Wpisy z tagiem: zakupy
sobota, 21 kwietnia 2012
Tradycyjna kuchnia bengalska obfituje w dania rybne. Ojciec mojej znajomej, pochodzący właśnie z Bengalu, je ryby codziennie! Nie dziwi zatem, że największy targ specjalizujący się w rybach znajduje się w dzielnicy zamieszkałej przez Bengalczyków, Chittaranjan Park. Jeździmy tam zazwyczaj raz w miesiącu, zawsze wieczorem (otwiera się po południu). Ciężko było na początku się połapać w nieznanych nam gatunkach ryb. Zapisywaliśmy w notesie i sprawdzaliśmy w domu w Google :) Preferujemy ryby morskie, a Bengalczycy jedzą też słodkowodne. W końcu zdecydowaliśmy się na red snapper (Wikipedia twierdzi, że w Indiach są to inne, podobne gatunki, nieprawidłowo nazywane red snapper, ale kto by wnikał) oraz bramę (po łacinie brama brama). Obie są bardzo smaczne! Sam targ może nie powala aseptycznością, ale dzięki dużemu przerobowi ryby są rzeczywiście świeże, o wiele bardziej niż w nielicznych sklepach, które widziałam, gdzie może ryby były przechowywane w lodówkach, ale za to o wiele za długo ;). Sir jest poza tym niezłym ekspertem, jeśli chodzi o kupowanie ryb i kitu mu nie wcisną! Niestety wraz z przyjściem lata musimy zaniechać naszych wypraw. Ryby nie znoszą dobrze upałów, ruch na targu słabnie, mniej klientów, mniej towarów. Za to więcej much! Wrócimy w październiku.
wtorek, 20 marca 2012
Od zapachów łaskocze w nosie, pikantny pył z chilli drapie w gardło zmuszając do kaszlu, co rusz potrąca mnie tragarz z ogromnym workiem na głowie. Nie da się tu długo wytrzymać, choć, już nauczona doświadczeniem, zasłaniam usta i nos szalem, popijając od czasu do czasu wodę. Przy tym tyle tu zagadek do odkrycia! Na delhijskim targu przypraw sprzedaje się w ilościach hurtowych - workach. Nie ma tutaj gospodyń, raczej właściciele sklepików i restauracji. Można jednak pooglądać towar rozstawiony w workach przed stoiskami... ..., a zakupów dokonać już po wyjściu, w sklepikach przy ulicy. Marynaty na wagę... ... i paczkowane. Orzechy, przyprawy, rośliny strączkowe.
sobota, 10 marca 2012
Ten tydzień zaczął się klasycznie, jak u Hitchcocka. Trzęsieniem ziemi. W poniedziałek wczesnym popołudniem siedziałam zatopiona w lekturze, Sir z pasją tworzył obiad w kuchni. Nagle szklanki w kredensie zaczęły brzęczeć, a ściany pokoju przesunęły się to w prawo, to w lewo, jakby rozciągając ramiona po długim śnie. Framugi drzwi i okien zaskrzypiały lekko i z opóźnieniem ruszyły za nimi. Po chwili ich taniec ustał i tylko bujający się pod sufitem wiatrak potwierdzał, że nie był to sen zmorzonej nad książką. Zerwałam się na równe nogi, a w stopach czułam jeszcze lekkie drżenie posadzki. Następnego dnia to ja urzędowałam w kuchni. Przesiewałam właśnie mąkę do miski, kiedy spod góry białawego proszku na sitku zaczął wyłaniać się ciemny przedmiot. Po chwili moim oczom ukazało się 3 cm zardzewiałego metalu. Śrubka. Przypomniała mi się dyskusja ekspatów sprzed 3 dni. Każdy z nas przed przyjazdem próbował się zorientować, czego nie można dostać w tutejszych sklepach, co przywieźć ze sobą. Słyszałam już o pewnej 4-osobowej rodzinie, która wylądowała w Delhi z zapasem papieru toaletowego na 5 lat! Tutejsze mieszkania są bardzo duże (za duże!!), ale i tak zastanawiam się, jak można upchnąć taką górę papieru i nie potykać się o nią każdego dnia. Innej osobie doradzono zabrać porządnie wyposażony warsztat majsterkowicza, bo trudno o dobry wybór gwoździ, wkrętów itp.. W dyskusjach na ten temat tworzą się zawsze dwa obozy: jeden -„nic nie ma!” i drugi - twierdzący, że „wszystko jest, tylko trzeba dobrze poszukać!”. Stałam więc pośrodku kuchni z tą śrubką w ręku i pomyślałam: „Rzeczywiście, trzeba BARDZO DOBRZE POSZUKAĆ”.
