O życiu z oddali, czyli z Delhi. Dzień po dniu zdrapuję lakier egzotyki z indyjskiej codzienności, aby pokryć ją patyną własnych doświadczeń. Czasami jednak muszę uciec stąd i o tym również piszę.
sobota, 19 lutego 2011

Pomimo tego, że w Delhi już otwarto kilka sklepów sieciowych Croma (elektronika i sprzęt AGD, własność Taty, a jakże!), które bardzo przypominają zachodnie odpowiedniki (jedyną różnicą jest mniejsza powierzchnia i chyba potrójna ilość obsługi), Delhijczycy nadal chętniej robią "okołokomputerowe" zakupy na placu Nehru, o którym mówi się, że jest największym bazarem komputerowo-elektronicznym w Azji. To prawdziwy raj dla geeków!

Oprócz mnóstwa większych i mniejszych sklepików można tu znaleźć nawet sklepy firmowe, np. Sony czy HP.

 

Nie ma żadnej ortodoksji - miejsce na parę straganów z odzieżą również się znajdzie - w końcu nawet informatyk musi gdzieś kupić swoją flanelową koszulę w kratkę:

Multimedia:

...literatura fachowa:

giełda dla amatorów pecetowych składaków:

serwis gwarancyjny:

...i pogwarancyjny:

legalny Windows ze specjalną ceną na indyjski rynek (chyba nie jest dużo niższa, niż polska):

piątek, 18 lutego 2011

I to niekoniecznie na Walentynki!  

Przed drzwiami sąsiadów w czasie świąt Divali (listopad 2010):

czwartek, 03 lutego 2011

Przed przyjazdem dostaliśmy plik kartek. Taka niby instrukcja obsługi Indii. Oprócz telefonów lekarzy, adresów poleconych hoteli itp., był rozdział o transporcie, z czego strona poświęcona rikszom. Z czego pół strony zajmowało zdjęcie pojazdu pięknie wycięte z tła ulicy i wklejone na białą kartkę z dumnym podpisem: "Tak wygląda riksza!" "Mhm"- mruknęłam - "chyba nie mają zbyt dobrego mniemania o naszej inteligencji... ale może to i dobrze..."

 A teraz co robię? Sama pokazuję Wam, jak wygląda riksza :). Nie wyciągajcie jednak zbyt pochopnych wniosków, gdyż ja - owszem - chcę ją Wam pokazać w pełnym kontekście delhijskiej ulicy! Bo riksza bez ulicy, to jak... karp bez wanny... jak kofeina bez kawy... jak... jak drogowcy bez zimy...

Są motoriksze (zwane też autorikszami), riksze rowerowe i - o zgrozo!- riksze napędzane siłą ludzkich mięśni. Tych ostatnich w Delhi nie widziałam i nie wyobrażam sobie z nich korzystać. Nawet tych rowerowych unikam, jechałam zaledwie 2 razy z braku innych opcji, ale nie przekonałam się. Z jednej strony wiem, że ci ludzi dzięki mnie zarabiają jakieś pieniądze na przeżycie, ale z drugiej strony to tortura patrzeć, ile wysiłku ich to kosztuje.

Motoriksze, chociaż trzęsące się niemiłosiernie i brudne, mają swoje zalety. Najczęściej korzystamy z nich na krótkich dystansach, w obrębie dzielnicy lub dwóch sąsiadujących. Niektórzy dojeżdżają do pracy rikszą i po 10 km, ale ja nie czuję się w tym bezpiecznie na miejskiej autostradzie, gdzie  ze wszystkich stron pędzą samochodami szaleńcy i obowiązuje prawo silniejszego. Oczywiście riksza jest w tym przypadku najsłabszym ogniwem (z racji konstrukcji, ale również dedukując, że rikszą jedzie biedniejszy, autem - bogatszy) i, mając do wyboru - stuknąć w samochód lub w rikszę - żaden kierowca nie będzie się długo zastanawiał. Poza tym klaksony z wszystkich stron i wdychanie spalin oraz kurzu - to nie jest to, co misie lubią najbardziej!

Za to w poruszaniu się na krótkie dystanse są lepsze od taksówek. Po pierwsze łatwiej je złapać, po drugie kierowcy znają swoją dzielnicę - często taksówkarze zatrzymują się, żeby zapytać ich o drogę. Motoriksza teoretycznie powinna jeździć z włączonym taksometrem i naliczać 15 rupii za km (ok.1 PLN), w praktyce ciężko ich do tego zmusić, więc pozostaje z góry ustalić stawkę. Najbardziej popularna to "fifty", przynajmniej dla obcokrajowców. Spytaliśmy kiedyś pracownicę Muzeum Narodowego, jak się dostać stamtąd do Muzeum Sztuki Współczesnej. "Rikszą" - odparła - "dla nas 25 rupii, dla Was nie powinno być więcej niż 50". Na bardzo krótkich trasach (np. 300 metrów) słyszymy "as you like".

Jest jednak jedna rzecz, której szczerze nienawidzę w tym środku transportu. Poruszając się po centrum, jest się często narażonym na to, że stojąc na czerwonym świetle, staniemy się celem wszystkich ulicznych żebraków. W taksówce zamkniesz szybę i po krzyku - tutaj się tak nie da. Szczególnie przerażają mnie narkomani, których najwięcej spotykam przy Connaught Place.

  

sobota, 29 stycznia 2011

Agradabla mi właśnie przypomniała, że nie pisałam jeszcze o transporcie. A nie pisałam, bo temat ten przyprawia mnie o palpitacje. Każde wyjście musi być poprzedzone przygotowaniami strategicznymi: czym, jak, skąd, dokąd, za ile, o której... Muszę naprawdę wykrzesać z siebie wszystkie zasoby dyplomacji, przywołać zasady kindersztuby i technik relaksacyjnych, żeby nie rzucić tu stekiem bluzgów. No dobrze... oooommmm... oooommm...

