O życiu z oddali, czyli z Delhi. Dzień po dniu zdrapuję lakier egzotyki z indyjskiej codzienności, aby pokryć ją patyną własnych doświadczeń. Czasami jednak muszę uciec stąd i o tym również piszę.

Życie codzienne

sobota, 03 listopada 2012

Zacznijmy od tego, że takiej pory roku nie ma w mojej lodówce! W ciągu zaledwie kilku dni temperatury spadły o ok. 10 stopni - z 30 do ok. 20. "A gdzie te najfajniejsze 27-26-25?" - się pytam! Wiatraki już nie mielą powietrza pod sufitami, z szafy wyciągnęłam wciśniętą tam w marcu kołdrę, przeprosiłam się z długimi rękawami i skarpetami. Nareszcie można oddychać, można odciąć pępowinę od klimatyzacji, można jechać samochodem z uchyloną szybą.

niedziela, 28 października 2012

Ostatnio mój znajomy rzucił w rozmowie: "Świat, który znaliśmy, już nie istnieje". Zapadło mi to w pamięć. Nie jestem jednak pewna, który świat miał na myśli. Prawdopodobnie jego świat dosyć się różni od mojego, a mój teraźniejszy od mojego wcześniejszego. 

Ostatnio dość niespodziewanie nadarzyła się okazja, abym przez ok 3 tyg. spojrzała na tutejszą rzeczywistość z perspektywy biura i luksusowego hotelu. To naprawdę inny świat.

niedziela, 02 września 2012

W poszukiwaniu kawiarni. Wejść czy nie wejść - oto jest pytanie

To było twarde wczesnoporanne lądowanie po całonocnym locie. Pamiętam jak dziś mój szok po tym, gdy zamknęly się za moimi plecami drzwi lotniska im. Indiry Gandhi, a przede mną ukazał się widok... no właśnie - żaden, okulary mi zaparowały. Zamiast powietrza, otaczała mnie szara wilgotna wata o specyficznym zapachu. Wśród kartoników z nazwiskami, którymi wymachiwał tłumek ciemnookich mężczyzn przed nami, usiłowaliśmy znaleźć nazwisko Sir'a. Nie widzieliśmy. Ale znaleźliśmy coś, co brzmiało jak daleka jego reminescencja. Zapytaliśmy o nazwę hotelu. Zgadzała się. Kierowca zdziwiony, że się zawahaliśmy: "Sir, nie zna Pan swojego nazwiska?". W takiej wersji przyznam, że nie.

Zaczęła się jazda. Prawdę mówiąc oczy mi się kleiły (w samolocie nie zmrużyłam oka) i najchętniej ucięłabym krótką drzemkę, ale jak tu spać, gdy za oknem widoki, jakich w życiu nie doświadczyłam! Na dodatek kierowca najwidoczniej również miał za sobą ciężką noc, bo widziałam w lusterku, że oczy mu się od czasu do czasu zamykały. Musieliśmy zatem zapewnić mu konwersację. Radośnie poinformował nas o ilości potomków, ubolewając nad kosztami generowanymi przez nie i dodając, żebyśmy wzięli to pod uwagę, decydując o wysokości napiwku. On również zadał nam kilka pytań, z których najbardziej wprawiło mnie w zdumienie to o cenę walizki. "Walizki?" - upewniłam się, że nie mam omamów ze zmęczenia i że dobrze zrozumiałam jego subkontynentalny angielski. "Tak, tej walizki" - pogładził z czułością mój bagaż rozpostarty na przednim siedzeniu obok niego. 

Widok Connaught Place mnie nie zachwycił. Poprosiłam R., sympatyczną Induskę, która towarzyszyła nam pierwszego dnia, żeby zaprowadziła nas do  centrum miasta. "To jest centrum" - odparła nieco urażona.

Były to pierwsze z długiej serii naszych "zdziwień". W ciągu dwóch lat oczywiście do wielu rzeczy się przyzwyczailiśmy, zdarzyło się kilka miłych niespodzianek. 

W ramach podsumowania zebrałam 15 rzeczy na TAK i 15 na NIE. Oto one:

15 rzeczy, które polubiłamw Indiach:

  1. Prasa, książki, stare indyjskie kino w cenach bardzo miłych dla portfela. Powszechność angielskiego jest wielkim ułatwieniem na codzień
  2. Herbata z Darjeeling i kawa z Kerali
  3. Goa 
  4. Old Delhi, Hauz Khas i Muzeum Indiry Gandhi
  5. Holi i ogólnie kolory na ulicach
  6. Mango i woda kokosowa
  7. Indyjskie wesela i zaproszenia na nie
  8. Riksze 
  9. Ayurwedyczne kosmetyki Khadi, zwłaszcza ich szampony
  10. Mehendi
  11. Podgladanie życia codziennego Delhijczyków
  12. Świetlne dekoracje przed Diwali
  13. Delhijski Festiwal Jazzowy 
  14. Tanie rozmowy telefoniczne
  15. Prowadzenie bloga!! Gdyby nie Indie, nie byłoby bloga!

15 rzeczy, których (nadal) nie lubię w Indiach:

  1. New Delhi i Agra - miejskości w Delhi jest tyle, co kot napłakał, Agra poza murami Taj Mahal to dramat i masakra
  2. Brud i niechlujstwo, zanieczyszczenie powietrza, wody, żywności
  3. Bieda. Trudny temat, do tej pory nie wiem, jak go ugryźć.
  4. Hałas - ten na codzień na ulicy i ten od święta
  5. Brak ruchu - relaksujący spacer po delhijskiej ulicy jest nie do pomyślenia. Na spacery tudzież jogging trzeba udać się do parku.
  6. Taksówkarze, którzy nie mają pojęcia o mieście i nie umieją czytać map
  7. Fauna różnego rodzaju biegająca po ulicach, a czasem wchodząca też do domów (no, może z wyjątkiem tego kota, który nas odwiedza)
  8. Silna hierarchia i brak szacunku dla tych, którzy stoją niżej na tej drabinie, zwłaszcza dla służby. Nadal, gdy jestem tytułowana per ma'am, czuję się jak stara bogata matrona.
  9. Targowanie, pazerność i różne tam takie machlojki
  10. Trzęsienia ziemi, upały i zamachy terrorystyczne oraz związane  z tym środki bezpieczeństwa
  11. Notoryczne przerwy w dostawie prądu, wody, internetu, ogólnie stan techniczny mieszkań i warunki wynajmu
  12. Eve teasing, czyli gówniarski stosunek do kobiet wielu młodych Dehijczyków
  13. Hipokryzja - traktowanie alhoholu jak diabła wcielonego, a publicznego okazywania uczuć jak przestępstwa
  14. Bollywood i wiecznie te same twarze w reklamach wszystkiego
  15. I że jest tak daleko od Europy!

A Indusi? Często słyszę, że największym pozytywem Indii są ludzie. Muszę stwierdzić, że rzeczywiście - za najfajniejszymi momentami naszego pobytu stoją nasi indyjscy przyjaciele i znajomi, ale za najgorszymi niestety również ich rodacy. Czyli normalnie :)

poniedziałek, 13 sierpnia 2012
sobota, 19 maja 2012

Khadi to ręcznie tkany materiał bawełniany/jedwabny/wełniany. Splot ma trochę grubszy, nieregularny. Jedwabie są dosyć sztywne, szorstkie.

