O życiu z oddali, czyli z Delhi. Dzień po dniu zdrapuję lakier egzotyki z indyjskiej codzienności, aby pokryć ją patyną własnych doświadczeń. Czasami jednak muszę uciec stąd i o tym również piszę.

Delhi

niedziela, 06 maja 2012

Wpadliśmy na wystawę polskiej grafiki współczesnej w Lalit Kala Academy, czyli Narodowej Akademii Sztuk Pięknych. Wystawa mile zaskoczyła i rozmiarami, i różnorodnością. Przy okazji zaszliśmy na sąsiadującą wystawę młodych artystów z Kalkuty.

Kalkuta to taki indyjski Kraków: była stolica z tradycjami intelektualno-artystycznymi, gdzie nie wypada pisać "Witam" we wstępie listu ;)

Wystawa pl grafika 1

Poza tym zaczęły się już porządne upały - mój termometr pokazuje 36 stopni w cieniu. Świetna pogoda na przejażdzkę cabrioletem (mignął nam dzisiaj i uświadomiłam sobie, że to chyba pierwszy cabriolet, jaki widziałam w Delhi) lub... słoniem po przyjemnie opustoszałych ulicach. 

slon 1

slon 2

Miłej niedzieli, zostało Wam jej 3,5 godziny więcej, niż nam :)

sobota, 28 kwietnia 2012

A więc długi weekend w mieście. Jeśli nie wiadomo co począć z "tak pięknie rozpoczętym wieczorem", warto sprawdzić program India Habitat Centre, kompleksu kulturalno - konferencyjnego w centrum New Delhi, niedaleko Ogrodów Lodi.

Zaprojektował go Joseph Allen Stein, amerykański architekt pracujący przez większość swego zawodowego życia w Indiach. Przy samej Lodhi Road stoi więcej ważnych budynków jego autorstwa, dlatego Delhijczycy nazywają tą okolicę żartobliwie "Steinabad".

W IHC mieszczą się siedziby kilkudziesięciu instytucji i organizacji. Jest sala widowiskowa, wystawowa, kilka restauracji i nie wiem co jeszcze! Nie wszystkie są bowiem dostępne publicznie, niektóre imprezy są tylko dla członków Klubu IHC (a jakże, w końcu to Indie!). My zapisaliśmy się do klubu filmowego, który organizuje od czasu do czasu przeglądy, ale prawdę mówiąc, wcześniej też na nie chodziliśmy i nikt nigdy nas o kartę członkowską nie zapytał. 

Będąc turystycznie w Delhi warto sprawdzić, czy wieczorem nie ma akurat w IHC pokazu tańców indyjskich. Wstęp zazwyczaj jest wolny (ale lepiej upewnić się telefonicznie). 

Delhi, IHC, 12

Delhi, IHC 13

Delhi, IHC, 8

Delhi, IHC, 7

Delhi, IHC, 9

 Delhi, IHC, 5

Delhi IHC

Delhi , IHC 2

Delhi, IHC 14

Delhi, IHC 6

Delhi, IHC, 11

Delhi, IHC 10

Delhi, IHC 3

Delhi, IHC 4

sobota, 31 marca 2012

Pół dnia zajęło mi dziś zrzucenie i edycja zdjęć do dzisiejszego posta, a wszystko przez nasz wspaniale działający internet plus blox, który odmówił współpracy (ponoć mam za dużo zdjęć :) ) ... Na pisanie nie mam już czasu ani cierpliwości.

Muszę sobie uzupełnić pokłady cierpliwości, bo jadę na rezerwie ;P

Miłego weekendu!

 

Tybetanczycy 12

tybetanczycy 6

Tybetanczycy 19

tybetanczycy 10

Tybetanczycy 2012 2

Tybetanczycy 3 

Tybetanczycy 5 

tybetanczycy 20

11:30, asiaya , Delhi
Link Komentarze (12) »
wtorek, 20 marca 2012

Od zapachów łaskocze w nosie, pikantny pył z chilli drapie w gardło zmuszając do kaszlu, co rusz potrąca mnie tragarz z ogromnym workiem na głowie. Nie da się tu długo wytrzymać, choć, już nauczona doświadczeniem, zasłaniam usta i nos szalem, popijając od czasu do czasu wodę. Przy tym tyle tu zagadek do odkrycia!

Na delhijskim targu przypraw sprzedaje się w ilościach hurtowych - workach. Nie ma tutaj gospodyń, raczej właściciele sklepików i restauracji. 

sspice market 1

spice market 2

spice market 5

spice market 10

Można jednak pooglądać towar rozstawiony w workach przed stoiskami...

spice market 8

spice market 7

spice market 3

..., a zakupów dokonać już po wyjściu, w sklepikach przy ulicy. 

Marynaty na wagę...

spice market 6

... i paczkowane.

spice market 4

Orzechy, przyprawy, rośliny strączkowe.

spice market 9

czwartek, 15 marca 2012

Nie będzie chyba przesadą stwierdzenie, że połowa życia kulturalnego w Delhi jest organizowana w zagranicznych instytutach kulturalnych, albo we współpracy z nimi. Pisałam już tutaj o Instytucie Włoskim. 

Krąg języka angielskiego reprezentowany jest przez 2 ośrodki: amerykański i brytyjski. Osobiście korzystam z amerykańskiej biblioteki, ale odwiedziłam raz również British Council. Ponieważ jednak nie chciałam ubiegać się o kartę czytelnika (mam 3 inne i na razie mi to wystarczy), okazało się, że nie jestem tam mile widziana. Brytyjczycy mają bowiem bardzo skomplikowany system członkostwa, a przy tym kosztowny: najtańsza, srebrna karta upoważnia tylko do odwiedzin biblioteki przez okres 3 miesięcy, w żadnym razie do wypożyczania. Kosztuje ponad 40 PLN. Najdroższa (za ponad 1 tys. PLN) obowiązuje rok. Za kartę diamentową (sic!), porównywalną ze zwykłą z amerykańskiej biblioteki (30 PLN), trzeba zapłacić prawie 200 PLN! To chyba najdroższa biblioteka, w jakiej w życiu byłam.

Jako osoba bez karty, dostałam z wielką łaską pół godziny na rozejrzenie się po czytelni. Zdjęcia też robiłam ukradkiem, stąd takie krzywe są :)

Budynek od strony ulicy przyciąga wzrok fantazyjnymi wzorami.

Patio wewnętrzne

Czytelnia. Większość bywalców bibliotek (wszystkich, które znam) to uczniowie i studenci.

 Literatura dziecięca:

Przed wejściem należy zdjąć buty:

Wypożyczanie samoobsługowe. Może za takie bajery trzeba płacić ;) ?

Atmosfera jest całkiem przyjemna, wewnątrz czytelni działa kafejka (nie trzeba odrywać się od lektury), ale szczerze powiedziawszy miałam wrażenie, że jest tam więcej użytkowników, niż książek. Z katalogu wynika, że mają w swych zbiorach prawie 90 tys. pozycji, ale naprawdę tylu ich tam nie widziałam. 

środa, 07 marca 2012

Ponoć na targach było ponad 2 tys. stoisk. Wierzę, bo poza wielkimi domami wydawniczymi, widziałam też całe mnóstwo mniejszych. Jedna ogromna hala była poświęcona tylko i wyłącznie wydawnictwom publikującym w hindi, inna - w pozostałych językach Indii. Często były to małe regionalne firmy czy stowarzyszenia.



Ogromną, jeśli nie największą część wydawnictw w języku angielskim, stanowiły wszelkiego rodzaju podręczniki, poradniki i literatura fachowa, które są swego rodzaju inwestycją. Indusi święcie wierzą, że wykształcenie (a przynajmniej zdobycie odpowiednich papierków), jest drogą do lepszego życia. Podręczniki zatem znajdą się w wielu domach, w których książek nie kupuje się dla kaprysu.

