Wpisy z tagiem: kuchnia

czwartek, 12 kwietnia 2012

Dwa dni temu śniło mi się, że pada deszcz. Bardzo nie chciałam się obudzić. Oczywiście okazało się, że ten szum to tylko wiatrak pod sufitem, a nie plucha za oknem. Tak, wiem w Polsce przednówek i kiełkujące w piwnicy ziemniaki, a ja tu marudzę ;) Wszyscy czekają na słońce i co najmniej dwadzieścia w cieniu. Mam!!! Komu? Komu? Zbywa mi z 10 stopni.

Upały w Delhi to nie tylko dyskomfort termiczny. To także przerwy w dostawie prądu i bolesny deficyt wody. Jeszcze na dobrą sprawę się nie zaczęły, a już kontener z wodą codziennie parkuje na ulicy - czy to przed naszym, czy przed sąsiadów domem. 

Upały to też problemy żołądkowe. Mieszkając tu dłużej może człowiek i nabywa odporności, ale jak zaraza dopadnie, to porządnie. 3-4 dni to absolutne minimum i nie ma zmiłuj. Nikt przy zdrowych zmysłach nie je w tym czasie mięsa czy ryb (które nawiasem mówiąc i w innych porach roku są też dosyć ryzykowne i mało apetyczne), mogą być kilkakrotnie rozmrożone i zamrożone.

Wysyp owoców rekompensuje inne braki. Mamy teraz sezon na papaje, arbuzy, a za moment pojawi się przepyszne mango! Sir wynalazł absolutnie fantastyczny przepis na chłodnik pomidorowo-arbuzowy i już się uzależniłam!

A tego dnia (tego dwa dni temu) naprawdę rozpętała się burza. Deszczu było co prawda tyle, co w naparstek, ale piaskuuuu... Wyszłam na balkon zamknąć drzwi i wróciłam zgrzytając zębami. Potem przez całą noc błyskało. Na sucho. Takich rzeczy w Delhi o tej porze roku nawet S. nie widziała. A mieszka tu już prawie 30 lat (na oko, nie śmiem pytać ;) )

---------------------------------------------------------------

Poniższe zdjęcia miały być z okazji Wielkiej Nocy, ale się okazało, że święta podstępnie minęły, zanim się zdążyłam zorientować!

O jajkach mianowicie miało być! Można złapać taką zgrzewkę z ulicy (może już nawet ugotowane  - w tej temperaturze wcale bym się nie zdziwiła ;) :

jajka rynek

Ale są też i takie arystokratki z rodowodem (near organic!! czyli: stały obok ekologicznych). Na każdym jajku hologram - ACTA nam niestraszne!!!

jajka 1

 I zapewnienia, jakie to świetne życie rodzicielka owych wiedzie - bez klatki i na bogatej diecie (całe kurze menu wymienione). Nieodłącznym elementem opakowań w Indiach jest czerwony lub zielony znaczek (kółeczko w kwadracie) oznaczający wegeteriański bądź niewegetariański produkt (jajka są non veg, stąd np. 2 rodzaje majonezu - veg (bez jajek) i non veg (jajeczny). Niewegetariańska może być też pasta do zębów (sic!).

jajka 2

A po spożyciu (jajek) prosimy zniszczyć (pudełko), bo przecież nie takie rzeczy w Indiach się podrabia. 

------------------------------------------------------------------------

Skoro uzupełniam zaległości: z serii transport rodzinny.

Mi się osobiście na takie widoki podnosi ciśnienie, ale to zapewne MÓJ problem.

delhi ulica 1

Więcej grzechów nie pamiętam, żadnych nie żałuję, a na temat poprawy możemy negocjować ;)

poniedziałek, 27 lutego 2012

Wiosna ponoć u Was nierychliwa. Prawdę powiedziawszy i u nas nie do końca się rozgościła. Słońce świeci, ale dmie też zimny wiatr, podnosząc tumany śmieci i kurzu. W takim przypadku najlepiej rozgrzewać się "od środka" i nie, nie mam tu na myśli irlandzkiej kawy. Może by tak zajrzeć do krainy garów, gdzie Alicja miesza chochlą pikantną zupę z pieczonej dyni? Albo pobawić się  w smażenie chapati, czyli powszedniego indyjskiego chlebka? 

