Wpisy z tagiem: kobiety

piątek, 23 marca 2012

... ile sobie wezmę. Ciekawe, kiedy do mnie dotrze ta prosta prawda :) 

GOA na glowie 2

GOA NA GLOWIE 1

Od kilku dni dmie, dmucha i wieje. Z jednej strony dobrze - orzeźwiająco, z drugiej - niosą się tumany piasku i kurzu, od których nawet niebo żółknie. Mimo to nie mogę się powstrzymać przed otwieraniem balkonu w ciągu dnia. Za to na blacie i książkach mogę pisać palcem, choć kurz był wycierany parę godzin temu :) Syzyfowa praca!

czwartek, 08 marca 2012

Holi to święto ruchome, a w tym roku przypada dziś, czyli dokładnie w Dzień Kobiet. Od rana nasza ulica rozbrzmiewa śmiechem i wrzaskami dzieci oraz głośną bollywoodzką muzyką. Zostawiam Was zatem z kilkoma fotkami indyjskich kobiet, a sama uciekam rozrabiać farbki!

fot. Asiaya, Agra,  maj 2011



fot. ML, Agra, styczeń 2012



fot. Asiaya, Agra, styczeń 2012

fot. ML, Jaipur, styczeń 2012

fot. ML, Jaipur, styczeń 2012

fot. ML, Jaipur, styczeń 2012



fot. ML, Delhi, styczeń 2012

fot. ML, Delhi, styczeń, 2012

fot. ML, Old Delhi, styczeń 2012

fot. ML, styczeń 2012

 

fot. Asiaya, Agra, styczeń 2012

fot. Asiaya, Chandigarh, maj 2011

fot. Asiaya, Chandigarh, maj 2011

fot. ML, New Delhi, styczeń 2012

fot. ML, Jaipur, styczeń 2012

fot. ML, styczeń 2012

fot. Sir, Jaipur, styczeń 2012

Tagi: kobiety
07:48, asiaya , Oni
Link Komentarze (19) »
środa, 08 lutego 2012

Dzisiaj rano na głównej stronie gazety.pl przywitał mnie news o wprowadzeniu przedziałów dla kobiet w czeskich pociągach. Konkretnie jednego 6-osobowego przedziału w 400-osobowym pociągu.

- Przedział zapewni kobietom i dziewczętom pewność siebie, poczucie bezpieczeństwa i odpowiednią ilość informacji o przebiegu podróży. Niektóre panie czują się po prostu źle, podróżując w zamkniętym pomieszczeniu w towarzystwie mężczyzn - tłumaczył rzecznik CzD Petr Sztiahlavsky.

Zamurowało mnie, prawdę mówiąc. Myślałam, że poczucie bezpieczeństwa i informacja o przebiegu podróży należą się każdemu pasażerowi (i pasażerce), jak psu buda. Że panie się źle czują w zamkniętym pomieszczeniu w towarzystwie mężczyzn? Owszem, to jest bardzo możliwe, ale równie źle mogą się poczuć w towarzystwie kobiety, mogę posłużyć przykładami z życia. Może po prostu należy zmodernizować wagony i skończyć z tymi krępującymi komórkami z francuska nazywanymi coupé? Rzecznik twierdzi, że kobiety preferują podróż autobusem właśnie ze względów bezpieczeństwa. Tylko, że w autobusach nie ma oddzielnych przedziałów dla kobiet! Problem chyba polega na tym, że w pociągu po prostu nikt nie kontroluje sytuacji, nikt nie czuje się za tą przestrzeń odpowiedzialny. Gdy jest rzeczywiście problem, konduktorzy chowają głowę w piasek.

