O życiu z oddali, czyli z Delhi. Dzień po dniu zdrapuję lakier egzotyki z indyjskiej codzienności, aby pokryć ją patyną własnych doświadczeń. Czasami jednak muszę uciec stąd i o tym również piszę.
niedziela, 17 lipca 2011

Typowe andaluzyjskie śniadanie to grzanka obficie skropiona oliwą z oliwek z warstwą musu ze świeżych pomidorów. To taka podstawowa wersja, którą można wzbogacać różnymi innymi dodatkami (np. wędlinami), ale jednak najsmaczniejsza jest właśnie ta najprostsza. Na potrzeby takich śniadaniowych zestawów w hotelach czy kawiarniach serwuje się często oliwę w jednorazowych opakowaniach. Widziałam już przeróżne miniaturowe buteleczki, ale najbardziej spodobała mi się ta oto "oliwka":

 

Prawda, że urocza :) ?

sobota, 16 lipca 2011

To miał być błyskawiczny wypad - załatwienie sprawy, spacer po śródziemnomorskiej plaży i szybki powrót. Tymczasem Moguer nas zauroczył i przedłużyliśmy pobyt, najpierw o jedną, a potem o drugą noc. Recepcjonistka, gdy ponownie zapytaliśmy o dostępność pokoju, roześmiała się i powiedziała: "No dobrze, ale to już naprawdę ostatnia".

Wąskie uliczki, świeżo pobielone ściany, urocze placyki z kawiarnianymi ogródkami, palmy i kwiaty - ot, typowe andaluzyjskie miasteczko. Do najbliższej plaży jest ok.20 km i to, co dla jednych dyskwalifikuje Moguer jako miejsce letniego wypoczynku, nam wydało się błogosławieństwem. Nie jesteśmy fanami wylegiwania się na słońcu, a już na pewno nie na zatłoczonej plaży w cieniu wieżowców, jak to bywa w wielu turystycznych miejscach na hiszpańskim wybrzeżu. Gdybym miała jechać  do Benidorm czy Torremolinos, wolałabym chyba spędzić wakacje na własnym balkonie. W Moguer nie ma masowej turystyki, są tu zaledwie 2 hoteliki - z tego, co widziałam. Natomiast sam przekrój narodowościowy jest badzo ciekawy - oprócz rdzennych Hiszpanów, jest spora społeczność marokańska, rumuńska oraz... polska. Moguer stoi bowiem truskawką, a to owoc bardzo pracochłonny w uprawie i zbiorze, stąd tak wielkie zapotrzebowanie na tanią siłę roboczą. Praca jest głównie sezonowa, więc z końcem zbiorów (w szklarniach nawet dwa razy w roku) większość pracowników wyjeżdża do swoich krajów (widzieliśmy reklamy bezpośrednich autobusów do Rumunii!), ale są i tacy, którzy zapuścili tu korzenie. Polski słychać od czasu do czasu na ulicy, a raz nawet przy śniadaniu zostałam powitana: "Dzień dobry!". To pokojówka, sympatyczna młoda kobieta z Mazur, przyszła się przywitać po tym, jak zauważyła na moim stoliku nocnym kilka polskich czasopism. Domyślam się, że w tak kulturowo zróżnicowanej społeczności rodzi się wiele problemów. Zauważyłam, że stereotypy trzymają się mocno. Polki np. mają famę pięknych i wyzwolonych (!!!) łamaczek serc (i małżeństw). Powstały na ten temat nawet opracowania naukowe :)

Na szczęście ewentualne problemy sąsiedzkie w Moguerze nas nie dotyczyły i mogliśmy włóczyć sie uliczkami i zaglądać dyskretnie do domów poprzez uchylone drzwi. Dni były upalne, w południe nieliczni przechodnie przemykali po zacienionej stronie ulic, notabene tak czystych, że na próżno by wypatrywać choćby papierka. Całe szczęście nie przyjechaliśmy tutaj bezpośrednio z Indii, inaczej groziłoby to szokiem :).