Zacznę od metra, bo mam z nim stosunkowo dobre doświadczenia. Po pierwsze sieć metra jest dosyć rozwinięta; oprócz kilku stacji w centrum  - naziemna. Bardziej jednak służy połączeniu centrum z przedmieściami niż poruszaniu się po samym centrum. Główną wadą metra jest to, że trzeba dotrzeć jakoś do stacji, a potem się wydostać. Wejście może wyglądać np. tak:  

   

Dodam, że jest to zdjęcie zrobione 3 tygodnie po otwarciu tej stacji, obecnie (po 4 miesiącach) uprzątnięta jest mniej więcej połowa i zaczęto malować ścianę. Często więc trzeba wziąć rikszę, żeby jakoś się tam dostać. Potem trzeba się dopchać do  kasy...

Można kupić żeton na jednorazową jazdę (16 rupii/ok. 1 PLN) lub kartę magnetyczną (wtedy 10% taniej i 5000% mniej kolejek):

Następnie przejście przez bramkę i prześwietlienie bagaży (czyli jeszcze jedna kolejka - oddzielnie dla panów i pań) - zupełnie jak na lotnisku, tylko w temacie bagaży większe urozmaicenie...:

 foto: www.gurgaonscoop.com

 ...i hop na peron:

Największy plus metra? Specjalny przedział dla kobiet! Trzeba kierować się śladem różowej naklejki :))

PHOTO: Shiv Kumar Pushpakar (The Hindu)

Biada temu, kto nie dostosuje się do tej zasady!!! Kara 200 rupii (ok.13 PLN) to drobnostka w porównaniu z tą, jaką mogą wymierzyć rozjuszone pasażerki:

Podziemna stacja w centrum (Khan Market):

Podsumowując: DA SIĘ! Najlepiej będąc kobietą podróżującą samotnie lub w damskim towarzystwie . Wagony "mieszane" budzą też mieszane uczucia - zdecydowanie za dużo testosteronu!!! Na krótkich trasach raczej nie opłaca się tracić czasu na wszystkie procedury. No i ta koniecznośc dojechania rikszą! Ale o tym następnym razem...

wtorek, 25 stycznia 2011

Jeszcze na początku stycznia, gdy wróciliśmy do Delhi po kilkutygodniowej nieobecności, zaskoczyły nas niskie temperatury i niesamowita mgła. W dzień było ok. 15 stopni, w nocyi 7-8. Wiem, w porównaniu z polskimi mrozami brzmi jak bajka, ale znowu potwierdziła się reguła, że pewne rzeczy nie mają bezpośredniego przełożenia. Przy takiej temperaturze wymarz łam bardziej niż w święta w Europie. Przede wszystkim nie istnieje wynalazek centralnego ogrzewania, a powszechne kamienne (w mieszczańskich domach marmurowe) podłogi potęgują wrażenie "lodówki". Chociaż uciążliwa, zima tutaj jest zbyt krótka i zbyt "ciepła", aby inwestować w drogie instalacje. Jednocześnie 15 stopni ciepła w mieszkaniu to zdecydowanie za mało (chyba nie tylko dla mnie).  Niektóre instytucje i hotele mają opcje ogrzewania w systemach klimatyzacyjnych. Jako, że czeka nas zakup AC (w lecie bez tego ani rusz), postanowiliśmy poszukać czegoś w tym stylu. Spędziliśmy pół dnia, biegając od Annasza do Kajfasza. Nigdzie takich nie znaleźliśmy, za to dostaliśmy ofertę z rodzaju tych "nie do odrzucenia". Mogą nam zamówić w fabryce, 100% zaliczki, a wyglądać będzie mniej więcej tak (tu machnięcie w stronę zakurzonej ekspozycji). Taa, a świstak siedzi i zawija je w sreberka...

Kierując się zasadą "podążaj za miejscowymi", zapytałam babkę Veenę, jak radzi sobie z zimnem. Bardzo prosto: idzie do łóżka. No tak, kołdra nie zużywa prądu.

Wyciągnęliśmy z kartonów od lat nieużywany grzejnik, dokupiliśmy na Khan Market  drugi, nazywany przez nas dyskoteką (grzeje lampami halogenowymi i obraca się wokół własnej osi :)). Przez ok. 2 miesiące snuliśmy się po domu jak potępieńcy z kulą, tzn. z grzejnikiem u nogi (każdy ze swoim). Chcesz wziąć prysznic? Najpierw wstaw go do łazienki i poczekaj, aż temperatura wzrośnie przynajmniej o te 5 stopni. Chcesz pooglądać telewizję? Grzejnik do salonu. Sprawdzić pocztę? Do gabinetu. W rezultacie spędzaliśmy czas razem w tym samym, najmniejszym pomieszczeniu (nie, nie w łazience :)). Co dwa grzejniki, to nie jeden!

Najbardziej jednak problemem dotknięci byli ci, którzy pracują ( a nierzadko i mieszkają) na ulicy. W końcu Indie stoją handlem i innymi usługami świadczonymi pod gołym niebem. Kierowcy riksz, strażnicy, straganiarze, uliczni fryzjerzy, kucharze, ale też policjanci i żolnierze próbowali sobie radzić z zimnem rozpalając ogniska wprost na poboczach ulic. Widok jest kosmiczny, a wszechobecny dym drapał w gardło i przywodził na myśl polskie wykopki.

