sobota, 19 maja 2012
Khadi to ręcznie tkany materiał bawełniany/jedwabny/wełniany. Splot ma trochę grubszy, nieregularny. Jedwabie są dosyć sztywne, szorstkie. Jednak to nie zalety tych tkanin sprawiły, że khadi odegrał tak ważną rolę w historii Indii. Mahatma Gandhi uczynił z niego ważny symbol walki o niepodległość (tutaj kilka jego wypowiedzi na ten temat). Jak Indie długie i szerokie zapłonęły stosy ubrań sprowadzanych z Anglii, ogłoszono ich bojkot i wezwano do ubierania jedynie odzieży wyprodukowanej w Indiach. Sam Gandhi dawał przykład, nie rozstając się z kołowrotkiem (charkha) nawet podczas ważnych spotkań.
fot. Margaret Bourke-White, więcej zdjęć kołowrotków w Indiach tutaj W khadi Gandhi złożył również oficjalną wizytę w dżdżystym Londynie.
fot.http://astroppm.blogspot.com Wyłącznie z khadi szyje się indyjskie flagi. Tak nazywają się również sklepy sprzedające ręcznie tkane ubrania, nie wszystkie tak skromne, jak te, które nosił swego czasu Gandhi. Natomiast jego podobizna nadal jest wykorzystywana w celach marketingowych. Można w nich kupić również kosmetyki ayurwedyjskie, wykorzystujące lokalne surowce... jak również zioła lecznicze, suplementy itp. Poniżej sok z amli, liściokwiatu garbnikowego, czyli indyjskiego agrestu. Szczególnie polecany ze względu na wysoką zawartość witaminy C i właściwości bakteriobójcze. W smaku koszmarnie cierpki :) Można tam też znaleźć leki na całkiem współczesne bolączki: Czegoś takiego Gandhi raczej nie zażywał:
A dzisiaj - o ironio! - przeczytałam na Olzusowym blogu o pomysłach pewnej Angielki zastąpienia bielizny Made in China majtami szytymi od A do Z w Wielkiej Brytanii!
piątek, 18 maja 2012
W Delhi (a podejrzewam, że w innych indyjskich miastach również) jest dużo opcji zakupów z dostawą do domu. Chłopak na posyłki jest dla pracodawcy tani, a dodatkowo może uzbierać trochę grosza z napiwków. Zazwyczaj składam zamówienia w sklepiku na naszym dzielnicowym rynku, gdzie nas znają i mniej więcej kojarzą, co kupujemy. Niestety, szwankuje nieco komunikacja w tym trybie i często dostaję coś, czego w ogóle nie zamawiałam. Właśnie dotarły jajka Keggs zamiast wody Catch :) Można również zrobić zakupy w sklepie osobiście i zabrać ze sobą jedynie szybko psujące się rzeczy. Resztę doniosą pod wskazany adres. Czasami jednak przychodzi czekać na nie ładnych kilka godzin, dzwoniąc raz po raz do sklepu :) Na wszelki wypadek nie zamawiam niczego, jeśli wiem, że planuję wyjście, nawet w perspektywie 5 godzin. Oprócz sklepów, do domu dostarczają również restauracje (nawet te bardzo skromne, popularne, minimum zamówienia nie jest duże), pralnie, itp. Jest jeden wyjątek: nie ma delivery na alkohol. Sprzedawcy twierdzą, że to zabronione ustawowo, ale coś mi się wydaje, że to bujda.