Rano obowiązkowe spotkanie zarządu przy kawie i toście z oliwą i pomidorowym musem ;) :

Oprócz truskawek, Moguer słynie również z murarzy. Ja bym dodała chyba też malarzy, bo 99% domów błyszczało świeżą bielą, a w pozostałych trwały prace :)

Widok z naszego balkonu:

Wnętrza, nawet te współczesne, nadal dekorowane są tradycyjną andaluzyjską ceramiką:

Wieczorem całe rodziny spotykają się w ogródkach restauracyjnych i cieszą się przyjemnym orzeźwieniem. Oraz napojami orzeźwiającymi - rzecz jasna. Jedynie Marokanki siadują w grupkach na uboczu - nie są raczej klientkami barów.

Chociaż wiem, że nie mogłabym mieszkać na stałe w tak małym miasteczku, to naprawdę ten krótki pobyt był niesamowicie relaksujący. A przy okazji pouczający, ale o tym następnym razem!

sobota, 09 lipca 2011

... ten, kto nie chce. Na pozostałych czekają nie tylko prawdziwe multimedialne "świątynie", ale również wakacyjne oddziały biblioteczne na plaży, oferujące na miejscu trochę klasyki, książki dla dzieci i prasę.

Wypożyczyć książkę czekając na metro? W Madrycie już możliwe, dzięki kosmicznym kioskom Bibliometro:

środa, 06 lipca 2011

A w Delhi od kilku dni monsun, przez większość gorąco (nomen omen) wyczekiwany...

Tagi: Hiszpania
21:11, asiaya
Link
niedziela, 03 lipca 2011

Wybaczcie, że mnie tu nie ma, ale "Primum vivere deinde philosophari", czyli w moim bardzo wolnym tłumaczeniu: "Żeby pisać, trzeba najpierw żyć" :) Więc żyję teraz bardzo intensywnie, przemieszczam się, smakuję, mówię (za dużo), słucham (za mało). Chłonę energię, ładuję baterie - głównie ze spotkań, z których każde zbyt krótkie, zbyt szybkie, pozostawiające wrażenie niedosytu. Kochani, bardzo, bardzo Wam dziękuję, że znaleźliście dla mnie czas w swoich przepełnionych kalendarzach, a także za logistyczne akrobacje, jakie musieli wyczyniać co poniektórzy (-które :)), żeby te spotkania w ogóle doszły do skutku.

Jeszcze nie wróciłam do Indii, ale już powoli wracam do bloga, którego mi zresztą zaczynało brakować :) Cóz, że (tymczasowo) z Hiszpanii! W końcu kolorów nie można jej odmówić:

Plac św. Anny, Madryt

niedziela, 15 maja 2011

Indiry Gandhi nie trzeba przedstawiać chyba nikomu. Jest to postać dosyć kontrowersyjna, ale zostawmy polityczne dysputy na boku i wybierzmy się do jej przepięknego białego bungalow'u ukrytego wśród bujnej zieleni, jej ostatniego miejsca zamieszkania i niemego świadka zamachu. Mieści się tam teraz Indira Gandhi Memorial Museum. Miejsce to jest oblegane głównie przez turystów indyjskich. Widać, że przybywają tam naprawdę z całego kraju, często wielopokoleniowymi rodzinami. Obcokrajowców nie ma wielu, ale prawdą jest, że nie jest to sezon turystyczny. W każdym bądź razie myślę, że dla nas, cudzoziemców, muzeum ma podwójny urok, bo to z jednej strony pamiątki po jednej z najsłynnieszych Indusek, jednej z najsłynniejszych rodzin (dynastii ;)), a z drugiej strony przykład wnętrza domu indyjskiej klasy wyższej. Pytanie, czy jest to wnętrze typowe dla tej warstwy społecznej, bo z tego, co widziałam w innych domach, Indusi mają ogólnie tendencję do przesady, kiczu, złota i ogólnie stylu "na bogato". Pod tym względem dom Indiry Gandhi zaskoczył mnie skromnością i stonowaniem, oraz absolutnie uroczą biblioteką. Ale po kolei!

Muzeum mieści się w najpiękniejszej, najbardziej zielonej i... najmniej "miejskiej" dzielnicy Delhi, przy alei jak z obrazka, a na dodatek w samym centrum miasta.

