Wpisy z tagiem: sąsiedzi

wtorek, 22 listopada 2011

Pogoda jest bajeczna! Wieczorem temperatura spada do 20 stopni! Wyciągam z szafy długie rękawy i skarpety, na które przez większą część roku nawet nie spojrzę. Jedynym mankamentem jest zapadający (zbyt) wcześnie zmrok: ok 18.00 jest już kompletnie ciemno!

Przyjemnie jest jednak posiedzieć na balkonie i poobserwować życie sąsiadów. Widzimy, jak pani domu krząta się wraz z pomocnicami po kuchni, inne służące latają z tacą po schodach. W pokoju po prawej wisi obraz jakiegoś guru (dokładnie nie widzę). Sąsiadka przychodzi do niego co wieczór ze świeczką i zakreśla nią kręgi wokół obrazka. Zapewne modli się przy tym. Jeszcze do niedawna światło w tym pokoju było włączone całą noc, ale, nie wiedzieć czemu, już nie. Zachodzimy w głowę, czym to się guru naraził...

Na górnym tarasie (to malutkie światełko po lewej to służbówka), służące urządzają pranie, czasami nawet w nocy, przy lampie.

Oczywiście nie tylko my podglądamy życie sąsiadów. Oni również podglądają nas. Więc sobie tu siedzimy na tym balkonie i pozwalamy się podziwiać ;))

piątek, 25 marca 2011

To już 211-ty dzień, odkąd opuściliśmy dom. Ten w Pradze. Wszyscy, którzy pytają mnie: "Od kiedy?", dostają odpowiedź w dniach :). Nie, nie skreślam kresek na ścianie. Robi to za mnie mój aparat foto. Wychodząc z domu, nastawiłam tryb "podróży", żeby po paru tygodniach odkryć, że on wciąż odlicza dni. I dobrze, niech tak zostanie. Bo ja jeszcze nie jestem w domu. Jak się tak poczuję, wyłączę opcję.

Póki co, właściciel mieszkania tego nie ułatwia. Któregoś wieczoru, zupełnie przez przypadek, odkryliśmy, że jesteśmy ZAMYKANI NA NOC!!!! Do tej pory nie mogę wyjść ze zdumienia nad głupotą, brakiem wyobraźni i egocentryzmem tego, kto to zrobił. Bo oczywiście NIE WIADOMO, kto to zrobił, a jest nas raptem 4 rodziny! Żeby znaleźć klucze, musiałam obudzić WSZYSTKICH! Była co prawda dopiero 23.20, ale w Indiach zmrok zapada dosyć wcześnie, a większość rodzin na naszym osiedlu żyje w trybie kapciowo-telewizyjnym, nie oszukujmy się. Dla nich 23.00 to głęboka noc i proszę bardzo, wolnoć Tomku w swoim domku, ale od mojego życia wara!

Z zaciśniętymi zębami tolerowałam fakt, że od 3 miesięcy nie działa światło na klatce. W zasadzie tylko na naszym piętrze. Żeby jakiś generalny włącznik na dole czy coś? Nieee, skąd, po co? Każdy ma swoją żarówkę i o tą żarówkę się martwi. O naszą chyba nie martwi się nikt. Bo chyba nie mogę zaliczyć do tego trzykrotnej wizyty elektryka, żeby OBEJRZEĆ. Niestety, jego wzrok ani nie leczy, ani nie naprawia. Na naszą uprzejmie zwróconą uwagę, że czasami, wracając po zmroku, musimy iść po omacku i 5 minut celować kluczem, usłyszeliśmy od właściciela wyrzut: "Czasami??? Bardzo często wracacie po zmroku!!". "Nie tak często, jak byśmy sobie tego życzyli, niestety" - wycedziłam przez zęby. Jak wytłumaczyć facetowi ok. pięćdziesiątki, który wraca z pracy ok.16.30 każdego dnia (chyba trzeba bardzo nie lubić swojej pracy, żeby wychodzić z niej o 15.30), przebiera się w swoje brudne, poplamione spodnie dresowe koloru khaki, plastikowe klapki i spędza resztę dnia w towarzystwie swojej upierdliwej mamusi, że my mieszkaliśmy w Pradze, gdzie chyba nikt z moich znajomych nie chodził prosto z pracy do domu (a wychodził z niej o 17.00 najwcześniej). Przynajmniej nie codziennie. Przecież było tyle możliwości - sporty, kino, koncerty, kursy językowe, kawiarnie, mnóstwo knajp. I nie przypomina kwatery diabła, pomimo, że - o zgrozo! - ludzie wracają po zmroku do domu!!!

