O życiu z oddali, czyli z Delhi. Dzień po dniu zdrapuję lakier egzotyki z indyjskiej codzienności, aby pokryć ją patyną własnych doświadczeń. Czasami jednak muszę uciec stąd i o tym również piszę.

W drodze

czwartek, 26 września 2013

Nowe wpisy już na nowym blogu:

www.asiaya.pl

Zapraszam!!

11:14, asiaya , W drodze
Link
czwartek, 04 października 2012

Temperatura w Stambule w lipcu była mniej więcej taka, jaką mamy teraz w Delhi, czyli ok. 30 stopni. Gdyby ktoś jednak wyjrzał przez okno i próbował wywnioskować po ubraniach przechodniów, co powinien przyodziać, stanąłby przed nie lada problemem. Stroje Stambulczyków (i ich gości) oscylowały od niemal plażowych szortów i topów po szczelnie zasłaniające i wielowarstwowe płaszcze, abaje, hidżaby czy nikaby. Burki też by się pewnie znalazły. Najczęściej jednak było widać bardzo kolorowe chusty. I pomyśleć, że to właśnie one stały się symbolem ścierania się świeckich i religijnych sił politycznych w Turcji, a dla wielu sprawdzianem tureckiej "europejskości". Nie minęło jeszcze 5 lat, odkąd zniesiono zakaz ich noszenia w szkołach i urzędach. 


20:16, asiaya , W drodze
Link
piątek, 17 sierpnia 2012

Straż miejska w Stambule. Strach podejść!

czwartek, 16 sierpnia 2012

Jak powszechnie wiadomo, życie turysty jest bardzo ciężkie, pełne wyrzeczeń i poświęceń. Ileż to się trzeba nachodzić, ile nazwiedzać, aby z czystym sumieniem oddać się przyjemnościom konsumpcji, uprzednio starannie selekcjonując lokalną ofertę.

W Stambule oczywiście wybór jest ogromny, ale trochę trzeba odsiać ziarna od plew. Most Galata np. ma na dolnym poziomie co najmniej kilkanaście restauracji z widokiem na Złoty Róg specjalizujących się w rybach. Niestety, zamiast sielskiej atmosfery relaksu oferują taśmowe paśniki dla homo turisticus. Zamów, zjedz, zapłać, zapomnij. A zresztą, jeść w sumie nie musisz, najważniejsze, żeby zapłacić. Przed każdym takim lokalem stoi naganiacz, a naganiacz na nas działa jak płachta na byka. Może niech ktoś im w końcu powie, że ich starania przynoszą skutek wprost przeciwny! Czy tylko mi się tak źle kojarzy ten natrętny marketing?

Za to tuż koło mostu znajdują się bardzo oblegane przez miejscowych rybne fast foody. 

Kanapki ze smażoną rybą są przygotowywane na zacumowanej do brzegu, chyboczącej się na falach łódce. 

Muzealne kawiarnie lubię, a jeśli jeszcze są na świeżym powietrzu - tym bardziej. Te stambulskie, wnosząc po jednolitym designie, należą do jednej sieciówki. Müzenin Kahvesi - czy to nie brzmi pięknie? :) Poniżej kahvesi podnosi nas na nogi po zwiedzaniu Hagii Sofii.

Stambuł to na pewno raj (i wyzwanie) dla cukroholików. 

Natomiast na samym szczycie rankingu naszych wakacyjnych przyjemności jest przesiadywanie na ulicy i gapienie się na to, co wokół. A w Stambule (w odróżnieniu od Delhi) to możliwe.

... najchętniej w towarzystwie innych leniwców...

... przy mocnej tureckiej herbacie. Coraz bardziej zaczynam się przekonywać do picia herbaty w szkankach. Jak inaczej podziwiać jej kolor?? Te tureckie są bardzo wygodne, ale podobają mi też się rosyjskie w metalowych (srebrnych ;)) uchwytach.

...lub kawie. Raki też spróbowaliśmy, w końcu nie byliśmy tam dla przyjemności! ;)

Jeszcze nie skończyłam ;)

niedziela, 12 sierpnia 2012

Beyoğlu (zwanego też Pera) po drugiej stronie Złotego Rogu mniej widać turystów, którzy giną w tłumie Stambulczyków. Mniej też chust na głowach, więcej szortów, mniej meczetów, więcej barów. Sercem tej dzielnicy jest plac Taksim - rozległy, ale niezbyt piękny, z powiewającą wysoko ogromną flagą Turcji. Wcześniej czy później każdy tutaj trafi. 

Z serca, jak to z serca, odchodzi arteria, czyli główny  deptak dzielnicy, 3-kilometrowa Aleja Niepodległości (İstiklâl Caddesi). To miejsce, przez które w weekendowy dzień przechodzi ok. 3 mln osób. Cud, że nie spotkaliśmy kogoś znajomego :) 

Wzdłuż deptaku kursuje wahadłowo jeden wagonik tramwajowy. Któregoś wieczoru ciągnął za sobą drugi, który stanowił pewnego rodzaju scenę, z której dobiegała radosna muzyka.

Oprócz sklepów, kawiarni i restauracji mieszczą się tu liczne instytucje, np. konsulat grecki z ogromną grecką flagą powiewającą nad tłumem. Zauważyliśmy również co namniej dwa rzymsko-katolickie kościoły. Powyżej widok na ulicę od strony jednego z nich, kościoła św. Antoniego z Padwy.

Gdyby tego było mało, od ulicy odchodzi mnóstwo mniejszych uliczek i pasaży. Samą tą okolicę można by eksplorować tygodniami. Można (i trzeba!) się zgubić.

Wyobrażam sobie wieczór w tej uliczce!