Inną, bardzo szeroko reprezentowaną grupą, były wydawnictwa religijne, od buddyjskich, po hinduistyczne, islamskie itd. Naprawdę trudno było się zorientować w odmianach poszczególnych religii, które reprezentowały, zwłaszcza, że niektóre wydawały mi się raczej parareligijnymi tworami i new agowymi hybrydami, w których mi się trudno połapać. Fakt, przyznam się, że z góry ucinam wszelkie próby prezentowania mi ich, bo nie lubię mistycznych ściem i jak książka ma w podtytule "Droga do prawdy" (a pisząc to patrzę na taką jedną, która leży na moim biurku wciśnięta jako prezent od autorki z groźbą "kiedyś o tym porozmawiamy"), to mam ochotę niechcący strącić ją łokciem z blatu. Wprost do stojącego obok kosza na papiery.

Natomiast owszem, interesują mnie wydawnictwa akademickie, zwłaszcza te socjologiczne, odnoszące się do indyjskich realiów. Zwróćcie uwagę na Gandhi- i Caste Studies na stoisku wydawnictwa Orient Black Swan, który prowadzi również dystrybucję niezależnego, małego, ale bardzo prężnego wydawnictwa Permanent Black, założonego przez pisarkę Anuradhę Roy i jej męża (recenzja jej książki również w nr 7 Archipelagu).

Dlaczego jednak z przekąsem mówię o "światowości" targów? No cóż, nieliczni wystawcy zagraniczni byli ulokowani w najmniejszej hali, nieco na uboczu (za to z działającą klimą :)). Z Europy największe stoisko mieli Niemcy (ale nieproporcjonalnie mało książek). Ma to zapewne związek z kończącymi się obchodami Roku Indyjsko-Niemieckiego. Widziałam stoiska British Council, Instituto Cervantes, Francuzów (nie zwróciłam uwagi, kto z Francji) i ... Białoruś!

 Stoisko irańskie:

Jamia Millia Islamia to muzułmański uniwersytet w Delhi:

 

Stoisko Arabii Saudyjskiej:

Polskich wydawnictw nie widziałam, z małym wyjątkiem ;):

 

Stoisko Tajlandii. Przy okazji dowiedziałam się, że Bangkok będzie Światową Stolicą Książki w 2013 roku. Obecnie tą funkcję pełni Buenos Aires, ale już niedługo pałeczkę przejmuje (odbywa się to zawsze 23 kwietnia, w Dzień Książki)... Erywań, czyli stolica Armenii, by za rok przekazać ją właśnie Bangkokowi. Siamsoleis, zazdroszczę!



 Poniżej jeszcze kilka ujęć (nie moje)

wtorek, 06 marca 2012

Światowe Targi Książki są organizowane od 40 lat jako biennale. Nie należy ich mylić z innymi targami książki, tymi nieświatowymi, które również odbywają się w Delhi. Byłam na nich również, choć środek sezonu monsunowego na przełomie sierpnia i września nie zachęcał do spacerów po świeżym (i bardzo wilgotnym) powietrzu. Różnica jest znaczna, aczkolwiek nawet na tych międzynarodowych co najmniej 90% stanowili wystawcy indyjscy.

Tylko kilka stoisk - największych wydawnictw i dystrybutorów - przyciągało wzrok. Większość wystawców ograniczyło się do zagospodarowania standardowych boksów. Szkoda, bo przed tymi ciekawszymi ustawiały się kolejki do zdjęć. Poniżej ekspozycja wydawnictwa RUPA. Tak pusto było tylko w pierwszych porannych minutach.

Ekspozycja indyjskiego Penguina była w sumie bardzo podobna, na dodatek znajdowała się tuż obok. 

Jednak nic nie przebiło ich maskotki na 25-lecie obecności w Indiach  - stylowego ambasadora w barwach wydawnictwa. Ponoć był też prezentowany w styczniu na Festiwalu w Jaipurze. Tutaj jeszcze go widać:

Tutaj musiałam stanąć na palcach i wyciągnąć wysoko rękę, bo go w ogóle uchwycić:

 

Penguin miał też chyba najszerszą ofertę gadżetów - od zawieszek do bagażu po kubki, torby itp. 

Największe wydawnictwa publikują głównie po angielsku, ale niektóre mają sekcje innych indyjskich języków, np. hindi. Widać też, że Aravind Adiga trzyma się mocno, albo może raczej jest mocno promowany. Osobiście nie przepadam, aczkolwiek należy przyznać, że porusza tzw. "palące problemy", więc komuś, kto nie ma na codzień kontaktu z indyjską codziennością może trochę przybliżyć bolączki przeciętnego Indusa (o ile taki istnieje ;) ).

Nie mogło zabraknąć również Chetana Bhagata, kultowego, acz literacko bardzo słabiutkiego, pisarza młodego pokolenia. Wspominałam o jego fenomenie w artykule "Co czytają Indie" w ostatnim numerze Archipelagu

Indyjska specyfika: astrologia to ważna część tematyki wydawniczej, nawet w dużych wydawnictwach.

Random House India, wydawca m.in. laureata Bookera 2011, Juliana Barnesa.



CDN.

niedziela, 04 marca 2012

Właśnie zakończyły się 20. Światowe Targi Książki w Delhi. Zanim jednak o targach - muszę wspomnieć o samym kompleksie targowym - Pragati Maidan. Nazwa ta oznacza  Pole Postępu. Postępu... 

Mile mnie zaskoczyła frekwencja. Bilety wstępu po baaardzo przystępnej cenie 20 rupii (ok. 1,30 PLN) i proszę - tłumy!

Teren jest bardzo rozległy, a na nim kilkanaście hal wystawowych - można się nachodzić ;) Dzisiaj przy tym było już naprawdę gorąco! 

Całość jednak sprawia bardzo dekadenckie wrażenie - zwłaszcza hale poświęcone poszczególnym stanom. Miałam wrażenie, że chodzimy po opuszczonym przed laty planie filmowym. 

 

Dekoracje i szopki z papier mache to częsty motyw ekspozycji w Indiach. Muszę przyznać, że trochę to takie...  przedpotopowe. 

Jedna z hal wystawowych - awangardowa forma, fatalne wykonanie. Szkoda, mogło być ciekawie.

Drugiego dnia targów nie wszystko jeszcze było gotowe. Ekipy wokół pracowały, montując stoiska i dekoracje.



A skoro siła robocza jest tak tania, nikomu nie przychodzi do głowy, żeby usprawniać pracę. Po co zawracać sobie głowę wózkami, skoro taniej wynająć tragarza, któy wszystko przeniesie na własnej głowie.



Tagi: targi
18:49, asiaya , Delhi
Link Komentarze (2) »
piątek, 02 marca 2012

To nie jest miejsce dla turystów, którzy spragnieni Indii właśnie wysiedli z samolotu. To miejsce dla tych, co na widok dalu oddalają się w podskokach, a na zapach masali rozglądają się za wyjściem ewakuacyjnym. Nie marzą o ryżu, a już na pewno nie o basmati na sypko.

I tak, jak niektórych obieżyświatów ratuje McDonald's, dla mnie zawsze wybawieniem jest kuchnia włoska. Menu włoskich restauracji nie jest może tak zunifikowane, ale za to czasami miło zaskakuje. Od razu zaznaczam, że nie wystarczy zamówić czegoś z działu "continental" w typowej indyjskiej restauracji. Jest duże prawdopodobieństwo, że dostaniecie ugotowane na mdło warzywka typu groszek i marchewka. "No spicy" równa się tu "no flavour at all". 

W poszukiwaniu Włoch najlepiej udać się do Włoch, nawet jak się tymczasowo rezyduje w Delhi. Włochy w Delhi znajdują się na tyłach włoskiej ambasady, w ogrodzonym wysokim murem ogrodzie Instytutu Włoskiego. Już sama dzielnica ambasad wygląda jak zaprzeczenie Indii, a może właśnie nie - bo przecież Indie są znane z tego, że zawierają każdą antytezę wszelkich możliwych indyjskich tez. Dzielnica Chanakyapuri to niemal wyłącznie szerokie aleje z równo przystrzyżonymi trawniczkami i kwitnącymi wszelakim kwieciem klombami oraz ukryte w głebi ogrodów budynki ambasad.

 

Pojawiające się od czasu do czasu niebieskie tablice informują o mijanych placówkach.