W dzielnicy tej jedyną zabudową są właśnie takie bungalow'y w ogromnych ogrodach. Niewątpliwie najbardziej snobistyczna okolica w Delhi.

Pomieszczenia można oglądać przez oszklone okna, co nie jest zbyt wygodne i raczej niekorzystne dla zdjęć, ale rozumiem, że bez takiej ochrony wielu zaczęłoby się czuć jak u siebie. Kiedyś w dużym sklepie meblowym widziałam całe rodziny, które wygodnie rozsiadały się na nowych łóżkach, bynajmniej nie w celu wypróbowania ich przed zakupem, tylko po prostu dlatego, że chciały rozprostować nogi po długim chodzeniu. Zauważyłam nawet randkującą parę (ale bardzo przyzwoicie randkującą, w końcu to Indie ;))

Biblioteka, jak już wspomniałam, najbardziej mnie zachwyciła. Faktem jest, że nieczęsto można w indyjskich domach zobaczyć jakiekolwiek książki (jeśli ktoś ma odmienne doświadczenia, to proszę śmiało oponować :)).

Tutaj, oprócz pokaźnej kolekcji woluminów, zaobserwowałam też słabość do dizajnerskich foteli. Poniżej, na drugim planie fotel i podnóżek Eames ,...

... a tutaj słynny corbusierowski szezlong (ach, znowu ten le Corbusier :)). Kiedyś miałam przyjemność użytkować taki przez kilka miesięcy i ogólnie jest bardzo relaksujący (zwłaszcza do trzymania nóg wysoko ;)), ale do czytania brakuje mu zdecydowanie podłokietników. Nie dowiem się chyba nigdy, czy Indira podzielała moje zdanie ;) Drzwi w tle prowadzą do sypialni.

Trochę żałuję, że nie zrobiłam więcej zdjęć z bliska, aby podejrzeć jej upodobania czytelnicze, ale pocieszam się, że na pewno tam wrócę, więc będzie jeszcze okazja.

A oto rzeczona sypialnia,...

...również wypełniona książkami.

Do sypialni przylega garderoba:

Dalej można podziwiać salon...

...i jadalnię.

Oprócz tych pomieszczeń znajdował się tzw. puja room, czyli coś w rodzaju kapliczki. Do kompletu brakuje wglądu do łazienek, kuchni, pokojów dziecięcych czy dla służby. Były za to ekspozycje zdjęć i pamiątek rodzinnych. Oto Indira ze swoim "kotkiem".

Jedno z ładniejszych zdjęć Rajiv'a i Soni Gandhi:

W gablotach eksponowane są przedmioty osobistego użytku, jak np. tutaj ubranie i laptop Rajiv'a...

... czy sari i sandały, które miała Indira Gandhi na sobie w dniu zamachu:

Jak Wam się podobało? Ja na pewno będę moim gościom polecać.

wtorek, 10 maja 2011

- Bo ja bym chciała do Shimli. Pociągiem.

- Nie ma. Już dawno wykupiony. Jest autobus.

- Nie, pociągiem.

- A może samolotem?

- Pociągiem, pociągiem!!

- Nie ma! Nie ma!

- Nie ma pociągu, nie ma podróży! :(((

No i nie pojechałam. Bo Shimla to pretekst. Chodzi o to, żeby jechać.  Pociągiem.

Pociąg zwykły:

I taki bardziej klimatyzowany (okna ma i karteczkę z nazwiskami - cóż za uczucie ujrzeć swoje nazwisko pośród Singhów, Guptów i Kapoorów):

Przez 3,5 godziny naszej podróży bez przerwy serwowano coś do jedzenia lub picia - chyba ze 3 razy rozdawano tace, najpierw po butelce wody i czaj (dla każdego dzbanek-termos!!!)  z przekąską, potem przekąska na zimno (poniżej), potem druga taca czegoś na ciepło. Może nawet więcej tego było, straciłam rachubę. Pewnie dlatego, że nie jadłam. Pewnie dlatego, że na peronie widziałam, jak panowie kelnerzy to jedzenie traktują z buta.

