Wpisy z tagiem: reklama

piątek, 16 marca 2012

Niewiele jest przedmiotów, które tak zrewolucjonizowały świat, jak komórka. Widzę to np. za każdym razem, gdy oglądam film sprzed "epoki komórkowej". Ileż to razy bohater gorączkowo szuka budki telefonicznej, ileż razy sprawy przybrałyby inny obrót, gdyby zainteresowani po prostu zadzwonili do odpowiedniej osoby w odpowiednim czasie!

Największą rewolucję jednak widać w tzw. krajach słabo i średnio rozwiniętych (wśród tych ostatnich są Indie). Obecnie więcej Indusów posiada telefon niż toaletę. Komórki trafiają już nie tylko pod strzechy, ale i do slumsów. Rozmowy lokalne są bardzo tanie (np. w mojej taryfie SMS kosztuje ok.7 groszy, a chyba nie jest to najtańsza możliwość) i chociaż wyjeżdżając poza swój stan, musimy się podłączyć do roamingu, zupełnie jak przy podróży zagranicznej, to i tak jest to zbawieniem dla wielu indyjskich rodzin, których członkowie (głównie ojcowie, synowie) muszą emigrować za pracą do dużych miast, zostawiając w rodzinnych wioskach dzieci (często pod opieką dziadków czy dalszych krewnych), czy żonę. Nie mówiąc już o tym, że ułatwia znalezienie pracy. Jest też często najtańszym źródłem rozrywki. Często widzę np. służących czy sprzedawców, którzy słuchają na nich muzyki lub radia.

Niektóre firmy produkują specjalne tanie modele na indyjski rynek, ale i te droższe sprzedają się świetnie. Nic dziwnego - komórka stała się następnym - po biżuterii, samochodzie itp. - symbolem statusu. Widzę więc coraz więcej smartfonów na delhijskich ulicach i młodych ludzi, którzy potrafią wydać na nie sporą część swoich dochodów. Indyjska reklama Blackberry pozornie sprawia wrażenie egalitaryzacji społeczeństwa w tym temacie, ale tak naprawdę ten tłum depczący elitom po piętach, to też jest w skali kraju śmietanka - ubrana w zachodnim stylu, choć nie biurowym. 

Nie zdziwiłam się zatem, gdy Sir stwierdził z przekąsem: Chyba czas na nowy telefon. Mój stary wygląda już jak komórka rikszarza...


poniedziałek, 20 lutego 2012

Jeśli nawet ktoś chciał, to po obejrzeniu jednego z trzech filmów z najnowszej kampanii reklamowej biura podróży Thomas Cook na rynku indyjskim, prawdopodobnie przemyśli sprawę. TC chce pokazać, jak marnie może skończyć indyjski turysta wybierający się "overseas" bez ich pomocy. Maluje w reklamach wizje jak z najgorszych koszmarów. W jednej z nich rozpoznałam jakieś znajome dźwięki, jakieś znajome banknoty... Czy to Polska właśnie? Szczerze - zakrztusiłam się herbatą z wrażenia.

Czym prędzej poszukałam w sieci informacji o kampanii i tym sposobem obejrzałam pozostałe dwa filmy: z zakolczykowanym, pijanym, bełkoczącym co drugie słowo "kalinka" przewodnikiem  oraz z hotelem, który przypominać ma chyba z założenia burdel, a jest jakąś krzyżówką francuskiego baru fin de siecle i klubu dla transwestytów (chyba).

TC chce odstraszyć turystów przed wycieczkami na własną rękę, ale obawiam się, że może ich odstraszyć przed podróżowaniem w ogóle. Po co wyjeżdżać do krajów, gdzie jest tak potwornie zimno ( indyjscy turyści są okutani w jakieś szmaty dosłownie, jakby na Sybir ich ktoś pędził), ludzie są nienormalni, niemoralni i ogólnie same potwory? Gdzie nie ma bankomatów, informacji turystycznej, spokojnych hoteli dla rodzin?

Przyznam się, że ręce mi opadły przed takim nagromadzeniem stereotypów (chociaż nie o żadnym konkretnym kraju, ale ogólnie o zagranicy) i to w reklamie firmy, która jak najbardziej powinna być zainteresowana ich obalaniem. Wiem, że ostatnio nadużywam tego idiomu, ale to jest przecież klasyczne strzelanie sobie w stopę. A innym się rykoszetem też dostanie. 

Co o tym sądzicie? Śmieszą Was te spoty? Z tego, co widzę, np. tutaj,  na branżowej stronie albo na You Tube, Indusom się podobają.

Żeby było śmieszniej, z usług Thomas Cook korzystałam tylko raz i wspominam to jak najgorzej. Na 2 tygodnie przed lotem odwołano go i, owszem, zwrócono kasę, ale ja musiałam na gwałt kupować bilet w innych liniach, bo wszystko miałam już dopięte na ostatni guzik i umówiona byłam z ludźmi, którzy też lecieli na to spotkanie zza granicy. Więc takie smooth travel to nie było :P

środa, 10 sierpnia 2011

Byłabym zapomniała... Ponoć znaleziono antidotum na przeludnienie Indii. Nazywa się "tri dżi" ;) Przy okazji okazało się, że cała wina demograficznej sytuacji leży w częstych przerwach w dostawie prądu...

Tagi: reklama
20:25, asiaya , Oni
Link Komentarze (2) »
niedziela, 27 marca 2011

Mehendi / mehndi - na ślub, Divali, albo po prostu dla kaprysu. Robiąc zakupy, często widzę dziewczyny przycupnięte na niskich stołeczkach, z wyciągniętymi rękami, nad którymi w skupieniu ślęczą uliczni artyści mehendi. Żeby było szybciej - pracuje się na "dwie ręce". Wzór można wybrać z opasłych katalogów - od małego motywu na wierzchu dłoni po skomplikowane wzory aż po łokcie.

A potem tylko trzeba uważać, żeby nie zniszczyć dzieła sztuki :)

Podoba mi się ta idea nietrwałej ozdoby (w zależności od właściwości skóry i henny, przeciętnie 2 tyg.), biżuterii przemijającej z wiatrem ( a raczej z wodą), za każdym razem innej, niepowtarzalnej.

 
1 , 2
ARCHIPELAG
  • Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Wszystkie zdjęcia i teksty, o ile nie zaznaczono inaczej, są mojego autorstwa i do mnie należą prawa autorskie. Jakiekolwiek wykorzystywanie ich bez mojej zgody jest sprzeczne z prawem. I jest po prostu chamstwem.