Wpisy z tagiem: mieszkanie
piątek, 04 maja 2012
Zdecydowaliśmy się więc na nowe mieszkanie. Jest ich teraz w Delhi sporo, bo nowe apartamentowce wyrastają jak grzyby po deszczu. W zasięgu 1 km od mojego domu wyrosło ich co najmniej 4 w ciągu ostatniego roku. Burzy się stare parterowe budynki, a na ich miejsce powstają 3-4-5 piętrowe. Estetyka ich przypomina bardzo zachodnią (kuchnie, łazienki), używa się jednak nieporównanie więcej kamienia (marmury, granity), co mi się wydaje totalnie niepraktyczne w łazienkach. Do mycia tego nie można używać niektórych środków czystości, np. odkamieniaczy. Trzeba uważać, żeby nie kapnąć na nie np. żelem do toalety, bo autentycznie wypala dziurę w powierzchni. Nie stosuje się też drewna (co najwyżej cieniutkie panele - rzadko). Typowo indyjski pozostaje sam układ mieszkań: zamknięta kuchnia, salon, jadalnia często w głębi mieszkania, bez zewnętrznego okna (jest otwarta na salon albo na wewnętrzny dziedziniec) oraz mnóstwo sypialni z przylegającymi łazienkami. W łazience wanny nie uświadczysz (widziałam tylko raz), przeważają prysznice wyłożone glazurą lub kamieniem (nie ma brodzików). Natomiast w łazienkowej podłodze jest zazwyczaj kilka odpływów przykrytych sitkiem. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego te sitka nie są przytwierdzone na stałe. Poprosiłam właściciela, żeby je poprzyklejał. Przysłał ekipę, a po ich wyjściu dopiero co doczyszczona łazienka i kuchnia wyglądały jak po burzy piaskowej. Nie mam pojęcia, co to za technika, podziwiam rozmach. Wadą tego typu pryszniców jest to, że nieodpowiednio uszczelnione (czyli prawie wszystkie) po prostu przeciekają. Na podwieszanym suficie w łązience już zaczęły się pojawiać plamki i lojalnie poradziłam właścicielowi, żeby sprawdził prysznic sąsiadów z góry, bo ewidentnie przecieka (mieszkanie na górze jest identyczne, właścicielem jest wujek naszego, ale je również wynajmuje). Na razie to nie jest problem, ale za 2 lata sufit będzie do wymiany. Spojrzał na mnie, jak na wariatkę, a potem stwierdził, że zacieki powstały w wyniku użytkowania prysznica PRZEZ NAS. Zapytałam go od kiedy to woda leci DO GÓRY??? Potem jednak machnęłam ręką, bo szkoda mojego czasu na rozmowy z tym typem. Na razie plamki są niewielkie, a gdy zbutwiały sufit zwali się komuś na głowę, to to już nie będę ja :)) Odpływ pod zlewem w kuchni to dyndająca rurka wpuszczona w dziurę w podłodze (we wszystkich mieszkaniach). Nietrudno się domyśleć, że łatwo o zalanie całej kuchni, a i widok ziejącej czarnej dziury pod zlewem mnie nie bawi. Dopiero na naszą prośbę umocowano ją w odpływie: Poza tym przeciekały WSZYSTKIE odpływy w zlewach (a mamy ich 4). W jednym z nich (który zresztą nam się szczególnie spodobał przy oglądaniu mieszkania), trzeba było wymienić rurkę odpływu, gdyż w założeniu miała się ona znajdować w lini prostej pod baterią, tak jak tutaj. Niestetyż przy montażu się bateria przesunęła w prawo (tu się robi wszystko na oko, już to przyuważyłam), a metalowej rurki niestety nie dało się wygiąć w lewo. Zamontowano ją jednak, a jakże, z tym, że tworzyła raczej atrapę odpływu (akurat dla oglądających mieszkanie), natomiast przy pierwszym użytkowaniu okazało się, że więcej wody spływa OBOK niż w niej. Zastąpiono ją więc harmonijkową rurką z tak cienkiego plastiku, że spokojnie można ją przebić szpilką. Nie wspomnę o takim szczególe, jak