niedziela, 08 maja 2011

Okazuje się, że w Chandigarh idea recyklingu ma długą tradycję. Jeden z przesiedleńców z Pakistanu, inspektor drogowy Nek Chand, poświęcał się w wolnym czasie zbieraniu odpadów z burzonych w okolicy budynków i tworzeniu z nich rzeźb, którymi "zaludnił" - bagatela!- 49.000 m2 ogrodu w pobliżu jeziora Sukhna, na dodatek w zupełnej tajemnicy! W 1975 roku (po 18 latach!) sekret się wydał, ale na szczęście władze miasta, pod wpływem opinii publicznej, nie zburzyły "samowolki", a wręcz zaczęły wspierać artystę w tworzeniu tego przedziwnego labiryntu. W 1976 roku Rock Garden otwarto dla publiczności i do dziś jest główną atrakcją Chandigarh.

Już przy kasie widać, że wstępujemy do innego świata :) W każdym bądź razie o innych wymiarach :)

Wodospad przyjemnie chłodził, a poniżej widać, że nie jestem odosobniona, jeśli chodzi o nierozstawanie się z butelką wody.

Niektórzy poświęcali się bardzo dla efektownego zdjęcia! Chociaż właściwie wejście pod wodospad przy 42 stopniach to sama przyjemność. I ciuchy schną w mig!

 

 

sobota, 07 maja 2011
piątek, 06 maja 2011

Doczekaliśmy się więc TYCH upałów - 42 stopnie, promienie parzące skórę. Nawet psy nie mają siły szczekać. Wylegują się w cieniu zaparkowanych samochodów, a szczytem ich aktywności jest otworzenie jednego oka czy machnięcie uchem. Przekonałam się osobiście, że lepiej nie ruszać się z domu bez butelki wody, nawet na "5 minut". O odwodnienie nietrudno. Jadąc samochodem dobrze zabrać jakieś zapasowe butelki, bo często zdarza się, że nawet żebracy prędzej poproszą o coś do picia, niż o pieniądze. Tym bardziej chwali się, że w wielu publicznych miejscach woda pitna dostępna jest bez ograniczeń - dla każdego i za darmo. Często można spotkać krany, pod którymi Indusi napełniają plastikowe butelki czy podręczne termosy, z którymi się w lecie praktycznie nie rozstają. 

 

Wodę pitną (i jedzenie, ale o tym innym razem) rozdają również Sikhowie - tutaj pod ich świątynią w Starym Delhi.

A będąc przy tym temacie - brakuje mi wody gazowanej - praktycznie tutaj niedostępnej, nie licząc francuskich czy włoskich (w luksusowych restauracjach i za horrendalne ceny oczywiście).

wtorek, 03 maja 2011

A new city is born

Nie przypadkiem Chandigarh stało się naszym pierwszym celem, gdy w końcu zdołaliśmy się wyrwać z Delhi. Bardziej bowiem niż  Indie mistyczne, Indie folklorystyczne, interesuje nas ich najnowsza historia, ich tu i teraz. Nie ma dla tego kraju ważniejszych wydarzeń, niż odzyskanie niepodległości w 1947 roku i  partycja Indii. Podział na muzułmański Pakistan (Zachodni i Wschodni, czyli późniejszy Bangladesz) i Indie legły u podstaw nowych państw i ich wzajemnych stosunków. Wpływa do dzisiaj nie tylko na politykę zagraniczną obu państw, ale na wzajemne animozje obywateli. Znalazło również odbicie m.in. w kinematografii czy literaturze, stając się tematem czy tłem wielu utworów. Podział spowodował masowe przesiedlenia, któremu towarzyszyły brutalne sceny. Szacuje się, że zginęło co najmniej pół miliona osób, 12 milionów zostało bez dachu nad głową. Jednym z podzielonych obszarów był Pendżab, "kraina pięciu rzek", której stolicą po pakistańskiej stronie stało się Lahore. Po indyjskiej brakowało odpowiedniego miasta. Stąd narodził się projekt zbudowania od podstaw nowego miasta - projekt, który stał się oczkiem w głowie premiera Jawaharlal'a Nehru i do którego zatrudnił zachodnich architektów: Amerykanina Alberta Mayera, Polaka (!!) Macieja Nowickiego (znany poza Polską raczej jako Matthew Nowicki, zginął w katastrofie lotniczej nad Egiptem wracając z Indii) i kuzynów ze Szwajcarii: Pierre'a i Charles'a Edouard'a Jeanneret'ów. Przy czym ten drugi jest o wiele bardziej znany jako Le Corbusier i właśnie on odgrywa rolę architektonicznego i urbanistycznego ojca miasta. Istnieje tam nawet małe muzeum - centrum poświęcone temu architektowi: kilka niskich baraczków otwartych na ogród z wystawą zdjęć, między którymi biegają jaszczurki.

