Wpisy z tagiem: wynajem
czwartek, 03 maja 2012
Wpis zainspirowany duo.na i jej przygodami z chińskimi kranami. Mam świetny pomysł na zwiedzanie Delhi: zadzwońcie do 2-3 pośredników i powiedzcie, że właśnie przeprowadziliście się do tej prześwietnej metropolii i szukacie mieszkania. Przygotują Wam kilka propozycji, obwiozą klimatyzowanym samochodem (choć tu zdarzają się wyjątki) i jeszcze na dodatek wprowadzą do mieszkań. Niekoniecznie pustych. Czyż nie jest to spełnienie marzenia podróżnika - znaleźć się za kulisami indyjskiej codzienności? Myślę, że przy turystycznym podejściu może to być bardzo pouczające, a nawet zabawne. Dla tych, którzy muszą jednak zdecydować się na jedno z tych mieszkań - nieco deprymujące. Co roku myślimy o zmianie mieszkania. Nasze jest dla nas zdecydowanie za duże (tutaj po prostu nie ma małych mieszkań, szczególnie tych w tzw. porządnych dzielnicach i jako takim standardzie), okolica spokojna (czyt. nudna). Jest nowe i czyste (nie muszę się brzydzić np. łazienki). Dodam, że obecnie jest zdecydowanie bardziej czyste, niż gdy się do niego wprowadzaliśmy. Jego największą wadą (oprócz powierzchni i lokalizacji) jest jednak właściciel i jego wścibska mamusia - parka z piekła rodem, którym w głowie tylko $$$$$. Co miesiąc słyszymy (właściwie tylko Sir, bo ze względu na moją narastającą alergię i niewyparzony język jestem litościwie zwolniona z comiesięcznego obowiązku oglądania ich gąb), że przy odnawianiu umowy (co 11 miesięcy), będzie podwyżka. Ile? Zależy od rynku, cokolwiek przez to rozumieją. Rok temu wyniosła 5%, ale wynegocjowaliśmy ją jeszcze przed wprowadzeniem się (tak, podwyżkę po 11 miesiącach). Ostatnio jednak, przy przedłużaniu umowy, właściciel nie chciał się określać zawczasu - nie mógł przeboleć, że rok wcześniej stracił taką piękną okazję, żeby nas oskubać jeszcze bardziej. Pewnie szykuje dla nas grubą niespodziankę i może to w końcu zmobilizuje nas do rozejrzenia się za czymś bardziej odpowiadającym naszym potrzebom. Niestety, to nie takie proste i muszę się do tego psychicznie przygotować, mając w pamięci koszmar poprzednich poszukiwań. Nowym czytelni(cz)kom blogu polecam lekturę starszych wpisów na ten temat - są zalinkowane po prawej stronie. Najgorsze są łazienki i kuchnie, czyli właśnie to, co dla mnie najważniejsze. Przeważa estetyka a la zapuszczony gierkowski akademik: Szkoda tylko, że wynajem za taki "akademik" ZACZYNA się od ponad 4 tys. PLN.
Łazienka po kompleksowym remoncie - zachowany tu jest typowy indyjski odsłonięty prysznic. Czyli podczas ablucji rozchlapujemy wodę po całym pomieszczeniu. Przecież nie my ją będziemy wycierać! Muszę przyznać, że w nowych mieszkaniach już ich nie widuję. Okazało się zatem, że nie ma co liczyć na to, że znajdziemy mieszkanie używane w dobrym stanie. "Używane" równa się w Delhi "zasyfione". Nasz broker od początku nam to powtarzał, ale oczywiście musieliśmy to zobaczyć na własne oczy. "Nowe" jednak też nie znaczy "idealne". Przez pierwszy miesiąc przez nasze mieszkanie przewinęło się kilkunastu fachowców, co - według właściciela - jest najzupełniej normalne, gdyż "nowe mieszkanie jest jak noworodek, który musi zostać gruntownie przebadany". Mówiłam już, że on jest durny? Znowu się rozpisałam, a to miał być tylko wstęp. CDN!
