O życiu z oddali, czyli z Delhi. Dzień po dniu zdrapuję lakier egzotyki z indyjskiej codzienności, aby pokryć ją patyną własnych doświadczeń. Czasami jednak muszę uciec stąd i o tym również piszę.

To i owo

piątek, 30 listopada 2012

Kiedy dostałam zaproszenie na spektakl Federico Garcii Lorki w tutejszym Instytucie Cervantesa, uświadomiłam sobie, że ostatni raz byłam w teatrze w czerwcu 2011 roku! W Delhi istnieją co prawda teatry, ale jakoś do tej pory żaden mnie nie zaprosił ;)) Swoją drogą - nie pamiętam, kiedy płaciłam tutaj za wstęp na imprezę kulturalną - pomijając oczywiście kino, do którego chodzę w Delhi bardzo rzadko. Mnóstwo koncertów, pokazów tańca, nie mówiąc już o wystawach, jest za darmo, ewentualnie na zaproszenia, o które wcale nie tak trudno. 

poniedziałek, 03 września 2012

W Pradze jeździłam Porsche, w Delhi musiałam się przesiąść na BMW. No dobrze, to była Škoda, model 14 T - wprost ze studia Porsche Design. W Delhi za to za parę marnych rupii mogę sobie pojeździć BMW ;) 

 

Muszę tylko zadbać o odpowiedni look. Plus muzykę (technobolywood na cały regulator).

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Kolejne miłe zaskoczenie w Stambule. Ilość kotów porównywalna chyba tylko z Grecją. Wchodzą wszędzie, rozkładają się z jedzeniem (nie zawsze miłym wizualnie) na środku ulicy. I widać, że są u siebie.

A przy okazji przedstawiam azjatyckiego tygrysa, który nas czasami nawiedza w Delhi - zwłaszcza po rybnej kolacji.

piątek, 25 maja 2012

Rzeczywistość przerasta czasem najśmielsze wyobrażenia, a gdy jest to dodatkowo indyjska rzeczywistość - szaloną jazdę bez trzymanki mamy zagwarantowaną! Nie za bardzo jest czego się chwycić, gdy dotychczasowe "myślowe poręcze" okazują się zupełnie nieprzydatne w nowych okolicznościach. Nowych też nie sposób sobie przeszczepić jak chip do mózgu. 

Są jednak ćwiczenia, które przygotowują na spotkanie z "innym" i pomagają wylądować w obcej rzeczywistości. Nie jest to ani joga, ani pilates, ani nic z oferty jakiejkolwiek siłowni. Należy ćwiczyć... wyobraźnię. A czyż jest coś bardziej odżywczego dla niej, niż literatura? Dla mnie jest ona przede wszystkim wielkim symulatorem życia, gdzie bez ruszania się z miejsca mogę być gdzie chcę, kiedy chcę i, co najważniejsze, - kim chcę.

Temu fenomenowi poświęcony jest najświeższy numer "Archipelagu" - którego już nie muszę przedstawiać. Sama tym razem "odpłynęłam" literacko z Antonio Orejudo na "Chwilę odpoczynku" i możecie poczytać, czy nam było po drodze.

Z tematów indyjskich znajdziecie świetny wywiad Emilii Kustry z Pawłem Skawińskim, autorem książki "Gdy nie nadejdzie jutro". Tak się cieszę, że przybywa polskojęzycznej (i polskoperspektywicznej) literatury o Indiach! Może nie podpisałabym się pod każdym słowem tego wywiadu, ale niewątpliwie podzielam większość spostrzeżeń.

Asia Kusy zdaje relację z odbywającego się "po sąsiedzku" Karachi Literarature Festiwal i jest to też kopalnia inspiracji dla wszystkich, którzy interesują się kulturą Subkontynentu.

Poza tym z wielką przyjemnością przeczytałam wywiad z Katarzyną Hałaburą, londyńską bibliotekarką. Wyczytałam z niego, że łączy w sobie dwie wielkie zalety bibliotekarza: pasję do książek i ciekawość ludzi. Mam nadzieję, że teraz, gdy stadionów w Polsce w bród, ktoś pomyśli w końcu o bibliotekach!