U wejścia zdjęcie obu ojców cudownego projektu: Nehru i Le Corbusier. Matki brak ;)

Oprócz tego można też zwiedzać muzeum architektury poświęcone powstawaniu miasta ze słynnym motywem Modulora ,...

... a w plenerach podziwiać już zrealizowane wizje. Pomnik Otwartej Dłoni (mi bardziej przypomina picassowskiego ptaka):

Niektóre, po przeszło pół wieku, budzą mieszane uczucia (Palace of Assembly, więcej zdjęć tutaj):



C.D.N.

piątek, 22 kwietnia 2011

Ano, po tym, że pogryzły mnie dzisiaj komary. Przykładny polski komar nie rzuciłby się na mięso w Wielki Piątek, prawda??

A tak na serio: niby tych chrześcijan tu nie tak wiele (2,3% w skali kraju), ale wyraźnie puściej dziś na ulicach.  A może tak mi się wydaje :)

Już nie nadążam za tymi świętami tutaj. Tzn. główne znam, ale jest też mnóstwo pomniejszych, które przez jednych są obchodzone, przez innych nie. Np. kilka dni temu poczułam swąd dymu dochodzący z ulicy, zaraz potem usłyszałam jakieś śpiewy. Wychyliłam się z balkonu i moim oczom ukazał się taki widok:


 

Do tej pory nie wiem, o co chodziło.

Po takim przydługim wstępie chciałabym życzyć wszystkim, którzy obchodzą Wielkanoc wiosennych, radosnych Świąt, a tym, którzy nie - po prostu miłego odpoczynku!

wtorek, 19 kwietnia 2011

To NIE jest indyjska prowincja, tylko samo New Delhi - ok. 17  km od centrum.

Nie wiem, po co w Delhi mają ogród zoologiczny, skoro na ulicach można podziwiać faunę z (czasami zbyt) bliskiej odlgłości. Czegóż tu nie ma! Od słoni, krów, osłów, kóz po wszechobecne psy, małpy, mnóstwo wiewiórek, a czasami nawet szczury. Kiedyś znajomy Indus stwierdził po podróży do Europy, że Indie to jednak są bardziej ekologiczne, bo zwierzęta w takiej symbiozie z człowiekiem żyją... No cóż, słowo ekologia rozumiem nieco inaczej, ale może chodziło mu o to, że jako jedyne są żywo zainteresowane przetwarzaniem ulicznych śmieci. :)

czwartek, 14 kwietnia 2011

Bardzo jestem ciekawa opinii innych osób na temat Indii, staram się swoje wrażenia konfrontować, gdzie się tylko da. Ostatnio w Wysokich Obcasach natrafiłam na wywiad z orientalistą Piotrem Balcerowiczem  pod euforycznym tytułem "Tata kupuje Zachód"(2008), w którym już na wstępie próbuje zawstydzić Polaków:

To czego powinniśmy się uczyć od Hindusów?

Jest krótka i prosta odpowiedź. Budowę metra w Delhi rozpoczęto dziesięć lat temu. Do dziś oddano trzy linie o łącznej długości 70 kilometrów, przez najbliższe dwa lata dojdzie sto kilkadziesiąt kilometrów. Warszawiakowi nie trzeba chyba więcej tłumaczyć.

Tak, proszę Państwa! Dziś (2011) to już prawie 200 km linii, ponad 140 stacji!! Natomiast zaawansowanie metra warszawskiego woła o pomstę do nieba. Budowę rozpoczęto oficjalnie w 1983 roku (!!!!). W tym czasie (dokładnie 28 lat jutro!!) w Warszawie ukończono 23 km metra, czyli marne 12% tego, co w Delhi. Wstyd i poruta!