 

Jeszcze tylko pozostaje przejść przez tą bramę i niestety, nie jest to takie proste. Indyjska (i brytyjska) klubowa mentalność dotarła i tutaj: roczna karta członkowska kosztuje ok. 300 PLN. Za słodkie życie trzeba słono płacić. Rodzice muszą również zobowiązać się do pokrycia wszelkich szkód wyrządzonych przez ich dzieci. Czyżby jakieś koszmarne doświadczenia?

 

Budynek Instytutu, w którym odbywają się lekcje włoskiego, pokazy filmów, wystawy itp. Jest też niewielka biblioteka.

Ale większość i tak omija te atrakcje, zdążając tutaj:



 

Mała enklawa, w której po kilku wizytach wszyscy się już znają - przynajmniej z widzenia. Można spokojnie zostawić torbę, wychodząc do łazienki.

W zimie taras jest dogrzewany, w lecie ochładzany orzeźwiającą mgiełką (choć i tak od maja do września wszyscy raczej korzystają z klimatyzowanego wnętrza), w dzień ocieniany parasolami, a w nocy nastrojowo oświetlany lampkami zwisającymi z konarów drzew.

 

I żeby nie było, że ja tylko o jedzeniu. Ze strawy dla ducha też korzystamy. Poniżej wystawa włoskiego pop artu. Ale jak można mieć taką minę w raju, mamma mia!!!

niedziela, 12 lutego 2012

Miejmy nadzieję. Co prawda nie tęsknię do dzikich upałów, ale też mam już dosyć temperatury 17 stopni w domu. Jeśli przy minimalnej temperaturze ok. 13 st., mamy 17-18 w mieszkaniu, ile mielibyśmy przy minusowych? Lepiej nie myśleć. Dlatego też trochę inaczej patrzę na wykres minimalnych i maksymalnych temperatur w Delhi. W zasadzie można przyjąć, że w miesiącach, gdy minimalna temperatura spada poniżej 10 st., w domu czy hotelu będzie zimno, szczególnie w nocy i nad ranem. Jeśli chodzi o maksymalne, to do 30-32 stopni da się żyć.

temperatury w Delhi

Sprawdziłam na własnym blogu (już taki wiekowo zaawansowany!), że rok temu wiosnę ogłosiłam 25ego stycznia. W tym roku początek lutego przyniósł zaskakujące ochłodzenie (14-15 stopni w ciągu dnia, gdy pod koniec stycznia mieliśmy już 23), ale dziś poczuliśmy wiosnę w powietrzu, więc tradycyjnie otworzyliśmy sezon balkonowy, który potrwa aż do pierwszych upałów, przez które znowu będziemy zmuszeni zabarykadować się w domu. 

Przy okazji odpowiadam na pytanie: O jakiej porze roku najlepiej jechać do Indii? 

Mhm, to zależy... Indie są ogromne, baardzo zróżnicowane klimatycznie. Kiedy w górach śnieg zasypuje dojazd, na Goa jest szczyt sezonu plażowego. Jeśli chodzi o Delhi i okolice, najlepszymi miesiącami są październik/listopad i luty/marzec. Maj i czerwiec to miesiące upałów (ale takich przez duże U), w lipcu, sierpniu i wrześniu temperatury nieco spadają, ale wzrasta (znacznie) wilgotność powietrza. Kto żyw zajmuje wygodne miejsce pod klimą, a na ulicę wychodzą wariaci i desperaci. Oraz oczywiście ci, którzy na niej mieszkają, ale oni jakby nie mają wyboru. Byliśmy na początku maja w Taj Mahal i podziwiałam ludzi, którzy boso przechadzali się po dziedzińcach. Mnie chodniki po prostu parzyły w stopy i skakałam jak na rozgrzanej patelni. W gorących miesiącach częściej też zdarzają się przerwy w dostawie prądu. Podczas monsunu (lipiec, sierpień, wrzesień) częściej przytrafiają się zatrucia, do tego dochodzi zwiększone ryzyko malarii czy denge (nawet w Delhi). Z kolei przełom grudnia i początek stycznia to zima, która może w Polsce uchodziłaby za przedwiośnie, ale przy braku ogrzewania w mieszkaniach znosi się ją gorzej niż polskie mrozy (może warto np. zapytać o to udogodnienie przy rezerwacji hotelu, aczkolwiek wiele się po ich urządzeniach grzejnych nie należy spodziewać). Zazwyczaj niskim temperaturom towarzyszą też mgły, które mogą utrudniać transport (np. pociągowy). Nie należy jednak słuchać lamentów indyjskich znajomych, którzy straszą syberyjskimi mrozami. Indusi nie są przyzwyczajeni do zimna i już przy kilkunastu stopniach zaczynają wyciągać z szaf ciepłe kurtki i szale. Co dziwne, raczej nie gustują w solidniejszych butach - klapki (często japonki) to tutaj obuwie niemal całoroczne, w zimie uzupełniane jedynie specjalnymi skarpetami z oddzielną częścią na duży palec. 

Planując wyjazd do Indii warto też, w miarę możliwości, sprawdzić kalendarz świąt hinduistycznych. Najhuczniej (dosłownie) obchodzone jest Diwali, ale najsympatyczniejszym świętem zdecydowanie jest Holi. Są to święta ruchome, więc dat na konkretny rok najlepiej poszukać w internecie. W tym roku Holi przypada na 8 marca (Święto Kobiet!), ale w przyszłym dopiero pod koniec marca.

Tagi: klimat
22:10, asiaya , Delhi
Link Komentarze (2) »
niedziela, 29 stycznia 2012

Przylatujący do Delhi już na lotnisku zauważą panów z bronią w ręku - spacerujących, siedzących, gawędzących - znudzonych bardzo. Panowie robią za tło, o ile nie próbuje się po wyjściu z lotniska nań wrócić. Wtedy bardzo stanowczo nam to "odradzają". Bardzo stanowczo.

Na halę przylotów można, owszem, wejść z zewnątrz, ale wyłącznie po zakupieniu biletu wstępu. Na czym polega efekt antyterrorystyczny takiego zarządzenia? Czyżby potencjalny terrorysta nie posiadał kilkudziesięciu rupii na wejściówkę? Nie wiem, a i władze lotniska chyba się zastanawiają nad tym, gdyż cofnęły wydawanie ich w dwóch ostatnich tygodniach stycznia. Dla poszukujących logiki mała podpowiedź: 26ego stycznia w Indiach obchodzone jest jedno ze świąt narodowych - Dzień Republiki. Może się mylę, ale ostatnie zamachy odbywały się raczej w datach nie mówiących nic nikomu. 11 września to też był kiedyś zwykły dzień...

Jeszcze gorzej wygląda sytuacja na hali odlotów. Tutaj wstęp mają tylko posiadacze WYDRUKOWANYCH biletów i oczywiście paszportów. Nie ma wymówki, że bilet elektroniczny itp. W tej sytuacji odprowadzający zostaje po prostu za drzwiami. Kiedy w maju odlatywałam sama do Polski, Sir przekonał jednego ze strażników, aby mu pozwolił wejść i pomóc mi odprawić bagaż, po czym oboje mieliśmy zakupić po kawce (był brutalnie wczesny ranek) i wypić ja wspólnie PRZED lotniskiem. Mało komfortowo, ale zawsze jakaś alternatywa. Niestety po 20 minutach stania w kolejce do check-in nadal byłam daleka od odprawy, a Sir musiał wyjść, bo na tyle dostał pozwolenie. Umówiliśmy się, że po odprawie bagażu spotkamy się na zewnątrz. Nadałam walizkę, kupiłam kawę i w podskokach pobiegłam do wyjścia. I tu BUM!!!! Nie mogę wyjść! Dlaczego? Przepisy! Ale przecież inny strażnik tłumaczył mi, że będę mogła wyjść i wejść z kartą pokładową!! Eee? No skąd! Ale co pan mówi? Nie, nie, nie i nie! Ciśnienie mi skoczyło tak, że spokojnie mogłabym się obejść bez kofeiny, a dzierżyłam jej w rękach dwa kubki! Żegnaliśmy się więc przez szybę, jak w jakimś tanim melodramacie, a ja nawet posoliłam sobie tą kawę roniąc łezkę. Było mi bardzo przykro, a przecież żegnałam się tylko na 2 tygodnie. Co, gdyby to były lata?? 