Od siebie dorzucam kilka cieplutkich zdjęć z goańskiej plantacji przypraw:

Tak naprawdę podczas wizyty zwiedza się tylko mały kawałek plantacji, na której rosną pokazowe egzemplarze. 



wanilia

orzechy betelu

 

 kawa - pojedyncze drzewko, służy tylko do celów demonstracyjnych



Na zakończenie wizyty można zakupić w sklepiku przyprawy (cynamon, kozieradka, chili, goździki, kardamon etc.), olejki i zjeść wegetariański obiad.

niedziela, 19 lutego 2012

na śniadanie

...i na obiad:

fot.ML

Mało jest typowo śniadaniowych dań w indyjskiej kuchni. Zazwyczaj, co się da zjeść rano, da się i po południu. Oraz odwrotnie. Prawdę powiedziawszy, na początku doprowadzało mnie to do szału. Mieszkaliśmy w hotelu przez miesiąc, szukając mieszkania. Oprócz indyjskiego, miało być też "kontynentalne" śniadanie. Mhmmm... Z samego rana atakował moje nozdrza zapach masali, w moim odczuciu zupełnie obiadowych. Tak, jakby ktoś Wam na śniadanie bigos serwował... Kupiliśmy na Khan Market butelkę oliwy i z nią codziennie schodziliśmy do restauracji, a z bufetu braliśmy tosty (z tego wstrętnego białego tekturowego chleba), gotowane na twardo jajka i kawę. Z jaką radością powitałam muesli z jogurtem i własnoręcznie przyrządzaną owsiankę w śniadaniowym menu, gdy już wprowadziliśmy się do mieszkania! 

Z czasem też przyzwyczaiłam się do tutejszych smaków i na wakacjach na Goa nakładałam sobie nawet sambar! Jednak moją indyjską śniadaniową faworytką została dosa. Jest to rodzaj zazwyczaj sporego (wystającego poza talerz!) naleśnika, który z wyglądu przypomina zrolowaną tubę papieru. W wersji klasycznej przyrządzana jest z ryżu i soczewicy, które, moczone przez jedną noc, zmiksowane, fermentują przez następne kilka-kilkanaście godzin. Klasyczna dosa, przygotowywana w restauracjach, jest zazwyczaj smażona na specjalnych stanowiskach i tylko po jednej stronie! W hotelowej restauracji co rano do sympatycznego kucharza z wprawą zwijającego rumiane ruloniki ustawiała się kolejka chętnych. 

Często jest nadziewana (np. masala dosa - pikantnym nadzieniem z ziemniaków), ale ja wolę plain dosa z odrobiną kokosowego sosu. 

Jest daniem typowym dla południa Indii i najłatwiej ją znaleźć w restauracjach specjalizujących się w tej gastronomii. W Delhi kilka z nich jest naprawdę obleganych, a znajomy zdradził mi, że wizyta w nich jest dla indyjskich dzieci taką samą atrakcją, jak np. w McDonald's!

2 dni doglądać ciasto na dosę to jednak zbyt wiele, nawet jak na indyjskie gospodynie! Obecnie mają do dyspozycji gotowe mieszanki do rozrobienia z wodą i niemal natychmiastowego smażenia. Poniżej reklama całej gamy śniadaniowych smakołyków w proszku: dosa, vada, upma, idli...

PS.: Śmieszą mnie trochę indyjskie reklamy. Nikt się nie spodziewa realizmu, ale rozdżwięk między nimi a rzeczywistością jest jak między Indiami a Grenlandią ;) Obejrzałam swego czasu kilkadziesiąt kuchni w mieszkaniach do wynajęcia (nietanich raczej) i żadna z nich nie przypominała mi tej powyżej. Ale oglądam te reklamy jako wielkie indyjskie marzenie... 

niedziela, 20 listopada 2011

Sporo jest w indyjskiej telewizji programów kulinarnych. Nie śledzę żadnego regularnie, ale często przypadkiem wpadam na "Chakh le India". Jego prowadzący, Aditya Bal, były model i miłośnik gastronomii, podróżuje wzdłuż i wszerz Indii, racząc się przysmakami ulicznych garkuchni. Podoba mi się to, że pokazuje zwykłe indyjskie ulice bez retuszu, bez usuwania z kadru niewygodnych detali (np. tłumów :)) ), jak to ma często miejsce w różnych produkcjach telewizyjno-filmowych. Wchodzi też do domów i podpatruje przygotowywanie posiłków. Co ciekawe, są to często bardzo skromne gospodarstwa, więc i okazja niepowtarzalna, żeby zobaczyć, jak żyją ci biedniejsi Indusi. Niestety udało mi się znaleźć na necie tylko jeden film z taką pokazową lekcją gotowania (zamieszczam go na końcu).

Polecam każdemu, kto marzy o podróży do Indii, ale i tym, którzy wolą podróżować palcem po mapie!

Old Delhi

New Delhi

Palampur

Bundi Rajasthan

 
1 , 2
ARCHIPELAG
  • Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Wszystkie zdjęcia i teksty, o ile nie zaznaczono inaczej, są mojego autorstwa i do mnie należą prawa autorskie. Jakiekolwiek wykorzystywanie ich bez mojej zgody jest sprzeczne z prawem. I jest po prostu chamstwem.