poniedziałek, 15 listopada 2010
Muszę Was uświadomić (tak jak mnie uświadomiono): jeśli macie bieżącą wodę 24h na dobę, a przerwy w dostawie prądu zdarzają się tak rzadko, że czlowiek nie pamięta, gdzie zostawił latarkę, to żyjecie w luksusie!!! Nie marmury, stiuki i automatyczne żaluzje, ale właśnie to jest wyznacznikiem luksusu w Delhi. Świadczą o tym chociażby reklamy deweloperskie:
Woda W Delhi są co prawda wodociągi, aaaale wodę w nich dają ok. 2-3 godzin dziennie. Dlatego w każdym domu muszą być zainstalowane pompy, które w ciągu tych paru godzin pompują wodę do zbiorników usytuowanych na dachach, skąd już bezpośrednio leci do kranów. Widok tych czarnych beczek jest nieodłącznym elementem tutejszego krajobrazu:
Jako, że przez większość roku jest tu ciepło, bardzo ciepło a najczęściej bardzo-bardzo-baaardzo gorąco, woda z kranu też jest oczywiście ciepła. Słyszałam/czytałam, że w okresie największych upałów wręcz ukrop. Wtedy ponoć należy używać kurków na odwrót: z niebieskiego, a więc bezpośrednio z beczki, leci wrzątek, a z czerwonego, który jest podłączony do bojlera (oczywiście wyłączonego) nieco chłodniejsza, bo bojler jest zamontowany w łazience, a nie na rozgrzanym dachu. Właściciel naszego mieszkania, a zarazem sąsiad, powiedział, że on bojlery zaczyna włączać w grudniu, a pod koniec stycznia już przestae ich używać. Bardzo się dziwił, że chciałam z nich korzystać już w październiku, a przecież pochodzę z północnej Europy!!! Pewnie myśli, że my się tylko w przeręblach kąpiemy :) Oprócz tego mamy też w domu (nie wiem, czy to norma), dodatkowy zbiornik pod powierzchnią ziemi, który jest zasilany wodą z beczkowozu, takiego np.:
No i niby wszystko ładnie pięknie, woda z kranu leci, więc o co się martwić, ale jak pomyślę o jakości tej wody, która się cały dzień nagrzewa... o tej florze, która się tam rozwija...o tej faunie... Zresztą wyniki badań potwierdzają moje obawy. Dlatego nikt przy zdrowych zmysłach nie pije wody z kranu ani nie używa jej do przygotowywania posiłków. Ba! Wiele osób nawet zębów nią nie myje. Niektórzy używają wody butelkowanej, inni dystrybutorów z butlami albo filtrów. Np. takich jak ten:
Prąd Przerwy w dostawie prądu nie dziwią tu nikogo. Zdarzyło mi się już doświadczyć egipskich ciemności siedząc w kawiarni, bibliotece czy, o zgrozo, windzie. W domu należy mieć tzw. power back up, czyli generator, który zasila parę żarówek i wiatrak. Niestety nie wystarczy na zasilanie lodówki, zatem nie ma sensu mieć większych zapasów w zamrażarce. Na szczęście w domu wyłączono nam prąd tylko raz w ciągu miesiąca (akurat wychodziliśmy, więc musiałam kończyć makijaż przy latarce :)), ale ponoć schody zaczynają się w sezonie letnim, kiedy wszyscy włączają klimy. Czyli akurat kiedy jest najbardziej potrzebny :) Innym problemem są wahania napięcia w sieci. Nie wpływa to dobrze na sprzęt komputerowy czy TV/audio. Dla nich też zalecane jest montowanie tzw. UPSów. Wygląda to prawie jak drugi komputer:
środa, 10 listopada 2010