To tyle przejrzałam tak na szybko (piękna szata graficzna!), resztę zamierzam sobie dawkować powoli. Poniżej zamieszczam kompletny spis treści i link do strony, skąd bezpłatnie można sobie ściągnąć magazyn.

Miłej lektury!

Temat numeru: ILUZJE


Mali wybrańcy na granicy światów [Anna Maślanka]
W labiryncie snów [Aneta Granda]
Nibymagia. Kilka słów o fantastach i iluzji [Aleksandra Klęczar]
Każdy z nas jest Alicją [Kamila Kunda]
Mieszczańskie iluzje Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego [Karolina Osowska-Wolińska]
Konkurs (wio)senny [Lirael i Tamaryszek]

Panteon: Miasto, masa, kobieta. O Meli Hartwig i jej Jestem zbędnym człowiekiem
[Malwina Janas]

W przybliżeniu: Palestyńko-izraelskie wędrówki [Karolina Kunda-Kuwieckij]

Wokół książki: Zapiski z końca pewnego świata. Alexis de Tocqueveille - Piętnaście dni w pustkowiu [Robert Jurszo]

Spotkanie z autorem: Xinran - kolekcjonerka ludzkich losów [Kamila Kunda]

Subiektywny punkt widzenia: A co z tą polską książką? [Anna Małgorzata Kurska]

Poza fikcją:
Kazimierz Nowak - podróżnik, pisarz, zagadka. Wywiad z Jackiem Y. Łuczakiem
[Joanna Wonko-Jędryszek]
Z pokorą w Indiach. Wywiad z Pawłem Skawińskim [Emilia Kustra]

W objęciach X muzy: Zbiorowa prywatność objawienia. Stalker Andrieja Tarkowskiego i Piknik na skraju drogi Arkadija i Borysa Strugackich [Robert Mróz]

Przez obiektyw: Dzień i noc książki. 23 kwietnia w Barcelonie i w Londynie
[Ania Ready, Milena Werner]

Ulotnie: Alchemia poezji sufickiej. Alchemia Miłości. Wybór myśli sufickich - Wyd. Barbelo [Karolina Kunda-Kuwieckij]

Pocztówka z...: Murakamiego przygoda z Grecją [Paulina Yamashita]

Stoliczku nakryj się: Płetwa rekina i syczuański pieprz. Słodko-kwaśny pamiętnik kulinarny z Chin - Fuchsia Dunlop [Klaudyna Hebda]

Książka na wszystkie strony:
Kwiaty Orientu - pomost między Polską a Koreą. Rozmowa z Marzeną Stefańską-Adams [Luiza Stachura]
Wśród koreańskich książek [Luiza Stachura]

Spotkania z książką: Biblioteka to mój świat. Rozmowa z Katarzyną Hałaburą, londyńską bibliotekarką [Kamila Kunda]

Konkursy i nagrody literackie: Nagrody literackie na przełomie zimy i wiosny
[Justyna Kowalczyk, Karolina Kunda-Kuwieckij]

Książki naszymi oczami. Recenzje książek wydanych w Polsce
Karen Gillece - Dryft
Krzysztof Tomasik (red.) - Mulat w pegeerze. Reportaże z czasów PRL-u
Jędrzej Morawiecki - Łuskanie świata. Reportarze rosyjskie
Kurt Vonnegut - Niech pana Bóg błogosławi, panie Rosewater
Alexandra Cavelius, Rebija Kadir - Szturmując niebo. Opowieść o życiu chińskiego wroga numer jeden
Joanna Olczak-Ronikier - Korczak. Próba biografii
Stefan Czerniecki - Dalej od Buenos
Chimamanda Ngozi Adichie - To coś na twojej szyi
Alexandra David-Néel - Mistycy i magowie Tybetu

Z obcego podwórka:
Relacja z III edycji pakistańskiego festiwalu literatury Karachi Literature Festiwal [Asia Kusy]

Recenzje książek niewydanych w Polsce
Wielka Brytania: Stephen Kelman - Pigeon English
Niemcy: Eugen Ruge - In Zeiten des abnehmenden Lichts
Hiszpania: Antonio Orejudo - Un momento de descanso
Japonia: Tetsuo Miura - Shinobugawa
Francja: Véronique Ovaldé - Ce que je sais de Vera Candida

środa, 28 marca 2012

Wiadomość o desperackim kroku młodego Tybetańczyka Dziampa Jesze podczas demonstracji w New Delhi znalazła się na pierwszych stronach nawet polskich portali ( gazeta.pl ). 