Nasze mapy pozostawiały wiele do życzenia, ale nie martwiliśmy się tym zbytnio. Jednak każda pomyłka "z górki" oznaczała powrót "pod górę" :)

Na takie widoki również można trafić - żeby nie było, że tylko pocztówki wklejam.

piątek, 10 sierpnia 2012

Mieszkanie w Sultanahmet miało jednak kilka zalet. W czasie Ramadanu właśnie tam, na Hipodromie, zbierają się po zapadnięciu zmroku tłumy Stambulczyków, aby z czystym sumieniem porzucić dzienny post i delektować się świątecznymi smakołykami - zazwyczaj w licznym gronie, ale wiele też było zakochanych par, nawet kilkunastoletnich ;)

Te ławki, specjalnie ustawiane na czas Ramadanu, zapełniają się po zmroku do ostatniego centymetra.

Słodycze i bakalie, bakalie i słodycze...

Obrazki tworzone z kolorowych nici owijanych wokół wbitych gwoździków. Nie mam pojęcia, czy to tradycyjna, czy raczej autorska technika :)

Większość biesiadników przybyła z własnym prowiantem, ale sklepiki były też okupowane.

Ucztowanie w cieniu, a raczej blasku minaretów



serowy börek i inne wypieki

środa, 08 sierpnia 2012

Przyznam się, że do Stambułu pojechaliśmy kompletnie "nieprzygotowani". Nie zakupiliśmy nawet przewodnika, a hotel zarezerwowaliśmy kilka dni przed przyjazdem. Uwierzyliśmy zapewnieniom w serwisie internetowym, że Sultanahmet to to najwłaściwsze miejsce, skąd turysta może wygodnie eksplorować miasto. Większość zabytkowych budowli i turystycznych must-do'sów (albo raczej must-see'sów) mieści się właśnie tutaj.  

 

 

Hagia Sofia stoi naprzeciwko Błękitnego Meczetu, za nią mieści się Muzeum Archeologiczne i Pałac Topkapi. Poza tym są tu jeszcze Cysterna Bazyliki, Muzeum Sztuki Tureckiej i Islamskiej w Stambule i mnóstwo jeszcze innych punktów wartych obejrzenia, wejścia czy dotknięcia. Po przestronnym, centralnie położonym placu zwanym Hipodromem biegają, zamiast koni, turyści z całego świata w uprzężach swych aparatów fograficznych. No właśnie - mnóstwo tu zabytków, ale jeszcze więcej ich amatorów. Tysiąc dwieście kolumbów, a "ameryka" jedna i już dawno odkryta. Mimo to się nie poddajemy, wszędzie kolejki, wzajemne-sobie-włażenie w obiektyw. Hagia Sofia nie jest już świątynią, ale nawet w Błękitnym Meczecie trudno sobie wyobrazić, że służy do czegoś innego, niż pozowanie w błysku fleszy. Dopiero po dłuższej chwili zauważyłam 3 młode kobiety ukryte za kratką usiłujące się tam modlić. 

Nie chcę ujmować urody tej dzielnicy. To oczywiste, że każdy nowoprzybyły skieruje tutaj swe pierwsze kroki. Jest jednak aż nadto widoczne, że stała się turystycznym gettem. Jeśli pojedziemy drugi raz do Stambułu, to oczywiście pójdziemy tam na spacer, ale na pewno się już tam nie zatrzymamy.

Kolejki do kasy biletowej w Hagia Sofia

Wnętrze Hagia Sofia - oszałamia skalą, ujmuje stonowaną, konsekwentną kolorystyką.

Polecam przepiękną panoramę jej wnętrza tutaj.

Freski w Hagia Sofia.

Widok na Błękitny Meczet od strony Hagii Sofii.

Tuż przed wejściem...

... i w środku - panorama.

Brama Pałacu Topkapi

 

 

Wnętrza kompleksu pałacowego. W salach wystawowych jest nakaz oglądania eksponatów poruszając się gęsiego w ściśle określonym kierunku i rytmie. Wygląda to idiotycznie, ale nikt nie protestuje. Na tarasach widokowch każdy za to pcha się do barierki, by uchwycić ten wspaniały widok bez niepotrzebnych elementów w kadrze, czytaj: współtowarzyszy turystów.

 Na szczęście i w tej dzielnicy można uciec od "głównego nurtu". Boczne uliczki, wcale nie tak odległe od Hipodromu, nie porażają elegancją, ale są cudownie "zwyczajne". Na tym straganie obkupiliśmy się soczystymi pomidorami i brzoskwiniami, dużo zresztą taniej, niż przy głównych ulicach. Dokonawszy raz zakupu, byliśmy pozdrawiani przez właściciela za każdym razem, gdy tamtędy przechodziliśmy :)

środa, 25 lipca 2012

Po przylocie - jak zwykle - nokaut termiczny. Niby w Stambule temperatura też ok. 30-33 stopni, ale powietrze jednak zupełnie inne. W Delhi nawet do 36, a wilgotno jak w saunie. I tak jeszcze ze 2 miesiące.

W domu powitalny list na stole, włączona lodówka, a w niej zestaw "śniadaniowy"! Dobrze mieć przyjaciół i dobrze zostawić im klucze :) 

A propos śniadania: wklejam zdjęcia menu wagonu restauracyjnego czeskich kolei. Uśmiałam się ja, uśmiejcie się i Wy:

Śniadanie to podstawa. Czyli fundament.

Można wybierać. Codziennie.

Lubimy liście świeżo wyrywanych sałatków.

Polski jest trudny. Zwłaszcza po węgiersku.

Niektóre posiłki są na żądanie, zwłaszcza te z sosem pieprznikowym. Inne - domyślam się zatem - dostaję bez pytania.