Jednak to nie zalety tych tkanin sprawiły, że khadi odegrał tak ważną rolę w historii Indii. Mahatma Gandhi uczynił z niego ważny symbol walki o niepodległość (tutaj kilka jego wypowiedzi na ten temat). Jak Indie długie i szerokie zapłonęły stosy ubrań sprowadzanych z Anglii, ogłoszono ich bojkot i wezwano do ubierania jedynie odzieży wyprodukowanej w Indiach. Sam Gandhi dawał przykład, nie rozstając się z kołowrotkiem (charkha) nawet podczas ważnych spotkań. 

fot. Margaret Bourke-White, więcej zdjęć kołowrotków w Indiach tutaj

W khadi Gandhi złożył również oficjalną wizytę w dżdżystym Londynie.

fot.http://astroppm.blogspot.com

Wyłącznie z khadi szyje się indyjskie flagi. Tak nazywają się również sklepy sprzedające ręcznie tkane ubrania, nie wszystkie tak skromne, jak te, które nosił swego czasu Gandhi. Natomiast jego podobizna nadal jest wykorzystywana w celach marketingowych. 

Khadi 1

Khadi 2

Można w nich kupić również kosmetyki ayurwedyjskie, wykorzystujące lokalne surowce... 

khadi 8

Khadi 4

Khadi 5

jak również zioła lecznicze, suplementy itp. Poniżej sok z amli, liściokwiatu garbnikowego, czyli indyjskiego agrestu. Szczególnie polecany ze względu na wysoką zawartość witaminy C i właściwości bakteriobójcze. W smaku koszmarnie cierpki :)

khadi 3

Można tam też znaleźć leki na całkiem współczesne bolączki:

Khadi 6

Czegoś takiego Gandhi raczej nie zażywał:

Khadi 7................................................

A dzisiaj - o ironio! - przeczytałam na Olzusowym blogu o pomysłach pewnej Angielki zastąpienia bielizny Made in China majtami szytymi od A do Z w Wielkiej Brytanii!

czwartek, 03 maja 2012

Wpis zainspirowany duo.na i jej przygodami z chińskimi kranami

Mam świetny pomysł na zwiedzanie Delhi: zadzwońcie do 2-3 pośredników i powiedzcie, że właśnie przeprowadziliście się do tej prześwietnej metropolii i szukacie mieszkania. Przygotują Wam kilka propozycji, obwiozą klimatyzowanym samochodem (choć tu zdarzają się wyjątki) i jeszcze na dodatek wprowadzą do mieszkań. Niekoniecznie pustych. Czyż nie jest to spełnienie marzenia podróżnika - znaleźć się za kulisami indyjskiej codzienności?

Myślę, że przy turystycznym podejściu może to być bardzo pouczające, a nawet zabawne. Dla tych, którzy muszą jednak zdecydować się na jedno z tych mieszkań - nieco deprymujące. 

Co roku myślimy o zmianie mieszkania. Nasze jest dla nas zdecydowanie za duże (tutaj po prostu nie ma małych mieszkań, szczególnie tych w tzw. porządnych dzielnicach i jako takim standardzie), okolica spokojna (czyt. nudna). Jest nowe i czyste (nie muszę się brzydzić np. łazienki). Dodam, że obecnie jest zdecydowanie bardziej czyste, niż gdy się do niego wprowadzaliśmy.

Jego największą wadą (oprócz powierzchni i lokalizacji) jest jednak właściciel i jego wścibska mamusia - parka z piekła rodem, którym w głowie tylko $$$$$. Co miesiąc słyszymy (właściwie tylko Sir, bo ze względu na moją narastającą alergię i niewyparzony język jestem litościwie zwolniona z comiesięcznego obowiązku oglądania ich gąb), że przy odnawianiu umowy (co 11 miesięcy), będzie podwyżka. Ile? Zależy od rynku, cokolwiek przez to rozumieją. Rok temu wyniosła 5%, ale wynegocjowaliśmy ją jeszcze przed wprowadzeniem się (tak, podwyżkę po 11 miesiącach). Ostatnio jednak, przy przedłużaniu umowy, właściciel nie chciał się określać zawczasu - nie mógł przeboleć, że rok wcześniej stracił taką piękną okazję, żeby nas oskubać jeszcze bardziej. Pewnie szykuje dla nas grubą niespodziankę i może to w końcu zmobilizuje nas do rozejrzenia się za czymś bardziej odpowiadającym naszym potrzebom. 

Niestety, to nie takie proste i muszę się do tego psychicznie przygotować, mając w pamięci koszmar poprzednich poszukiwań. Nowym czytelni(cz)kom blogu polecam lekturę starszych wpisów na ten temat - są zalinkowane po prawej stronie.

Najgorsze są łazienki i kuchnie, czyli właśnie to, co dla mnie najważniejsze. Przeważa estetyka a la zapuszczony gierkowski akademik:

Delhi julio agosto 2011 120

Delhi julio agosto 2011 124

Delhi julio agosto 2011 088

Szkoda tylko, że wynajem za taki "akademik" ZACZYNA się od ponad 4 tys. PLN. 

Delhi julio agosto 2011 154Łazienka powyżej była zachwalana argumentem, że "tu mieszkali Niemcy" :)

Delhi julio agosto 2011 121Łazienka po małym liftingu, czyli dosztukowane kafelki i gipsowane dziury. Zostałam zapewniona, że właściciel może ją wyremontować na moje życzenie. Oczywiście marzę o tym, żeby robić za nadzorcę remontu w czyimś mieszkaniu, dodatkowo płacąc niemały czynsz. Nie wspominając, że w Indiach to jest strasznie frustrująca praca, bo jak wytłumaczyć komuś, że coś spieprzył, kiedy on tego NIE WIDZI. 

Delhi julio agosto 2011 139W ramach wyjątku - kuchnia. Nie mogłam się powstrzymać przed pokazaniem tej wykładanej marmurem oazy luksusu. Całe mieszkanie zresztą zasługuje na uwagę i niewykluczone, że jeszcze tu zagości.

Delhi julio agosto 2011 101

Łazienka po kompleksowym remoncie - zachowany tu jest typowy indyjski odsłonięty prysznic. Czyli podczas ablucji rozchlapujemy wodę po całym pomieszczeniu. Przecież nie my ją będziemy wycierać! Muszę przyznać, że w nowych mieszkaniach już ich nie widuję.

Okazało się zatem, że nie ma co liczyć na to, że znajdziemy mieszkanie używane w dobrym stanie. "Używane" równa się w Delhi "zasyfione". Nasz broker od początku nam to powtarzał, ale oczywiście musieliśmy to zobaczyć na własne oczy. 

"Nowe" jednak też nie znaczy "idealne". Przez pierwszy miesiąc przez nasze mieszkanie przewinęło się kilkunastu fachowców, co - według właściciela - jest najzupełniej normalne, gdyż "nowe mieszkanie jest jak noworodek, który musi zostać gruntownie przebadany". Mówiłam już, że on jest durny?

Znowu się rozpisałam, a to miał być tylko wstęp. CDN!

piątek, 27 kwietnia 2012

Powinno być już ze 38 stopni, a tymczasem mamy przyjemne 30. Na dodatek kilka razy w tygodniu PADA (burze z piorunami)! O tej porze roku NIGDY w Delhi nie padało. Z jednej strony dobrze, bo temperatury po burzy spadają nawet do 23 stopni, z drugiej strony - uaktywniły się komary! Podczas deszczów zanika czasami sygnał w kablówce - zupełnie jak w monsunie - i widzimy taki oto komunikat:

W przypadku silnego deszczu na odzyskanie sygnału proszę czekać, aż przestanie padać.

tele monsun

Mimo wszystko przestawiliśmy się już na letnie menu: wodę kokosową (wprost z kokosa albo z puszki - import z Tajlandii), melony, mango itp.