W czerwcu jechaliśmy pociągiem z Pragi do Warszawy. Ścisk był straszny, bo dzień wcześniej miał miejsce strajk komunikacji i podróżni nadrabiali zaległości. Przebrnięcie przez korytarz zakrawało na cud, pasażerowie przypominali glonojady przyklejopne do ścianek akwarium. Dziękowałam Bogu, że nie oszczędziliśmy na miejscówkach! Wiedziałam, że jak tylko dotrę do swojego miejsca, wymoszczę się w fotelu, rozłożę lektury, włączę muzykę i - będzie dobrze! Było - początkowo. Jeszcze przed Kolinem dotarł ostatni pasażer naszego przedziału i odtąd podróż nasza nabrała dramatycznych wymiarów, ale przede wszystkim: zapachów! Pan ten odstraszał bowiem wszystkimi zmysłami: miał około dwóch metrów,  ze 170 kg żywej wagi, tłuste strąkowate włosy, ubranie podarte, lepkie i błyszczące od brudu. Taszczył dwa toboły o nieokreślonym kształcie i kolorze. Przede wszystkim jednak roztaczał wokół siebie smród - potworny, przenikający, nokautujący FETOR!!! Do tego sprawiał wrażenie niezrównoważonego umysłowo, cały czas prowadził dialogi z wyimaginowanymi rozmówcami, rozrzucał po podłodze cukierki, które potem wciskał wszystkim wokół, co chwila wybuchał histerycznym śmiechem. Oprócz nas w przedziale siedziały dwie młode Japonki, które wyciągnęły od razu szale, obwiązały się nimi szczelnie wokół głów tak, że było widać tylko jak przerażone przewracają oczami. Podkuliły nogi pod brodę i usiłowały zapaść się w ścianę. Tłum przed drzwiami naszego przedziału rozluźnił się znacząco. Początkowo próbowaliśmy tam właśnie wyemigrować, ale smród nas dopadł, a do Warszawy nadal było z 7 godzin! Postanowiliśmy poczekać na konduktora i zgłosić problem. Dziwnym jednak trafem nie pojawił się w ciągu najbliższej godziny, a my traciliśmy już resztki cierpliwości. Podróż w latrynie, jaką stał się przedział, zmieniła się w koszmar! Poszłam zatem sama go szukać. Znalazłam. Nie musiałam długo tłumaczyć, o kogo mi chodzi, konduktor spuścił wzrok i mruknął, że on wie, tak, tak, ALEEE nic nie może zrobić, bo pasażer ma bilet! I ja też mam bilet! I mój mąż! I te dwie panie też!! Tylko, że my kupiliśmy bilet na pociąg, nie na chlew! Nie doczekałam się żadnej propozycji rozwiązania problemu, więc po prostu oświadczyłam, że przenosimy się do pierwszej klasy! Wszyscy (oczywiście oprócz potwora)! Cały przedział! I niech nikt nie waży się nam zakwestionować naszych biletów! Tym sposobem wyprowadziłam nasz mieszany etnicznie naród przedziałowy z niewoli tyrana na rajskie bezkresne połacie wagonu bezprzedziałowego pierwszej klasy :) Wymownym jest fakt, że w pociągu wypełnionym po ostatnie śrubki nikt, ale to naprawdę nikt, nie skusił się na zwalniające się miejsca!

To tylko jedno z kilku moich doświadczeń z ČD, ale mam już głębokie przeświadczenie, że w razie potrzeby nie mogę liczyć na personel pociągu. Wiem, że raczej odwrócą głowę w drugą stronę i umyją ręce. Czy z tego powodu przestałam jeździć pociągami? Skąd! Nie popadajmy w paranoję. Pociągami dalekobieżnymi (w podmiejskich to już inna historia) jeżdżą w przeważającej części zupełnie normalni ludzie - czasami trochę głośni, czasami chrapiący na całe gardło, ale najzupełniej niegroźni, a często bardzo uczynni (walizka!).

Zachwalałam i nadal chwalę wagony dla kobiet w delhijskim metrze. Wiem, że kiedyś były przedziały dla kobiet w indyjskich pociągach (teraz ponoć nie, aczkolwiek głowę bym dała uciąć, że mignął mi ostatnio na dworcu taki napis). Nie są one jednak dla mnie luksusem same w sobie. One są luksusem TUTAJ, w tej konkretnej sytuacji, kulturze. To jest półśrodek, doraźne łatanie większej (kulturowej) dziury, której na szybko się pozbyć nie sposób.

W Europie jednak wolałabym, żeby nie tworzono takich rozwiązań. Jeśli rzecznik ČD twierdzi, że poczucie bezpieczeństwa i odpowiednią obsługę mogą zapewnić tylko w jednym z ok. 60 przedziałów, to sam sobie strzela w stopę. Chcę się czuć tak samo bezpiecznie w czwartym, jak i w pierwszym wagonie pociągu i wiem, że to jest możliwe. Po prostu muszą tam pracować ludzie z jajami. Płeć obojętna.

Poniżej 2 moje ulubione reminescencje z czeskich podróży koleją. 

 

środa, 31 sierpnia 2011

... czyli końskie zaloty po indyjsku

BMD zasugerował, żebym była bardziej dosadna, opisując stosunek Indusów do kobiet w miejscach publicznych. Wydawało mi się, że nie ma  takiej potrzeby, że chyba powiedziałam wystarczająco, a reszty każdy się domyśli. Okazało się, że jednak te różnice między (ogólnie) europejską, a delhijską rzeczywistością trzeba wyraźniej wyartykułować :) Ponieważ to temat-rzeka, odpowiadam tutaj zamiast w komentarzach.