To tylko kilka przykładów, cała karta jest pełna takich (nomen omen) "smaczków" i to w kilku językach. Sir padł ze śmiechu, gdy przeczytał po hiszpańsku "HAPPY LINE stosuje się na wszystkie zamówienia na odcinku Děčín - Břeclav a Domažlice - Praha - Bohumín i plecy".

Znaczy to mniej więcej tyle, że ceny poza Czechami są o wiele wyższe, a jedzenie tak samo podłe, więc zamiast jeść - lepiej poczytać sobie kartę. 

Tutaj całość, gdyby ktoś chciał.

czwartek, 26 kwietnia 2012

Ponoć, żeby nie zwariować w Delhi, należy często wyjeżdżać. Weszłam na stronę, która w założeniu ma inspirować do podróży. Należy wpisać swój budżet na bilet lotniczy, a ona pokazuje nam, dokąd można za to polecieć. Jednym z miejsc, jakie mi zasugerowano, był... Kabul. 

Mieliśmy jechać do Shimli i oczywiście ZNOWU się okazało, że bilety na pociąg z Kalki do Shimli wykupione są na na kilka miesięcy do przodu. Zważywszy, że to już drugie nasze podejście, chyba ustanowiliśmy tradycję! 

O tej porze roku większość destynacji w Indiach odpada ze względu na temperaturę (o Radżastanie można zapomnieć). Zostają Himalaje. Niestety, żadna to tajemnica i WSZYSCY się tam o tej porze wybierają. Już, już rozważaliśmy Kathmandu, gdy się okazało, że na ten sam pomysł wpadło przynajmniej troje naszych znajomych (plus ich rodziny i znajomi). Wyobraziłam sobie nepalskie Krupówki i wymiękłam.

Machnęłam więc ręką na weekendowe wypady i zabrałam się za planowanie wakacji w pewnym bardzo egzotycznym kraju z zabytkowymi pociągami. Kupiłam bilety, zabrałam się za hotele, ale wyszukiwarka uświadomiła mi, że:

It's busy in Sopot/Warsaw/Cracow/... on your selected days, so prices might be higher than normal. Tip: Try different dates if you can.*

Idźcie sobie pograć gdzie indziej, chłopaki!

--------------

Póki co - zdjęcia naszego jaipurskiego hotelu. Można dostać oczopląsu, ale przynajmniej nie pozostawia wątpliwości, gdzie się budzisz!

hotel 3

hotel 4

jaipur hotel 1

hotel 7

hotel 8

hotel 9

hotel 11

* W wybranych przez Ciebie datach jest duży ruch  w Sopocie/Warszawie/Krakowie, więc ceny mogą być wyższe. Rada: Wybierz inne daty.

czwartek, 16 lutego 2012

Znów miał być wpis okolicznościowy, ale Blox świruje i nie pozwala mi załadować zdjęć (i ty, Bloxie, przeciwko mnie?).

Z konieczności sięgnęłam więc do archiwalnych zasobów. Jantar Mantar to obserwatorium astronomiczne. Widziałam dwa spośród pięciu, które wybudował w XVIII w. w Indiach Sawai Jai Singh II: w Jaipurze i w Delhi.

Nie wgłębiam się w funkcjonalność tych instrumentów, bardziej interesują mnie jako abstrakcyjne obiekty. Jantar Mantar w Delhi jest też świetnym miejscem, gdzie na trawce można odpocząć od zgiełku Connaught Place.

Budowle Jantar Mantar w Delhi  są, w odróżnieniu od ich jaipurskich odpowiedników, czerwone.

fot. Sir, Asiaya, ML

sobota, 11 lutego 2012

Jaipur, oddalona o 265 km od Delhi stolica Radżastanu, jest niewątpliwie pięknie położona - na półpustynnych terenach, wśród wzgórz, nad brzegiem jeziora Man Sagar, na którym króluje Pałac na Wodzie - Jal Mahal.

Z góry ulice miasteczka (tfu! to miasto o ponad 3 mln. mieszkańców, dysponujące lotniskiem!) wydają się  spokojne, na dole jednak wrą życiem jak na indyjską ulicę przystało.

Motory są niesamowicie popularnym środkiem transportu, ale UWAGA! W Jaipurze ruszyła budowa metra!

 

Indusi są narodem handlującym z wielkim upodobaniem. Targowanie się jest nieodłącznym rytuałem zakupów. Bo przecież co to za przyjemność: zakupy bez targowania się? - spytała mnie kiedyś pewna Induska.

17% mieszkańców stanowią muzułmanie. To również widać na ulicy.

Orkiestra weselna. Radżastan słynie z  utalentowanych muzyków i bogatego folkloru.

Biura i sklepiki otwarte na ulicę to najlepszy sposób, żeby być na bieżąco z wszystkimi ploteczkami.

Na mały głód duża zakąska. Dobrze, że lekka. Na promenadzie nad jeziorem.

fot.ML

czwartek, 09 lutego 2012

Wracając na indyjskie podwórko: odbyłam kilka podróży pociągiem, owszem. Nie mogę jednak epatować mrożącymi krew w żyłach opowieściami, jak to mi szczur po stopie przebiegł, albo pół dnia przeciskałam się do kasy, a potem jeszcze odsyłano mnie do innej i oszukano po drodze. Moje doświadczenia z indyjską koleją nie są wcale "egzotyczne". Może dlatego, że bilety kupuję online lub przez biuro podróży i zawsze na najlepszą klasę w wagonie bezprzedziałowym. Standard na pewno niższy, niż europejski, ale ja na PKP zaprawiona w bojach jestem :) Kilka zdjęć zamieściłam tutaj, dzisiaj kilka nowszych.

