Wpisy z tagiem: szok kulturowy
wtorek, 29 listopada 2011
Coraz więcej widzę ofert sprofilowanych wyjazdów turystycznych: a to sportowo-ekstremalnych, a to kulinarno-winnych czy np. plenerów fotograficznych. W Indiach dużą popularnością cieszą się przeróżne safari po parkach narodowych, np. w celu podglądania tygrysów. Przyznam się, że mnie to średnio interesuje. Z tygrysów najbardziej fascynuje mnie homo sapiens. Zastanawiam się, kiedy przemysł turystyczny zaoferuje nam coś takiego, jak na filmie poniżej (fantastyczna scena z czeskiego filmu "Samotni". "Siedzi" mi w głowie od lat. Jest w wersji czeskiej, ale z mojego doświadczenia wiem, że większość Polaków uważa czeski za bułkę z masłem. Czerstwą ;) ) Gdzie są granice wchodzenia z butami w czyjeś życie dla zaspokojenia ciekawości?
środa, 22 września 2010
Co widzicie oczami wyobraźni myśląc „miasto”? Nowojorskie wieżowce, praskie bruki czy warszawskie tramwaje? Zawsze mnie fascynowały miasta, uwielbiam się włóczyć ulicami zaglądając do wystawowych okien, przesiadywać w wielopiętrowych księgarniach (ukochany Traffic nie do przebicia, ale i Empik, i Thalia, FNAC czy Kanzelsberger), popijać kawę w fotelu z widokiem na ulicę. Duże miasta mają tą zaletę, że zawsze pozostaje coś do odkrycia i można urządzić sobie wycieczkę w nieznane za cenę tramwajowego biletu. Jednak każde do tej pory poznane miasto działało na podobneych zasadach: wystarczyło na początku rozgryźć parę kwestii, a dalej już było „z górki”. Ale nie z Delhi te numery! Spacery? Chyba, że po parku. Nieliczne nadające się do użytku chodniki są okupowane przez, owszem, BARDZO licznych sprzedawców nie wiadomo czego i żebraków, którzy, wszyscy zgodnie, są zwolennikami tej samej metody marketingowej, polegającej na upatrzeniu przechodzącego targetu, następnie podsunięciu owemu targetowi towaru (ewentualnie dłoni) pod nos i konsekwentnym jęczeniu – aż do oczekiwanego skutku, nawet jeśli by to miało oznaczać podążanie za targetem dobre 20 metrów. Nie pomaga żadne „No, thanks”. Wystarczy odpowiedzieć cokolwiek lub po prostu spojrzeć i już człowiek ma za sobą „ogon”, w porywach do trzech. Jeśli dodać do tego konieczność jednoczesnego patrzenia w dół (kałuże, doły, gruz, śmieci), w górę (kable i szyldy), w przód (jak się przecisnąć w tym tłumie) i w tył (trąbiące samochody i motory wciskające się w każdą szczelinę), to zapał do przechadzek szybko mija. Poza tym trudno się zgubić w tłumie komuś, kto wygląda jak negatyw tutejszych standardów: jasne krótkie włosy, jasne oczy i skóra, która nigdy się nie opala. Znajomy powiedział: „Nie martw się, kupisz sobie parę indyjskich ciuchów, trochę się przykurzysz, stracisz ten europejski blask i będzie dobrze.” Pamiętam, jak taksówka wiozła nas o poranku z lotniska do hotelu, przecieraliśmy oczy, bardziej ze zdumienia niż z niewyspania, widząc koczujących przy drodze, półnagich ludzi, chodzących wzdłuż i w poprzek ulicy, nie zwracających uwagi na pędzące samochody, oddających się codziennym czynnościom, zupełnie jakby byli we własnych czterech ścianach. Po raz pierwszy też widziałam całe rodziny jadące razem na jednym motorze: z przodu ojciec, z tyłu matka w kolorowym sari siedząca na „amazonkę” i obowiązkowo bez kasku, a między nimi wciśnięte dziecię. Lub dwa J Jednak wszystko to przebiła gromadka świnek przebiegająca beztrosko przed samą maską naszego samochodu. Dodam, że było to już przed samym hotelem i o dwie stacje metra od najcentralniejszego centrum Delhi. Wąskie uliczki były zawalone śmieciami, gratami, gruzem i czym tam jeszcze, do tego stopnia, że kierowca musiał się wycofywać z niektórych i szukać innej drogi, a cały przejazd odbywał sie pod obstrzałem ciekawskich spojrzeń zza okien, z czeluści otwartych na oścież drzwi lub po prostu z ulicy. Większość domów to były rudery, prawie rudery lub gorzej niż rudery ze zwisającymi kłębami kabli, a wśród tych mniej lub bardziej malowniczych ruin błyszczały nowymi fasadami hotele... Oczywiście WIEDZIELIŚMY, czego się mamy spodziewać, ale, uwierzcie mi, ZOBACZYĆ to na własne oczy to zupełnie co innego. Z tego wszystkiego odechciało się nam kompletnie spać, rzuciliśmy walizki i po szybkim prysznicu udaliśmy się do centrum z nadzieją, że to jakaś pomyłka, a zaraz znajdziemy się w MIEŚCIE. Wnętrze hotelu:
...i widok z niego:
wtorek, 14 września 2010
Wybaczcie, że tak długo zwlekam z aktualizacją bloga. Musiałam się gruntownie przeprogramować mentalnie, bo mój system operacyjny absolutnie nie przystawał do zastanej rzeczywistości :) Nadal nie przystaje, ale powoli ruszamy...na BIOSie, póki co :) Delhi to jeden wielki chaos i w głowie też mam chaos. Myślałam,że po paru dniach mi się to poukłada, załapię, o co chodzi, ale widzę, że to nie stanie się tak szybko. Każdy dzień przynosi więcej pytań niż odpowiedzi, dlatego będzie tu więcej impresji niż kompleksowych opracowań.
Niektórzy potrafią się zrelaksować i na ruchliwej ulicy... |
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Archipelag
Indie i okolice
Indus, jaki jest
Inne, nie mniej interesujące, rejony
Ja - asiaya@gazeta.pl
Z mojego balkonu
Znaleźć mieszkanie w Delhi
...zwiedzając Delhi
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||