Tymczasem przyszła wiosna! W weekend mieliśmy 24 stopnie, słońce grzało, aż miło. W piątek zjedliśmy obiad w ogrodzie Instytutu Włoskiego (uwielbiam), a niedzielę spędziliśmy na własnym balkonie popijając Carlsberga w kubkach do kawy, rozmawiając i przeglądając prasę. To był prawdziwy zastrzyk witaminy D! No i B też oczywiście ;)

To mi przypomniało, że mam przecież parę fotek z pierwszego miesiąca w naszym mieszkaniu, który w większości spędziliśmy na balkonie, korzystając z hmm... szczodrobliwości babki Veeny w postaci pamiętnych krzeseł. Był to miesiąc bardzo intensywny, jeśli chodzi o poznawanie życia naszej nowej dzielnicy. Zdjęcia są z października, na razie jeszcze nie mamy aż tak mocnego słońca, a i ówczesna, pomonsunowo-soczysta zieleń roślin, pozostaje tylko wspomnieniem.

Niekwestionowanymi królami ulicy w dzielnicach tzw. rezydencjalnych i tzw. posh, są stróże. Na naszej ulicy prawie każdy właściciel domu zatrudnia jednego (nocnego) lub dwóch (pracują w 12 godzinnych zmianach CODZIENNIE). Spędzają całe dnie i noce walcząc z nudą i upałem/zimnem, bawiąc się komórką, czytając gazety. W zależności od prestiżu domu mają do dyspozycji plastikowe krzesło:

...lub budkę:

Często stołują się w okolicznych budkach z jedzeniem:

Są bardzo towarzyscy,"odwiedzają" się nawzajem. Założę się, że znają wszystkie najnowsze plotki z sąsiedztwa.

Zwróćcie uwagę na zawieszony na drzewie ołtarzyk:

Jeśli nie mają do dyspozycji większej liczby krzeseł, siadają sobie na kolanach, czesto trzymając się za ręce. Ot, taka męska przyjaźń :)

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Na długo przed podróżą odgrażałam się, że po wylądowaniu w Europie będę całować ziemię. Niestety, do dyspozycji miałam tylko kawałek betonowej nawierzchni paryskiego lotniska pokrytej rozpuszczającym się śniegiem, na którą z brzucha boeingowego wieloryba wysypywał się tłum zaspanych, przecierających oczy współpasażerów, szczęśliwych z odzyskanej wolności. Wolności ruchów chociażby. Ograniczyłam się więc do głębokiego wdechu mroźnego i, jak mi się wydawało, krystalicznego powietrza. "Zimno! Jak cudownie zimno!" Był to pierwszy z serii zachwytów, bo cieszyło mnie dosłownie wszystko: kawa i prawdziwy cieplutki francuski croissant, dziewczyna za ladą, która uśmiechała się ot tak, po prostu,  z nawyku, bez cienia uniżoności, która tak drażni w kontaktach z indyjskimi sprzedawcami, kierowcami, kelnerami.  Wiem, niektórych drażni, innym mile łechce ego, uzależniając jak najlepsza heroina, sprawiając, że już sobie nie wyobrażają życia poza Indiami. Cieszył widok słonecznego lotniska w Madrycie, które nawet ciężkie stalowe konstrukcje ukryło w łagodnych kolorowych falach sufitu. Witajcie w kraju, w którym życie podaje się w estetycznym sosie. Bo ono nie jest tu ani lepsze, ani gorsze, niż gdzie indziej (mhm, w Europie - dodałam po zastanowieniu :)). Ale ten sos, ten sos...

   

 

Nie wychodząc z lotniska, wchodzimy do metra... a może do matrixa?

Specjalnie poprosiłam o pokój od ulicy. Dzięki temu, nawet zmęczona wielogodzinnymi spacerami, mogłam chłonąć życie ulicy - w dzień...

...i w nocy. Tego mi było trzeba!

  

 W tym roku było zimniej niż normalnie, dlatego niestety musieliśmy sobie odpuścić tradycyjną kawę w ogródku na placu św. Anny. To zdjęcia z 2008 roku: 

Jak się ma fantazję, to przydałyby się jeszcze pieniądze. Hiszpanie nie wyobrażają sobie Świąt bez tradycyjnej loterii Bożonarodzeniowej, której historia sięga XIX wieku! Losowanie odbywa się 22 grudnia, jest transmitowane na żywo w telewizji, a wylosowane numery są (dosłownie) wyśpiewywane przez uczniów w mundurkach. Ten charakterystyczny śpiew  to przedsmak nadchodzących Świąt, coś jak polski karp w wannie :).

Losy są sprzedawane już od lipca, ale i tak zawsze w dniu poprzedzającym losowanie, tworzą się tasiemcowe kolejki.

Najbardziej w tej tradycji podoba mi się to, że każdy los dzieli się na 10 części (décimos). Dzięki temu całe rodziny, grupy przyjaciół, kolegów w pracy, a nawet klientów barów, kupują losy o tym samym numerze. Jeśli wygra, wygrywają wszyscy. El Gordo (Grubas), czyli najwyższa nagroda to 3 mln €, co daje 300 tys. € na décimo. Fajnie się cieszyć z wygranej, a jeśli na dodatek wygrywają nasi bliscy, to radość tym większa!

niedziela, 12 grudnia 2010

Niedziela + słońce = spacer :))

Nigdy w życiu nie prowadziłam tak siedzącego trybu życia jak w Delhi. Zdaje się, że chodzenie nie jest tutaj w zwyczaju klasy sredniej, a sama struktura miasta nie sprzyja spacerom po ulicy. Nawet z psem wychodzą służący. Poprosilismy kiedys jednego z brokerów, aby po całodziennym "zwiedzaniu" mieszkań zostawił nas w dzielnicy, w której mielismy na oku jedno lokum. Chcielismy sobie pospacerować po okolicy, zanim się zdecydujemy. Zrobił wielkie oczy i powiedział cos w stylu: "You European! You seem to like to walk!"