Na mieście sytuacja też nie lepsza. Na ulicach, rynkach widać patrole wojskowe z bronią, a już najbardziej kosmicznie wyglądają porozstawiane gdzieniegdzie zasieki z worków. Tutaj jeden z nich - czasowo pusty.


Bramki i skanery mają tu chyba wszystkie instytucje, hotele, metro. Poniżej wejście dla mężczyzn (bo są oddzielne bramki dla poszczególnych płci - kobiety powinny być kontrolowane przez kobiety) do Taj Mahal. Konfiskowane są np. zapalniczki i gumy do żucia.

Ta wieża z krzesełkiem przeznaczona jest dla strażnika na rynku - żeby lepszy zasięg miał. Jak z niej miałby szybko zejść - pozostaje dla mnie zagadką.

Patrole z kijami. O wiele jednak częściej z bronią.

Najlepsze na koniec: blokowanie ulic przez policję. Częściowe, kiedy każdy samochód musi przejeżdżać w żółwim tempie pod nosem policjantów lub całkowite. Nasze osiedle ma kilka wjazdów, ale większość z nich jest CODZIENNIE zamykane na noc, a otwierane rano. Żeby do nas dojechać, trzeba kluczyć bocznymi zaułkami, znanymi tylko mieszkańcom. Na taksówkarzy nie ma co liczyć, czasami po przywiezieniu nas według naszych wskazówek, sami muszą chwilę błądzić, zanim znajdą wyjazd. Bezpieczne?? Dla kogo?? Bo zakładam, że terrorysta ma czas, żeby przygotować sobie plan ewakuacji, a np. taka karetka pogotowia już chyba nie...

niedziela, 15 maja 2011

Indiry Gandhi nie trzeba przedstawiać chyba nikomu. Jest to postać dosyć kontrowersyjna, ale zostawmy polityczne dysputy na boku i wybierzmy się do jej przepięknego białego bungalow'u ukrytego wśród bujnej zieleni, jej ostatniego miejsca zamieszkania i niemego świadka zamachu. Mieści się tam teraz Indira Gandhi Memorial Museum. Miejsce to jest oblegane głównie przez turystów indyjskich. Widać, że przybywają tam naprawdę z całego kraju, często wielopokoleniowymi rodzinami. Obcokrajowców nie ma wielu, ale prawdą jest, że nie jest to sezon turystyczny. W każdym bądź razie myślę, że dla nas, cudzoziemców, muzeum ma podwójny urok, bo to z jednej strony pamiątki po jednej z najsłynnieszych Indusek, jednej z najsłynniejszych rodzin (dynastii ;)), a z drugiej strony przykład wnętrza domu indyjskiej klasy wyższej. Pytanie, czy jest to wnętrze typowe dla tej warstwy społecznej, bo z tego, co widziałam w innych domach, Indusi mają ogólnie tendencję do przesady, kiczu, złota i ogólnie stylu "na bogato". Pod tym względem dom Indiry Gandhi zaskoczył mnie skromnością i stonowaniem, oraz absolutnie uroczą biblioteką. Ale po kolei!

Muzeum mieści się w najpiękniejszej, najbardziej zielonej i... najmniej "miejskiej" dzielnicy Delhi, przy alei jak z obrazka, a na dodatek w samym centrum miasta.

W dzielnicy tej jedyną zabudową są właśnie takie bungalow'y w ogromnych ogrodach. Niewątpliwie najbardziej snobistyczna okolica w Delhi.

Pomieszczenia można oglądać przez oszklone okna, co nie jest zbyt wygodne i raczej niekorzystne dla zdjęć, ale rozumiem, że bez takiej ochrony wielu zaczęłoby się czuć jak u siebie. Kiedyś w dużym sklepie meblowym widziałam całe rodziny, które wygodnie rozsiadały się na nowych łóżkach, bynajmniej nie w celu wypróbowania ich przed zakupem, tylko po prostu dlatego, że chciały rozprostować nogi po długim chodzeniu. Zauważyłam nawet randkującą parę (ale bardzo przyzwoicie randkującą, w końcu to Indie ;))

Biblioteka, jak już wspomniałam, najbardziej mnie zachwyciła. Faktem jest, że nieczęsto można w indyjskich domach zobaczyć jakiekolwiek książki (jeśli ktoś ma odmienne doświadczenia, to proszę śmiało oponować :)).

Tutaj, oprócz pokaźnej kolekcji woluminów, zaobserwowałam też słabość do dizajnerskich foteli. Poniżej, na drugim planie fotel i podnóżek Eames ,...

... a tutaj słynny corbusierowski szezlong (ach, znowu ten le Corbusier :)). Kiedyś miałam przyjemność użytkować taki przez kilka miesięcy i ogólnie jest bardzo relaksujący (zwłaszcza do trzymania nóg wysoko ;)), ale do czytania brakuje mu zdecydowanie podłokietników. Nie dowiem się chyba nigdy, czy Indira podzielała moje zdanie ;) Drzwi w tle prowadzą do sypialni.

Trochę żałuję, że nie zrobiłam więcej zdjęć z bliska, aby podejrzeć jej upodobania czytelnicze, ale pocieszam się, że na pewno tam wrócę, więc będzie jeszcze okazja.

A oto rzeczona sypialnia,...

...również wypełniona książkami.

Do sypialni przylega garderoba:

Dalej można podziwiać salon...

...i jadalnię.

Oprócz tych pomieszczeń znajdował się tzw. puja room, czyli coś w rodzaju kapliczki. Do kompletu brakuje wglądu do łazienek, kuchni, pokojów dziecięcych czy dla służby. Były za to ekspozycje zdjęć i pamiątek rodzinnych. Oto Indira ze swoim "kotkiem".

Jedno z ładniejszych zdjęć Rajiv'a i Soni Gandhi:

W gablotach eksponowane są przedmioty osobistego użytku, jak np. tutaj ubranie i laptop Rajiv'a...

... czy sari i sandały, które miała Indira Gandhi na sobie w dniu zamachu:

Jak Wam się podobało? Ja na pewno będę moim gościom polecać.

niedziela, 13 marca 2011

W czwartek miałam mały Armageddon pt. instalacja klimy. Panowie wyrąbali dziurę wielką jak pięść w ścianie OBOK  tejże, a to, czego nie wyrąbali, upstrzyli gustownymi odciskami własnych dłoni w promieniu metra. Nadaje się tylko do remontu. Po czym przedstawili mi rachunek napisany pospiesznie na kartce post-it, chociaż instalacja była wliczona w koszty urządzenia. No i była draka. Znajoma powiedziała, że w Indiach nabywasz umiejętności wkurzania się na życzenie, ale tak, "żeby się nie spalać w środku". Bo wkurzyć się musisz, żeby pokazać, że "jestem cudzoziemcem, ale nie idiotą" (jak to kiedyś powiedział Sir warszawskiemu taksówkarzowi).  No to ja jeszcze tak nie umiem. Kosztuje mnie to. Indyjscy fachmani (bo nie fachowcy) uzbierali sobie już u mnie materiał nie tylko na jeden wpis, ale na całą serię. Nie chcę zalać jadem tego blogu, ale jak wszystkie kolory, to wszystkie. Tytuł zobowiązuje.

Potem przyszedł piątek i tragiczne wieści z Japonii. Dotknęło mnie to bardzo. Znów spędziłam pół nocy przyklejona do ekranu, oglądając filmy z siejącą spustoszenie falą. Przerażające! Te samochodziki uciekające w popłochu! To jak sceny egzekucji! W końcu stwierdziłam, że dla własnego zdrowia psychicznego powinnam zaprzestać.

Dlatego weekend musiał być relaksujący. Poszliśmy do kompleksu Kutb (eng.), ze słynnym Kutb Minar (pl.), czyli minaretem z XIII w. Spojrzenie w taką głębię historyczną dobrze ustawia priorytety w głowie, ale przede wszystkim jest to miejsce zamknięte, zadbane, względnie spokojne i na tyle rozległe, że można spacerować bez wrażenia bycia na więziennym spacerniaku. Relaks.