Miarka się jednak przebrała, kiedy koleżanka, po mile spędzonym u nas wieczorze, wychodząc do czekającej już na nią taksówki, odkryła, że na bramie wisi kłódka! Zamknięta kłódka. A my nie mamy kluczy do niej. Co więcej, nic nie wiemy, ani na temat kłódki, ani kluczy, ani kto, co, jak, kiedy i dlaczego. Nic!

Najpierw zadzwoniłam do WNM (właściciela naszego mieszkania), który mieszka piętro niżej, czyli, jak by nie było, jest właścicielem dwóch z czterech mieszkań w domu. On klucza nie ma! Dzwońcie na parterze.

Proszę bardzo, z wielką przyjemnością! Jest okazja, żeby nadrobić sąsiedzkie zaległości. Zaspany sąsiad z parteru oświadczył, że owszem, ma klucz, ale tylko jeden! Ten z trzeciego za to ma 3! Ooo tak, BZT (Buc z Trzeciego) to najlepsza osoba na powierzenie dobra społecznego. Na swoja ksywę zasłużył sobie z nawiązką, ignorując wszelkie zasady kompomisowego współżycia sąsiedzkiego. Naraził się nie tylko mieszkańcom naszego domu (np. puszczając wstrętne techno na cały regulator o dowolnej porze dnia czy nocy), ale już większości sąsiadom z ulicy, parkując swojego wychuchanego merca w dowolnie wybranym miejscu, niekoniecznie martwiąc się o przejezdność ulicy. Jak się ma tyle samochodów (3), to przecież trudno się troszczyć o samochody pozostałej reszty ludzkości. Zresztą Buca trzeba zobaczyć, jak dumnie kroczy z wypięta piersią, trzeba zobaczyć, jak traktuje swojego służącego, żeby docenić w pełni perfekcjonizm jego bucowatości.

I oto ten Buc, proszę Państwa, dzierży klucze, jak by nie było, do również naszego domu, zamyka sobie, nikogo (nas) nie pytając i chyba uważa, że wszystko jest OK. Buc się osobiście na spontanicznym zebraniu klatkowym nie stawił, przysłał służącego z kluczem. Ominęła go zatem przemowa, którą wygłosiłam zebranym, a której nie powstydziłby się sam Stanisław Anioł. Motywem przewodnim, powtórzonym kilkakrotnie było stanowcze oświadczenie, że my tu nie jesteśmy więźniami, a ograniczanie wolności jest karalne. Dorzuciłam parę przykładów hipotetycznych (niebezpiecznych) sytuacji, w których ich brak wyobraźni mógłby mieć opłakane skutki (pożar, wypadek etc.). Na koniec, żeby nie pozostawić żadnych wątpliwości, dodałam, że są nieodpowiedzialni i myślą tylko o sobie.

Po czym poszłam otworzyć tę cholerną bramę, po której jednej stronie czekała koleżanka (niebardzo zdziwiona tą sytuacja, jest też zaprawiona w mieszkaniowych bojach), a po drugiej stronie kierowca taksówki.

czwartek, 24 marca 2011

Wrzucam jeszcze resztki zdjęć z Holi. Włosy nadal mają różowy połysk, pomimo tego, że obficie nasmarowałam je olejkiem.

poniedziałek, 21 marca 2011

Mieliśmy zamiar zrobić rundę po dzielnicy, ale już na sąsiedniej ulicy zostaliśmy zaanektowani przez grupę sąsiadów :) Muszę przyznać, że nie spodziewaliśmy się takiej otwartości. Nagle wszyscy nam się zaczęli przedstawiać, nie tylko z imienia i nazwiska, ale też stopnia pokrewieństwa czy znajomości z resztą. Nie muszę chyba dodawać, że nie sposób było tego wszystkiego zapamiętać.

Następnie zaprowadzono nas do "bufetu" i ugoszczono po królewsku. Dominowały warzywa smażone w cieście, bardzo dobre! Gdy sięgałam do misy, zawsze miałam parę "doradzaczy" i "zachwalaczy": "Spróbuj tego, i tego, i tego!" Impreza była składkowa, więc nie chciałam nikogo urazić - w rezultacie musiałam spróbować wszystkiego. Barek również przedstawiał się imponująco: piwo, wódka, whisky i co tam jeszcze.

Jak widać, wszyscy już byli dosyć, ehm, pokolorowani. To w kubku poniżej to nie piwo, tylko whisky :)

Nawet strażnikom się oberwało, ale nie obrażali się, wprost przeciwnie!

c.d.n

 
1 , 2
ARCHIPELAG
  • Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Wszystkie zdjęcia i teksty, o ile nie zaznaczono inaczej, są mojego autorstwa i do mnie należą prawa autorskie. Jakiekolwiek wykorzystywanie ich bez mojej zgody jest sprzeczne z prawem. I jest po prostu chamstwem.