 Lodi Garden

 

 

wtorek, 07 grudnia 2010

Czas dokończyć mieszkaniowy serial :) Z pewną niechęcią wracam do tych wydarzeń, bo kojarzą mi się ze stresem i frustracją, które już zdążyłam zapomnieć, schować na samo dno swiadomosci i upchnąć kolanem. To była udręka: od drzwi do drzwi, od spotkania do spotkania, od brokera do brokera. Tak, po Gaganie było ich jeszcze trzech! Jednego nawet nie mielismy okazji poznać, ponieważ nie pofatygował się na umówione spotkanie. Dwa w zasadzie... Zresztą nie pofatygował się nawet, żeby te spotkania odwołać, co nie przeszkodziło mu radosnie zaproponować trzecie. W międzyczasie zadzwonilismy do następnej brokerki. Została nam polecona jako osoba, która pracuje wyłącznie z Hindusami, czyli oferująca mieszkania w "normalnych" cenach. Mniej więcej powiedzielismy jej, o co nam chodzi, obiecała oddzwonić. Oddzwoniła jej koleżanka, miała kilka ofert dla nas, umówiłysmy się na obejrzenie ich następnego dnia. Zamiast koleżanki PRZYSZEDŁ kolega. Na piechotę. Na moje pełne zdumienia spojrzenie powiedział, że zaraz przyjedzie po nas samochodem jego kolega. Próbowałam go wypytać o oferty, ale niestety jego angielski nie pozwalał na nawet podstawową komunikację. Wyciągnął z kieszeni pomięty zeszyt z adresami. Miałam nadzieję, że przynajmniej kolega będzie bardziej rozmowny. Niestety nie był. A samochód... mhm... Był bardzo, jak by tu okreslić... egzotyczny. Na początku wizja przejadżki tym gratem po Delhi bardzo nas rozbawiła, ale już po 15 minutach miny nam zrzedły. Nie miał klimatyzacji, na zewnątrz panował upał (ok. 35 stopni) i niesamowita wilgoć też dawała się we znaki - monsun w końcu. Pot spływał nam strużkami z czoła. Na dodatek koledzy wcale nie wiedzieli, dokąd mają jechać, co rusz zatrzymywali się, pytając o drogę. Mieli oferty w tzw. "dobrej" dzielnicy (oczywiscie w delhijskiej skali), więc bylismy ich bardzo ciekawi. Niestety, nawet w takich dzielnicach są ulice i ulice. Okazało się, że dziwnym trafem ich wszystkie mieszkania są na tych gorszych. Gdy dotarlismy do pierwszego, już miałam ochotę uciekać. Tak okropnej nory nie widziałam nigdy w życiu! Ciemne, smierdzące klity o brudnych scianach, w kuchni gorzej niż w chlewie, łazienka jak na ukraińskim dworcu, ale najgorsza była czarna ziejąca dziura w podlodze w przedpokoju, skąd schody bezposrednio (bez drzwi) prowadziły do piwnicy pełnej starych rowerów i Bóg wie czego jeszcze. Sceneria jak z horroru. Nie, czegos takiego się nie spodziewalismy. Po wyjsciu na swiatło dzienne zapytałam jednego z naszych "brokerów" o cenę. Chyba ich zaskoczyłam, nie wiedzieli, co powiedzieć, patrzyli po sobie niepewnym wzrokiem, a w końcu jeden z nich wypalił: 1.000 Euro... Wybuchłam gromkim smiechem, ale z rodzaju tych nerwowych, które bardziej przypominają trudną do opanowania czkawkę. Próbowałam się powstrzymać, ale on dodał skonsternowany: "Do negocjacji", co tylko dolało oliwy do ognia. W końcu się opanowałam i spytałam, czy wszystkie ich oferty są w tym stylu. Mhm, trudne pytanie, bo przecież on tych mieszkań wczesniej nie widział. Skończyło się na tym, że podjeżdżalismy pod te domy, my zrezygnowani kręcilismy głową i jechalismy dalej. Dzień zmarnowany... Chociaż może nie! Przecież mam o czym opowiadać! Nauczona tym doswiadczeniem, zaczęłam też zabierać ze sobą aparat fotograficzny. Niestety, już się nam taka perełka nie trafiła. Być może dlatego, że odmówilismy współpracy z poleconą koleżanką. Ona niestety nie mogła się z tym pogodzić i wydzwaniała do mnie jeszcze przez parę tygodni, aż końcu byłam zmuszona przestać odbierać jej telefony. Zdesperowani zaczęlismy szukać następnego brokera. Numer wzięlismy po prostu z internetu, bo już było jasne, że żadne polecenia tu nie pomogą. Facet po pierwszym spotkaniu wydał się nam sensowny, a najbardziej przekonał nas do niego fakt, że oferował niektóre z mieszkań, które pokazywał nam wczesniej Gagan, o ok.25% taniej. To tak, jakbysmy mieszkali 3 miesiące w roku za darmo... Niestety nawet on nie okazał się być cudotwórcą, więc i tak musielismy się zmierzyć z indyjskimi standardami budowlanymi. Czego to mysmy nie widzieli!!

  • mieszkania z zaciekami i grzybem (bo monsun)

    

  • mieszkania z fantazyjnymi kikutami rurek w salonie

 

  • łazienki, gdzie przy odrobinie szczęscia można dostać w głowę jednoczesnie spadającymi: głowicą od prysznica i wiatrakiem trzymającym się na słowo honoru

  

  • gdyby to nie było skuteczne, to zawsze można spróbować włożyć wtyczkę do tego czegos:

  • lub po prostu wyjsć na balkon (tam z tyłu to miejsce do podłączenia pralki - tradycyjnie na tylnym balkonie)

 

Wszystkie powyższe zdjęcia były robione w NOWYCH mieszkaniach, tylko jedno z tych, które nam pokazywano, było stare. Szacuję, że lata 70-te :)

 