To oczywiście nie pierwszy przypadek. Zdjęcia żywych pochodni wiszą na ulicach tybetańskiej enklawy w Delhi: Majnu Ka Tilla. Już dawno miałam napisać kilka słów o tej dzielnicy. Póki co (czyli póki znajdę chwilę), wklejam kilka zdjęć z mojej pierwszej wizyty:

Delhi 2011 013 Tybetanczycy 

Delhi Tybetanczycy2011 019blox

Delhi Tybetanczycy2011 036

Delhi tybetanczycy 2011 040

Delhi Tybetanczycy 2011 

Delhi Tybetanczycy2011 025

Tutaj znajdziecie również ciekawy film o tybetańskiej diasporze w Indiach (trwa ok. godziny, po angielsku):

http://www.cultureunplugged.com/documentary/watch-online/play/7985/The-Tibetans-A-Life-in-Exile

piątek, 23 marca 2012

... ile sobie wezmę. Ciekawe, kiedy do mnie dotrze ta prosta prawda :) 

GOA na glowie 2

GOA NA GLOWIE 1

Od kilku dni dmie, dmucha i wieje. Z jednej strony dobrze - orzeźwiająco, z drugiej - niosą się tumany piasku i kurzu, od których nawet niebo żółknie. Mimo to nie mogę się powstrzymać przed otwieraniem balkonu w ciągu dnia. Za to na blacie i książkach mogę pisać palcem, choć kurz był wycierany parę godzin temu :) Syzyfowa praca!

piątek, 24 lutego 2012

Tak, tak, z samych siebie :)) Skecz jest niestety po angielsku, ale mam nadzieję, że mimo to - zrozumiały.

Miłego weekendu!

Tagi: humor
12:31, asiaya , To i owo
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 13 lutego 2012

fot. ML

Chyba każdy turysta/ka wybierający się do Indii przygotowany/a jest na stałe odpieranie ataków na jego/jej portfel, czy to ze strony kierowców wszelkiego typu pojazdów, sprzedawców czegokolwiek czy po prostu żebraków. Nie raz słyszałam skargi, jak to się czują "chodzącymi bankomatami". Rzeczywiście, pojawienie się białego, który na dodatek (jest taka szansa!!) nie orientuje się w cenach, jest nie lada okazją, którą niektórzy wykorzystują skrupulatnie. Widać to zwłaszcza w cenach kursów rikszą w turystycznych miejscach. Ostatnio bezczelny (i jak się okazało później - zdrowo stuknięty) rikszarz zażądał ode mnie 300 rupii za kurs, za który wg. licznika zapłaciłabym pewnie z 15. Na licznik jednak nie zgodzi się żaden rikszarz i ja nawet nie wymagam uczciwej ceny. Oczekuję jednak pewnego umiaru w skubaniu mnie :) Całe szczęście pomaga stanowcze targowanie, choć czasami trzeba pokazać nieprzejednaną postawę i obejść ze 3 riksze. Zdarzyło mi się też, że pierwszy kierowca łaził za mną i namawiał innych, aby nie dawali mi lepszej ceny, niż on. Stety lub niestety - oni nie są solidarni i lojalni wobec siebie nawzajem.

To mnie bardzo nie dziwi - dla wielu to walka o przetrwanie. Co jednak zaskakuje, to postawa państwa, które daje piękny przykład zdzierstwa swoim obywatelom. We wszystkich atrakcjach turystycznych obowiązują dwie ceny: jedna dla Indusów*, druga dla obcokrajowców. Poniżej kilka przykładów, z których najbardziej rażący jest ten z Taj Mahal - przebitka prawie 40-krotna!! Mieszkańcy Agry, z których wiele żyje z obsługi turystów, wcale nie są z tego powodu szczęśliwi. Uważają, że  to odbiera im klientów, a ci, którzy mimo wszystko przyjadą do Agry - nie są skłonni do szastania kasą. No cóż, państwo staje się konkurentem w wyścigu do kieszeni turysty, z którym ciężko wygrać. I nie da się, niestety negocjować, a co najwyżej oszukać. Od nieświadomych zagranicznych turystów strażnicy (!!) często usiłują wyłudzić przy wyjściu zużyte bilety. Czy muszę wyjaśniać, co z nimi potem robią?

