich bez mojej zgody jest sprzeczne z prawem. I jest po prostu chamstwem.