  •  Były też mieszkania z wykładziną tak pofalowaną, że Małysz mógłby na niej spokojnie trenować.
  • Mieszkania, do których w zasadzie nie powinno się wchodzić bez kasku - w stanie surowym!
  • Mieszkania okupowane "na dziko" przez robotników - w jednym z nich zastalismy nawet spiącego w kącie mężczyzne.
  • Mieszkania, w których na klatce (nowej!) przed wejsciem utworzyła się kałuża z przeciekającego deszczu. 
  • Mieszkanie, do którego nie moglismy wejsć, bo było zamieszkane (chociaż "nowe"). Zaproponowano nam obejrzenie "identycznego" - piętro niżej. Stwierdzilismy jednak, że to strata czasu, bo nie mamy zamiaru podpisywać umowy wynajmu bez obejrzenia tego KONKRETNEGO mieszkania. Że poczekamy na telefon, jak się zwolni. Od razu znalazły się klucze! I rzeczywiscie, była tam walizka i parę rozrzuconych męskich ciuchów. Tylko, czy ktos miałby zaufanie do własciciela, który wchodzi bez pytania wynajmującego do mieszkania, na dodatek z obcmi ludźmi? Stracilismy zainteresowanie...
  • 90% mieszkań było po prostu brudnych...

Gdy pod koniec wrzesnia wybuchł skandal związany z warunkami higienicznymi w apartamentach sportowców podczas CWG, kiwalismy ze zrozumieniem głową. No tak, cos o tym wiemy...

Nie sposób już było jednak tego ciągnąć w nieskończonosć, wybralismy 2 oferty i zaczęła się faza negocjacji...

wtorek, 30 listopada 2010

Od początku pobytu tutaj miałam nadzieję, że kiedys będzie mi dane wziąć udział w prawdziwym indyjskim weselu. Nie spodziewałam się, że okazja nadarzy się tak szybko! No cóż, zaproszenia są po prostu rozdawane w ilosciach hurtowych, a cudzoziemcy to dodatkowa atrakcja i nobilitacja, zwłaszcza w rodzinach, które do indyjskich elit nie należą i nie mają częstego kontaktu z obcokrajowcami. Mi w to graj i poproszę o więcej! :)

Oczywiscie zaproszenia są "na bogato". Ponoć nie jest mile widziany czarny druk, preferowane złoto. O tym, jak ważny to element weselnych przygotowań, można poczytać na blogu pewnej Amerykanki z Delhi przygotowującej się do slubu ze swoim indyjskim narzeczonym.

 

 

Program imprezy obejmował dwa dni, ale my, za namową R., wybralismy tylko jeden. Bylismy gosćmi pana młodego, więc w "naszym" programie nie było "mehndi party", czyli ceremonii malowania henną stóp i dłoni panny młodej.  Za to mielismy tajemniczo brzmiące punkty: Sehra Bandi i Departure of Barat. Sehra to specjalne nakrycie głowy pana młodego (z girlandami zakrywającymi twarz), a sehra bandi to ceremonia jego nałożenia. Odbywa się w domu pana młodego, skąd wyrusza jego orszak weselny. On sam jedzie na białym koniu, a w "bogatszej" wersji - w ozdobionej kwiatami karocy:

 

 Orszakowi towarzyszy orkiestra...

... oraz chłopcy podtrzymujący lampy podłączone przewodem do generatora na kółkach, który zamyka pochód. Tańcom nie ma końca, stąd też dotarcie do miejsca zaslubin (najczęsciej ogromny namiot) może trwać kilka ładnych godzin.

Bylismy oczarowani serdecznoscią gospodarzy. Na początku zaserwowano nam cos, co nazywano kawa, ale bylo raczej cieplym i supersłodkim kakao. Na weselach hinduskich nie podaje się alkoholu, aczkolwiek, patrząc na ich pląsy i nieco "mętne" oczy, podejrzewam, że był tam jakis substytut :) Dla nas (specjalnie i wyłącznie dla naszej grupki!) przyniesiono parę puszek piwa. Mniejsza o to piwo, ale miłe było to, że tak się starali wyjsć naprzeciw temu, co w ich rozumieniu, jest częscią NASZEJ kultury.

Oczywiscie nie mogło zabraknąć sztucznych ogni i fajerwerków...

Generalnie był niezły chaos. Te wszystkie rytuały trwają wiecznosć, większosć gosci ich nie sledzila od początku do końca. Niektóre częsci były tylko dla rodzin (ponoć ostatnie negocjacje). Nas posadzono w drugim rzędzie krzeseł przed sceną, na której stały dwa trony i czekalismy... Zgromadzone wokół dzieci oglądały nas ze wszystkich stron, w końcu któres odważyło się podejsć i dać nam kwiatka. Wzięlismy, podziękowalismy i chwilkę pogadalismy z brzdącem. Widząc to, pozostałe dzieci rzuciły sie również w naszą strone z kwiatkami, które, jak się później okazało, po prostu wyciągnęły z dekoracji tronów młodej pary. Na szczęscie ktos je powstrzymał, a nas zaproszono do sąsiedniej sali zastawionej stołami.

Stoły może się nie uginały od obfitosci potraw, ale było z czego wybrać: rotipuri, dal, murgh makhani, czyli kurczak w sosie, a na deser nasączane wodą różaną gulab jamun. Kuzyn pana młodego osobiscie wytarł nasze talerze niesprecyzowanego koloru serwetą :) Nałożylismy sobie jedzenie i przycupnęlismy w kąciku, ale zaraz pojawił się jeden z gospodarzy, który stanowczo stwierdził, że absolutnie-jak to-nie możemy jesć na stojąco i od razu zarządził poszukiwanie wolnego stołu dla nas :)

Niebawem też pojawiła się długo wyczekiwana panna młoda, którą nam przedstawiono:

Wyglądała na bardzo wystraszoną i, zdaje się, nie bawiła się tak dobrze jak my :) Jak to powiedział kiedys mój kolega, gorączkowo wiążąc krawat przed własnym slubem: Za drugim razem będzie lepiej :) wykrakał... Chociaż w Indiach, jak wiadomo, drugiego razu nie ma :)

Państwo młodzi głównie pozowali do zdjęć. My również musielismy wejsć na scenę i zrobić sobie, nie jedno, lecz całą serię pamiątkowych zdjęć i to w pozach dokładnie okreslonych przez fotografa: tu ręka, patrzeć tu... A flesze błyskały i błyskały...