mordercza mąka... Następny zamach na moją integralność cielesną zafundowałam sobie sama. Wychodząc na Holi, przygotowałam 4 butelki (po wodzie mineralnej) farb rozrobionych w wodzie (można i proszkiem rzucać, ale wolę wodne farby). Stałam właśnie z jedną z nich w ręku (a ja często chodzę z butelką mineralnej w ręku, w domu mam też zawsze jakąś w zasięgu), dyskutując zażarcie na nie-pamiętam-jaki-temat z Sir’em i nagle ODRUCHOWO wzięłam łyka z mojej kolorowej butelki! Od razu zorientowałam się w pomyłce (okropny smak!), więc na szczęście nie zdążyłam połknąć i z buzią pełną żółtej cieczy rzuciłam się do łazienki, aby wypluć tą wstrętną i wściekle cytrynową lemoniadę. Odkręciłam kran i zaczęłam płukać usta, kiedy przypomniało mi się, że przecież NIE POWINNAM PŁUKAĆ UST WODĄ Z KRANU!!! (Do mycia zębów też używamy wody filtrowanej). Znowu plucie, i znowu płukanie! ...i podstępne farbki. Przeżyłam, jak widać i mam się dobrze, ale... CÓŻ TO BYŁ ZA EMOCJONUJĄCY TYDZIEŃ!!
czwartek, 23 lutego 2012
Mleko (w większości bawole, ale również krowie) i wszelkie produkty na jego bazie to podstawa tutejszej diety. Nie dziwi więc, że tak wiele sposobów na jego kupno. Pod oknami co rusz przejeżdżają na rowerach obwoźni sprzedawcy:
Sklepy spożywczo - przemysłowe, jak ten, o którym pisałam tutaj, są z reguły dobrze zaopatrzone w produkty paczkowane: mleko w kartonach, jogurty, tutejsze sery (temat sam w sobie na osobny wpis). Na każdym niemal rynku znajdują się także kioski z mlekiem, zazwyczaj przypisane do jednej tylko mleczarskiej marki. Poniżej Mother Dairy. Sprzedają mleko, jogurty, lody itp. Co ciekawe, mają specyficzne godziny otwarcia: rano od 5.30 do 13.00, a po południu od 16.00 do 22.00.
W kioskach tych znajdują się automaty na świeże mleko, z których gospodynie lub służące nalewają je do przyniesionych ze sobą naczyń.
Muszę przyznać, że sama z rozrzewnieniem wspominam czasy, kiedy zaopatrywaliśmy się "u gospodarzy", od których wracało się z żółtą bańką wypełnioną parującym, spienionym mlekiem. Zapach ciepłego mleka kojarzy mi się też z wakacjami na wsi, gdzie bardzo chciałam nauczyć się doić krowy. Ewidentnie jednak nie wykazywałam do tego talentu, więc ograniczałam się do przyglądania tudzież pokrzykiwania na krowy w drodze na pastwisko ;) Słyszałam ostatnio, że automaty do mleka funkcjonują również w Czechach (osobiście nie widziałam), ale powoli wkraczają również do Polski.
Cennik jest nieco skomplikowany, ale ceny bardzo przystępne. |
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Archipelag
Indie i okolice
Indus, jaki jest
Inne, nie mniej interesujące, rejony
Ja - asiaya@gazeta.pl
Z mojego balkonu
Znaleźć mieszkanie w Delhi
...zwiedzając Delhi
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||