Teraz będzie parę wtrącek, o których każdy poszukujący tu mieszkania wiedzieć powinien :) Oczywiście nie należy się łudzić, że, wiedząc te wszystkie rzeczy, znajdzie się mieszkanie idealne. Lokalizacja Zawsze się jakoś tak składało, że mieszkaliśmy w centrum. Przywykliśmy do tego, że sklepy, restauracje, kawiarnie, stacje metra, przystanki tramwajowe mieliśmy w zasięgu ręki. W Pradze sporo biurowców mieści się poza centrum, ale zazwyczaj w bezpośredniej bliskości metra, więc nawet te dosyć oddalone są dostępne w ciągu 15-30 minut. Sir miał do biura 7 minut piechotą. Nie mieszkaliśmy na Starym Mieście, ale chodziliśmy tam w weekendy na spacery pooglądać turystów :) W Delhi struktura miasta jest nieco dziwna i bardzo mało praktyczna. Północ, stare Delhi, to hardcorowe miejsce ze slumsowatą zabudową, wąskimi uliczkami pełnymi straganów, śmieci, i kabli zwisających ze wszystkich stron, gdzie obcokrajowcy zapuszczają się tylko w charakterze turystów (my też). Ulice są wiecznie zatłoczone, pojazdy poruszają się z prędkością 50 metrów na pół godziny, a między nimi zawsze przemykają przechodnie, wielu z nich z pudłami i pakunkami na głowie, bo w tych warunkach to najefektywniejszy sposób transportu i zaopatrzenia sklepików wokół.
Między pasami ruchu, na wąskich wysepkach, wylegują sie żebracy. Naprawdę podziwiam ich zdolność zasypiania w tym hałasie, gdzie każde zsunięcie się nogi lub ręki z tego betonowego łóżka grozi utratą lub co najmniej zranieniem kończyny.
My się przeciskamy dołem, a górą...
Jak widać na załączonych obrazkach, miejsce to nie nadaje się kompletnie do zamieszkania dla obcokrajowca, o ile nie jest turystą głodnym wrażeń. Dalej na południe znajduje się Connaught Place, czyli miejscowe City (tak mi dzisiaj powiedziała pani z centrali taxi). O CP pisałam tutaj, ale muszę przyznać, że ostatnio się tam trochę ogarnęli (co prawda tylko z jednej strony, ale dobre i to), więc dwie fotki uzupełniające:
To w głębi to chyba właśnie City:
Generalnie nie ma tu za dużo opcji, jeśli chodzi o wynajem mieszkań. Poniżej CP zaczyna się najbardziej zielona część Delhi: jest kilka hoteli pięciogwiazdkowych (każdy w wielkim ogrodzie), budynki rządowe, instytucje, w tym kilka zagranicznych instytutów kulturalnych, Audytorium, parki i POLE GOLFOWE!!! Znajduje się tu również India Gate, ustawiona na środku ogromnej zielonej przestrzeni. Okolice India Gate po zmroku zamieniają się w miejsce pikników i wygląda to naprawdę uroczo.
fot. www.yogeshsarkar.com
Jest to chyba najładniejsza część Delhi, choć mało miejska tak naprawdę. Tzw. dzielnice rezydencjalne mieszczą się na południe od niej i trochę to frustrujące, że każdego dnia trzeba nadrabiać kilometry objeżdżając te pola golfowe i parki, aby dostać się do centrum. Tu po prostu nie da się mieszkać w centrum, najbliże okolice mieszkalne pojawiają sie ok. 5-7 km od CP. A same "dzielnice rezydencjalne"? Mhm, brzmi dumnie, w rzeczywistości to plątanina ulic bez nazw (pogrupowane w bloki nazwane od liter alfabetu), przy których stoją kilkupiętrowe domy. Zazwyczaj każda dzielnica ma swój rynek, czasami stację metra i to by było na tyle, jeśli chodzi o infrastrukturę. Niektóre dzielnice uchodzą za lepsze, chociaż nie wiem, dlaczego. Widziałam np. w posh Defence Colony przepływający przez środek śmierdzący kanał. Zadbane wille stoją obok rozwalających sie ruder Np. Taka willa... ...i taka willa...