Delhi abril 2011 012blox

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

obiad poludniowoindyjski 1

Thali - zestaw dań, składający się z różnych chlebków, ryżu, warzyw, marynat, sosów.

fot. Wikipedia

Tiffin carrier, czyli dabba, czyli po prostu menażka na obiad. W Bombaju istnieje cały rozbudowany system dostarczania obiadów z domów do miejsc pracy. W Delhi tego nie widuję, aczkolwiek sąsiadowi, właścicielowi sklepu na naszym rynku, służący przynosi codziennie obiad w takiej właśnie menażce. Widziałam też wersje plastikowe, przypominające duże termosy.

Krótki film o dabbawallas:

Wbrew pozorom, Indusi nie jedzą codziennie poza domem i nie za bardzo mają zaufanie do street food. Nie ma to, jak domowy posiłek! My też, po ograniczeniu ilości posiłków "na mieście" zauważyliśmy dużą poprawę stanu naszych żołądków :)

sobota, 21 kwietnia 2012

Tradycyjna kuchnia bengalska obfituje w dania rybne. Ojciec mojej znajomej, pochodzący właśnie z Bengalu, je ryby codziennie! Nie dziwi zatem, że największy targ specjalizujący się w rybach znajduje się w dzielnicy zamieszkałej przez Bengalczyków, Chittaranjan Park.

Jeździmy tam zazwyczaj raz w miesiącu, zawsze wieczorem (otwiera się po południu). Ciężko było na początku się połapać w nieznanych nam gatunkach ryb. Zapisywaliśmy w notesie i sprawdzaliśmy w domu w Google :) Preferujemy ryby morskie, a Bengalczycy jedzą też słodkowodne. W końcu zdecydowaliśmy się na red snapper (Wikipedia twierdzi, że w Indiach są to inne, podobne gatunki, nieprawidłowo nazywane red snapper, ale kto by wnikał) oraz bramę (po łacinie brama brama). Obie są bardzo smaczne!

Sam targ może nie powala aseptycznością, ale dzięki dużemu przerobowi ryby są rzeczywiście świeże, o wiele bardziej niż w nielicznych sklepach, które widziałam, gdzie może ryby były przechowywane w lodówkach, ale za to o wiele za długo ;). Sir jest poza tym niezłym ekspertem, jeśli chodzi o kupowanie ryb i kitu mu nie wcisną!

Niestety wraz z przyjściem lata musimy zaniechać naszych wypraw. Ryby nie znoszą dobrze upałów, ruch na targu słabnie, mniej klientów, mniej towarów. Za to więcej much! Wrócimy w październiku.

delhi, targ rybny 2

Delhi targ rybny 1

Delhi, targ rybny 3

Delhi, targ rybny 5

Delhi, targ rybny 6

Delhi, targ rybny 7

Delhi, targ rybny 4

Delhi, targ rybny 8

czwartek, 12 kwietnia 2012

Dwa dni temu śniło mi się, że pada deszcz. Bardzo nie chciałam się obudzić. Oczywiście okazało się, że ten szum to tylko wiatrak pod sufitem, a nie plucha za oknem. Tak, wiem w Polsce przednówek i kiełkujące w piwnicy ziemniaki, a ja tu marudzę ;) Wszyscy czekają na słońce i co najmniej dwadzieścia w cieniu. Mam!!! Komu? Komu? Zbywa mi z 10 stopni.

Upały w Delhi to nie tylko dyskomfort termiczny. To także przerwy w dostawie prądu i bolesny deficyt wody. Jeszcze na dobrą sprawę się nie zaczęły, a już kontener z wodą codziennie parkuje na ulicy - czy to przed naszym, czy przed sąsiadów domem. 

Upały to też problemy żołądkowe. Mieszkając tu dłużej może człowiek i nabywa odporności, ale jak zaraza dopadnie, to porządnie. 3-4 dni to absolutne minimum i nie ma zmiłuj. Nikt przy zdrowych zmysłach nie je w tym czasie mięsa czy ryb (które nawiasem mówiąc i w innych porach roku są też dosyć ryzykowne i mało apetyczne), mogą być kilkakrotnie rozmrożone i zamrożone.

Wysyp owoców rekompensuje inne braki. Mamy teraz sezon na papaje, arbuzy, a za moment pojawi się przepyszne mango! Sir wynalazł absolutnie fantastyczny przepis na chłodnik pomidorowo-arbuzowy i już się uzależniłam!

A tego dnia (tego dwa dni temu) naprawdę rozpętała się burza. Deszczu było co prawda tyle, co w naparstek, ale piaskuuuu... Wyszłam na balkon zamknąć drzwi i wróciłam zgrzytając zębami. Potem przez całą noc błyskało. Na sucho. Takich rzeczy w Delhi o tej porze roku nawet S. nie widziała. A mieszka tu już prawie 30 lat (na oko, nie śmiem pytać ;) )

---------------------------------------------------------------

Poniższe zdjęcia miały być z okazji Wielkiej Nocy, ale się okazało, że święta podstępnie minęły, zanim się zdążyłam zorientować!

O jajkach mianowicie miało być! Można złapać taką zgrzewkę z ulicy (może już nawet ugotowane  - w tej temperaturze wcale bym się nie zdziwiła ;) :

jajka rynek

Ale są też i takie arystokratki z rodowodem (near organic!! czyli: stały obok ekologicznych). Na każdym jajku hologram - ACTA nam niestraszne!!!

jajka 1

 I zapewnienia, jakie to świetne życie rodzicielka owych wiedzie - bez klatki i na bogatej diecie (całe kurze menu wymienione). Nieodłącznym elementem opakowań w Indiach jest czerwony lub zielony znaczek (kółeczko w kwadracie) oznaczający wegeteriański bądź niewegetariański produkt (jajka są non veg, stąd np. 2 rodzaje majonezu - veg (bez jajek) i non veg (jajeczny). Niewegetariańska może być też pasta do zębów (sic!).

jajka 2

A po spożyciu (jajek) prosimy zniszczyć (pudełko), bo przecież nie takie rzeczy w Indiach się podrabia. 

------------------------------------------------------------------------

Skoro uzupełniam zaległości: z serii transport rodzinny.

Mi się osobiście na takie widoki podnosi ciśnienie, ale to zapewne MÓJ problem.

delhi ulica 1

Więcej grzechów nie pamiętam, żadnych nie żałuję, a na temat poprawy możemy negocjować ;)

sobota, 10 marca 2012

Ten tydzień zaczął się klasycznie, jak u Hitchcocka. Trzęsieniem ziemi. W poniedziałek wczesnym popołudniem siedziałam zatopiona w lekturze, Sir z pasją tworzył obiad w kuchni. Nagle szklanki w kredensie zaczęły brzęczeć, a ściany pokoju przesunęły się to w prawo, to w lewo, jakby rozciągając ramiona po długim śnie. Framugi drzwi i okien zaskrzypiały lekko i z opóźnieniem ruszyły za nimi. Po chwili ich taniec ustał i tylko bujający się pod sufitem wiatrak potwierdzał, że nie był to sen zmorzonej nad książką. Zerwałam się na równe nogi, a w stopach czułam jeszcze lekkie drżenie posadzki.

Następnego dnia to ja urzędowałam w kuchni. Przesiewałam właśnie mąkę do miski, kiedy spod góry białawego proszku na sitku zaczął wyłaniać się ciemny przedmiot. Po chwili moim oczom ukazało się 3 cm zardzewiałego metalu. Śrubka.