Dworzec New Delhi o makabrycznie porannej godzinie:

Dworzec w Jaipurze przypomina nam, że jesteśmy w Radżastanie:

Na stacji Raja/ki/Mandi w Agrze informacja była podawana wyłącznie w hindi. Całe szczęście można się było orientować po numerze pociągu: 

W Indiach ludzie podróżują dosyć obładowani, ale kogo stać na tragarza, nie musi dźwigać własnych bagaży.

Nasz najlepszy z najlepszych: klimatyzowany wagon bezprzedziałowy:

W środku:

Widoczność nieco ograniczona niestety:

Umywalka na korytarzu, łazienki nie widziałam, ale poczuć mogłam i z przedziału :)

wszystkie fot.: ML

środa, 08 lutego 2012

Dzisiaj rano na głównej stronie gazety.pl przywitał mnie news o wprowadzeniu przedziałów dla kobiet w czeskich pociągach. Konkretnie jednego 6-osobowego przedziału w 400-osobowym pociągu.

- Przedział zapewni kobietom i dziewczętom pewność siebie, poczucie bezpieczeństwa i odpowiednią ilość informacji o przebiegu podróży. Niektóre panie czują się po prostu źle, podróżując w zamkniętym pomieszczeniu w towarzystwie mężczyzn - tłumaczył rzecznik CzD Petr Sztiahlavsky.

Zamurowało mnie, prawdę mówiąc. Myślałam, że poczucie bezpieczeństwa i informacja o przebiegu podróży należą się każdemu pasażerowi (i pasażerce), jak psu buda. Że panie się źle czują w zamkniętym pomieszczeniu w towarzystwie mężczyzn? Owszem, to jest bardzo możliwe, ale równie źle mogą się poczuć w towarzystwie kobiety, mogę posłużyć przykładami z życia. Może po prostu należy zmodernizować wagony i skończyć z tymi krępującymi komórkami z francuska nazywanymi coupé? Rzecznik twierdzi, że kobiety preferują podróż autobusem właśnie ze względów bezpieczeństwa. Tylko, że w autobusach nie ma oddzielnych przedziałów dla kobiet! Problem chyba polega na tym, że w pociągu po prostu nikt nie kontroluje sytuacji, nikt nie czuje się za tą przestrzeń odpowiedzialny. Gdy jest rzeczywiście problem, konduktorzy chowają głowę w piasek.

W czerwcu jechaliśmy pociągiem z Pragi do Warszawy. Ścisk był straszny, bo dzień wcześniej miał miejsce strajk komunikacji i podróżni nadrabiali zaległości. Przebrnięcie przez korytarz zakrawało na cud, pasażerowie przypominali glonojady przyklejopne do ścianek akwarium. Dziękowałam Bogu, że nie oszczędziliśmy na miejscówkach! Wiedziałam, że jak tylko dotrę do swojego miejsca, wymoszczę się w fotelu, rozłożę lektury, włączę muzykę i - będzie dobrze! Było - początkowo. Jeszcze przed Kolinem dotarł ostatni pasażer naszego przedziału i odtąd podróż nasza nabrała dramatycznych wymiarów, ale przede wszystkim: zapachów! Pan ten odstraszał bowiem wszystkimi zmysłami: miał około dwóch metrów,  ze 170 kg żywej wagi, tłuste strąkowate włosy, ubranie podarte, lepkie i błyszczące od brudu. Taszczył dwa toboły o nieokreślonym kształcie i kolorze. Przede wszystkim jednak roztaczał wokół siebie smród - potworny, przenikający, nokautujący FETOR!!! Do tego sprawiał wrażenie niezrównoważonego umysłowo, cały czas prowadził dialogi z wyimaginowanymi rozmówcami, rozrzucał po podłodze cukierki, które potem wciskał wszystkim wokół, co chwila wybuchał histerycznym śmiechem. Oprócz nas w przedziale siedziały dwie młode Japonki, które wyciągnęły od razu szale, obwiązały się nimi szczelnie wokół głów tak, że było widać tylko jak przerażone przewracają oczami. Podkuliły nogi pod brodę i usiłowały zapaść się w ścianę. Tłum przed drzwiami naszego przedziału rozluźnił się znacząco. Początkowo próbowaliśmy tam właśnie wyemigrować, ale smród nas dopadł, a do Warszawy nadal było z 7 godzin! Postanowiliśmy poczekać na konduktora i zgłosić problem. Dziwnym jednak trafem nie pojawił się w ciągu najbliższej godziny, a my traciliśmy już resztki cierpliwości. Podróż w latrynie, jaką stał się przedział, zmieniła się w koszmar! Poszłam zatem sama go szukać. Znalazłam. Nie musiałam długo tłumaczyć, o kogo mi chodzi, konduktor spuścił wzrok i mruknął, że on wie, tak, tak, ALEEE nic nie może zrobić, bo pasażer ma bilet! I ja też mam bilet! I mój mąż! I te dwie panie też!! Tylko, że my kupiliśmy bilet na pociąg, nie na chlew! Nie doczekałam się żadnej propozycji rozwiązania problemu, więc po prostu oświadczyłam, że przenosimy się do pierwszej klasy! Wszyscy (oczywiście oprócz potwora)! Cały przedział! I niech nikt nie waży się nam zakwestionować naszych biletów! Tym sposobem wyprowadziłam nasz mieszany etnicznie naród przedziałowy z niewoli tyrana na rajskie bezkresne połacie wagonu bezprzedziałowego pierwszej klasy :) Wymownym jest fakt, że w pociągu wypełnionym po ostatnie śrubki nikt, ale to naprawdę nikt, nie skusił się na zwalniające się miejsca!

