Wpisy z tagiem: Hiszpania
poniedziałek, 01 sierpnia 2011
16,5 tys. km samo-lotniczo, 1 tys. samo-chodowo, 800 km auto-busowo i ponad 3 tys. km pociągowo. Kilometry pokonane na własnych nogach - niezliczone, a chyba najprzyjemniejsze i najbardziej wyczekiwane po kilku miesiącach dreptania "od-do". 2 miesiące na walizkach, 19 różnych łóżek, tony wchłoniętego jedzenia, hektolitry wina, wody gazowanej (tak, tęskniłam za Mattonką, Muszynianką, Vichy Catalán :) ) i czasami piwa. Zero turystyki. Żadnego miejsca, choć wszystkie urocze, a niektóre bardzo, nie odwiedziliśmy dla niego samego. Po prostu pomyśleliśmy KOGO chcielibyśmy spotkać, za KIM się stęskniliśmy w ciagu tego (prawie) roku i ułożyliśmy trasę. Do tego doszło parę spraw do załatwienia i mieliśmy problem wakacyjnego planowania z głowy. SAMO SIĘ zaplanowało, a my ten plan z prawdziwą przyjemnością wcieliliśmy w życie. Było intensywnie, było upojnie, a teraz pozostał kac. Czyli jet lag. Trzeci raz przyleciałam do Delhi, ale nigdy jeszcze nie miałam takiego problemu z przestawieniem czasowym. Minął już tydzień, a ja nadal przed 3.00 nie zmrużę oka, a i później - z wielkim wysiłkiem. Aura też jest męcząca - monsun w pełnym rozkwicie, aczkolwiek inny niż we wrześniu rok temu, kiedy to pierwszy raz miałam okazję go doświadczyć. Wtedy było więcej deszczu (codziennie w zasadzie), ale też więcej słońca w międzyczasie. Teraz słońca nie widziałam ani razu - niebo zasnuwa warstwa szarej waty, przez którą nie przebija się żaden radośniejszy promyk. Ciężka, wilgotna atmosfera, ciężkie wilgotne niebo, które nie może skroplić się i opaść. Wiem, że nie macie lepiej, wszyscy skarżą się na wyjątkowo deszczowe i zimne lato w Europie. Jestem w o tyle lepszej sytuacji, że dalej może być już tylko lepiej, a październik i listopad to chyba najprzyjemniejsze pogodowo miesiące w Delhi. Mam nadzieję, że sierpień i wrzesień wynagrodzi Wam wszystkie niedostatki lipca, bo półroczna jesień byłaby wyzwaniem dla największych optymistów :) A więc z powrotem na starych śmieciach - ten, kto wymyślił powyższy idiom, musiał mieć indyjskie doświadczenia podróżnicze. Wszystko można powiedzieć o Indiach, tylko nie to, że są czyste. Niby o tym doskonale wiedziałam i nawet w pierwszym momencie wydały mi się czystsze niż w mojej pamięci, ale po pierwszej wizycie w sklepie spożywczopodobnym przekonałam się, że nic się nie zmieniło. Do lodówki po jogurt musiałam przebrnąć przez kałużę (czyżby się była rozmroziła?), a na jej dnie zobaczyłam kilka karaluchowych zwłok. "Mhm, no TRUDNO" - pomyślałam - "Całej herbaty mi nie wypiją". Może Indie się nie zmieniły, ale trochę jednak nauczyłam się w ciągu tych kilku miesięcy, z czym je jeść. Pierwszego dnia, po odespaniu nocnego lotu, udaliśmy się na pobliski rynek celem zaopatrzenia lodówki tudzież doładowania telefonów, internetu i kablówki (tak, też prepaid!) Rok temu, potrzebowałabym na to 3 dni, teraz ok. 2 godzin. Na początku