Rysunkowa rekonstrukcja. Nie wszystko zachowało się w całości.

sobota, 26 lutego 2011

Bieda i brud - te dwa aspekty indyjskiej rzeczywistości atakują zmysły każdego nowego przybysza. Tak, jest tu koszmarnie brudno! Mówią o tym sami Indusi, ale to temat na osobny wpis. Bo paradoksalnie właśnie od rana mnóstwo osób krząta się i sprząta jak Delhi długie i szerokie. No dobrze, przynajmniej w tych "lepszych" dzielnicach. Z mizernym skutkiem. Chyba z niewolnika jednak nie ma pracownika. Często widzę, że bardziej chodzi o machanie miotłą, niż o jakiś efekt. Mimo wszystko widok "zamiataczy" to nieodłączny element naszych poranków.

sobota, 19 lutego 2011

Pomimo tego, że w Delhi już otwarto kilka sklepów sieciowych Croma (elektronika i sprzęt AGD, własność Taty, a jakże!), które bardzo przypominają zachodnie odpowiedniki (jedyną różnicą jest mniejsza powierzchnia i chyba potrójna ilość obsługi), Delhijczycy nadal chętniej robią "okołokomputerowe" zakupy na placu Nehru, o którym mówi się, że jest największym bazarem komputerowo-elektronicznym w Azji. To prawdziwy raj dla geeków!

Oprócz mnóstwa większych i mniejszych sklepików można tu znaleźć nawet sklepy firmowe, np. Sony czy HP.

 

Nie ma żadnej ortodoksji - miejsce na parę straganów z odzieżą również się znajdzie - w końcu nawet informatyk musi gdzieś kupić swoją flanelową koszulę w kratkę:

Multimedia:

...literatura fachowa:

giełda dla amatorów pecetowych składaków:

serwis gwarancyjny:

...i pogwarancyjny:

legalny Windows ze specjalną ceną na indyjski rynek (chyba nie jest dużo niższa, niż polska):

czwartek, 03 lutego 2011

Przed przyjazdem dostaliśmy plik kartek. Taka niby instrukcja obsługi Indii. Oprócz telefonów lekarzy, adresów poleconych hoteli itp., był rozdział o transporcie, z czego strona poświęcona rikszom. Z czego pół strony zajmowało zdjęcie pojazdu pięknie wycięte z tła ulicy i wklejone na białą kartkę z dumnym podpisem: "Tak wygląda riksza!" "Mhm"- mruknęłam - "chyba nie mają zbyt dobrego mniemania o naszej inteligencji... ale może to i dobrze..."

 A teraz co robię? Sama pokazuję Wam, jak wygląda riksza :). Nie wyciągajcie jednak zbyt pochopnych wniosków, gdyż ja - owszem - chcę ją Wam pokazać w pełnym kontekście delhijskiej ulicy! Bo riksza bez ulicy, to jak... karp bez wanny... jak kofeina bez kawy... jak... jak drogowcy bez zimy...

Są motoriksze (zwane też autorikszami), riksze rowerowe i - o zgrozo!- riksze napędzane siłą ludzkich mięśni. Tych ostatnich w Delhi nie widziałam i nie wyobrażam sobie z nich korzystać. Nawet tych rowerowych unikam, jechałam zaledwie 2 razy z braku innych opcji, ale nie przekonałam się. Z jednej strony wiem, że ci ludzi dzięki mnie zarabiają jakieś pieniądze na przeżycie, ale z drugiej strony to tortura patrzeć, ile wysiłku ich to kosztuje.

Motoriksze, chociaż trzęsące się niemiłosiernie i brudne, mają swoje zalety. Najczęściej korzystamy z nich na krótkich dystansach, w obrębie dzielnicy lub dwóch sąsiadujących. Niektórzy dojeżdżają do pracy rikszą i po 10 km, ale ja nie czuję się w tym bezpiecznie na miejskiej autostradzie, gdzie  ze wszystkich stron pędzą samochodami szaleńcy i obowiązuje prawo silniejszego. Oczywiście riksza jest w tym przypadku najsłabszym ogniwem (z racji konstrukcji, ale również dedukując, że rikszą jedzie biedniejszy, autem - bogatszy) i, mając do wyboru - stuknąć w samochód lub w rikszę - żaden kierowca nie będzie się długo zastanawiał. Poza tym klaksony z wszystkich stron i wdychanie spalin oraz kurzu - to nie jest to, co misie lubią najbardziej!

Za to w poruszaniu się na krótkie dystanse są lepsze od taksówek. Po pierwsze łatwiej je złapać, po drugie kierowcy znają swoją dzielnicę - często taksówkarze zatrzymują się, żeby zapytać ich o drogę. Motoriksza teoretycznie powinna jeździć z włączonym taksometrem i naliczać 15 rupii za km (ok.1 PLN), w praktyce ciężko ich do tego zmusić, więc pozostaje z góry ustalić stawkę. Najbardziej popularna to "fifty", przynajmniej dla obcokrajowców. Spytaliśmy kiedyś pracownicę Muzeum Narodowego, jak się dostać stamtąd do Muzeum Sztuki Współczesnej. "Rikszą" - odparła - "dla nas 25 rupii, dla Was nie powinno być więcej niż 50". Na bardzo krótkich trasach (np. 300 metrów) słyszymy "as you like".

Jest jednak jedna rzecz, której szczerze nienawidzę w tym środku transportu. Poruszając się po centrum, jest się często narażonym na to, że stojąc na czerwonym świetle, staniemy się celem wszystkich ulicznych żebraków. W taksówce zamkniesz szybę i po krzyku - tutaj się tak nie da. Szczególnie przerażają mnie narkomani, których najwięcej spotykam przy Connaught Place.

  

sobota, 29 stycznia 2011

Agradabla mi właśnie przypomniała, że nie pisałam jeszcze o transporcie. A nie pisałam, bo temat ten przyprawia mnie o palpitacje. Każde wyjście musi być poprzedzone przygotowaniami strategicznymi: czym, jak, skąd, dokąd, za ile, o której... Muszę naprawdę wykrzesać z siebie wszystkie zasoby dyplomacji, przywołać zasady kindersztuby i technik relaksacyjnych, żeby nie rzucić tu stekiem bluzgów. No dobrze... oooommmm... oooommm...

Zacznę od metra, bo mam z nim stosunkowo dobre doświadczenia. Po pierwsze sieć metra jest dosyć rozwinięta; oprócz kilku stacji w centrum  - naziemna. Bardziej jednak służy połączeniu centrum z przedmieściami niż poruszaniu się po samym centrum. Główną wadą metra jest to, że trzeba dotrzeć jakoś do stacji, a potem się wydostać. Wejście może wyglądać np. tak:  

   

Dodam, że jest to zdjęcie zrobione 3 tygodnie po otwarciu tej stacji, obecnie (po 4 miesiącach) uprzątnięta jest mniej więcej połowa i zaczęto malować ścianę. Często więc trzeba wziąć rikszę, żeby jakoś się tam dostać. Potem trzeba się dopchać do  kasy...