Za ten widok właściciel mieszkania sobie życzył, o ile dobrze pamiętam, 1.600 Eur/miesiąc:
Delhi posiada też miasteczko satelickie Gurgaon. Oficjalnie należy już do sąsiedniego stanu Haryana, a od centrum Delhi dzieli go ok. 30 km. Generalnie to wieżowce, wieżowce (biurowe i mieszkalne) i wieczny plac budowy - dosyć sztuczny twór gwałtownie rozwijającej się gospodarki indyjskiej. Mieści się tam większość zagranicznych firm (blisko do lotniska międzynarodowego). Byłam tam tylko raz - w centrum handlowym, więc nie za bardzo mogę się wypowiadać na temat, ale dużo obcokrajowców tam wynajmuje mieszkania w zamkniętych, strzeżonych kompleksach z basenem itp. Pewnie to dobra opcja dla kogoś, kto pracuje w Gurgaonie. Dla nas stanowczo za daleko od centrum, więc nawet nie braliśmy pod uwagę.
fot. http://www.skyscrapercity.com/showthread.php?t=805196&page=2 fot. Ruth Fremson/The New York Times To taki ogólny szkic, oczywiście nie znam całego Delhi (tak jak zresztą nie znam całej Warszawy), ale chciałam tylko pokazać, jak ograniczony jest tak naprawdę wybór lokalizacji. C.D.N :)
wtorek, 09 listopada 2010
Szukanie mieszkania w Delhi należy rozpocząć od przemeblowania. Głowy. Sobie. Człowiek, dajmy na to w takiej Europie, kupując czy wynajmując mieszkanie, myśli o lokalizacji (żeby do pracy miał w miarę blisko), metrażu, ilości pokoi i kolorze kafelków. Następnie zaczyna poszukiwania w internecie, a pierwsza selekcja odbywa się na podstawie zdjęć. W Pradze znalezienie mieszkania i podpisanie umowy zajęło mi 3 dni. Wcześniej przejrzałam setki ofert i umówiłam się na obejrzenie kilku z nich. Poszło bardzo sprawnie, w wybranym mieszkaniu spędziliśmy 5 lat i zawsze je sobie chwaliliśmy. Jak to wygląda w Delhi? Po pierwsze w internecie jest bardzo mało ofert, a te, które są, mają fatalne zdjęcia, czasami nawet są to zdjęcia ILUSTRACYJNE!!!! Tutaj należy rozpocząć poszukiwania od skontaktowania się z tzw. "brokerem", czyli po prostu pośrednikiem nieruchomości. Zazwyczaj obcokrajowcy przekazują sobie telefony sprawdzonych brokerów. Niestety, z polecaniem kogokolwiek w Indiach byłabym ostrożna. Zazwyczaj jest tak (mówię to na podstawie własnych kilku obserwacji), że osoba sprawdzi się raz czy dwa, za trzecim zaczyna kombinować, a za czwartym już kręci lody na boku. Lojalność nie jest tu w cenie, a nowoprzybyły obcokrajowiec to łatwa zdobycz. Broker, który pracuje dla obcokrajowców, z jednej strony zna potrzeby i standardy zachodnie, ale z drugiej strony często cwaniakuje, wykorzystując fakt, że ¨nowi¨ nie znają sytuacji. Taki był nasz pierwszy broker, Gagan (to popularne imię). Nie można mu było odmówić profesjonalizmu: mówił dobrze po angielsku (poziom znajomości angielskiego w jakimś stopniu jest wyznacznikiem pozycji społecznej), był punktualny, przygotowany, obwoził nas czystym i klimatyzowanym autem (tak, proszę Państwa, to są wyznaczniki profesjonalizmu tutaj :)). Pokazał nam kilkanaście mieszkań, żadne nie odpowiadało w pełni naszym potrzebom. W zasadzie to nawet nie wiem, po co nas pytał o nasze preferencje, skoro i tak potem pokazywał nam