To tylko jedno z kilku moich doświadczeń z ČD, ale mam już głębokie przeświadczenie, że w razie potrzeby nie mogę liczyć na personel pociągu. Wiem, że raczej odwrócą głowę w drugą stronę i umyją ręce. Czy z tego powodu przestałam jeździć pociągami? Skąd! Nie popadajmy w paranoję. Pociągami dalekobieżnymi (w podmiejskich to już inna historia) jeżdżą w przeważającej części zupełnie normalni ludzie - czasami trochę głośni, czasami chrapiący na całe gardło, ale najzupełniej niegroźni, a często bardzo uczynni (walizka!).

Zachwalałam i nadal chwalę wagony dla kobiet w delhijskim metrze. Wiem, że kiedyś były przedziały dla kobiet w indyjskich pociągach (teraz ponoć nie, aczkolwiek głowę bym dała uciąć, że mignął mi ostatnio na dworcu taki napis). Nie są one jednak dla mnie luksusem same w sobie. One są luksusem TUTAJ, w tej konkretnej sytuacji, kulturze. To jest półśrodek, doraźne łatanie większej (kulturowej) dziury, której na szybko się pozbyć nie sposób.

W Europie jednak wolałabym, żeby nie tworzono takich rozwiązań. Jeśli rzecznik ČD twierdzi, że poczucie bezpieczeństwa i odpowiednią obsługę mogą zapewnić tylko w jednym z ok. 60 przedziałów, to sam sobie strzela w stopę. Chcę się czuć tak samo bezpiecznie w czwartym, jak i w pierwszym wagonie pociągu i wiem, że to jest możliwe. Po prostu muszą tam pracować ludzie z jajami. Płeć obojętna.

Poniżej 2 moje ulubione reminescencje z czeskich podróży koleją. 

 

poniedziałek, 06 lutego 2012

Krótki wypad do stolicy Radżastanu, Jaipuru, bardzo się udał. Zwiedzanie zaczęliśmy od fortu Amber - trzeba przyznać, że imponującego. Widok z dołu od strony bramy wejściowej:

... i z góry na bramę wejściową i mur:

 

Wygrzewaliśmy się na słonecznych dziedzińcach myśląc o zaśnieżonej Polsce :)

Labirynt korytarzy, zapewne świadkowie niejednej dworskiej intrygi:

Kolorowe stroje - jeszcze bardziej widoczne na tle ścian w kolorze piaskowca:

fot. ML&Asiaya

Obejrzana kilka dni wcześniej bollywoodzka superprodukcja z 2008 roku  Jodhaa Akbar niewątpliwie pomogła nam przenieść się oczyma wyobraźni do czasów świetności dynastii Wielkich Mogołów. Film jest historią miłości muzułmańskiego cesarza Akbara i jego hinduskiej żony, radżputańskiej księżniczki Jodhii. Film oczywiście, jak na wyciskacz łez przystało, jest bardzo idealizujący i "pod tezę" (wzbudził swego czasu nawet dyskusje historyków), ale pomaga "ożywić" scenerię fortu. Niektóe sceny były tu kręcone.

 

 

Tagi: Jaipur
18:15, asiaya , W drodze
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 09 stycznia 2012

Nie, to nie pomyłka. Gdyby Wam bowiem przyszło do głowy wybrać się w tym czasie do Wiednia, a w Wiedniu na słynny Noworoczny Koncert Wiedeńskich Filharmoników (ten, co zawsze w Nowy Rok przed południem w radio leci), to już naprawdę ostatni moment, żeby pomyśleć o biletach!! Wprawdzie ma on aż 3 edycje - próbną, Sylwestrową i Noworoczną, ale biletów na nie nie można sobie ot tak, nabyć drogą kupna. Jedyną szansą jest wzięcie udziału w losowaniu, do którego zgłoszenia przyjmowane są internetowo od 2-ego do 23-ego stycznia. Ktoś wyliczył szanse wygrania na 1% :) Na dodatek szczęśliwe wylosowanie nie zwalnia z jego opłacenia. Ceny od 30 do 940 EUR. 30 EUR to miejsce stojące. Nie mylić z naszą wejściówką. Kiedyś chodziłam sporo do warszawskiej Opery na wejściówki. Spektakle w ciągu tygodnia świeciły pustkami. Z wejściówką można było wybierać do woli, gdzie sobie człowiek chce spocząć. Można też sobie było miejsce po przerwie na dogodniejsze zmienić. W wiedeńskiej Operze, jeśli ktoś ma wykupione miejsce stojące, to ma stać, choćby wokół wszystkie fotele były puste. Widziałam kiedyś, jak upomniano osobę, która się ośmieliła złamać tą zasadę - uprzejmie, ale stanowczo.

Dla 99% chętnych, którzy nie zostali wylosowani oraz całej reszty, która sie do Wiednia przez przypadek w tym czasie zaplątała (jak my), miasto ma alternatywę: transmisję koncertu na telebimie przed Ratuszem.

Niewątpliwą zaletą jest to, że można przyjść w trakcie koncertu lub nawet po południu (czyli odespać Sylwestra), na powtórkę. Odpada problem fryzury, stroju itp. Na dodatek mieliśmy bonusy w postaci baletowych "teledysków", np. do Straussa "Nad pięknym, modrym Dunajem". Bardzo mi się podobały piękne, modre sukienki baletnic. Przypominały raczej morze w Grecji niż Dunaj, bądźmy szczerzy.

Zresztą na samego Sylwestra też lepiej przyjechać wystarczająco wcześnie. Na tyle, żeby zdążyć się zapoznać z obszernym regulaminem. Z daleka myślałam, że to może program imprez, ale po przyjrzeniu się z bliska mina mi zrzedła.