Przypomniała mi się dyskusja ekspatów sprzed 3 dni. Każdy z nas przed przyjazdem próbował się zorientować, czego nie można dostać w tutejszych sklepach, co przywieźć ze sobą. Słyszałam już o pewnej 4-osobowej rodzinie, która wylądowała w Delhi z zapasem papieru toaletowego na 5 lat! Tutejsze mieszkania są bardzo duże (za duże!!), ale i tak zastanawiam się, jak można upchnąć taką górę papieru i nie potykać się o nią każdego dnia. Innej osobie doradzono zabrać porządnie wyposażony warsztat majsterkowicza, bo trudno o dobry wybór gwoździ, wkrętów itp.. W dyskusjach na ten temat tworzą się zawsze dwa obozy: jeden -„nic nie ma!” i drugi - twierdzący, że „wszystko jest, tylko trzeba dobrze poszukać!”.

Stałam więc pośrodku kuchni z tą śrubką w ręku i pomyślałam: „Rzeczywiście, trzeba BARDZO DOBRZE POSZUKAĆ”.

mordercza mąka...

Następny zamach na moją integralność cielesną zafundowałam sobie sama. Wychodząc na Holi, przygotowałam 4 butelki (po wodzie mineralnej) farb rozrobionych w wodzie (można i proszkiem rzucać, ale wolę wodne farby). Stałam właśnie z jedną z nich w ręku (a ja często chodzę z butelką mineralnej w ręku, w domu mam też zawsze jakąś w zasięgu), dyskutując zażarcie na nie-pamiętam-jaki-temat z Sir’em i nagle ODRUCHOWO wzięłam łyka z mojej kolorowej butelki! Od razu zorientowałam się w pomyłce (okropny smak!), więc na szczęście nie zdążyłam połknąć i z buzią pełną żółtej cieczy rzuciłam się do łazienki, aby wypluć tą wstrętną i wściekle cytrynową lemoniadę. Odkręciłam kran i zaczęłam płukać usta, kiedy przypomniało mi się, że przecież NIE POWINNAM PŁUKAĆ UST WODĄ Z KRANU!!! (Do mycia zębów też używamy wody filtrowanej). Znowu plucie, i znowu płukanie!

...i podstępne farbki.

Przeżyłam, jak widać i mam się dobrze, ale... CÓŻ TO BYŁ ZA EMOCJONUJĄCY TYDZIEŃ!!

czwartek, 23 lutego 2012

Mleko (w większości bawole, ale również krowie) i wszelkie produkty na jego bazie to podstawa tutejszej diety. Nie dziwi więc, że tak wiele sposobów na jego kupno. Pod oknami co rusz przejeżdżają na rowerach obwoźni sprzedawcy:

Sklepy spożywczo - przemysłowe, jak ten, o którym pisałam tutaj, są z reguły dobrze zaopatrzone w produkty paczkowane: mleko w kartonach, jogurty, tutejsze sery (temat sam w sobie na osobny wpis). Na każdym niemal rynku znajdują się także kioski z mlekiem, zazwyczaj przypisane do jednej tylko mleczarskiej marki. Poniżej Mother Dairy. Sprzedają mleko, jogurty, lody itp. Co ciekawe, mają specyficzne godziny otwarcia: rano od 5.30 do 13.00, a po południu od 16.00 do 22.00.

W kioskach tych znajdują się automaty na świeże mleko, z których gospodynie lub służące nalewają je do przyniesionych ze sobą naczyń.

Muszę przyznać, że sama z rozrzewnieniem wspominam czasy, kiedy zaopatrywaliśmy się "u gospodarzy", od których wracało się z żółtą bańką wypełnioną parującym, spienionym mlekiem. Zapach ciepłego mleka kojarzy mi się też z wakacjami na wsi, gdzie bardzo chciałam nauczyć się doić krowy. Ewidentnie jednak nie wykazywałam do tego talentu, więc ograniczałam się do przyglądania tudzież pokrzykiwania na krowy w drodze na pastwisko ;) 

Słyszałam ostatnio, że automaty do mleka funkcjonują również w Czechach (osobiście nie widziałam), ale powoli wkraczają również do Polski.

Cennik jest nieco skomplikowany, ale ceny bardzo przystępne.

piątek, 17 lutego 2012

Pytam, bo wypadałoby znać miejsce swojego pochodzenia. Okazuje się bowiem, że nieustannie sieję zgorszenie.

..................

Jaipur. Po kilku godzinach zwiedzania różnych budowli, usiedliśmy w jednej z kafejek i spytaliśmy o piwo. Czy jest. Kelner spojrzał nerwowo w lewo i w prawo. "Chwileczkę" - odrzekł i oddalił się w kierunku kuchni. Na taką "chwileczkę" w Indiach można machnąć ręką, więc zaczęłam rozglądać się za innym. Wrócił jednak i z tajemniczą miną oznajmił: "Proszę za mną". Rozbawieni wstaliśmy i poszliśmy. Poprowadził nas przez restaurację, w której indyjskie rodziny spożywały obiad, do pustej sali. Kazał usiąść i "chwileczkę" poczekać. Poszedł. Przyszedł. Przyniósł ze sobą to:

Zostawił otwieracz do butelek i wyszedł, starannie zamykając za sobą drzwi. W środku tajemniczej metalowej skrzynki leżały 2 butelki schłodzonego Kingfisher'a.

.....................

Delhi, centrum kulturalne India Habitat Centre. Przyszliśmy za wcześnie na film i korzystając z okazji, usiedliśmy w ogródku pobliskiej restauracji, aby poodychać trochę świeżym powietrzem. W końcu takich miejsc, gdzie można się na zewnątrz zrelaksować bez widoku śmieci i obdrapanych budynków, nie jest w Delhi wiele. Nie bardzo wiedzieliśmy, co zamówić i w końcu oboje zdecydowaliśmy się na kawę po irlandzku. Bez bitej śmietany.

- Niestety nie serwujemy alkoholu w ogródku. Zapraszamy do środka.

- Ale to jest przecież kawa...

- Ale z alkoholem!

Ponieważ za nic w świecie nie chcieliśmy wejść do środka, dostaliśmy kawę po irlandzku bez rumu. Ze śmietaną.

.....................

Zajęcia z jogi. Instruktor przypomina o włożeniu koszulki do spodni. Przecież mogłaby się zsunąć w ferworze zajęć i pokazać, mhhhhmm, co? Np. plecy... Nie byłoby problemu, gdyby można było nosić obcisłe topy. Ale nie można. Zalecane jest ubranie się na cebulkę. Cenna rada, szczególnie w 40 stopniach ciepła i w pomieszczeniu, które dysponuje jedynie kilkoma wiatrakami pod sufitem.


Na wakacjach w Sodomie i Gomorze. Fot. Sir, Wiedeń 2009

wtorek, 14 lutego 2012

... czyli wpis okolicznościowy ;)

3 miesiące aresztu, grzywna, a przy odrobinie szczęścia i to, i to. Tyle można dostać z paragrafu 294 Indyjskiego Kodeksu Karnego. Za co? Za tzw. Public Display of Affection, czyli publiczną demonstrację uczucia. Nie chodzi tutaj o przećwiczenie połowy Kamasutry na osiedlowym skwerku. Wystarczy pocałunek, przytulenie, czy nawet trzymanie się za ręce. 