Po pierwsze zaznaczam, że, według mnie, Polska jest jednym z najbardziej seksistowskich krajów Europy. Dziwi mnie to niezmiennie, bo jednocześnie to kraj bardzo niezależnych, inteligentnych i zaradnych kobiet. Kobiet, które mają coś do powiedzenia i z niejedną można konie kraść. Nie rozumiem więc, dlaczego np. w polskich reklamach jest tyle sprośności i prostackiego rechotu na ich właśnie temat. Przyznam, że mnie zatkało, gdy w czerwcu ujrzałam w samiutkim centrum Warszawy wielką (na pół budynku) reklamową płachtę, na której krwistą czerwienią błyszczały ogromne majtasy zsuwające się aż do kostek.  Nie będę się rozwodzić tutaj nad moimi odczuciami, bo zakładam, że nie do mnie skierowana była ta reklama. Chyba jednak sobie firma wykalkulowała, że wystarczająco dużo buractwa w Polsce jest, żeby się opłaciło puścić do niego takie wielkoformatowe oko. Z drugiej strony jest też sporo dziewczyn, które tak te swoje trzeciorzędowe cechy płciowe eksponują, że ciężko jest cokolwiek innego zza nich dojrzeć.  Tymczasem strój to jeden z podstawowych sygnałów, jaki wysyłamy otoczeniu. Problem, o którym wspomniałam w poprzednim wpisie polegał na tym, że nie byłam pewna, czy ta Irlandka zdawała sobie sprawę z tego, jak te sygnały będą odebrane tutaj, w delhijskiej dyskotece. O ile w tłumaczeniu słów przydatne są słowniki, o tyle "przekładanie" wzorców kulturowych jest nieco bardziej skomplikowane.

Zacznijmy od tego, że delhijska ulica:

  • jest wybitnie zmaskulinizowana. Raz, że w faceci przeważają w statystykach demograficznych, dwa, że kobiety o wiele, wiele rzadziej wychodzą na ulicę. Teraz i tak częściej, bo gospodarka się rozwija, kobiety zaczęły pracować, studiować itp. Jeśli rodzina może sobie pozwolić, będzie je wozić szofer, sporo też widać już młodych kobiet samodzielnie prowadzących auta czy motory. Często chodzą grupkami bądź w towarzystwie rodziny. Nigdy same po zmroku, czyli np. po 19.00.
  • nie jest przyzwyczajona do takiej ilości "golizny", jak np. warszawska. Najczęściej widać kobiety w 3-częściowych strojach pendżabskich, czyli dłuższej i dosyć luźnej tunice, do tego szarawary lub coś w rodzaju legginsów i obowiązkowo szal zwany dupatta. Nagie pozostają stopy (najczęściej obute w klapki), ręce zazwyczaj do połowy ramienia i to by było na tyle. Widać od czasu do czasu dziewczyny w dżinsach i koszulkach, ale jest ich stosunkowo niewiele i są to zazwyczaj nastolatki. Natomiast obcisłych koszulek na ramiączka i wystających spod nich staników nie widziałam nigdy.
  • mało jest obcokrajowców, zwłaszcza poza turystycznymi miejscami. W mojej dzielnicy, gdy spotykam obcokrajowca, często się pozdrawiamy, jakbyśmy byli na górskim szlaku. "Hi, how are you" jest w tym przypadku zupełnie na miejscu. Często obcokrajowcy są proszeni o pozowanie do zdjęć, a czasami robi się im zdjęcia i bez proszenia (np. wczoraj chłopaczek na motorze pstryknął mi z komórki przez okno w samochodzie, gdy staliśmy na światłach). Każde przejście ulicą odbywa się pod ostrzałem spojrzeń. Na początku mnie to drażniło, teraz coraz mniej to zauważam.

Niestety niektórzy posuwają się dalej i po prostu bezczelnie i chamsko zaczepiają. To zjawisko tak powszechne, że nawet jest na to nazwa: EVE TEASING (drażnienie Ewy/dokuczanie Ewie). Jest to po prostu eufemizm na określenie molestowania kobiet w miejscach publicznych przez (najczęściej) grupki młodocianych przygłupków (sorry, tak to trzeba nazwać). Zauważyłam, że jest to regułą, że najbardziej mili i usłużni Indusi w grupie dostają małpiego rozumu i nawet ci grubo po dwudziestce zachowują się w najlepszym przypadku infantylnie.

Mogą to być zaczepki słowne (nie szkodzi, że człowiek tego często nie rozumie, kontekst jest aż zanadto jasny) lub charakterystyczne "cmokanie", które najlepiej zignorować lub... odpowiedzieć po polsku. Liczy się bowiem ton, przy tym delikwent się nieco "zawiesza". Do najbardziej błyskotliwych przecież nie należy, a tu sytuacja taka niespodziewana :)

Są i gorsze sytuacje. Zwłaszcza w tłumie, o który przecież w Indiach nietrudno, trzeba uważać, czy coś nam się nie "przykleiło".

Muszę uciekać, więc wrzucam tylko 2 filmiki, które dobrze obrazują problem i jeszcze wrócę do tematu :)

 

 

 
1 , 2
ARCHIPELAG
  • Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Wszystkie zdjęcia i teksty, o ile nie zaznaczono inaczej, są mojego autorstwa i do mnie należą prawa autorskie. Jakiekolwiek wykorzystywanie ich bez mojej zgody jest sprzeczne z prawem. I jest po prostu chamstwem.