estetyka. Najlepsze jednak było przed nami. W jednej z łazienek zauważyliśmy, że odpływ w sedesie nie funkcjonuje dobrze i często się zapycha. Przysłano nam fachowca. Ponieważ byliśmy umówieni na mieście, zostawiliśmy go medytującego nad kibelkiem w towarzystwie właściciela mieszkania. Po powrocie nie zastaliśmy ich już, natomiast toaleta prezentowała się jak niżej: Szlag nas trafił! Nigdy wcześniej nie widziałam, żeby trzeba było zrywać sedes w celu przepchania go. Jeszcze przed naszym wyjściem właściciel tłumaczył nam, że to drobnostka, a nie wada montażu (do tej pory nie byłam też świadoma, że można źle zamontować coś tak prostego, jak kibel). Zresztą, chociaż się nie znam, to widzę w podłodze jeden otwór, a w sedesie chyba ze 3, więc coś tu chyba nie gra. Następnego dnia fachowiec skończył robotę (nie wiem, co tam zrobił, dla własnej zdrowotności wolałam się nie zbliżać). Ważne, że sedes, póki co, działa. Następnie właściciel, z własnej inicjatywy, przysłał panów do wymiany niedziałąjących żarówek (twierdził, że wszystkie powinny być sprawne i sam je reklamował w firmie, która budowała dom!). Lamp i lampek jest tu bez liku, więc nawet nie zauważyliśmy kilku zepsutych żarówek. Były inne, pilniejsze potrzeby, a ten się uparł na te lampy!. Musiałam czekać na faceta z firmy budowlanej, który przyszedł... policzyć żarówki. Nie wymienić. Policzył, zapisał i poszedł. Za tydzień znowu to samo. Myślałam, że już kogoś do wymiany przysłali, ale drugi wysłannik również policzył, zapisał i poszedł. I jeszcze jeden. Dopiero czwarty (w parze z piątym) przyszedł je wymienić. Liczba się nie zgadzała, więc wysłał piątego na rynek po brakujące żarówki. Nadmienię też, że oprócz żarówek panowie ze sprzętu posiadali śrubokręt i nic więcej. Dobrze, że mamy drabinę składaną, bo inaczej chyba by musieli robić akrobacje, żeby wspiąć się do sufitu (może dlatego przyszli w parze). Z naszą drabiną obskoczyli zresztą wszystkie mieszkania w domu (nikt inny nie miał!). Po niedługim czasie zepsuł się dzwonek u drzwi, co zapewniło nam błogi spokój od natrętów zresztą. Długo się tak jednak nie dało i w końcu zawitał odpowiedni fachowiec. Dzwonek zadziałał, ale zdecydowanie zmienił położenie: Spytałam pana, czy zamierza tak to zostawić. No tak, bo on jest przecież tylko od naprawiania, a dzwonek już działa. Zadzwoniłam do właściciela i zapytałam, czy według niego to ok, że dzwonek w swojej nowej naprawionej odsłonie zwisa na kablu z dziury w ścianie. Pogadał z fachowcem i stwierdził, że tak, OK, a poza tym fachowiec nie ma narzędzi do zamocowania dzwonka. Że wróci dokończyć. Oczywiście wszyscy troje wiedzieliśmy, że to to bujda. Na początku postanowiłam zostawić to w tym stanie (skoro tak chce, to niech tak ma), ale za każdym razem, gdy przechodziłam obok, drażnił mnie ten widok i koniec końców sama go zamocowałam i zagipsowałam dziurę. Podobny numer odstawili panowie montujący klimatyzację. Po ich wyjściu ściana nadawała się do remontu: Nie dość, że wyrąbali dziurę wielkości pięści (a mogli przecież zasłonić ją skrzynią klimatyzacji), to upstrzyli ścianę wokół śladami brudnych łap! Na dodatek nie wiedzieli (ale szczerze!), o co się czepiam. Znajomi, którym o tym powiedziałam, poradzili, żebym wzięła ekipę do malowania ścian. Ja jednak wolałam sama zagipsować tą dziurę i pomalować ścianę. W gruncie rzeczy to jest bardzo relaksująca praca - w odróżnieniu od kontaktu z indyjskimi fachowcami. *No i jeszcze dodatkowo relaksuje mnie to (a propos tytułu :))