Można kupić żeton na jednorazową jazdę (16 rupii/ok. 1 PLN) lub kartę magnetyczną (wtedy 10% taniej i 5000% mniej kolejek):

Następnie przejście przez bramkę i prześwietlienie bagaży (czyli jeszcze jedna kolejka - oddzielnie dla panów i pań) - zupełnie jak na lotnisku, tylko w temacie bagaży większe urozmaicenie...:

 foto: www.gurgaonscoop.com

 ...i hop na peron:

Największy plus metra? Specjalny przedział dla kobiet! Trzeba kierować się śladem różowej naklejki :))

PHOTO: Shiv Kumar Pushpakar (The Hindu)

Biada temu, kto nie dostosuje się do tej zasady!!! Kara 200 rupii (ok.13 PLN) to drobnostka w porównaniu z tą, jaką mogą wymierzyć rozjuszone pasażerki:

Podziemna stacja w centrum (Khan Market):

Podsumowując: DA SIĘ! Najlepiej będąc kobietą podróżującą samotnie lub w damskim towarzystwie . Wagony "mieszane" budzą też mieszane uczucia - zdecydowanie za dużo testosteronu!!! Na krótkich trasach raczej nie opłaca się tracić czasu na wszystkie procedury. No i ta koniecznośc dojechania rikszą! Ale o tym następnym razem...

wtorek, 25 stycznia 2011

Jeszcze na początku stycznia, gdy wróciliśmy do Delhi po kilkutygodniowej nieobecności, zaskoczyły nas niskie temperatury i niesamowita mgła. W dzień było ok. 15 stopni, w nocyi 7-8. Wiem, w porównaniu z polskimi mrozami brzmi jak bajka, ale znowu potwierdziła się reguła, że pewne rzeczy nie mają bezpośredniego przełożenia. Przy takiej temperaturze wymarz łam bardziej niż w święta w Europie. Przede wszystkim nie istnieje wynalazek centralnego ogrzewania, a powszechne kamienne (w mieszczańskich domach marmurowe) podłogi potęgują wrażenie "lodówki". Chociaż uciążliwa, zima tutaj jest zbyt krótka i zbyt "ciepła", aby inwestować w drogie instalacje. Jednocześnie 15 stopni ciepła w mieszkaniu to zdecydowanie za mało (chyba nie tylko dla mnie).  Niektóre instytucje i hotele mają opcje ogrzewania w systemach klimatyzacyjnych. Jako, że czeka nas zakup AC (w lecie bez tego ani rusz), postanowiliśmy poszukać czegoś w tym stylu. Spędziliśmy pół dnia, biegając od Annasza do Kajfasza. Nigdzie takich nie znaleźliśmy, za to dostaliśmy ofertę z rodzaju tych "nie do odrzucenia". Mogą nam zamówić w fabryce, 100% zaliczki, a wyglądać będzie mniej więcej tak (tu machnięcie w stronę zakurzonej ekspozycji). Taa, a świstak siedzi i zawija je w sreberka...

Kierując się zasadą "podążaj za miejscowymi", zapytałam babkę Veenę, jak radzi sobie z zimnem. Bardzo prosto: idzie do łóżka. No tak, kołdra nie zużywa prądu.

Wyciągnęliśmy z kartonów od lat nieużywany grzejnik, dokupiliśmy na Khan Market  drugi, nazywany przez nas dyskoteką (grzeje lampami halogenowymi i obraca się wokół własnej osi :)). Przez ok. 2 miesiące snuliśmy się po domu jak potępieńcy z kulą, tzn. z grzejnikiem u nogi (każdy ze swoim). Chcesz wziąć prysznic? Najpierw wstaw go do łazienki i poczekaj, aż temperatura wzrośnie przynajmniej o te 5 stopni. Chcesz pooglądać telewizję? Grzejnik do salonu. Sprawdzić pocztę? Do gabinetu. W rezultacie spędzaliśmy czas razem w tym samym, najmniejszym pomieszczeniu (nie, nie w łazience :)). Co dwa grzejniki, to nie jeden!

Najbardziej jednak problemem dotknięci byli ci, którzy pracują ( a nierzadko i mieszkają) na ulicy. W końcu Indie stoją handlem i innymi usługami świadczonymi pod gołym niebem. Kierowcy riksz, strażnicy, straganiarze, uliczni fryzjerzy, kucharze, ale też policjanci i żolnierze próbowali sobie radzić z zimnem rozpalając ogniska wprost na poboczach ulic. Widok jest kosmiczny, a wszechobecny dym drapał w gardło i przywodził na myśl polskie wykopki.

Tymczasem przyszła wiosna! W weekend mieliśmy 24 stopnie, słońce grzało, aż miło. W piątek zjedliśmy obiad w ogrodzie Instytutu Włoskiego (uwielbiam), a niedzielę spędziliśmy na własnym balkonie popijając Carlsberga w kubkach do kawy, rozmawiając i przeglądając prasę. To był prawdziwy zastrzyk witaminy D! No i B też oczywiście ;)

To mi przypomniało, że mam przecież parę fotek z pierwszego miesiąca w naszym mieszkaniu, który w większości spędziliśmy na balkonie, korzystając z hmm... szczodrobliwości babki Veeny w postaci pamiętnych krzeseł. Był to miesiąc bardzo intensywny, jeśli chodzi o poznawanie życia naszej nowej dzielnicy. Zdjęcia są z października, na razie jeszcze nie mamy aż tak mocnego słońca, a i ówczesna, pomonsunowo-soczysta zieleń roślin, pozostaje tylko wspomnieniem.

Niekwestionowanymi królami ulicy w dzielnicach tzw. rezydencjalnych i tzw. posh, są stróże. Na naszej ulicy prawie każdy właściciel domu zatrudnia jednego (nocnego) lub dwóch (pracują w 12 godzinnych zmianach CODZIENNIE). Spędzają całe dnie i noce walcząc z nudą i upałem/zimnem, bawiąc się komórką, czytając gazety. W zależności od prestiżu domu mają do dyspozycji plastikowe krzesło:

...lub budkę:

Często stołują się w okolicznych budkach z jedzeniem:

Są bardzo towarzyscy,"odwiedzają" się nawzajem. Założę się, że znają wszystkie najnowsze plotki z sąsiedztwa.

Zwróćcie uwagę na zawieszony na drzewie ołtarzyk:

Jeśli nie mają do dyspozycji większej liczby krzeseł, siadają sobie na kolanach, czesto trzymając się za ręce. Ot, taka męska przyjaźń :)

niedziela, 12 grudnia 2010

Niedziela + słońce = spacer :))

Nigdy w życiu nie prowadziłam tak siedzącego trybu życia jak w Delhi. Zdaje się, że chodzenie nie jest tutaj w zwyczaju klasy sredniej, a sama struktura miasta nie sprzyja spacerom po ulicy. Nawet z psem wychodzą służący. Poprosilismy kiedys jednego z brokerów, aby po całodziennym "zwiedzaniu" mieszkań zostawił nas w dzielnicy, w której mielismy na oku jedno lokum. Chcielismy sobie pospacerować po okolicy, zanim się zdecydujemy. Zrobił wielkie oczy i powiedział cos w stylu: "You European! You seem to like to walk!"

 Lodi Garden

 

 