jakikolwiek zakup poprzedzany był wypytywaniem znajomych, poszukiwaniami w internecie itp. Potem, już z adresem w garści, krążyłam wzdłuż szeregu sklepików, usiłując znaleźć ten wskazany wśród plątaniny kabli i gęstwiny szyldów reklamujących miejsca i produkty, z których większość dawno odeszła w zapomnienie. Zresztą do dzisiaj zdarza mi się minąć sklep, do którego zdążam, a o którym z całą pewnością wiem, że istnieje. Gdy poszukiwania nie dawały rezultatu, zaczynałam rozpytywać. To był dobry pomysł i to był zły pomysł zarazem. Zdarzało się, że dostałam cenne info od razu, ale zdarzało się też, że wysyłano mnie do miejsca zgoła innego, niż chciałam. Bo przecież, jeśli szukam kawiarni "A", to równie dobrze mogę pójść do kawiarni "B", co za różnica? Kawiarnia to kawiarnia. Teraz już wiem, gdzie mogę dostać większość potrzebnych mi (i dostępnych w Indiach) rzeczy i to BARDZO ułatwia zadanie. Poza tym wiem, CZEGO szukać. Pamiętam, że próbując pierwszy raz doładować internet, nie miałam zielonego pojęcia o dostępnych taryfach i na pytanie, na jaką sumę, beztrosko odpowiedziałam również pytaniem: "A jakie są opcje?". "Pani mi mówi, za ile chce, a ja doładowuję". "No tak, ale ja nie wiem, ILE mam doładować, żeby mi internet działał np. tydzień, albo miesiąc, albo trzy". Pan też nie wiedział, więc musiałam zadzwonić do Sir'a, żeby wszedł na stronę Taty i sprawdził dostępne taryfy. Teraz tą część procedury mam już opanowaną, więc podaję przygotowaną sumę, pan ją zapisuje w zeszycie 60-kartkowym w kratkę, w tabelce wykreślonej przy linijce długopisami w kolorze czerwonym i zielonym. Następnie wstukuje w swoją komórkę numer identyfikacyjny mojego konta internetowego, czary-mary i już jest! I działa! A ja wpisuję do mojego wirtualnego zeszyciku po stronie: SUUUKCES ;) Mam nadzieję, że porzucenie nomadycznego trybu życia pozytywnie wpłynie na częstotliwość wpisów. Tematów i zdjęć się nazbierało - nie tylko indyjskich. Skoro jednak Wyborcza nazywa się Wyborcza po 22 latach od wyborów, to i ja nie muszę się stresować tytułem. Przede wszystkim i w pierwszej kolejności chcę odpowiedzieć na "narodowe" wyzwanie Maga-Mary, której praktyczny poradnik rozpoznawania Anglika setnie mnie ubawił - aż do ostatniego akapitu, gdzie zostałam przez nią wezwana do tablicy :) Zakasuję więc rękawy, ostrzę stalówki i ruszam na poszukiwanie typowego Indusa.
Tu byłam! W grupie naprzeciwko pierwsza od lewej ;)
niedziela, 17 lipca 2011
Typowe andaluzyjskie śniadanie to grzanka obficie skropiona oliwą z oliwek z warstwą musu ze świeżych pomidorów. To taka podstawowa wersja, którą można wzbogacać różnymi innymi dodatkami (np. wędlinami), ale jednak najsmaczniejsza jest właśnie ta najprostsza. Na potrzeby takich śniadaniowych zestawów w hotelach czy kawiarniach serwuje się często oliwę w jednorazowych opakowaniach. Widziałam już przeróżne miniaturowe buteleczki, ale najbardziej spodobała mi się ta oto "oliwka":
Prawda, że urocza :) ?