Program jednak też się znalazł! W odróżnieniu od innych miast, w których do tej pory byłam na takich imprezach, scen jest wiele, rozsianych po całej Starówce, na każdej gra się inną muzykę - oczywiście na żywo. My zrobiliśmy małą rundę po kilku z nich.  Niektóre już były tak oblężone, że ograniczano wstęp, ale ogólnie nie było tłoczno, nie było klaustrofobicznie i nawet bym powiedziała, że spokojnie. Co nie znaczy - nudno. Widok 70-letniej pani i jej koleżanek tańczących salsę bardzo mnie rozczulił.

O 24.00 wylądowaliśmy przed Ratuszem, gdzie wchłonęliśmy po 12 winogron (hiszpański obyczaj) i wypiliśmy po kieliszku tutejszego wina musującego.

Do domu wróciliśmy rozbawionym tramwajem (czy w Warszawie kursują tramwaje w Sylwestra? ) Jedna, na oko bardzo stateczna, pani w towarzystwie nie mniej statecznego męża i pary przyjaciół, popijała wino z gwinta, zagryzając pizzą z budki. I cały czas żartowała z innymi pasażerami.

Od kilku lat nie wychodzę na takie imprezy, bo przeraża mnie poziom tzw. bydła. Nie mam ochoty zarobić butelką, bo znalazłam się w nieodpowiednim czasie, w nieodpowiednim miejscu albo może nieodpowiednio spojrzałam. Nasz znajomy Wiedeńczyk zapewniał nas, że tam jest inaczej i rzeczywiście. Widziałam scenę, w której facet niechcący oblał winem drugiemu płaszcz. Tamten się odwrócił, myślę: "Nooo, zaraz będzie..." A on się uśmiechnął i powiedział: "Nie szkodzi, przecież jest Sylwester!!!"

Może muzyka rzeczywiście łagodzi obyczaje?

niedziela, 08 stycznia 2012

Przy dubajskim lotnisku wiedeńskie wygląda jak budka z hot-dogami. Środkowy korytarz tego pierwszego to po prostu jedno wielkie centrum handlowe, zatłoczone do niemożliwości. Jest Starbucks, jest francuski Paul, bar serwujący kawior i szampana. Czyli bardzo glamour i w ogóle... W jednej z knajp klienci mogą się zapoznać z menu na wręczanych im iPadach (niestety, nie na wynos :)) . Najtańszy kieliszek wina kosztuje ok. 50 PLN, najdroższy tyle, że zapomniałam cenę od razu po zobaczeniu. I w tej knajpie, na własne oczy widziałam  barmankę zlewającą resztki wina z różnych butelek do jednej... Bardzo się ucieszyłam, że nie zamówiłam tam żadnego wina, zwłaszcza rozlewanego :)

Przypomniało mi to, jak kiedyś w pewnej warszawskiej knajpie moi znajomi zamówili droższe importowane piwa i dostali je ciepłe jak zupy. Kelnerka była bardzo zdziwiona, gdy zaprotestowali, mówiąc, że przecież piwo MUSI być zimne. Rezolutnie odpowiedziała, że w sumie to ona nie wie, bo nie pije (sic!).

Czy zatem szkolenie pracownika to zbędny luksus, nawet dla firm oferujących luksusowe produkty? Kiedyś (ale bardzo dawno temu, więc nie pamiętam szczegółów) słyszałam o pewnym hotelu, w którym pozwalano pracownikom spędzać jedną noc w roku jako gość w najdroższych apartamentach. Wychodzono z założenia, że osoba, która nigdy z usługi nie korzystała, nie będzie mogła dobrze tej usługi świadczyć.

Bogactwo bliskowschodnich potentatów stoi między innymi pracą ogromnej rzeszy imigrantów, m.in z Indii i Filipin. A ci imigranci, podejrzewam, mają takie pojęcie o winie, jak ja o kuchni filipińskiej. 

piątek, 06 stycznia 2012

Nie, nie chcę tutaj zamieszczać instrukcji spożywania bezy. Jednak ostatnio ten temat był u mnie na tapecie ze względu na naszą podróż, ale też i na kochane Siostry Wizytantki, które już niebawem pojawią się w naszych progach (Dziewczyny, mam nadzieję, że podoba Wam się Wasze nowe pseudo? :) ). Zamiast więc każdemu zainteresowanemu powtarzać to samo, postanowiłam zebrać do kupy moje spostrzeżenia po 7 lotach między różnymi miastami europejskimi a Delhi w ciągu ostatniego 1,5 roku.

Po pierwsze, z zupełnie dla mnie niezrozumiałych względów, nie ma bezpośrednich lotów na linii Warszawa - Delhi (za to są loty do Wietnamu!!). Kilka miesięcy temu, będąc w polskim gronie, obwieściłam radośnie, że LOT zapowiedział otwarcie lotów do Indii. "My już to słyszymy od lat!"- uziemiły mnie bardziej doświadczone rodaczki. "Nawet jeśli będą, to na pewno do Bombaju, a nie do Delhi. To większy ośrodek biznesowy". I pomyśleć, że kiedyś LOT naprawdę latał do Delhi! Opowiadał mi o tym pewien cudzoziemiec, który mieszka w Indiach od ponad 20 lat. Bardzo sobie zresztą ich usługi chwalił.

Tymczasem trudno, nie pozostaje nic innego, jak latać z przesiadkami. Wymyśliłam sobie, że skoro tak, niech te przesiadki przynajmniej ciekawe będą, w miarę możliwości kilkudniowe. Tym sposobem spędziliśmy rok temu Sylwestra w Paryżu, a wcześniej kilka cudownych dni w Monachium. Mi się jednak marzy Stambuł i Moskwa, które jednak do tej pory jakoś nie były nam po drodze. Kwestię Moskwy komplikuje fakt, że musielibyśmy tam lecieć Aeroflotem, który owszem, często jest najtańszą opcją (nie zawsze!), ale kilka osób na taki mój pomysł postukało się w czoło. No cóż, te linie nie mają najlepszej opinii. O wiele lepiej wygląda kwestia Stambułu. Wszyscy, których pytałam, bardzo sobie tureckie linie chwalą! Poleciłam je też naszym gościom i mam nadzieję, że potwierdzą opinię.