wtorek, 07 grudnia 2010

Czas dokończyć mieszkaniowy serial :) Z pewną niechęcią wracam do tych wydarzeń, bo kojarzą mi się ze stresem i frustracją, które już zdążyłam zapomnieć, schować na samo dno swiadomosci i upchnąć kolanem. To była udręka: od drzwi do drzwi, od spotkania do spotkania, od brokera do brokera. Tak, po Gaganie było ich jeszcze trzech! Jednego nawet nie mielismy okazji poznać, ponieważ nie pofatygował się na umówione spotkanie. Dwa w zasadzie... Zresztą nie pofatygował się nawet, żeby te spotkania odwołać, co nie przeszkodziło mu radosnie zaproponować trzecie. W międzyczasie zadzwonilismy do następnej brokerki. Została nam polecona jako osoba, która pracuje wyłącznie z Hindusami, czyli oferująca mieszkania w "normalnych" cenach. Mniej więcej powiedzielismy jej, o co nam chodzi, obiecała oddzwonić. Oddzwoniła jej koleżanka, miała kilka ofert dla nas, umówiłysmy się na obejrzenie ich następnego dnia. Zamiast koleżanki PRZYSZEDŁ kolega. Na piechotę. Na moje pełne zdumienia spojrzenie powiedział, że zaraz przyjedzie po nas samochodem jego kolega. Próbowałam go wypytać o oferty, ale niestety jego angielski nie pozwalał na nawet podstawową komunikację. Wyciągnął z kieszeni pomięty zeszyt z adresami. Miałam nadzieję, że przynajmniej kolega będzie bardziej rozmowny. Niestety nie był. A samochód... mhm... Był bardzo, jak by tu okreslić... egzotyczny. Na początku wizja przejadżki tym gratem po Delhi bardzo nas rozbawiła, ale już po 15 minutach miny nam zrzedły. Nie miał klimatyzacji, na zewnątrz panował upał (ok. 35 stopni) i niesamowita wilgoć też dawała się we znaki - monsun w końcu. Pot spływał nam strużkami z czoła. Na dodatek koledzy wcale nie wiedzieli, dokąd mają jechać, co rusz zatrzymywali się, pytając o drogę. Mieli oferty w tzw. "dobrej" dzielnicy (oczywiscie w delhijskiej skali), więc bylismy ich bardzo ciekawi. Niestety, nawet w takich dzielnicach są ulice i ulice. Okazało się, że dziwnym trafem ich wszystkie mieszkania są na tych gorszych. Gdy dotarlismy do pierwszego, już miałam ochotę uciekać. Tak okropnej nory nie widziałam nigdy w życiu! Ciemne, smierdzące klity o brudnych scianach, w kuchni gorzej niż w chlewie, łazienka jak na ukraińskim dworcu, ale najgorsza była czarna ziejąca dziura w podlodze w przedpokoju, skąd schody bezposrednio (bez drzwi) prowadziły do piwnicy pełnej starych rowerów i Bóg wie czego jeszcze. Sceneria jak z horroru. Nie, czegos takiego się nie spodziewalismy. Po wyjsciu na swiatło dzienne zapytałam jednego z naszych "brokerów" o cenę. Chyba ich zaskoczyłam, nie wiedzieli, co powiedzieć, patrzyli po sobie niepewnym wzrokiem, a w końcu jeden z nich wypalił: 1.000 Euro... Wybuchłam gromkim smiechem, ale z rodzaju tych nerwowych, które bardziej przypominają trudną do opanowania czkawkę. Próbowałam się powstrzymać, ale on dodał skonsternowany: "Do negocjacji", co tylko dolało oliwy do ognia. W końcu się opanowałam i spytałam, czy wszystkie ich oferty są w tym stylu. Mhm, trudne pytanie, bo przecież on tych mieszkań wczesniej nie widział. Skończyło się na tym, że podjeżdżalismy pod te domy, my zrezygnowani kręcilismy głową i jechalismy dalej. Dzień zmarnowany... Chociaż może nie! Przecież mam o czym opowiadać! Nauczona tym doswiadczeniem, zaczęłam też zabierać ze sobą aparat fotograficzny. Niestety, już się nam taka perełka nie trafiła. Być może dlatego, że odmówilismy współpracy z poleconą koleżanką. Ona niestety nie mogła się z tym pogodzić i wydzwaniała do mnie jeszcze przez parę tygodni, aż końcu byłam zmuszona przestać odbierać jej telefony. Zdesperowani zaczęlismy szukać następnego brokera. Numer wzięlismy po prostu z internetu, bo już było jasne, że żadne polecenia tu nie pomogą. Facet po pierwszym spotkaniu wydał się nam sensowny, a najbardziej przekonał nas do niego fakt, że oferował niektóre z mieszkań, które pokazywał nam wczesniej Gagan, o ok.25% taniej. To tak, jakbysmy mieszkali 3 miesiące w roku za darmo... Niestety nawet on nie okazał się być cudotwórcą, więc i tak musielismy się zmierzyć z indyjskimi standardami budowlanymi. Czego to mysmy nie widzieli!!

  • mieszkania z zaciekami i grzybem (bo monsun)

    

  • mieszkania z fantazyjnymi kikutami rurek w salonie

 

  • łazienki, gdzie przy odrobinie szczęscia można dostać w głowę jednoczesnie spadającymi: głowicą od prysznica i wiatrakiem trzymającym się na słowo honoru

  

  • gdyby to nie było skuteczne, to zawsze można spróbować włożyć wtyczkę do tego czegos:

  • lub po prostu wyjsć na balkon (tam z tyłu to miejsce do podłączenia pralki - tradycyjnie na tylnym balkonie)

 

Wszystkie powyższe zdjęcia były robione w NOWYCH mieszkaniach, tylko jedno z tych, które nam pokazywano, było stare. Szacuję, że lata 70-te :)

 

  •  Były też mieszkania z wykładziną tak pofalowaną, że Małysz mógłby na niej spokojnie trenować.
  • Mieszkania, do których w zasadzie nie powinno się wchodzić bez kasku - w stanie surowym!
  • Mieszkania okupowane "na dziko" przez robotników - w jednym z nich zastalismy nawet spiącego w kącie mężczyzne.
  • Mieszkania, w których na klatce (nowej!) przed wejsciem utworzyła się kałuża z przeciekającego deszczu. 
  • Mieszkanie, do którego nie moglismy wejsć, bo było zamieszkane (chociaż "nowe"). Zaproponowano nam obejrzenie "identycznego" - piętro niżej. Stwierdzilismy jednak, że to strata czasu, bo nie mamy zamiaru podpisywać umowy wynajmu bez obejrzenia tego KONKRETNEGO mieszkania. Że poczekamy na telefon, jak się zwolni. Od razu znalazły się klucze! I rzeczywiscie, była tam walizka i parę rozrzuconych męskich ciuchów. Tylko, czy ktos miałby zaufanie do własciciela, który wchodzi bez pytania wynajmującego do mieszkania, na dodatek z obcmi ludźmi? Stracilismy zainteresowanie...
  • 90% mieszkań było po prostu brudnych...

Gdy pod koniec wrzesnia wybuchł skandal związany z warunkami higienicznymi w apartamentach sportowców podczas CWG, kiwalismy ze zrozumieniem głową. No tak, cos o tym wiemy...

Nie sposób już było jednak tego ciągnąć w nieskończonosć, wybralismy 2 oferty i zaczęła się faza negocjacji...

poniedziałek, 29 listopada 2010

W Europie snieg i mróz, na zdjęciach z Polski widzę same szaliki, czapki i kozaczki. Na dodatek w czarno-szarej kolorystyce. A tutaj? Zima to najlepsza pora roku!!! Jest dwadziescia parę stopni. W dzień. W nocy oczywiscie mniej i dobrze mieć sweter czy szal pod ręką. Często, choć nie zawsze, swieci słońce. Można łapać witaminę D siedząc na balkonie czy w restauracyjnym ogródku. Można eksplorować delhijskie targi bez gorączkowego planowania trasy od klimy do klimy. No i można też podążać za turystami, których coraz więcej. Zaczyna się sezon i sciągają wymarznięci Europejczycy. Jest to również sezon slubów i wesel. Tak, bylismy, a jakże!!! Będą zdjęcia! Poza tym koncerty, festiwale i wystawy! Narzekalismy na posuchę kulturalną, a okazało się, że jest z czego wybierać, przynajmniej na razie.

Zresztą nawet nie wychodząc z domu, eksplorujemy Indie: nakupilismy filmów, w tym sporo klasyki, i prawie codziennie urządzamy sobie seans. Niektóre z nich widzielismy wczesniej, nie mając pojęcia, że kiedys los nas tu rzuci. Ogląda się zupełnie inaczej...

Poza tym próbujemy eksperymentować kuchennie. Wielkimi fanami indyjskich potraw chyba nie zostaniemy, ale musimy znaleźć kompromis między naszymi kulinarnymi upodobaniami, a lokalnymi zaopatrzeniowymi możliwosciami. Poza indyjską, a raczej indyjskimi kuchniami, są tu bardzo dostępne inne kuchnie azjatyckie: tajska czy chińska, które nam zresztą bardziej odpowiadają. Dotyczy to restauracji, jak i zaopatrzenia w sklepach. Muszę przyznać, że gotowanie w Indiach jest dosć czasochłonne, bo nie ma zbyt wielu udogodnień w postaci półproduktów czy mrożonek. Najbardziej mi brakuje pomidorów w puszkach, których używałam zawsze sporo. Tutaj owszem, można kupić, ale importowane z Włoch i za cenę 10 kg swieżych pomidorów (13-16 PLN)!!! Jesli dodać do tego paczkę makaronu (17-20 PLN) to zwykłe spaghetti staje się egzotycznym i drogim daniem, a przecież w Europie do potrawa "studencka"! Jestesmy białymi przepłacającymi frajerami, ale do czasu :) Nasze kuchenne laboratorium wrze!