*Na równi z Indusami traktowani są obywatele krajów SAARC (Bangladesz, Nepal, Bhutan, Sri Lanka, Pakistan, Malediwy i Afganistan) oraz BIMSTEC (Bangladesz, Nepal, Bhutan, Sri Lanka, Tajlandia i Birma)

Trzeba oddać też sprawiedliwość i wspomnieć, że zdarzają się jednak i rozrywki darmowe, jak np. Muzeum Indiry Gandhi, Lodi Gardens czy koncerty w India Habitat Centre. Poza tym za darmo jest wielki spektakl życia, jaki rozgrywa się na każdej indyjskiej ulicy, a który Indie oferują każdemu bez wyjątku przechodniowi.

Tagi: ceny
08:51, asiaya , To i owo
Link Komentarze (17) »
piątek, 10 lutego 2012
niedziela, 05 lutego 2012

Jak wakacje, to wakacje. Skusiłyśmy się. Najpierw krążyłyśmy wokół ich stoisk i długo wybierałyśmy wzory. Okazało się, że całkiem niepotrzebnie. Katalog był jedynie inspiracją dla artystów hennowych dekoracji.

Np. te dwa dzieła są rysowane na podstawie tego samego wzoru. Tutaj jeszcze z warstwą naniesionej henny.

Tutaj tuż po pozbyciu się jej - w świetle zachodzącego słońca. Myślałyśmy, że coś nie tak z naszymi hennami - jakieś takie jasne były...

Na szczęście w ciągu nocy ściemniały, a po kilku dniach prezentowały się mniej więcej tak:

Aktualnie z pół dzieła się zmyło, ale w międzyczasie przekonałam się, że nie nadaję się do tatuażu. Po kilku dniach migający przy poruszaniu dłonią wzorek zaczął mnie zwyczajnie denerwować :)

sobota, 28 stycznia 2012

Kto by pomyślał, że będę występować kiedyś w roli gospodarza dumnie lub mniej oprowadzającego gości po Delhi. Ale tak, tak! Spędzamy więc całe dnie na dworze, na słońcu, zamiast marznąć w zimnych marmurach.

Za kilka godzin wyruszamy do Dżaipuru, w którym kilka dni temu odbył się słynny Jaipur Literatur Festival, o którym w tym roku pisano głównie w kontekście kontrowersji wokół przyjazdu Salmana Rushdiego. Świetnie to opisała Lilithin na swoim blogu, więc polecam lekturę.

Do zobaczenia wkrótce :)

 

niedziela, 27 listopada 2011
piątek, 07 października 2011

Gwoli informacji:

W Pradze trwa Festival Bollywoodzkiego Filmu...

... a w warszawskiej Zachęcie wystawa "Pokolenie przemiany. Nowa sztuka z Indii"

Nandini Valli Muthiah, Ikoniczny poeta z ojcem, 2008, z serii Przebrania

www.zacheta.art.pl

Na bollywoodzkim filmie w Europie byłam tylko raz, w Niemczech. Pamiętam, że nie dowieźli napisów, więc oglądaliśmy ponad 3-godzinny film nie rozumiejąc ani słowa. Dużej różnicy nam to nie robiło :)

A na wystawę poszłabym bardzo chętnie!