czwartek, 03 maja 2012
Wpis zainspirowany duo.na i jej przygodami z chińskimi kranami. Mam świetny pomysł na zwiedzanie Delhi: zadzwońcie do 2-3 pośredników i powiedzcie, że właśnie przeprowadziliście się do tej prześwietnej metropolii i szukacie mieszkania. Przygotują Wam kilka propozycji, obwiozą klimatyzowanym samochodem (choć tu zdarzają się wyjątki) i jeszcze na dodatek wprowadzą do mieszkań. Niekoniecznie pustych. Czyż nie jest to spełnienie marzenia podróżnika - znaleźć się za kulisami indyjskiej codzienności? Myślę, że przy turystycznym podejściu może to być bardzo pouczające, a nawet zabawne. Dla tych, którzy muszą jednak zdecydować się na jedno z tych mieszkań - nieco deprymujące. Co roku myślimy o zmianie mieszkania. Nasze jest dla nas zdecydowanie za duże (tutaj po prostu nie ma małych mieszkań, szczególnie tych w tzw. porządnych dzielnicach i jako takim standardzie), okolica spokojna (czyt. nudna). Jest nowe i czyste (nie muszę się brzydzić np. łazienki). Dodam, że obecnie jest zdecydowanie bardziej czyste, niż gdy się do niego wprowadzaliśmy. Jego największą wadą (oprócz powierzchni i lokalizacji) jest jednak właściciel i jego wścibska mamusia - parka z piekła rodem, którym w głowie tylko $$$$$. Co miesiąc słyszymy (właściwie tylko Sir, bo ze względu na moją narastającą alergię i niewyparzony język jestem litościwie zwolniona z comiesięcznego obowiązku oglądania ich gąb), że przy odnawianiu umowy (co 11 miesięcy), będzie podwyżka. Ile? Zależy od rynku, cokolwiek przez to rozumieją. Rok temu wyniosła 5%, ale wynegocjowaliśmy ją jeszcze przed wprowadzeniem się (tak, podwyżkę po 11 miesiącach). Ostatnio jednak, przy przedłużaniu umowy, właściciel nie chciał się określać zawczasu - nie mógł przeboleć, że rok wcześniej stracił taką piękną okazję, żeby nas oskubać jeszcze bardziej. Pewnie szykuje dla nas grubą niespodziankę i może to w końcu zmobilizuje nas do rozejrzenia się za czymś bardziej odpowiadającym naszym potrzebom. Niestety, to nie takie proste i muszę się do tego psychicznie przygotować, mając w pamięci koszmar poprzednich poszukiwań. Nowym czytelni(cz)kom blogu polecam lekturę starszych wpisów na ten temat - są zalinkowane po prawej stronie. Najgorsze są łazienki i kuchnie, czyli właśnie to, co dla mnie najważniejsze. Przeważa estetyka a la zapuszczony gierkowski akademik: Szkoda tylko, że wynajem za taki "akademik" ZACZYNA się od ponad 4 tys. PLN.
Łazienka po kompleksowym remoncie - zachowany tu jest typowy indyjski odsłonięty prysznic. Czyli podczas ablucji rozchlapujemy wodę po całym pomieszczeniu. Przecież nie my ją będziemy wycierać! Muszę przyznać, że w nowych mieszkaniach już ich nie widuję. Okazało się zatem, że nie ma co liczyć na to, że znajdziemy mieszkanie używane w dobrym stanie. "Używane" równa się w Delhi "zasyfione". Nasz broker od początku nam to powtarzał, ale oczywiście musieliśmy to zobaczyć na własne oczy. "Nowe" jednak też nie znaczy "idealne". Przez pierwszy miesiąc przez nasze mieszkanie przewinęło się kilkunastu fachowców, co - według właściciela - jest najzupełniej normalne, gdyż "nowe mieszkanie jest jak noworodek, który musi zostać gruntownie przebadany". Mówiłam już, że on jest durny? Znowu się rozpisałam, a to miał być tylko wstęp. CDN!