czwartek, 17 maja 2012
Kiedy pisałam tutaj o obsesji białej skóry w Indiach, nie zdawałam sobie sprawy, że w czymś mi ona może skomplikować życie. W końcu kremów, żeli i innych specyfików wybielających kupować nie muszę. Musiałam jednak pilnie zrobić zdjęcia do paszportu. Do tej pory robiłam mnóstwo zdjęć legitymacyjnych tutaj (potrzebne do wszystkiego - internetu, telefonu, etc.), ale w większości na potrzeby albo firm, albo urzędów indyjskich, które nie wybrzydzają i wezmą każdą fotę, byleby było widać, że człowiek, nie małpa. Paszport jednak to nie przelewki, wymagania bardzo konkretne, a i sama nie chciałabym straszyć podobizną przez następne 10 lat. Na początku - o święta naiwności!- poszłam po prostu i poprosiłam o zdjęcie paszportowe. Okazało się być niezgodne z normami, które ambasada umieściła na swojej stronie. No dobra, gupia ja, powinnam była iść z rysunkiem-wzorem. Poszłam z wydrukiem instrukcji. Zrobił zdjęcie, było wymiarowe, tylko... wyglądałam na nim jak śmierć na chorągwi - blada, z zapadniętymi policzkami i podkrążonymi oczami. Sir się ze mnie śmiał, że przypominam jakieś emo, neogotycką pannę, coś w tym stylu. Indyjscy fotografowie mają po prostu i aparaty, i oświetlenie ustawione na rozjaśnianie ciemnejszych oblicz, po czym w Photoshopie rozjaśniają je jeszcze bardziej i zwiększają kontrast (czyszcząc niedoskonałości cery przy okazji :)) Dzisiaj spytałam dwie znajome, czy znają jakichś fotografów, którzy wiedzą, co to znaczy "nie wybielać". Jedna poleciła mi miejsce w dzielnicy ambasad ("oni tam znają wszystkie normy, bo robią głównie zdjęcia do wiz"). Pojechałam, znalazłam, zakład mieścił się w jednym małym pomieszczeniu wraz z pralnią. Na ścianie wisiały zdjęcia paszportowe podpisane nazwami krajów (myślałam, że panuje w tym temacie większa standaryzacja, prawdę mówiąc). Mina mi dopiero zrzedła, gdy pan kazał usiąść na swoim krześle (wtedy zauważyłam za jego plecami zszarzałą, brudną - niegdyś białą - zasłonę), wyciągnął zwykłego kieszonkowego Coolpixa i strzelił mi lampą prosto w oczy. Rzuciłam okiem na zdjęcia: nie dość, że były krzywe, zza szmaty wyzierała ściana, to miałam jedną wielką plamę światła zamiast okularów. Podziękowałam i poszłam na Khan Market, żeby poszukać drugiego z polecanych fotografów. Wchodzę do przyjemnie schłodzonego pomieszczenia wprost z rozgrzanej ulicy, patrzę, mają specjalne miejsce do robienia zdjęć, sprzęt. Mówię, po co przyszłam, siadam na stołeczku i proszę: "Please, not so white!" i upewniam się jeszcze: "Aća?" (dobrze?), "Aća, aća, thick hai" (dobrze, dobrze, OK) - kiwamy oboje głowami. Następnie proszę, żeby mi pokazał zdjęcia na ekranie i widzę, że są... prześwietlone. On mnie zapewnia, że wszystko jest OK, to "się zrobi" w Photoshopie. Mhm, owszem, przyciemnili po całości i udało im się uzyskać mój "normalny" odcień skóry, ale włosy przy tym mam... kruczoczarne (w rzeczywistości ciemny blond). No trudno, niech i tak będzie... Po tym wszystkim zaliczyłam jeszcze wizytę w ambasadzie, złożyłam wniosek i zapłaciłam za nowy paszport - bagatela - 7500 rupii (ok. 500 zł). Drogo sobie liczy nasze państwo za usługi dla emigracji... Delhijski saturator - z dedykacją dla Chiary
wtorek, 15 maja 2012
Kulfi, czyli indyjskie lody mają bardzo kremową konsystencję i intensywny smak kardamonu - przynajmniej te, których spróbowałam. Właśnie przechodził pod oknem kulfi wallah, dzwoniąc i nawołując. Kilka osób się skusiło, i to wcale nie dzieci :)) Lody produkowane są i przechowywane w metalowych rożkach. Po opróżnieniu ich, kulfi wallah napełnia je ponownie mleczną masą z bańki,... ... rożki umieszcza w skrzyni, ... ... a następnie wtyka w każdy z nich po patyczku. Po czym zamyka skrzynię i idzie dalej. Zanim znajdzie następnych kupców, lody zdążą się zamrozić! |
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Archipelag
Indie i okolice
Indus, jaki jest
Inne, nie mniej interesujące, rejony
Ja - asiaya@gazeta.pl
Z mojego balkonu
Znaleźć mieszkanie w Delhi
...zwiedzając Delhi
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||