08:03, asiaya , To i owo
Link
środa, 17 sierpnia 2011

Przebrzmiały już niepodległościowe wiwaty, ostatnie okruszki trójkolorowych tortów pochłonięte, ale wrócę jeszcze do kwestii poruszanych w okolicznościowych tekstach. Oto np. świetne zestawienie skrajności, które w Indiach są tak rażące, szczególnie w pierwszym kontakcie: "India extreme". Długo by można mówić o każdym z przykładów, ale ograniczę się do pierwszego. Ten 27-piętrowy budynek to dom 6-osobowej rodziny indyjskiego miliardera Mukesha Ambaniego (dziewiąty na liście najbogatszych ludzi świata, drugi w Azji, ponoć według "Forbes'a" w 2014 będzie na pierwszym miescu na świecie). Najdroższy dom świata nazywa się Antilia - na pamiątkę legendarnej wyspy, której istnienie domniemywano w XV wieku. Bombajski wieżowiec o wyjątkowo paskudnej sylwetce, ale za to ponad miliardowym (w dolarach) kosztorysie, mieści między innymi 6-ciopiętrowy garaż dla prawie 170 samochodów, 9 wind, salę balową, kino, świątynię, całe rekreacyjne piętro z basenem, siłownią, studiem jogi, spa i pokojem, w którym można będzie się chłodzić przy pomocy sztucznego śniegu, a wszystko to w luksusowej (acz kiczowatej) oprawie. Do obsługi będzie zatrudniona 600-osobowa armia służących. Jedyne, co burzy obraz tej sielanki, to widoki z okna. W Bombaju mieszczą się bowiem jedne z największych slumsów świata - m.in. Dharavi, gdzie jeszcze w 2006 roku na ponad 1400 mieszkańców przypadała jedna toaleta (nie mam świeższych danych, ale nie spodziewam się, żeby były dużo lepsze). Głód, choroby, brak wody, brud, robactwo, smród to codzienna rzeczywistość dla prawie miliona jego mieszkańców (na powierzchni niecałych 200 hektarów). I nie jest to jedyny slums w tym mieście.

Jak w takiej sytuacji zachwycać się fantazją miliardera?? Nawet Ratan Tata, jeden z najbardziej wpływowych biznesmenów indyjskich i człowiek bardzo majętny (nie ma go na liście Forbes'a, gdyż ok 65% akcji licznych przedsiębiorstw Taty oficjalnie należy do organizacji charytatywnych, inaczej byłby "jedynką" na świecie), skrytykował te ekstrawagancje. Sam właśnie kończy budowę "skromnego" domu w Bombaju, w którym zamierza zamieszkać po przejściu na emeryturę (czyli za jakieś 1,5 roku). Natomias dla mniej zamożnych (eufemistycznie mówiąc) Indusów Tata zaproponuje tani dom - odpowiednik samochodu Nano. Za ok. 2 tys PLN. będzie można kupić domek o powierzchni 20 m2 prefabrykowany z włókna kokosowego i juty. Miejmy nadzieję, że okaże się większym sukcesem niż kontrowersyjny samochodzik.

Jak to wygląda w Delhi? Kilka przykładów poniżej.

Wejście do jednego z pięciogwiazdkowych hoteli.

Widok tuż za bramą

Przygotowania do wesela w ogrodzie luksusowego hotelu. Za widocznymi murami (i zasiekami) ...

... slumsy.

A ze slumsów całkiem niedaleko do centrów handlowych. W jednym z nich sklepy ekskluzywnych marek, których na próżno szukać w Polsce. Indie mają też własne wydanie "Vogue'a".

sobota, 07 maja 2011
wtorek, 19 kwietnia 2011

To NIE jest indyjska prowincja, tylko samo New Delhi - ok. 17  km od centrum.

Nie wiem, po co w Delhi mają ogród zoologiczny, skoro na ulicach można podziwiać faunę z (czasami zbyt) bliskiej odlgłości. Czegóż tu nie ma! Od słoni, krów, osłów, kóz po wszechobecne psy, małpy, mnóstwo wiewiórek, a czasami nawet szczury. Kiedyś znajomy Indus stwierdził po podróży do Europy, że Indie to jednak są bardziej ekologiczne, bo zwierzęta w takiej symbiozie z człowiekiem żyją... No cóż, słowo ekologia rozumiem nieco inaczej, ale może chodziło mu o to, że jako jedyne są żywo zainteresowane przetwarzaniem ulicznych śmieci. :)

czwartek, 17 marca 2011

Znalazłam świetną stronę z filmami dokumentalnymi. Prawdziwa uczta dla kogoś, kto, nie ruszając się z domu, chce poznawać świat. Myślę, że czasami nawet kupno biletu nie gwarantuje dostępu do pewnych sfer, ukrytych przed oczyma turysty, a wydobytych przez umiejętnego filmowca. Oczywiście nie chcę ujmować tzw. realnym podróżom (zapachy, smaki, dotyk - te zmysły jeszcze nie znalazły przekaźnika), ale dobrze chyba jest obie te formy połączyć. Wtedy, podróżując - ma się oczy szeroko otwarte, a oglądając - wspomaga wyobraźnię wspomnieniami.