sobota, 16 lipca 2011
To miał być błyskawiczny wypad - załatwienie sprawy, spacer po śródziemnomorskiej plaży i szybki powrót. Tymczasem Moguer nas zauroczył i przedłużyliśmy pobyt, najpierw o jedną, a potem o drugą noc. Recepcjonistka, gdy ponownie zapytaliśmy o dostępność pokoju, roześmiała się i powiedziała: "No dobrze, ale to już naprawdę ostatnia". Wąskie uliczki, świeżo pobielone ściany, urocze placyki z kawiarnianymi ogródkami, palmy i kwiaty - ot, typowe andaluzyjskie miasteczko. Do najbliższej plaży jest ok.20 km i to, co dla jednych dyskwalifikuje Moguer jako miejsce letniego wypoczynku, nam wydało się błogosławieństwem. Nie jesteśmy fanami wylegiwania się na słońcu, a już na pewno nie na zatłoczonej plaży w cieniu wieżowców, jak to bywa w wielu turystycznych miejscach na hiszpańskim wybrzeżu. Gdybym miała jechać do Benidorm czy Torremolinos, wolałabym chyba spędzić wakacje na własnym balkonie. W Moguer nie ma masowej turystyki, są tu zaledwie 2 hoteliki - z tego, co widziałam. Natomiast sam przekrój narodowościowy jest badzo ciekawy - oprócz rdzennych Hiszpanów, jest spora społeczność marokańska, rumuńska oraz... polska. Moguer stoi bowiem truskawką, a to owoc bardzo pracochłonny w uprawie i zbiorze, stąd tak wielkie zapotrzebowanie na tanią siłę roboczą. Praca jest głównie sezonowa, więc z końcem zbiorów (w szklarniach nawet dwa razy w roku) większość pracowników wyjeżdża do swoich krajów (widzieliśmy reklamy bezpośrednich autobusów do Rumunii!), ale są i tacy, którzy zapuścili tu korzenie. Polski słychać od czasu do czasu na ulicy, a raz nawet przy śniadaniu zostałam powitana: "Dzień dobry!". To pokojówka, sympatyczna młoda kobieta z Mazur, przyszła się przywitać po tym, jak zauważyła na moim stoliku nocnym kilka polskich czasopism. Domyślam się, że w tak kulturowo zróżnicowanej społeczności rodzi się wiele problemów. Zauważyłam, że stereotypy trzymają się mocno. Polki np. mają famę pięknych i wyzwolonych (!!!) łamaczek serc (i małżeństw). Powstały na ten temat nawet opracowania naukowe :) Na szczęście ewentualne problemy sąsiedzkie w Moguerze nas nie dotyczyły i mogliśmy włóczyć sie uliczkami i zaglądać dyskretnie do domów poprzez uchylone drzwi. Dni były upalne, w południe nieliczni przechodnie przemykali po zacienionej stronie ulic, notabene tak czystych, że na próżno by wypatrywać choćby papierka. Całe szczęście nie przyjechaliśmy tutaj bezpośrednio z Indii, inaczej groziłoby to szokiem :). Rano obowiązkowe spotkanie zarządu przy kawie i toście z oliwą i pomidorowym musem ;) : Oprócz truskawek, Moguer słynie również z murarzy. Ja bym dodała chyba też malarzy, bo 99% domów błyszczało świeżą bielą, a w pozostałych trwały prace :) Widok z naszego balkonu: Wnętrza, nawet te współczesne, nadal dekorowane są tradycyjną andaluzyjską ceramiką: Wieczorem całe rodziny spotykają się w ogródkach restauracyjnych i cieszą się przyjemnym orzeźwieniem. Oraz napojami orzeźwiającymi - rzecz jasna. Jedynie Marokanki siadują w grupkach na uboczu - nie są raczej klientkami barów. Chociaż wiem, że nie mogłabym mieszkać na stałe w tak małym miasteczku, to naprawdę ten krótki pobyt był niesamowicie relaksujący. A przy okazji pouczający, ale o tym następnym razem!
sobota, 09 lipca 2011
... ten, kto nie chce. Na pozostałych czekają nie tylko prawdziwe multimedialne "świątynie", ale również wakacyjne oddziały biblioteczne na plaży, oferujące na miejscu trochę klasyki, książki dla dzieci i prasę. Wypożyczyć książkę czekając na metro? W Madrycie już możliwe, dzięki kosmicznym kioskom Bibliometro: |
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Archipelag
Indie i okolice
Indus, jaki jest
Inne, nie mniej interesujące, rejony
Ja - asiaya@gazeta.pl
Z mojego balkonu
Znaleźć mieszkanie w Delhi
...zwiedzając Delhi
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||