Instytucja małżeństw aranżowanych w Indiach ma się dobrze. W Delhi widuję jednak od czasu do czasu zakochane pary - najczęściej w modnych sieciówkowych kawiarniach i parkach. Skrywając się w cieniu wystrzyżonych klombów można ulec złudzeniu intymności i nie daj Boże objąć ukochaną! Na szczęście czuwają strażnicy (parku lub/i moralności)! Rozlegający się raz po raz dźwięk gwizdka uzmysławia, że nie próżnują. Jest to też przy okazji świetna okazja, by wyłudzić kilka groszy. Nie każdy ma ochotę tłumaczyć się potem na posterunku.

Tuż po przyjeździe spytałam młodą Induskę, czy z mężem chodzą za rękę po ulicy. Odpowiedziała wymijająco, że przecież nie ma tutaj ulic do takich spacerów. Fakt, czasami trzeba iść gęsiego omijając różne uliczne "miny", ale dziwne mi się wydało, że nie odpowiedziała jednoznacznie. I fakt, nie widuję raczej takich par. No, może z jednym wyjątkiem.

Otóż najczęściej trzymają się za ręce... faceci. Nie jest to bynajmniej oznaka ich orientacji seksualnej, co by wywnioskował niezorientowany przybysz. To jest taki ot, przyjacielski gest, nie oznaczający nic więcej, niż u nas poklepanie po plecach. Przyznać jednak muszę, że do tej pory wywołuje u mnie uśmiech widok dwóch panów objętych, trzymających się za ręce czy siedzących sobie nawzajem na kolanach, zwłaszcza panów w mundurach :)

Zwierzyłam się M., że od dawna poluję na zdjęcie takiej pary i M. przyłączyła się do poszukiwań, co w praktyce objawiało się pokrzykiwaniem: "A., rączki, rączki po prawej!". "Odwróć się! Rączki masz z tyłu!" Dobrze jednak, że ten polski taki mało popularny :)

M. zajęta krajobrazem, a tu temat sam przyszedł. W przypadku dzieci to jednak jeszcze nie ten efekt :)

Tutaj już lepiej. Nie dość, że temat, to jeszcze takie tło! Fot. ML

A wczoraj telewizja przypomniała film "Niemoralna propozycja" - w sam raz na Walentynki, prawda?

piątek, 03 lutego 2012

Goście poleciaŁY do zimnych krajów, a ja zostałam z syndromem pustego gniazda. Przyzwyczaiłam się już do wspólnych śniadań i całodziennych eskapad. Na szczęście mam kilka pilnych projektów, więc nudzić się jeszcze długo nie będę. Nazbierało się też trochę materiału na blog (głównie do użytku turystycznego), tym bardziej, że M. trzaskała zdjęcia z wielkim zapałem. Dostałam błogosławieństwo na publikację, co uczynię.

Małe uzupełnienie ostatniego tematu: wieża została przystrojona, drabina postawiona...

fot. ML

To zdjęcie ma udowodnić, że to naprawdę poważni panowie:

fot.ML

Zasiek w metrze - zdjęcie "z biodra". Fotografowanie w metrze jest zakazane, co klarownym hindi i wskazując gumową pałą na aparat wytłumaczył M. surowy policjant. 

fot.ML

Odwiedziłam też ponownie Taj Mahal, zastanawiając się, co tym razem nie spodoba się w mojej torbie. Ofiarą padły 2 banany i batonik müsli, czyli moja rezerwa obiadowa na wypadek nieznalezienia niczego ciekawego w ofercie gastronomicznej Agry. Gdy tylko strażniczka położyła je na stoliku obok mojej torby, rozległ się łomot na daszku powyżej naszych głów, z którego zeskoczył makak, porwał banany (batonika nie) i uciekł na swój balkonik tak błyskawicznie, jak się pojawił. Gdy wychodziłyśmy, cały czas trwał na stanowisku powyżej wejścia:

To były moje banany...

czwartek, 19 stycznia 2012

... to mamy również importowane towary o ciekawych nazwach, przynajmniej z jednej strony.

Zgadlibyście, co to za produkty i skąd? :))

Wczoraj widziałam w sklepie dżem pomarańczowy produkowany w Polsce. Fakt, duńskiej marki. Ale od kiedy to się w Polsce dżemy pomarańczowe produkuje??


niedziela, 11 grudnia 2011

Spędziliśmy pół dnia na goańskim lotnisku w oczekiwaniu na nasz samolot do Delhi, którego odlot przekładano 4 razy. Lotnisko to, powiedzmy sobie szczerze, nie oferuje zbyt wiele rozrywek, aczkolwiek, owszem, reprezentuje bardzo nowatorską oprawę wizualną. Miejsca dla osób niepełnosprawnych są np. udekorowane następującą ilustracją (nazwałam ją Madonna współczująca) :

Zamiast popularnych u nas gipsowych figur krasnoludków, gdzieniegdzie pojawiają się figury à la Gandhi:

Na dwóch (z trzech dostępnych w naszej sali odlotów) ekranach leciał bollywoodzki serial. Po najświeższe informacje o locie trzeba było co chwilę biegać na drugi koniec sali do jedynego ekranu pokazującego aktualne czasy  odlotów. Lub bezpośrednio do bramki. W zasadzie mogliby zorganizować nawet karaoke, bo mikrofon do zapowiedzi był ogólnie dostępny – wisiał sobie na ścianie przy wejściu do poczekalni. Sir namawiał mnie, żebym zaśpiewała do mikrofonu, ale obawiałam się, że szybko spacyfikowałyby mnie służby antyterrorystyczne.

Gdy w końcu dostąpiliśmy zaszczytu wstąpienia do bram... mhmm... niebiańskich, okazało się, że mamy do wyboru dwa loty: do Delhi i do Chennai. Pierwszy raz widziałam, żeby jednocześnie „boardingowano”  dwa samoloty w tej samej bramce! Ekran nad nią zgłupiał i nie pokazywał już żadnej informacji, więc pasażerowie pytali wszystkich wokół: „Dokąd ten lot?” Ja na wszelki wypadek zapytałam nawet stewardesę witającą nas w samolocie.  Sir (esteta jeden!) stwierdził, że wsiada do samolotu po lewej, bo jest fajniejszy. Można i tak.

W ramach rekompensaty wszyscy dostali darmowy posiłek, co zostało przyjęte oklaskami  (to tanie linie lotnicze, więc normalnie się płaci). Kapitan przeprosił za spóźnienie i dodał rezolutnie, że przylecieć wieczorem do Delhi „is also good!”. Ogólnie był bardzo wyluzowany i powtarzał „anyway” i „relax”. Pomyślałam, że dostał jakieś dobre szkolenie z adaptacji kulturowej (nie był Indusem). To jest właśnie to, co wszyscy zalecają obcokrajowcom, którzy przeprowadzają się do Indii: WYLUZUJ! Co to znaczy w praktyce? Trzeba się pozbyć uczucia, że człowiek ma na cokolwiek wpływ lub jakikolwiek wybór! Im szybciej, tym lepiej. Trzeba też nauczyć się zbyt wiele nie chcieć, a przynajmniej niezbyt szczegółowo. Kiedyś np. zamawiałam przez telefon  wodę mineralną określonej marki (kilka kartonów), a z reguły przywożono mi dokładnie tą drugą. Co ciekawe, gdy zamawiałam tą drugą, przywożono mi ... pierwszą! I tak w kółko. Od razu chwytałam za telefon i reklamowałam. Dzisiaj nie tylko przyjmuję przesyłkę („is also good!”, a raczej „also fuj!”), ale nawet zamawiając wyrażam doskonałą obojętność . Na podchwytliwe pytanie sprzedawcy, jaką markę sobie życzę (znam te twoje numery, znowu przyślecie mi coś dokładnie odwrotnego i będę się denerwować), odpowiadam: „Jaką PAN sobie życzy!!” Taka jestem cwana :)

A kapitan miał rację! Bonusem wieczornego powrotu okazał się widok zachodu słońca tak piękny, jak tylko z samolotu można obserwować:

piątek, 25 listopada 2011

..., więc się trzeba zrobić na bóstwo! No chyba, że się ktoś już bóstwem urodził :)

W tle: Maseczki z miodly indyjskiej i skórki pomarańczowej, woda różana. Miodla indyjska, czyli w hindi neem, jest tu niesamowicie popularna. Po pierwsze rośnie jej mnóstwo w Delhi (sama mam pod balkonem jedno okazałe drzewo) po drugie jest tak popularna w kosmetyce jak u nas... mhm... rumianek? Jest używana przede wszystkim we wszystkich produktach myjących (mydłach, żelach itp.) - głównie ze względu na właściwości antybakteryjne, antygrzybiczne i antywirusowe.