 Pierwszy film, po jaki przypadkowo "sięgnęłam" dotyczył (znowu!) tematu aranżowanych małżeństw. Rozumiem, że to może kogoś nudzić, ale życie tutaj naprawdę w dużej mierze kręci się wokół tego. Po pierwsze - rodzina to niezaprzeczalna siła, a po drugie - po prostu mają tych dzieci do wydania całkiem sporo :). Dla mnie z kolei jest to obszar świetnych obserwacji - z jednej strony słyszę: "Boże, co za barbarzyństwo", z drugiej: "Ci z Zachodu mają poprzewracane w głowach". "Westernizacja" Indii z perspektywy Delhi postępuje zadziwiająco szybko, ale mam wrażenie, że jest bardzo powierzchowna. Instytucja aranżowanych małżeństw, zdaje się, nie jest zagrożona.

Niestety, moje łącze internetowe jest fatalne (Tata!!!) i po trzech dniach prób się poddałam, widząc zaledwie pół tego godzinnego filmu, jednak mam nadzieję, że go dokończę, jak tylko będę miała okazję, bo wciąga jak najlepsza fabuła. Simon Chambers, pracownik socjalny z Londynu, poznaje rodzinę bangladeskich imigrantów, a przede wszystkim ich urodzone już na obczyźnie dorosłe córki: Shahanarę i Hushnarę. Córki, które najwyższa pora wydać za mąż -  najlepiej za jakichś miłych bangladeskich chłopaków. Shahanara jednak to nie jest przykładna i skromna muzułmanka - to "czarna owca", która mieszkała ze swoim chłopakiem, a który niestety - o ironio!- został ożeniony przez rodzinę. Zrezygnowana Shahanara mówi: "Próbował walczyć, ale rodzina to rodzina". Bo Shahanara to niesamowita mieszanka bangladeskiej tradycji (rodzina!), zachodniego stylu życia ("Lubię nosić szorty i nikomu nic do tego!"), przystosowania do wymogów społecznych (zgadza się na aranżowane przez ojca małżeństwo) i buntowniczego charakteru, wulgarności i wrażliwości, infantylności i dojrzałości. W filmie prezentuje całą paletę emocji, a w każdej jest autentyczna, choć zagubiona. Bo jak można poskładać jedną rzeczywistość z tylu elementów, które na dodatek często się nawzajem wykluczają?

Hushnara jest jej przeciwieństwem - to pobożna muzułmanka, spokojna, opanowana, ale nawet ona ma mnóstwo wątpliwości, choć podchodzi do nich bardziej analitycznie. Mimo wszystko zgadza się na ślub i w drugiej części filmu wszyscy, łącznie z Simonem, jadą na wielkie bangladeskie wesele. Niestety nie dane mi było zobaczyć tej części. Tata nie pozwolili ;)

Może ktoś będzie miał ochotę podzielić się wrażeniami :)

Jest też trzecia, najstarsza siostra, Azirun - strażniczka tradycji i osoba dosyć obcesowa. Przewija się gdzieś na tylnym planie, komentuje, ale nie znamy jej historii. Ciekawa jestem, co z kolei kryje się za jej skorupą gruboskórności.