W końcu R. stwierdził, że powinnismy już pójsć, gdyż budzimy zbyt wielkie zainteresowanie i "kradniemy" uwagę przeznaczoną dla pary młodej, a to, jak wiadomo, wielkie faux pas, niezależnie od szerokosci geograficznej :)

W sumie też już bylismy zmęczeni, bo ten mały urywek całego obrządku, w którym wzięlismy udział, trwał... 4 godziny!

Po dotarciu do domu zakończylismy uroczystosci kieliszkiem przemyconej Żubrówki. Dla dezynfekcji oczywiscie :)

 

poniedziałek, 29 listopada 2010

W Europie snieg i mróz, na zdjęciach z Polski widzę same szaliki, czapki i kozaczki. Na dodatek w czarno-szarej kolorystyce. A tutaj? Zima to najlepsza pora roku!!! Jest dwadziescia parę stopni. W dzień. W nocy oczywiscie mniej i dobrze mieć sweter czy szal pod ręką. Często, choć nie zawsze, swieci słońce. Można łapać witaminę D siedząc na balkonie czy w restauracyjnym ogródku. Można eksplorować delhijskie targi bez gorączkowego planowania trasy od klimy do klimy. No i można też podążać za turystami, których coraz więcej. Zaczyna się sezon i sciągają wymarznięci Europejczycy. Jest to również sezon slubów i wesel. Tak, bylismy, a jakże!!! Będą zdjęcia! Poza tym koncerty, festiwale i wystawy! Narzekalismy na posuchę kulturalną, a okazało się, że jest z czego wybierać, przynajmniej na razie.

Zresztą nawet nie wychodząc z domu, eksplorujemy Indie: nakupilismy filmów, w tym sporo klasyki, i prawie codziennie urządzamy sobie seans. Niektóre z nich widzielismy wczesniej, nie mając pojęcia, że kiedys los nas tu rzuci. Ogląda się zupełnie inaczej...

Poza tym próbujemy eksperymentować kuchennie. Wielkimi fanami indyjskich potraw chyba nie zostaniemy, ale musimy znaleźć kompromis między naszymi kulinarnymi upodobaniami, a lokalnymi zaopatrzeniowymi możliwosciami. Poza indyjską, a raczej indyjskimi kuchniami, są tu bardzo dostępne inne kuchnie azjatyckie: tajska czy chińska, które nam zresztą bardziej odpowiadają. Dotyczy to restauracji, jak i zaopatrzenia w sklepach. Muszę przyznać, że gotowanie w Indiach jest dosć czasochłonne, bo nie ma zbyt wielu udogodnień w postaci półproduktów czy mrożonek. Najbardziej mi brakuje pomidorów w puszkach, których używałam zawsze sporo. Tutaj owszem, można kupić, ale importowane z Włoch i za cenę 10 kg swieżych pomidorów (13-16 PLN)!!! Jesli dodać do tego paczkę makaronu (17-20 PLN) to zwykłe spaghetti staje się egzotycznym i drogim daniem, a przecież w Europie do potrawa "studencka"! Jestesmy białymi przepłacającymi frajerami, ale do czasu :) Nasze kuchenne laboratorium wrze!

A na balkonie wyrosła nam mała dżungla:

 

poniedziałek, 15 listopada 2010

Muszę Was uświadomić (tak jak mnie uświadomiono): jeśli macie bieżącą wodę 24h na dobę, a przerwy w dostawie prądu zdarzają się tak rzadko, że czlowiek nie pamięta, gdzie zostawił latarkę, to żyjecie w luksusie!!! Nie marmury, stiuki i automatyczne żaluzje, ale właśnie to jest wyznacznikiem luksusu w Delhi. Świadczą o tym chociażby reklamy deweloperskie:

Woda

W Delhi są co prawda wodociągi, aaaale wodę w nich dają ok. 2-3 godzin dziennie. Dlatego w każdym domu muszą być zainstalowane pompy, które w ciągu tych paru godzin pompują wodę do zbiorników usytuowanych na dachach, skąd już bezpośrednio leci do kranów. Widok tych czarnych beczek jest nieodłącznym elementem tutejszego krajobrazu:

Jako, że przez większość roku jest tu ciepło, bardzo ciepło a najczęściej bardzo-bardzo-baaardzo gorąco, woda z kranu też jest oczywiście ciepła. Słyszałam/czytałam, że w okresie największych upałów wręcz ukrop. Wtedy ponoć należy używać kurków na odwrót: z niebieskiego, a więc bezpośrednio z beczki, leci wrzątek, a z czerwonego, który jest podłączony do bojlera (oczywiście wyłączonego) nieco chłodniejsza, bo bojler jest zamontowany w łazience, a nie na rozgrzanym dachu. Właściciel naszego mieszkania, a zarazem sąsiad, powiedział, że on bojlery zaczyna włączać w grudniu, a pod koniec stycznia już przestae ich używać. Bardzo się dziwił, że chciałam z nich korzystać już w październiku, a przecież pochodzę z północnej Europy!!! Pewnie myśli, że my się tylko w przeręblach kąpiemy :) Oprócz tego mamy też w domu (nie wiem, czy to norma), dodatkowy zbiornik pod powierzchnią ziemi, który jest zasilany wodą z beczkowozu, takiego np.:

No i niby wszystko ładnie pięknie, woda z kranu leci, więc o co się martwić, ale jak pomyślę o jakości tej wody, która się cały dzień nagrzewa... o tej florze, która się tam rozwija...o tej faunie... Zresztą wyniki badań potwierdzają moje obawy. Dlatego nikt przy zdrowych zmysłach nie pije wody z kranu ani nie używa jej do przygotowywania posiłków. Ba! Wiele osób nawet zębów nią nie myje. Niektórzy używają wody butelkowanej, inni dystrybutorów z butlami albo filtrów. Np. takich jak ten:

 Prąd

Przerwy w dostawie prądu nie dziwią tu nikogo. Zdarzyło mi się już doświadczyć egipskich ciemności siedząc w kawiarni, bibliotece czy, o zgrozo, windzie.  W domu należy mieć tzw. power back up, czyli generator, który zasila parę żarówek i wiatrak. Niestety nie wystarczy na zasilanie lodówki, zatem nie ma sensu mieć większych zapasów w zamrażarce. Na szczęście w domu wyłączono nam prąd tylko raz w ciągu miesiąca (akurat wychodziliśmy, więc musiałam kończyć makijaż przy latarce :)), ale ponoć schody zaczynają się w sezonie letnim, kiedy wszyscy włączają klimy. Czyli akurat kiedy jest najbardziej potrzebny :) Innym problemem są wahania napięcia w sieci. Nie wpływa to dobrze na sprzęt komputerowy czy TV/audio. Dla nich też zalecane jest montowanie tzw. UPSów. Wygląda to prawie jak drugi komputer:

 

środa, 10 listopada 2010

Teraz będzie parę wtrącek, o których każdy poszukujący tu mieszkania wiedzieć powinien :) Oczywiście nie należy się łudzić, że, wiedząc te wszystkie rzeczy, znajdzie się mieszkanie idealne.

Lokalizacja

Zawsze się jakoś tak składało, że mieszkaliśmy w centrum. Przywykliśmy do tego, że sklepy, restauracje, kawiarnie, stacje metra, przystanki tramwajowe mieliśmy w zasięgu ręki. W Pradze sporo biurowców mieści się poza centrum, ale zazwyczaj w bezpośredniej bliskości metra, więc nawet te dosyć oddalone są dostępne w ciągu 15-30 minut. Sir miał do biura 7 minut piechotą. Nie mieszkaliśmy na Starym Mieście, ale chodziliśmy tam w weekendy na spacery pooglądać turystów :)

W Delhi struktura miasta jest nieco dziwna i bardzo mało praktyczna. Północ, stare Delhi, to hardcorowe miejsce ze slumsowatą zabudową, wąskimi uliczkami pełnymi straganów, śmieci, i kabli zwisających ze wszystkich stron, gdzie obcokrajowcy zapuszczają się tylko w charakterze turystów (my też). Ulice są wiecznie zatłoczone, pojazdy poruszają się z prędkością 50 metrów na pół godziny, a między nimi zawsze przemykają przechodnie, wielu z nich z pudłami i pakunkami na głowie, bo w tych warunkach to najefektywniejszy sposób transportu i zaopatrzenia sklepików wokół.

 Między pasami ruchu, na wąskich wysepkach, wylegują sie żebracy. Naprawdę podziwiam ich zdolność zasypiania w tym hałasie, gdzie każde zsunięcie się nogi lub ręki z tego betonowego łóżka grozi utratą lub co najmniej zranieniem kończyny.

My się przeciskamy dołem, a górą...

Jak widać na załączonych obrazkach, miejsce to nie nadaje się kompletnie do zamieszkania dla obcokrajowca, o ile nie jest turystą głodnym wrażeń.

Dalej na południe znajduje się Connaught Place, czyli miejscowe City (tak mi dzisiaj powiedziała pani z centrali taxi). O CP pisałam tutaj, ale muszę przyznać, że ostatnio się tam trochę ogarnęli (co prawda tylko z jednej strony, ale dobre i to), więc dwie fotki uzupełniające:

To w głębi to chyba właśnie City:

Generalnie nie ma tu za dużo opcji, jeśli chodzi o wynajem mieszkań. Poniżej CP zaczyna się najbardziej zielona część Delhi: jest kilka hoteli pięciogwiazdkowych (każdy w wielkim ogrodzie), budynki rządowe, instytucje, w tym kilka zagranicznych instytutów kulturalnych, Audytorium, parki i POLE GOLFOWE!!! Znajduje się tu również India Gate, ustawiona na środku ogromnej zielonej przestrzeni. Okolice India Gate po zmroku zamieniają się w miejsce pikników i wygląda to naprawdę uroczo. 

 

fot. www.yogeshsarkar.com

  Jest to chyba najładniejsza część Delhi, choć mało miejska tak naprawdę. Tzw. dzielnice rezydencjalne mieszczą się na południe od niej i trochę to frustrujące, że każdego dnia trzeba nadrabiać kilometry objeżdżając te pola golfowe i parki, aby dostać się do centrum. Tu po prostu nie da się mieszkać w centrum, najbliże okolice mieszkalne pojawiają sie ok. 5-7 km od CP.

A same "dzielnice rezydencjalne"? Mhm, brzmi dumnie, w rzeczywistości to plątanina ulic bez nazw (pogrupowane w bloki nazwane od liter alfabetu), przy których stoją kilkupiętrowe domy. Zazwyczaj każda dzielnica ma swój rynek, czasami stację metra i to by było na tyle, jeśli chodzi o infrastrukturę. Niektóre dzielnice uchodzą za lepsze, chociaż nie wiem, dlaczego. Widziałam np. w posh Defence Colony przepływający przez środek śmierdzący kanał. Zadbane wille stoją obok rozwalających sie ruder Np. Taka willa...

 

...i taka willa...