Nie ukrywam, że latając do Delhi, zaczęłam zwracać uwagę na limity bagażowe. W Air France i Lufthansie było to swego czasu tylko 20 kg w klasie ekonomicznej (teraz na szczęście 23)! Nawet nie chodzi o to, że ja taszczę ogromne toboły ze sobą. Jednak moja walizka, chociaż należy do lekkich, na pusto waży 4 kg, więc wioząc książki, buty, kosmetyki czy jakieś swojskie smakołyki bardzo łatwo te 20 kg, choćby nieznacznie, przekroczyć. I zostać co do tego brutalnie uświadomioną dopiero na lotnisku! W Monachium musiałam przepakowac kilka rzeczy do bagażu podręcznego, bo przekroczyłam limit o 2 kg. Nawet zapytałam, ile musiałabym za ten marny nadbagaż dopłacić, ale cena (30 EUR za kg) zachęciła mnie do szybkiej reorganizacji. W Paryżu odwrotnie - przerzucałam nadprogramowy balast z podręcznego do dużego. Było nawet bardziej absurdalnie, bo pani z okienka zażądała, żebym przepakowała część rzeczy z mojej (już mieszczącej się w normie) podręcznej walizki do podręcznego bagażu... Sir'a. Tak dla lepszej równowagi... Pisałam o tym tutaj rok temu. Co do "Turków", to nie ma w tym względzie jasności. Głowę bym dała uciąć, że ktoś mnie zapewniał o 30 kg limicie, gdy na ich stronie jak wół stoi 20. Podejrzewam jednak, że oni by się marnych 2 kg nie czepiali :)

Wiadomo, że w większości przypadków priorytetową sprawą przy zakupie biletów jest cena. Czasami jednak różnice są tak małe, że można trochę powybrzydzać. Z moich rozmów wynika, że najbardziej na komfort wpływa jakość posiłków, wygoda foteli i rozrywka. Chyba nawet w takiej właśnie kolejności. Co do jedzenia, to niestety trudno mówić o faworytach. Wydaje mi się, że loty z Delhi jakichkolwiek linii lotniczych mają indyjski (wstrętny niestety) catering. Cokolwiek to by nie było, wszystko smakuje masalą. I cały samolot też nią pachnie. Dla pocieszenia, loty w kierunku Delhi, mają zazwyczaj większy wybór (w Lufthansie np. można wybrać między indyjskim, a europejskim daniem).

Niektórzy, zwłaszcza co bardziej rośli panowie, narzekają na zbyt ciasno ustawione fotele. Jasne, że w przypadku dłuższego lotu, na dodatek nocnego, brak wygodnego miejsca na nogi może być udręką :) "What to do?" - jak by powiedziała babka Veena. Można wybierać jak najkrótsze loty. Wiadomo, że lot Paryż-Delhi to kilka ładnych godzin więcej niż Stambuł-Delhi. Na oko ze 3. Jeśli mamy wybór między różnymi liniami,  polecam zapoznać się ze stroną SeatGuru, gdzie, wstukując numer lotu lub nazwę linii lotniczych i trasę, można wyszukać plan samolotu. W ten sposób łatwo sobie porównać odległość między siedzeniami w poszczególnych samolotach (pitch). No i można też unikać nocnych lotów, ale z tym akurat ciężko na tej trasie, bo z tego, co widzę, większość lotów z Europy ląduje tu rano. Poza tym dla kogoś, kto ląduje pierwszy raz w obcym mieście (w obcym kraju, na obcym kontynencie) ranny przylot zawsze będzie lepszą opcją, niż ten w środku nocy.

I jeszcze rozrywka. Wydaje się, że to głupota, ale naprawdę bardzo pomaga skrócić dłużący się lot. Pamiętam moje rozczarowanie, gdy w samolocie z Paryża okazało się, że nie ma osobistych ekranów. Na tym wspólnym leciały cały czas bollywoodzkie filmy. Koszmar! Tymczasem można w tym czasie nadrobić zaległości filmowe, muzyczne czy pograć (np. w szachy). Nie wspominając o tym, że można też na bieżąco sprawdzać trasę lotu.

W bożonarodzeniową podróż wybraliśmy się Emirates Airlines. W Dubaju co prawda się nie zatrzymaliśmy (jakoś mi się niefajnie, wyłącznie komercyjnie kojarzy, wizy trzeba wyrabiać, a i urlop nie za długi był), ale widoki z góry były zachwycające. Wręcz zaczęłam żałować swoich uprzedzeń :)

Ale Turcja piękniejsza :) (co ja mam z tą Turcją? Ostatnio mnie prześladuje :))

Tutaj już austriacka wioska wyłaniająca się spod lawiny... chmur:

Poza tym świetne jedzenie (oprócz jednego, ale trudno, taka wpadka), znośne wino, loty nie za długie i duży wybór filmów (niektóre widziałam w aktualnym programie kinowym w Wiedniu, np. ostatnia "Jane Eyre", "The Help" czy "Drive". Posłuchałam sobie płyty Adele, o której tak głośno, a ja nie miałam pojęcia, kto zacz. Czyli przy okazji zaliczyłam kino i wizytę w sklepie muzycznym :)

Do tego świetna opcja, której nie widziałam w innym samolotach (ale może to moje gapiostwo): film z kamer z przodu i dołu samolotu. Można obserwować np. lądowanie z perspektywy pilota :)

Samoloty nówki nieśmigane. Bagaż? 30 kg. Siedzenia bardzo OK. Do tego na początku lotu podawana jest informacja, w jakich językach mówią stewardzi (np. po węgiersku, arabsku, suahili i nie wiem, co tam jeszcze).