 

Ponieważ blox ucina prawą stronę "ekranu", polecam obejrzenie filmu na stronie cultur unplugged ( link powyżej).

czwartek, 10 marca 2011

Od rana (codziennie, nie tylko przy sobocie), zaczyna się w Delhi wielkie pucowanie samochodów. Śmiem twierdzić, że Delhijczycy mają czystsze samochody niż własne buty. Ci, co mają samochody. I ci, co mają buty. Całą robotę odwalają oczywiście służący, a właściciele co najwyżej pokażą paluszkiem: "Ooo, tuu!" Prawie wszyscy cudzoziemcy i wielu zamożnych Delhijczyków posiadających auta, zatrudnia szoferów, którzy, czekając na pasażerów, często łapią za szmatę. Podobnie taksówkarze.

środa, 02 marca 2011

Internet mi chodzi jakby chciał, a nie mógł :/ O oglądaniu czegokolwiek na You Tube bez przerw już dawno zapomniałam, ale żeby mi się zwykła strona 3 minuty ładowała? Nie zawsze z pozytywnym skutkiem zresztą. A miało być tak pięknie - informatyczne zagłębie itepe.

Poza tym od wczoraj atakuje mnie jakieś choróbsko. Mój zestaw antygrypowy to: Coldrex cytrynowo-miodowy, gorąca kąpiel, ciepła miejscówka pod kołdrą i dłuuugi sen. Na szczęście przywiozłam spory zapas leków, bo tutaj paracetamol występuje tylko w formie prozaicznej białej tabletki do połknięcia. To przecież nie to samo, co rozgrzewający kubek słodko-kwaśnego napoju, nawet, jeśli aromaty nieco syntetyczne :) Kiedyś dałam saszetkę Coldrexu koledze Indusowi i był zachwycony. Spytał konfidencjalnym tonem, czy mam tego więcej :) Zaznaczam, że wpis nie jest sponsorowany przez producenta w/w specyfiku. Piszę to tylko po to, żeby Wam uświadomić, w jakie luksusy opływacie :)

Zgodnie z obietnicą wrzucam kilka zdjęć mody streetowej z Delhi. Na tym zdjęciu mamy pełen przekrój: od dżinsów i koszuli poprzez trzyczęściowe zestawy salwar kamiz po sari. Zazwyczaj głowy nie są zakrywane, myślę, że na tym zdjęciu panie tylko chroniły się przed słońcem (szalem, czyli dupattą).

Churidar jest podobny do salwar kamiz, ale ma wąskie spodnie - praktycznie legginsy:

Od święta sari jednak jest niezastąpione! Na codzień może być z kolorowej bawełny, na specjalne okazje najlepiej jedwabne i błyszczące od zdobień!

Oczywiście to jest temat-rzeka. Dla chętnych internetowy sklep: od wzorów, kolorów aż głowa boli!!

A ja się idę kurować!

piątek, 18 lutego 2011

I to niekoniecznie na Walentynki!  

Przed drzwiami sąsiadów w czasie świąt Divali (listopad 2010):

wtorek, 30 listopada 2010

Od początku pobytu tutaj miałam nadzieję, że kiedys będzie mi dane wziąć udział w prawdziwym indyjskim weselu. Nie spodziewałam się, że okazja nadarzy się tak szybko! No cóż, zaproszenia są po prostu rozdawane w ilosciach hurtowych, a cudzoziemcy to dodatkowa atrakcja i nobilitacja, zwłaszcza w rodzinach, które do indyjskich elit nie należą i nie mają częstego kontaktu z obcokrajowcami. Mi w to graj i poproszę o więcej! :)

Oczywiscie zaproszenia są "na bogato". Ponoć nie jest mile widziany czarny druk, preferowane złoto. O tym, jak ważny to element weselnych przygotowań, można poczytać na blogu pewnej Amerykanki z Delhi przygotowującej się do slubu ze swoim indyjskim narzeczonym.

 

 

Program imprezy obejmował dwa dni, ale my, za namową R., wybralismy tylko jeden. Bylismy gosćmi pana młodego, więc w "naszym" programie nie było "mehndi party", czyli ceremonii malowania henną stóp i dłoni panny młodej.  Za to mielismy tajemniczo brzmiące punkty: Sehra Bandi i Departure of Barat. Sehra to specjalne nakrycie głowy pana młodego (z girlandami zakrywającymi twarz), a sehra bandi to ceremonia jego nałożenia. Odbywa się w domu pana młodego, skąd wyrusza jego orszak weselny. On sam jedzie na białym koniu, a w "bogatszej" wersji - w ozdobionej kwiatami karocy:

 

 Orszakowi towarzyszy orkiestra...