Z przodu: woda różana. Używana jako tonik czy do sporządzania maseczek ( te tutaj są w proszku). Opakowanie trochę tandetne, ale ładnie pachnie i kosztuje całe 1,5 PLN :))

Miłego weekendu wszystkim boginiom i bogom!!!

czwartek, 24 listopada 2011

- September eleven! Z czym Ci się kojarzy? - wychylam nos zza netbooka.

- Powiedz od razu, o co Ci chodzi - Sir nie daje mi szansy rozwinąć retorycznego wstępu.

- Taki ma być tytuł filmu o Bitwie Wiedeńskiej. Dadzą pewnie na plakacie wielkimi literami September Eleven, a na dole maczkiem 1683. Wot markietingowcy! Jeszcze się okaże, że Kara Mustafa zwyciężył pod Wiedniem!

- ???

- TVP odparło włoskie ataki na kasę. - kontynuuję w duchu batalistycznym - Nie dziwne, ma tak obrzydliwą siedzibę, że przeciętnemu Włochowi krawat wykręca. Turcy ponoć okazali się hojniejsi, co - sam rozumiesz - stawia wynik bitwy pod znakiem zapytania. A skoro o Wiedniu mowa - chcesz kawy? Mam świetną Vienesse Blend z Kerali (sic!)! - zamykam z trzaskiem netbooka i truchtam do kuchni.

- Chętnie. Byle nie po turecku! - dobiega mnie już zza pleców.

Jego natomiast za chwilę dobiega mój wrzask: Siiiiiir! Siiiiir! Inwazja!!!!!

Jako lojalny koalicjant przybywa bez zwłoki z odsieczą, aby ujrzeć wroga spacerującego po naszej ścianie. Wgapiającego się w nas. A my w niego.

- Jak się pozbędziemy tego Kara Mustafy jednego? - zaczynam wojenną naradę.

- Przynieś szczotkę. Ja tu zostanę i nie spuszczę z niego wzroku, żeby nie uciekł w jakiś kąt, a ty przynieść szczotkę.

- Szczotkę? - mamroczę pod nosem, ale posłusznie się po nią udaję - Mam się za huzara przebrać?

Następnie Sir otwiera pobliskie okno, a ja łagodną perswazją ( tzn.wymachując miotełką) wypraszam Mustafę na zewnątrz...

..................................

Zdjęcie jest jedynie ilustracyjne, bo wczoraj nie miałam aparatu pod ręką. Ani żadnego Włocha z kamerą ;) Kara Mustafa ze zdjęcia łaził sobie po suficie na balkonie któregoś kwietniowego wieczoru. Tam mi nie przeszkadza, o ile się dobrze trzyma i nie spada mi na głowę :)

wtorek, 22 listopada 2011

Pogoda jest bajeczna! Wieczorem temperatura spada do 20 stopni! Wyciągam z szafy długie rękawy i skarpety, na które przez większą część roku nawet nie spojrzę. Jedynym mankamentem jest zapadający (zbyt) wcześnie zmrok: ok 18.00 jest już kompletnie ciemno!

Przyjemnie jest jednak posiedzieć na balkonie i poobserwować życie sąsiadów. Widzimy, jak pani domu krząta się wraz z pomocnicami po kuchni, inne służące latają z tacą po schodach. W pokoju po prawej wisi obraz jakiegoś guru (dokładnie nie widzę). Sąsiadka przychodzi do niego co wieczór ze świeczką i zakreśla nią kręgi wokół obrazka. Zapewne modli się przy tym. Jeszcze do niedawna światło w tym pokoju było włączone całą noc, ale, nie wiedzieć czemu, już nie. Zachodzimy w głowę, czym to się guru naraził...

Na górnym tarasie (to malutkie światełko po lewej to służbówka), służące urządzają pranie, czasami nawet w nocy, przy lampie.

Oczywiście nie tylko my podglądamy życie sąsiadów. Oni również podglądają nas. Więc sobie tu siedzimy na tym balkonie i pozwalamy się podziwiać ;))

piątek, 18 listopada 2011

Zdjęcie zrobione w grudniu 2010

czwartek, 17 listopada 2011

Tak, wiem, już pisałam, że z internetem się mamy na bakier. I wygląda na to, że pisać nadal będę, bo akcja się rozwija w zgoła nie najbardziej pożądanym kierunku.

Trzeba Wam bowiem wiedzieć, że NIC, ale to NIC nie jest mnie w stanie tak wyprowadzić z równowagi, jak brak łącznosci ze swiatem :) Wyłączają prąd - proszę bardzo, nie ma wody - no trudno, poczekam, aż dowiozą. Natomiast brak internetu znoszę fatalnie. Tak, zdaję sobie sprawę, że to objaw uzależnienia, ale mnie to wcale nie martwi. Bywają gorsze. Wszystkie te żale i ubolewania, jak to internet niszczy więzi i życie towarzyskie, można między bajki włożyć. U mnie jest dokładnie odwrotnie! Gdyby nie internet, po pierwsze: nie poznałabym w realu połowy znajomych. Po drugie: nie mogłabym być na bieżąco z (prawie) wszystkimi ploteczkami - zupełnie, jakbym nigdy nie wyjechała. Jednoczesnie więc jestem i mnie nie ma. To mi odpowiada. Jesli chodzi o przeprowadzki i podróże - nie wyobrażam sobie, jak kiedys funkcjonowano bez niego. Nie mówiąc już o natychmiastowym dostępie do wiadomosci. Gdy ostatnio wyłączyli nam internet na kilka dni, miało miejsce pamiętne lądowanie kpt. Wrony. Bodajże na BBC mignęła sylwetka LOTowskiego samolotu i serce podeszło mi do gardła! Taki widok nie zapowiadał nic dobrego. Informacje były lakoniczne, a ja odruchowo włączyłam komputer. No i skucha! Brak połączenia. W takich momentach po prostu czuję, że jestem daleko.

Tymczasem indyjska telekomunikacja nas nie rozpieszcza. Telefonowanie, owszem, jest bardzo tanie, ale jakosć połączeń jest adekwatna.