A na balkonie wyrosła nam mała dżungla:

 

poniedziałek, 15 listopada 2010

Muszę Was uświadomić (tak jak mnie uświadomiono): jeśli macie bieżącą wodę 24h na dobę, a przerwy w dostawie prądu zdarzają się tak rzadko, że czlowiek nie pamięta, gdzie zostawił latarkę, to żyjecie w luksusie!!! Nie marmury, stiuki i automatyczne żaluzje, ale właśnie to jest wyznacznikiem luksusu w Delhi. Świadczą o tym chociażby reklamy deweloperskie:

Woda

W Delhi są co prawda wodociągi, aaaale wodę w nich dają ok. 2-3 godzin dziennie. Dlatego w każdym domu muszą być zainstalowane pompy, które w ciągu tych paru godzin pompują wodę do zbiorników usytuowanych na dachach, skąd już bezpośrednio leci do kranów. Widok tych czarnych beczek jest nieodłącznym elementem tutejszego krajobrazu:

Jako, że przez większość roku jest tu ciepło, bardzo ciepło a najczęściej bardzo-bardzo-baaardzo gorąco, woda z kranu też jest oczywiście ciepła. Słyszałam/czytałam, że w okresie największych upałów wręcz ukrop. Wtedy ponoć należy używać kurków na odwrót: z niebieskiego, a więc bezpośrednio z beczki, leci wrzątek, a z czerwonego, który jest podłączony do bojlera (oczywiście wyłączonego) nieco chłodniejsza, bo bojler jest zamontowany w łazience, a nie na rozgrzanym dachu. Właściciel naszego mieszkania, a zarazem sąsiad, powiedział, że on bojlery zaczyna włączać w grudniu, a pod koniec stycznia już przestae ich używać. Bardzo się dziwił, że chciałam z nich korzystać już w październiku, a przecież pochodzę z północnej Europy!!! Pewnie myśli, że my się tylko w przeręblach kąpiemy :) Oprócz tego mamy też w domu (nie wiem, czy to norma), dodatkowy zbiornik pod powierzchnią ziemi, który jest zasilany wodą z beczkowozu, takiego np.:

No i niby wszystko ładnie pięknie, woda z kranu leci, więc o co się martwić, ale jak pomyślę o jakości tej wody, która się cały dzień nagrzewa... o tej florze, która się tam rozwija...o tej faunie... Zresztą wyniki badań potwierdzają moje obawy. Dlatego nikt przy zdrowych zmysłach nie pije wody z kranu ani nie używa jej do przygotowywania posiłków. Ba! Wiele osób nawet zębów nią nie myje. Niektórzy używają wody butelkowanej, inni dystrybutorów z butlami albo filtrów. Np. takich jak ten:

 Prąd

Przerwy w dostawie prądu nie dziwią tu nikogo. Zdarzyło mi się już doświadczyć egipskich ciemności siedząc w kawiarni, bibliotece czy, o zgrozo, windzie.  W domu należy mieć tzw. power back up, czyli generator, który zasila parę żarówek i wiatrak. Niestety nie wystarczy na zasilanie lodówki, zatem nie ma sensu mieć większych zapasów w zamrażarce. Na szczęście w domu wyłączono nam prąd tylko raz w ciągu miesiąca (akurat wychodziliśmy, więc musiałam kończyć makijaż przy latarce :)), ale ponoć schody zaczynają się w sezonie letnim, kiedy wszyscy włączają klimy. Czyli akurat kiedy jest najbardziej potrzebny :) Innym problemem są wahania napięcia w sieci. Nie wpływa to dobrze na sprzęt komputerowy czy TV/audio. Dla nich też zalecane jest montowanie tzw. UPSów. Wygląda to prawie jak drugi komputer:

 

wtorek, 19 października 2010

...czyli prawie codziennie...

Każda dzielnica posiada własny rynek, czasami więcej niż jeden. Zazwyczaj służą zaspokojeniu codziennych potrzeb, ale są też bazary wyspecjalizowane i słynne na całe Delhi. Poniżej taki zwyczajny dzielnicowy rynek.

Życie biznesowe kwitnie również po zmroku :))

poniedziałek, 18 października 2010

 W Warszawie właśnie skończył się Festiwal Filmowy ze złotym liściem kasztanowca w logo. Na polskich stronach www czytam o nowych kolekcjach szalików, czapek, o lekturach na długie jesienne wieczory. Tylko patrzeć, jak zaczną się kampanie różnych paracetamolów. Tym razem nie dla mnie polska złota jesień, tym razem to rzeczywistość wyłącznie wirtualna, bo jest... gorrrąco. Tzn. też się zaczęła jesień, więc jest "tylko" 30-34 stopnie C. Można przeżyć bez klimy, wystarczy wiatrak, a te są tu wszędzie: w mieszkaniach pod sufitami w KAŻDYM pomieszczeniu (w większych po dwa), na balkonach, w samochodach i najbardziej zatęchłej dziurze. Gdy przyjechaliśmy (to już prawie 2 miesiące temu!!!), była pora monsunowa, wyjątkowo długa w tym roku, bo trwała aż do początku października. Temperatury były podobne, ale wilgotność powietrza o wiele wyższa. Okulary zaparowywały mi po wyjściu z samochodu czy klimatyzowanego pomieszczenia. Nie padało "cały czas", ale zawyczaj raz na dzień spadała rzęsista ulewa, a ulice wzbierały potokami, utrudniającymi, już i bez tego bardzo chaotyczny, ruch. Wystarczało przejść dwa metry - od samochodu do drzwi, aby zmoknąć do suchej nitki. Tak jak w Polsce "zima zaskakuje drogowców", tak w Delhi, zdaje się, zaskakuje monsun. Mnie zaskoczyło, jak bardzo nieodporne na deszcze są budynki, do których wilgoć wdzierała się przez okna i przez dosłownie przemakające ściany. Akurat szukaliśmy mieszkania i wiele z nich miało zacieki lub po prostu grzyb. A były to nowe lokale, niektóre jeszcze w trakcie budowy, reklamowane jako super luksusowe. O adekwatnych do tego cenach. Na moje pytania, słyszałam odpowiedź: "Przecież mamy monsun!". "Z tego, co wiem, monsun macie co roku. Czy to znaczy, że oferuje mi pan mieszkanie, w którym co roku będę skazana na grzyba?"- nie ustępowałam.  Z drugiej strony... może to i lepiej, przynajmniej miałam okazję przetestować mieszkania w warunkach ekstremalnych :)

Delhi na południe od Connaught Place jest bardzo zielonym miastem  , a w porze deszczowej i zaraz po niej następuje bujny rozkwit roślinności. Niestety, oprócz flory, rozmanża się i fauna :), zwłaszcza różne owady i insekty, przez co zwiększa sie zagrożenie dengą, malarią i chikungunyą. Do tej pory odnotowano ponad 4 tys. przypadków dengi, w tym 7 śmiertelnych, a, nie oszukujmy się, wiele nie jest uwzględnianych w statystykach.

 Jednak monsun, oprócz problemów, przynosi też radość i orzeźwienie po miesiącach potwornej spiekoty (to na razie wiem tylko z opowiadań i lektury innych blogów, ale mi gorąco na samą myśl :)).

 

www.rrresham.files.wordpress.com

 

Ten chłopiec rzucał się na chodnik, jakby wskakiwał do basenu :)

Po monsunie już nie ma śladu, temperatury nadal wysokie i ostre słońce w ciągu dnia, ale wczesnym rankiem i wieczorem jest przyjemnie ciepło, zupełnie jak w lecie w Polsce. Z tą różnicą, że wieczór zapada tu bardzo wcześnie. Po 18.00 zaczyna się ściemniać, a o 19.00 panują egipskie ciemności. Siadamy na balkonie na dwóch plastikowych (pożyczonych) krzesłach, które, obok materaca, stanowią jedyne do tej pory umeblowanie naszego nowego mieszkania i obserwujemy życie ulicy. To lepsze niż telewizja...

Balkon sąsiadów z dołu. 

 

 

 

 

Wszystkie zdjęcia i teksty, o ile nie zaznaczono inaczej, są mojego autorstwa i do mnie należą prawa autorskie. Jeśli chcesz skorzystać - zapytaj.