... oraz chłopcy podtrzymujący lampy podłączone przewodem do generatora na kółkach, który zamyka pochód. Tańcom nie ma końca, stąd też dotarcie do miejsca zaslubin (najczęsciej ogromny namiot) może trwać kilka ładnych godzin.

Bylismy oczarowani serdecznoscią gospodarzy. Na początku zaserwowano nam cos, co nazywano kawa, ale bylo raczej cieplym i supersłodkim kakao. Na weselach hinduskich nie podaje się alkoholu, aczkolwiek, patrząc na ich pląsy i nieco "mętne" oczy, podejrzewam, że był tam jakis substytut :) Dla nas (specjalnie i wyłącznie dla naszej grupki!) przyniesiono parę puszek piwa. Mniejsza o to piwo, ale miłe było to, że tak się starali wyjsć naprzeciw temu, co w ich rozumieniu, jest częscią NASZEJ kultury.

Oczywiscie nie mogło zabraknąć sztucznych ogni i fajerwerków...

Generalnie był niezły chaos. Te wszystkie rytuały trwają wiecznosć, większosć gosci ich nie sledzila od początku do końca. Niektóre częsci były tylko dla rodzin (ponoć ostatnie negocjacje). Nas posadzono w drugim rzędzie krzeseł przed sceną, na której stały dwa trony i czekalismy... Zgromadzone wokół dzieci oglądały nas ze wszystkich stron, w końcu któres odważyło się podejsć i dać nam kwiatka. Wzięlismy, podziękowalismy i chwilkę pogadalismy z brzdącem. Widząc to, pozostałe dzieci rzuciły sie również w naszą strone z kwiatkami, które, jak się później okazało, po prostu wyciągnęły z dekoracji tronów młodej pary. Na szczęscie ktos je powstrzymał, a nas zaproszono do sąsiedniej sali zastawionej stołami.

Stoły może się nie uginały od obfitosci potraw, ale było z czego wybrać: rotipuri, dal, murgh makhani, czyli kurczak w sosie, a na deser nasączane wodą różaną gulab jamun. Kuzyn pana młodego osobiscie wytarł nasze talerze niesprecyzowanego koloru serwetą :) Nałożylismy sobie jedzenie i przycupnęlismy w kąciku, ale zaraz pojawił się jeden z gospodarzy, który stanowczo stwierdził, że absolutnie-jak to-nie możemy jesć na stojąco i od razu zarządził poszukiwanie wolnego stołu dla nas :)

Niebawem też pojawiła się długo wyczekiwana panna młoda, którą nam przedstawiono:

Wyglądała na bardzo wystraszoną i, zdaje się, nie bawiła się tak dobrze jak my :) Jak to powiedział kiedys mój kolega, gorączkowo wiążąc krawat przed własnym slubem: Za drugim razem będzie lepiej :) wykrakał... Chociaż w Indiach, jak wiadomo, drugiego razu nie ma :)

Państwo młodzi głównie pozowali do zdjęć. My również musielismy wejsć na scenę i zrobić sobie, nie jedno, lecz całą serię pamiątkowych zdjęć i to w pozach dokładnie okreslonych przez fotografa: tu ręka, patrzeć tu... A flesze błyskały i błyskały...

W końcu R. stwierdził, że powinnismy już pójsć, gdyż budzimy zbyt wielkie zainteresowanie i "kradniemy" uwagę przeznaczoną dla pary młodej, a to, jak wiadomo, wielkie faux pas, niezależnie od szerokosci geograficznej :)

W sumie też już bylismy zmęczeni, bo ten mały urywek całego obrządku, w którym wzięlismy udział, trwał... 4 godziny!

Po dotarciu do domu zakończylismy uroczystosci kieliszkiem przemyconej Żubrówki. Dla dezynfekcji oczywiscie :)

 

Wszystkie zdjęcia i teksty, o ile nie zaznaczono inaczej, są mojego autorstwa i do mnie należą prawa autorskie. Jeśli chcesz skorzystać - zapytaj.