środa, 02 lutego 2011
To teraz niech ktoś mi zarzuci brak cierpliwości!!
czwartek, 09 grudnia 2010
Mamy więc 2 oferty: jedna nam się podoba bardziej, ale jest dalej od pracy, druga mniej atrakcyjna, ale bliżej. Umawiamy się z pierwszym włascicielem: miło, herbatka, ciasteczka, ale jak przychodzi do negocjacji, facet się zapiera nogami i rękami i nie chce spuscić z ceny ani pół rupii. Poza tym chce czynsz za 3 miesiące z góry plus 3 miesiące kaucji, czyli w sumie wynajem za pół roku!!! Do tego 10% podwyżki po roku. Dla nas nie do przyjęcia. W rezultacie ciasteczka nam ugrzęzły w gardle i wyszlismy z niczym. No cóż, pocieszamy się, przynajmniej będzie bliżej. U drugiego znowu herbatka, ciasteczka. Bardziej skłonny do ustępstw, w zasadzie bez szemrania zgodził się na moją wersję umowy, aaaale... Postawilismy warunek, że musi dokonać kilku poprawek, zanim się wprowadzimy i przede wszystkim posprzątać. Dajemy mu na to tydzień. On, że po co tak długo, że on przecież TRACI pieniądze i obiecuje, że za 2 dni będzie wszytko gotowe. Za 2 dni przyjeżdżamy, nie jest gotowe NIC. Bo cos tam cos tam, będzie za 2 dni, już na pewno. Ręce mi opadają, ale co robić. Zgodnie z naszym przewidywaniem, za kolejne 2 dni jest zrobione tak ok. 70% poprawek, ale syf jak był, tak został. Nie uprzątnęli nawet gratów z szaf, którymi były zawalone (a przecież tam nikt nie mieszkał!), nie mówiąc o toaletach ze sladami użytku i innych, równie atrakcyjnych, detalach. Pytam się, powstrzymując resztką woli: "Według Pana to mieszkanie jest czyste?", a ten bezczelnie odpowiada: "Będą pieniądze, będzie czysto". "Ale to już chyba nie nasze pieniądze. Do widzenia!" Odwrócilismy się na pięcie i wyszlismy. W gruncie rzeczy bylismy przekonani o słusznosci naszej decyzji, chociaż znowu stracilismy 5 dni. Na szczęscie zaczął do nas wydzwaniać pierwszy własciciel i w rezultacie zgodził się na 90% naszych warunków. My bylismy już wymęczeni i tym szukaniem i mieszkaniem w hotelu (o tym później), więc dosyć szybko się dogadalismy. Jeszcze próbował w umowie zaokrąglać końcówkę 150 do 1.000 w górę (sic!), ale się bardzo przy tym nie upierał na szczęscie. Pozostało już tylko się spotkać i podpisać umowę. I tu na scenę wkracza BABKA VEENA (współwłascicielka mieszkania). Oswiadcza stanowczo, że ona żadnej umowy nie podpisze, dopóki nie skończy się Pitru Paksha, hinduskie swięto zmarłych, które trwa, bagatela, ok. 15 dni!!!! Bogobojni hindusi wierzą, że w tym czasie należy powstrzymać się od zawierania wszelkich poważnych transakcji. No cóż, na takie dictum nie pozostało nam nic innego, jak czekać, chociaż nawet wypytani przez nas na tę okolicznosć indyjscy koledzy przyznali, że musielismy trafić na wyjątkową dewotkę. Widać jednak i jej wiara nie była tak niezachwiana, bo po 3 dniach zadzwonił broker z wiescią, że babka Veena jest gotowa zgrzeszyć w najbliższy piątek (była sroda) :) Nigdy w życiu bym się nie spodziewała, że będziemy w Indiach sprowadzać staruszki na złą drogę :) |
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Archipelag
Indie i okolice
Indus, jaki jest
Inne, nie mniej interesujące, rejony
Ja - asiaya@gazeta.pl
Z mojego balkonu
Znaleźć mieszkanie w Delhi
...zwiedzając Delhi
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||