O życiu z oddali, czyli z Delhi. Dzień po dniu zdrapuję lakier egzotyki z indyjskiej codzienności, aby pokryć ją patyną własnych doświadczeń. Czasami jednak muszę uciec stąd i o tym również piszę.

Wpisy z tagiem: holi

sobota, 10 marca 2012

Ten tydzień zaczął się klasycznie, jak u Hitchcocka. Trzęsieniem ziemi. W poniedziałek wczesnym popołudniem siedziałam zatopiona w lekturze, Sir z pasją tworzył obiad w kuchni. Nagle szklanki w kredensie zaczęły brzęczeć, a ściany pokoju przesunęły się to w prawo, to w lewo, jakby rozciągając ramiona po długim śnie. Framugi drzwi i okien zaskrzypiały lekko i z opóźnieniem ruszyły za nimi. Po chwili ich taniec ustał i tylko bujający się pod sufitem wiatrak potwierdzał, że nie był to sen zmorzonej nad książką. Zerwałam się na równe nogi, a w stopach czułam jeszcze lekkie drżenie posadzki.

Następnego dnia to ja urzędowałam w kuchni. Przesiewałam właśnie mąkę do miski, kiedy spod góry białawego proszku na sitku zaczął wyłaniać się ciemny przedmiot. Po chwili moim oczom ukazało się 3 cm zardzewiałego metalu. Śrubka.

Przypomniała mi się dyskusja ekspatów sprzed 3 dni. Każdy z nas przed przyjazdem próbował się zorientować, czego nie można dostać w tutejszych sklepach, co przywieźć ze sobą. Słyszałam już o pewnej 4-osobowej rodzinie, która wylądowała w Delhi z zapasem papieru toaletowego na 5 lat! Tutejsze mieszkania są bardzo duże (za duże!!), ale i tak zastanawiam się, jak można upchnąć taką górę papieru i nie potykać się o nią każdego dnia. Innej osobie doradzono zabrać porządnie wyposażony warsztat majsterkowicza, bo trudno o dobry wybór gwoździ, wkrętów itp.. W dyskusjach na ten temat tworzą się zawsze dwa obozy: jeden -„nic nie ma!” i drugi - twierdzący, że „wszystko jest, tylko trzeba dobrze poszukać!”.

Stałam więc pośrodku kuchni z tą śrubką w ręku i pomyślałam: „Rzeczywiście, trzeba BARDZO DOBRZE POSZUKAĆ”.

mordercza mąka...

Następny zamach na moją integralność cielesną zafundowałam sobie sama. Wychodząc na Holi, przygotowałam 4 butelki (po wodzie mineralnej) farb rozrobionych w wodzie (można i proszkiem rzucać, ale wolę wodne farby). Stałam właśnie z jedną z nich w ręku (a ja często chodzę z butelką mineralnej w ręku, w domu mam też zawsze jakąś w zasięgu), dyskutując zażarcie na nie-pamiętam-jaki-temat z Sir’em i nagle ODRUCHOWO wzięłam łyka z mojej kolorowej butelki! Od razu zorientowałam się w pomyłce (okropny smak!), więc na szczęście nie zdążyłam połknąć i z buzią pełną żółtej cieczy rzuciłam się do łazienki, aby wypluć tą wstrętną i wściekle cytrynową lemoniadę. Odkręciłam kran i zaczęłam płukać usta, kiedy przypomniało mi się, że przecież NIE POWINNAM PŁUKAĆ UST WODĄ Z KRANU!!! (Do mycia zębów też używamy wody filtrowanej). Znowu plucie, i znowu płukanie!

...i podstępne farbki.

Przeżyłam, jak widać i mam się dobrze, ale... CÓŻ TO BYŁ ZA EMOCJONUJĄCY TYDZIEŃ!!

czwartek, 24 marca 2011

Wrzucam jeszcze resztki zdjęć z Holi. Włosy nadal mają różowy połysk, pomimo tego, że obficie nasmarowałam je olejkiem.

08:11, asiaya , Religia i święta
Link
poniedziałek, 21 marca 2011

Mieliśmy zamiar zrobić rundę po dzielnicy, ale już na sąsiedniej ulicy zostaliśmy zaanektowani przez grupę sąsiadów :) Muszę przyznać, że nie spodziewaliśmy się takiej otwartości. Nagle wszyscy nam się zaczęli przedstawiać, nie tylko z imienia i nazwiska, ale też stopnia pokrewieństwa czy znajomości z resztą. Nie muszę chyba dodawać, że nie sposób było tego wszystkiego zapamiętać.

Następnie zaprowadzono nas do "bufetu" i ugoszczono po królewsku. Dominowały warzywa smażone w cieście, bardzo dobre! Gdy sięgałam do misy, zawsze miałam parę "doradzaczy" i "zachwalaczy": "Spróbuj tego, i tego, i tego!" Impreza była składkowa, więc nie chciałam nikogo urazić - w rezultacie musiałam spróbować wszystkiego. Barek również przedstawiał się imponująco: piwo, wódka, whisky i co tam jeszcze.

Jak widać, wszyscy już byli dosyć, ehm, pokolorowani. To w kubku poniżej to nie piwo, tylko whisky :)

Nawet strażnikom się oberwało, ale nie obrażali się, wprost przeciwnie!

c.d.n

niedziela, 20 marca 2011

Czekałam na Holi od początku i nie zawiodłam się! Od kilku dni dzieciaki oblewały się i rzucały torebki z wodą z balkonów, ale kolory poszły w ruch dopiero dzisiaj. Pogryzałam arbuza na późne śniadanie i wyglądałam z mojego stanowiska obserwacyjnego, czyli balkonu, na ulicę. W końcu pojawili się! Podczas, gdy Sir zastanawiał się, którą koszulkę wydać na pastwę wściekłych barwników, stałam już w pełnym runsztunku, z aparatem owiniętym szczelnie folią kuchenną, przebierając nóżkami i pstrykałam, pstrykałam.

Zaczęło się dosyć niewinnie...

... ale szybko poszły na bok wszelkie kurtuazje!

Sąsiedzi wystawili na ulicę wielki stół, jedzenie, picie i, upstrzeni wszystkimi kolorami, zaczęli biesiadować. Nie obyło się bez tańców i śpiewów!

c.d.n

Wszystkie zdjęcia i teksty, o ile nie zaznaczono inaczej, są mojego autorstwa i do mnie należą prawa autorskie. Jeśli chcesz skorzystać - zapytaj.