Tuż po przyjeździe zdecydowalismy się na Tata Photon - mobilny internet na kartę. Tu go zakupilismy:

 Aby stać się szczęsliwym (lub nie) posiadaczem łącza internetowego lub telefonicznego w Indiach, należy się uwiecznić, a podobiznę swoją razy 3 tudzież kopię paszportu dołączyć do formularza. W formularzu należy odpowiedzieć na różne dziwne pytania, np. czy się jest zamężną, nazwisko ojca LUB męża. Standardowa procedura (nawet u lekarza) a ja ją standardowo ignoruję. Robię przy tym taką minę, że nikt raczej nie nalega na uzupełnienie. Po tych wszystkich formalnosciach sprzedawca gwizdnął na plączącego się nieopodal chłopaczka, wręczył mu nasze papiery i pieniądze, a ten pobiegł, aż kurz się za nim uniósł. Wrócił po chwili z pudełeczkiem zawierającym nasz zestaw. Zostalismy pouczeni, co i jak. Internet miał zadziałać następnego dnia (bo to akurat swięto państwowe było). Jednak nie zadziałał. Dzwonilismy po helplinach, dzwonili nasi znajomi - nic! Trudno, wzięlismy netbooka, zestaw i udalismy sie do sklepu z reklamacją. Sprzedawca pogrzebał w ustawieniach i bezradnie rozłożył ręce. Powinno działać! Ale nie działa. Chwycił za słuchawkę, podzwonił i zapewnił, że JUTRO to już na pewno. "Jutro" niestety też nie działało. ZNOWU wzięłam komputer pod pachę i pognałam grożąc Rejtanem. Pan podrapał się w głowę, gwizdnął na chłopaczka i kazał mi isć za nim. Tak dotarłam do sklepu, z którego mój zestaw pochodził. Wytłumaczyłam po raz enty, o co chodzi. Podsunięto mi krzesło i szklankę wody. Zrozumiałam, że prędko stamtąd nie wyjdę. Panowie dzwonili i dzwonili, kręcili głowami i grzebali w bebechach mojego netbooka. Aż mu się baterie skończyły. Mi zresztą też. Więc ZNOWU poprosili mnie, żebym przyszła następnego dnia. Musiałam chyba zabijać wzrokiem, bo szef zapewnił mnie: "Obiecuję, że będzie działać! W końcu jestesmy sąsiadami!"  Mieszkalismy w nowym miejscu zaledwie od kilku dni, ale, jak widać, przed bystrym wzrokiem sąsiadów nikt się nie uchroni. No cóż, ma to pewne zalety. Jak obiecał, tak zrobił. Następnego dnia INTERNET ZADZIAŁAŁ!!! Do dzis pamiętam, że pierwszą wiadomoscią, która po tylu trudach ujrzałam na ekranie, był Nobel dla Mario Vargas'a Llosy. Myslę, że moja radosć z końca tej Golgoty  wcale nie była mniejsza, niż jego z Nobla :)

Internet działał na netbooku, działał na stacjonarnym. Połączenie było baaaardzo, ale to baaaaardzo wolne. Zdjęcia ładowały się kilka minut, obejrzenie nawet krótkiego filmiku na You Tube było torturą, słuchanie radia również. Ale działał. Aż do maja. Któregos pięknego dnia przestal bowiem działać, ale tylko na stacjonarnym. Sprawdziłam wszystkie ustawienia, odinstalowałam i instalowałam modem 200 razy. Nic! Zadzwoniłam na help line (pisałam o tym TUTAJ), wytłumaczyłam, o co chodzi  i że wyskakuje mi Error 6. Usłyszałam, że NIE MA TAKIEGO ERROR'U, a modem nie jest kompatybilny z Vistą. Od kiedy to? Jeszcze parę godzin temu był! Ale już nie jest. "W czym mogę jeszcze Pani pomóc, madame??" Miałam parę sugestii, ale wszystkie niecenzuralne, więc tylko wyłaczyłam telefon.

Zbliżał się nasz wyjazd do Europy i machnęlismy na to ręką, zadowalając się netbookiem. Po powrocie z wakacji temat jednak odżył i zaczęlismy się rozglądać za alternatywą, która, owszem, byłaby w stanie dogadać się z naszą Vistą. Pomimo niechęci do stałych umów, zdecydowalismy się na internet "kablowy". Napisałam maila z zapytaniem do serwisu Reliance i był to początek naszej miesięcznej korespondencji, której towarzyszyły od czasu do czasu rozmowy telefoniczne. Pani np. 4 razy dzwoniła z zapytaniem o adres. Znam, znam swój adres, umiem nawet wytłumaczyć, jak dojechać z północy, południa, wschodu i zachodu! Znam też swój kod pocztowy i potrafię go podać. Tym bardziej nie rozumiałam, dlaczego muszę to robić 4 RAZY!!! Pani uparcie pytała o jakis charakterystyczny punkt. Stacja metra może? Rynek? Na litosć boską, mieszkam blisko centrum! Nie, pani moje podpowiedzi nie satysfakcjonowały. Zasugerowałam jej więc wprost: " Dlaczego nie sprawdzi Pani w Google?" Nawiasem mówiąc, googlowskie mapy Delhi są fatalne, jesli chodzi o szczegóły, ale owszem, pozwalają się zorientować MNIEJ WIĘCEJ. I o to tu chodziło.  Co kilka dni dostawałam maila, że "moja sprawa została przekazana do odpowiedniego działu". W końcu (po jakichs 3 tygodniach) nie wytrzymałam i napisałam, że bardzo ładnie forwardują, naprawdę swietnie opanowali tą technikę bezbłędnego forwardowania, więc może czas na następny krok w karierze i naukę ROZWIĄZYWANIA problemów. Dostałam odpowiedź, że z technicznych względów nie mogą nas podłączyć. Nawet mnie to bardzo nie zmartwiło, tylko dlaczego po miesiącu?

Bylismy więc w punkcie wyjscia. W międzyczasie pytalismy znajomych o ich doswiadczenia i naprawde nie odbiegaly wiele od naszych. Narzekali też, że te kablowe połączenia wcale nie są tak dużo lepsze. Zdecydowalismy się więc po prostu na inny mobilny internet. Tym razem poszlismy do lepiej wyglądającego sklepu w sąsiedniej dzielnicy. Polecono nam... RELIANCE. No trudno. Wzięlismy, sprawdzając uprzednio na opakowaniu, że działa z Vistą. Zainstalowalismy na netbooku - działa, na stacjonarnym - NIE!!! Oszczędzilismy sobie dzwonienia na infolinie, zadzwonilismy po informatyka. Próbował, próbował, w końcu stwierdził, że musi sformatować dysk. Super, gdyby nie to, że uprzednio musiałam uporządkować i skopiować całą jego zawartosć: setki dokumentów, tysiące zdjęć. Bo to był bardzo pojemny dysk :). Poswięciłam na to kilka godzin, ale udało się. Reliance działał! Niestety tylko 30 minut. Na dodatek nie działał już też na netbooku. Informatyk twierdził, że to wina Reliance, więc ZNOWU wzięłam komputer pod pachę i do sklepu marsz! Znowu dostałam krzesło, wodę i obserwowałam zaciekłe telefoniczne dyskusje w hindi. W końcu oswiadczono mi, że moje konto jest puste. Mówię: "Jak to? przecież wpłaciłam 1500 rupii i to miało starczyć na cały miesiąc." No tak, ale tam są dwa konta - tłumaczą mi - na pierwszym jest te 1500 rupii, na drugim, PODSTAWOWYM, było na początku 200 rupii, ale już nie ma. Z tego konta zasila się roaming. Ale ja przecież nigdzie nie wyjeżdżałam, więc dlaczego?? WHY??? Wzruszenie ramion. Ok, mówię, Aska, tylko spokój może Cię uratować. Wyciągam następne 200 rupii i pytam: Tyle starczy do oblokowania konta? Starczy. Sprawdziłam, działa. Lecę do domu cała w skowronkach. W domu sprawdzam pocztę, już myslę, z kim to pogadam na Skypie, a tu po pół godzinie ZONK! Dostaję SMSa, że konto ZNOWU puste iiii KONIEC BALU PANNO LALU! Liczę do dziesięciu. I jeszcze raz. I jeszcze raz...