I tylko jedną wadę mają te Emiraty: nie latają do Polski...

Ale do Pragi owszem :)

niedziela, 18 grudnia 2011

Długo po festiwalowej porażce nie płakaliśmy (właściwie w ogóle :)). Wzięliśmy listę z programem - festiwal nas może ominąć, ale filmy nie muszą, poszukamy ich gdzie indziej :) W rezultacie mieliśmy więcej czasu na przyjrzenie się stolicy Goa, Panaji i wycieczki po okolicy.

Pierwsze moje zaskoczenie: w Panaji można spacerować ulicami, co w Delhi nie jest tak oczywiste. Co prawda trzeba uważać na rowy przy krawężnikach, ale to naprawdę drobiazg. Budynki są raczej niewysokie, jest też kilka kamienic. Kiedy ja ostatnio widziałam kamienicę? W ogóle w Panaji często miałam wrażenie déjà vu. Bardziej przypominało mi śródziemnomorskie miasteczko, niż Indie. Czemu się dziwić, Portugalczycy przybyli tu na początku XVI w., a "wyprowadzili" się dopiero w latach 60-tych XX wieku. Starsi ludzie mówią jeszcze po portugalsku, pełno jest tu portugalskich nazwisk, nazw budynków, dzielnic itp. Większość mieszkanców Goa jest (dumnymi) katolikami, kościoły widać na każdym kroku. Poniżej barokowy kościół Niepokalanego Poczęcia z 1540 roku...

... i widok z jego schodów na miasto:

Wiele domów było świeżo pomalowanych na bardzo żywe kolory. Jednak nawet te zaniedbane miały w sobie wiele uroku.

Szczególnie spodobała nam się dzielnica Fontainhas, gdzie portugalskie wpływy są najbardziej widoczne. Jest tu też kilka ciekawych knajpek.

Zamiast hinduskich swastyk widać krzyże i... koguty.

I takie retro-cudo odkryliśmy (bo normalnie na ulicach jeżdżą niemal wyłącznie nowe i bardzo nowe samochody).

Tagi: Goa
11:20, asiaya , W drodze
Link Komentarze (10) »
czwartek, 08 grudnia 2011

Plaża jest (przeważnie) pustawa i nie otaczają nas tłumy, jak to bywa na indyjskiej ulicy. Jednak nawet tutaj widać ludzi, którzy korzystają z każdej szansy, by zarobić parę groszy. Najczęściej widuję Induski sprzedające cieniutkie plażowe koszule i biżuterię. Jednak są i bardziej oryginalne pomysły na życie. Nie wiem, czy bardziej intratne...


Po złożeniu "scena" jest przenoszona:

Tagi: Goa
20:13, asiaya , W drodze
Link Komentarze (2) »
środa, 07 grudnia 2011

Chciałabym mieć taki wybór przynajmniej raz w tygodniu...

Przepiękne kolory, nigdy nie widziałam takich kolorowych (hehehe) lobsterów. Szkoda, że po ugotowaniu wszystkie stają się różowe.

Nasza barrakuda. Nie patrzy jej dobrze z gęby. Bo to drapieżnik jest!

Rekin sąsiadów. Sir stwierdził, że tutaj raczej więcej rekinów jest zjadanych przez ludzi, niż odwrotnie. 

Tagi: Goa
18:00, asiaya , W drodze
Link Komentarze (12) »
wtorek, 06 grudnia 2011

Wypływa o zmierzchu na łódeczce z dwóch kawałków drewna powiązanych sznurkiem. Kilka godzin wcześniej w tym samym miejscu rozwrzeszczana dzieciarnia zataczała kółka na skuterze wodnym. Czyli Indie właśnie.

Zdjęcia by Sir 

Tagi: Goa
20:05, asiaya , W drodze
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 05 grudnia 2011

Najpierw szliśmy, szliśmy, szliśmy. Potem zwrot w tył i szliśmy, szliśmy, szliśmy. Po drodze mijaliśmy tylko ptaki, psy i jedną krowę. Kilka osób, ale z daleka. I tej plaży ponoć jest 27 km. Jutro idziemy w drugą stronę.

Jeśli bym miała się do czegoś przyczepić, to chyba tylko do tego, że zmrok zapada zbyt wcześnie (ok.18.00) I woda w morzu za ciepła :)

Poza tym mamy w hotelu mnóstwo Rosjan i nieco Polaków. Ludzie, nie kłóćcie się publicznie z małżonkami, myśląc,że nikt was nie rozumie :)

Tagi: Goa
19:45, asiaya , W drodze
Link Komentarze (10) »


... inni się lenią. Na górnym zdjęciu: Dziewczyny na plantacji przypraw przygotowują z kwiatów wieńce dla gości. Czasami przerywają pracę i tańczą w kółku, śpiewając i klaszcząc. 

Na dole: Ganga ma w nosie współczesne kanony piękna, nie tańczy i nie klaszcze, a i tak wszyscy się nią zachwycają. Jak ona to robi? :))

Tagi: Goa
04:24, asiaya , W drodze
Link Komentarze (4) »
sobota, 03 grudnia 2011

Na razie tylko pocztówki...

Tagi: Goa
13:36, asiaya , W drodze
Link Komentarze (6) »
piątek, 02 grudnia 2011

... powinna być mobilna!


Tagi: Goa
12:48, asiaya , W drodze
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2
Wszystkie zdjęcia i teksty, o ile nie zaznaczono inaczej, są mojego autorstwa i do mnie należą prawa autorskie. Jeśli chcesz skorzystać - zapytaj.