mieszkania, które, WEDŁUG NIEGO, były stosowne dla nas. Wiedzieliśmy, że będziemy musieli pójść na jakieś kompromisy. W Delhi nie ma bloków czy kamienic mieszkalnych, większość to 2-3 kondygnacyjne domy, w których każde piętro stanowi osobny apartament. Większość nowych mieszkań (a tylko takie wchodzą w grę dla kogoś, kto chciałby europejskiego standardu czy czegoś w tym stylu hehehe) powstaje z myślą o licznych, często wielopokoleniowych rodzinach. Struktura jest mniej więcej podobna we wszystkich przypadkach: duży salon plus kilka sypialni, każda z własną łazienką, balkonem i wbudowaną szafą. Kuchnie zazwyczaj zamknięte, z oknem wychodzącym na wewnętrzny dziedziniec. Miejsce na pralkę? Na tylnym balkonie!!!! Na zmywarkę? Jaką zmywarkę? Przecież tu każdy ma służącą, która zmywa naczynia. A co to za kable wystające ze ściany? Miejsce na klimatyzację. To gdzie ta klimatyzacja? Pani ją sobie kupi i pani ją sobie zamontuje, bo to przecież mieszkanie NIEUMEBLOWANE. Jak w ofercie. Mhmm, w Warszawie czy Berlinie nieumeblowane mieszkanie jednak ma KALORYFERY!!!! Poza tym szukaliśmy mieszkania do wprowadzenia się od razu, a w większości tych, które nam pokazał, trwały prace wykończeniowe. Gagan zapewniał, że za 2-3 dni wszystko będzie gotowe, nawet wskazując na ziejącą czarną dziurę w miejscu, gdzie powinna być winda!!! Na domiar złego, wszystkie, ale to wszystkie, mieszkania przekraczały górna granicę budżetu, który mu podaliśmy na początku. Czuliśmy niedosyt, chcieliśmy obejrzeć więcej, zanim podejmiemy decyzję. Nie widzieliśmy się w żadnym z tych mieszkań, a już na pewno nie za te horrendalne sumy. Gagan jednak nie miał więcej ofert, więc, zamiast poszukać nowych, zaczął delikatnie nas "urabiać": a to mimochodem wspomniał, że powinniśmy się pospieszyć z decyzją, bo mieszkania "schodzą na pniu", a to, że we wrześniu przyjeżdza dużo obcokrajowców i będzie problem ze znalezieniem. Co rusz powtarzał "Musicie mi zaufać" i "ja zawsze stoję po stronie klienta". Stwierdziliśmy, że mamy bardzo mało racjonalnych danych, aby podjąć decyzję i Gagan jako jedyne źródło informacji to zdecydowanie za mało. Z braku narzędzi racjonalnych, włączyliśmy wspomaganie intuicją :) i zgodnie przyznaliśmy, że oboje mamy to samo wrażenie: Nie ufamy mu. Jak się okazało, słusznie. Później skontaktowaliśmy się jeszcze z innymi brokerami, niektórzy mieli w ofercie te same mieszkania, co Gagan, tańsze o 1/4!!! Zastanawiałam się, jak on to kombinował. Myślę, że z jednej strony chciał potem "stargować" cenę i zainkasować za to bonus (dostał taki od znajomych, którzy go polecili), a z drugiej strony, myślę, że liczył też na drugi bonus - od właścicieli mieszkań za załatwienie dobrego klienta za dobrą cenę. Dobry, bo zagraniczny. Dobry, bo zapłaci duuużo więcej niż miejscowy. Dobra, lecę do moich kartonów, jutro c.d.n :)
|
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Archipelag
Indie i okolice
Indus, jaki jest
Inne, nie mniej interesujące, rejony
Ja - asiaya@gazeta.pl
Z mojego balkonu
Znaleźć mieszkanie w Delhi
...zwiedzając Delhi
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||