Dzwonię do sklepu. Konsternacja. Własciciel podał mi nr telefonu do goscia z Reliance, który powinien mi pomóc. Dzwonię, tłumaczę. Ok, on się postara, tak, odezwie. W międzyczasie wyciągnęłam z szuflady Tata Photon, doładowałam, działa na obu komputerach. DZIAŁA Z VISTĄ!!!!!!!

OK, OK, myslę, jaki mamy status sprawy? Mam na stanie dwa zestawy do mobilnego połączenia, opłacone korzystanie z nich na ten miesiąc na obu. Działa, choć kiepsko, jeden, ale za to na obu komputerach.  Do bilansu należy dodać (a raczej ująć)zmarnowaną kupę czasu i nerwów.

Nadal (od 2 tygodni) walczę na polu Reliance. Walczę na 3 (!) fronty. Przez poleconego pana, sprzedawcę i oficjalną infolinię. Wszyscy mówią jedno: moje konto jest puste i nikt nie wie, dlaczego. Codziennie dzwonię do sprzedawcy (Give me 2 hours, madame), polecony pan sam z siebie wypisuje mi sms'y, najchętniej o godzinie 21.00, zapewniając o tym, jak on się strasznie czuje, że mam taki problem. Bo techniczne problemy się zdarzają, ale oni się bardzo starają i na pewno znajdą rozwiązanie i może wtedy przestanę być taka zła. A w ogóle to skąd jestem i czym się zajmuję, DEAR???

OK, ręka do góry, kto dotrwał do końca! Kto mysli, że zmyslam, druga ręka do góry. A kto wątpi w moje zdrowie psychiczne - trz... tfu! tfu! tfu!

PS. Przepraszam za brak ś, ale tak się mój szanowny komputer po resecie przestawił, że ś nie produkuje. Znowu spędzę miłe ( i niee, wcale nie stracone chwile) na grzebaniu w ustawieniach :)

niedziela, 23 października 2011

Często jestem pytana o zakupy, zaopatrzenie, dostępność konkretnych towarów. Pomyślałam, że najlepiej zrobię kilka zdjęć w sklepie, w któym zazwyczaj się zaopatruję. Nie za bardzo chcą wychodzić bez lampy, a ja nie chcę błyskać fleszem, więc z góry przepraszam za ich jakość :)

Zapraszam więc na zakupy w naszym supersamie (naprawdę jeden z lepszych w tym mieście).

Poniżej alejka drogeryjna (z 4 ogółem)

  1. Serwetki i papier toaletowy
  2. Pasta do zębów
  3. Odświeżacze do powietrza
  4. Szampony Pantene i Head&Shoulders
  5. Środki owadobójcze
  6. Olejki do włosów i woda różana
  7. Mydło w płynie
  8. Henna, maseczki do twarzy i repelenty w kremie
  9. Szampony lokalnej produkcji
  10. Płyny do płukania ust
  11. Mydło w kostkach
  12. Repelenty elektryczne
  13. Płyny do dezynfekcji rąk
  14. Torby na śmieci, folie, aluminium, ścierki itp
  15. Kostki do toalet, proszki do udrażniania rur
  16. Proszki do prania

Po prawej wszelkiego rodzaju chrupki, chipsy, ciastka i jedna półka z makaronem. Po lewej konserwy: warzywa w puszce, korniszony, sosy, majonez, musztarda, kawa, kakao, oliwy, tuńczyk w puszce, parówki konserwowane i nie wiem, co tam jeszcze.

Naprzeciwko pan niezbyt uszczęśliwiony, że robię mu zdjęcie, a za nim 2 kasy.

Naprzeciwko warzywa strączkowe (jest ich cała masa, nie znam połowy), mąka i ryż. Po lewej gotowe potrawy (np. Knorr), przeważnie indyjskie dania.

 Moja najmniej ulubiona część sklepu - na prawo od strączkowych. Brud, syf i robaki, ale niestety muszę tam chodzić, bo stoją tam 2 lodówki z nabiałem (jogurty i sery).

Resztę sklepu postaram się zazdjęciowić przy następnych wizytach. Jeśli macie pytania o konkretne towary, to śmiało. Czasami pozwala to unikać błędów przy pakowaniu walizki. Ja np. nawiozłam płynów do dezynfekcji rąk, a okazało się, że na miejscu jest ich całe multum i są identyczne. Jeśli chodzi o repelenty, też jest ich tu pod dostatkiem, ale nie jestem pewna ich jakości. O ile w mieście przejdą, o tyle poza miastem, gdzie zagrożenie malarią jest większe, mogą być nieskuteczne. My przywieźliśmy super mocne repelenty w sprayu Lifesystems 100 ze sklepu turystycznego w Pradze i są tak silne (i mocno "wonne"), że sama siebie odstraszam :)

Ostatnio miałam wejście z google z pytania "co na karaluchy do Indii?". Odpowiadam: Nic! Na miejscu jest tego aż nadto. Przynajmniej w Delhi.

czwartek, 13 października 2011

...czyli pan od prasowania.

poniedziałek, 10 października 2011

Stanęliśmy na czerwonym. Nie trzeba długo czekać, by usłyszeć stukanie w szybę. Umorusany chłopiec zachwala jak nakręcony:

- Ma'am, magazines! Elle, Vogue! Special issue, Ma'am! 550 pages, Ma'am! Ma'am, look!

i przykłada okładkę do szyby. 

Magazyny kobiece wydawane w Indiach są o wiele tańsze od ich zagranicznych odpowiedników, kosztują zazwyczaj ok 100 rupii (ok. 8 PLN). 550-stronicowy Vogue - 150. Biorę. Może nie powinnam? Przecież nie powinno się wspierać zatrudniania nieletnich. Tylko jak ocenić ich wiek? Ciało drobne, niewyrośnięte, a oczy takie stare, przygaszone... On jednak, jak każdy, kto ma tylko jeden cel w życiu (przetrwać!), nie ma takich dylematów.

- Ma'am! Elle!

- Nie, dzięki - bronię się, ale wiem, że nie odpuści. Z drugiej strony stuka już następny sprzedawca - kuchennych ścierek.  Powyżej dachów stojących samochodów unosi się chmura kolorowych baloników. Może balonik, Ma'am? Zaraz potem pojawia się wychudzona kobieta w tanim sari z apatycznym niemowlakiem na rękach, a tuż za nimi żebrak z odsłoniętym kikutem ramienia.

Boże, niech już będzie to zielone!

A w rzeczonym Vogue'u... Wszystkie zachodnie luksusowe marki. Do kupienia na miejscu, w Indiach. Niedługo Divali, najważniejsze chyba hinduistyczne święto i tak samo komercyjne, jak Boże Narodzenie na Zachodzie. Torebki Vuitton będą szły jak ciepłe bułeczki. Do tego szwajcarskie zegarki i duuużo, duuuużo biżuterii. W tym temacie prym wiodą rodzime marki.  

Indyjska projektantka Ritu Kumar. Ceny sporo wyższe niż w znanych w Polsce "indyjskich sklepach". Dla chętnych sklep internetowy.

 
1 , 2
Wszystkie zdjęcia i teksty, o ile nie zaznaczono inaczej, są mojego autorstwa i do mnie należą prawa autorskie. Jeśli chcesz skorzystać - zapytaj.