Za ten widok właściciel mieszkania sobie życzył, o ile dobrze pamiętam, 1.600 Eur/miesiąc:

 

 Delhi posiada też miasteczko satelickie Gurgaon. Oficjalnie należy już do sąsiedniego stanu Haryana, a od centrum Delhi dzieli go ok. 30 km. Generalnie to wieżowce, wieżowce (biurowe i mieszkalne) i wieczny plac budowy - dosyć sztuczny twór gwałtownie rozwijającej się gospodarki indyjskiej. Mieści się tam większość zagranicznych firm (blisko do lotniska międzynarodowego). Byłam tam tylko raz - w centrum handlowym, więc nie za bardzo mogę się wypowiadać na temat, ale dużo obcokrajowców tam wynajmuje mieszkania w zamkniętych, strzeżonych kompleksach z basenem itp. Pewnie to dobra opcja dla kogoś, kto pracuje w Gurgaonie. Dla nas stanowczo za daleko od centrum, więc nawet nie braliśmy pod uwagę.

fot. http://www.skyscrapercity.com/showthread.php?t=805196&page=2

 

fot. Ruth Fremson/The New York Times

To taki ogólny szkic, oczywiście nie znam całego Delhi (tak jak zresztą nie znam całej Warszawy), ale chciałam tylko pokazać, jak ograniczony jest tak naprawdę wybór lokalizacji.

C.D.N :)

wtorek, 19 października 2010

...czyli prawie codziennie...

Każda dzielnica posiada własny rynek, czasami więcej niż jeden. Zazwyczaj służą zaspokojeniu codziennych potrzeb, ale są też bazary wyspecjalizowane i słynne na całe Delhi. Poniżej taki zwyczajny dzielnicowy rynek.

Życie biznesowe kwitnie również po zmroku :))

poniedziałek, 18 października 2010

 W Warszawie właśnie skończył się Festiwal Filmowy ze złotym liściem kasztanowca w logo. Na polskich stronach www czytam o nowych kolekcjach szalików, czapek, o lekturach na długie jesienne wieczory. Tylko patrzeć, jak zaczną się kampanie różnych paracetamolów. Tym razem nie dla mnie polska złota jesień, tym razem to rzeczywistość wyłącznie wirtualna, bo jest... gorrrąco. Tzn. też się zaczęła jesień, więc jest "tylko" 30-34 stopnie C. Można przeżyć bez klimy, wystarczy wiatrak, a te są tu wszędzie: w mieszkaniach pod sufitami w KAŻDYM pomieszczeniu (w większych po dwa), na balkonach, w samochodach i najbardziej zatęchłej dziurze. Gdy przyjechaliśmy (to już prawie 2 miesiące temu!!!), była pora monsunowa, wyjątkowo długa w tym roku, bo trwała aż do początku października. Temperatury były podobne, ale wilgotność powietrza o wiele wyższa. Okulary zaparowywały mi po wyjściu z samochodu czy klimatyzowanego pomieszczenia. Nie padało "cały czas", ale zawyczaj raz na dzień spadała rzęsista ulewa, a ulice wzbierały potokami, utrudniającymi, już i bez tego bardzo chaotyczny, ruch. Wystarczało przejść dwa metry - od samochodu do drzwi, aby zmoknąć do suchej nitki. Tak jak w Polsce "zima zaskakuje drogowców", tak w Delhi, zdaje się, zaskakuje monsun. Mnie zaskoczyło, jak bardzo nieodporne na deszcze są budynki, do których wilgoć wdzierała się przez okna i przez dosłownie przemakające ściany. Akurat szukaliśmy mieszkania i wiele z nich miało zacieki lub po prostu grzyb. A były to nowe lokale, niektóre jeszcze w trakcie budowy, reklamowane jako super luksusowe. O adekwatnych do tego cenach. Na moje pytania, słyszałam odpowiedź: "Przecież mamy monsun!". "Z tego, co wiem, monsun macie co roku. Czy to znaczy, że oferuje mi pan mieszkanie, w którym co roku będę skazana na grzyba?"- nie ustępowałam.  Z drugiej strony... może to i lepiej, przynajmniej miałam okazję przetestować mieszkania w warunkach ekstremalnych :)

Delhi na południe od Connaught Place jest bardzo zielonym miastem  , a w porze deszczowej i zaraz po niej następuje bujny rozkwit roślinności. Niestety, oprócz flory, rozmanża się i fauna :), zwłaszcza różne owady i insekty, przez co zwiększa sie zagrożenie dengą, malarią i chikungunyą. Do tej pory odnotowano ponad 4 tys. przypadków dengi, w tym 7 śmiertelnych, a, nie oszukujmy się, wiele nie jest uwzględnianych w statystykach.

 Jednak monsun, oprócz problemów, przynosi też radość i orzeźwienie po miesiącach potwornej spiekoty (to na razie wiem tylko z opowiadań i lektury innych blogów, ale mi gorąco na samą myśl :)).

 

www.rrresham.files.wordpress.com

 

Ten chłopiec rzucał się na chodnik, jakby wskakiwał do basenu :)

Po monsunie już nie ma śladu, temperatury nadal wysokie i ostre słońce w ciągu dnia, ale wczesnym rankiem i wieczorem jest przyjemnie ciepło, zupełnie jak w lecie w Polsce. Z tą różnicą, że wieczór zapada tu bardzo wcześnie. Po 18.00 zaczyna się ściemniać, a o 19.00 panują egipskie ciemności. Siadamy na balkonie na dwóch plastikowych (pożyczonych) krzesłach, które, obok materaca, stanowią jedyne do tej pory umeblowanie naszego nowego mieszkania i obserwujemy życie ulicy. To lepsze niż telewizja...

Balkon sąsiadów z dołu. 

 

 

 

 

Wszystkie zdjęcia i teksty, o ile nie zaznaczono inaczej, są mojego autorstwa i do mnie należą prawa autorskie. Jeśli chcesz skorzystać - zapytaj.