Tylko czy na pewno? Czy to rzeczywiście takie cudo techniki, efektywności i postępu?Idę na  najliższą stację metra i COŚ mi tu nie gra. Jak zachwyca, skoro nie zachwyca? A jak COŚ mi nie gra, to potrafię drążyć i drążyć. Przyjrzyjmy się zatem, co to za produkt, który nam wciska pan Balcerowicz tak ochoczo i czy warto by go było nabyć na miejsce tego, który już posiadamy.

Metro, jako system transportowania określonej grupy ludzi w określonej przestrzeni, powinno być chyba porównywane właśnie w tych kontekstach. Powierzchnia Warszawy to ok.1/3 powierzchni Delhi, natomiast liczba mieszkańców to zaledwie 10% w odniesieniu do indyjskiej stolicy!!! Tak, jest trochę ciasno (patrz tabelka). Jak więc stan obu systemów metra prezentuje się na tych tłach? Otóż na każdy km metra w Warszawie przypada prawie 75 tys. mieszkańców, podczas gdy w Delhi ponad 88 tys. Słabo. Jeszcze gorzej jest, jeśli weźmiemy pod uwagę ilość stacji, między którymi w Wawie jest odległość średnio 1,1 km, a w Delhi 1,3. Myślę, że to istotny czynnik dla użytkowników. W Wawie na jedną stację przypada prawie 82 tys. mieszkańców, a w Delhi 118 tys..

Do tego trzeba jeszcze wziąć pod uwagę trzy sprawy:

  • W Warszawie, oprócz metra, działa (skromny, bo skromny, ale jednak) system kolejek podmiejskich i tramwaje.
  • W Warszawie metro przeprowadzone jest w całości pod ziemią. Nawet tunel na wschodni brzeg Wisły będzie przebiegał pod dnem (szkoda, wolałabym podziwiać widoki), ale znaczy to po prostu, że nie musimy oglądać betonowych szkaradzieństw nad głowami, a i estetyka większości delhijskich stacji pozostawia wiele do życzenia, co już kiedyś pokazywałam. Może więc warto trochę poczekać (byle nie 25 lat :)), żeby potem nie oglądać codziennie budowlanych potworków.
  • Co nagle, to po diable. Niestety potwierdziła się ta reguła przy budowie metra w Delhi, co miało bardzo tragiczne skutki.
Komunikacja w Warszawie jest koszmarna i nie daje powodów do radości. Paradoksalnie odczuwam to bardziej teraz, odwiedzając ją tylko od czasu do czasu. Notorycznie spóźniam się na spotkania, gdyż nie jestem w stanie realnie oszacować potrzebnego czasu. Moja ostatnia próba dojazdu do Ursusa z Centrum i z powrotem to była istna odyseja. Jeśli jednak mamy do kogoś równać, to raczej nie do Delhi.
Doceniam starania p. Balcerowicza w kwestii przybliżenia Polakom obrazu współczesnych Indii, ale to, co robi, zakrawa na propagandę - tendencyjną i jednostronną. W gruncie rzeczy to niedźwiedzia przysługa, bo z im bardziej wyidealizowanym obrazem Indii tu przyjeżdżasz, tym bardziej się na miejscu rozczarujesz.

Źródła danych: Wikipedia (metro w Warszawie), Wikipedia (Delhi metro), Metro Warszawskie, Delhi Metro Rail oraz obserwacje własne :))
wtorek, 05 kwietnia 2011

Taaak, mam głupawkę :)))  Tak, wrócę na poważnie i tak, wrócę ze słowem pisanym.

poniedziałek, 28 marca 2011

Dziś krótko i praktycznie :) Pamiętam, że gdy przed przyjazdem szukałam informacji na temat Indii, najtrudniej było znaleźć te banalne, choć bardzo przydatne i expatom, i turystom. Jedną z nich była kwestia wtyczek elektrycznych. Znalazłam coś takiego, z czego się dowiedziałam, że są dwa typy wtyczek, ale nadal nie wiedziałam, czy będę mogła używać moich. Co zastałam na miejscu? Coś takiego (to czerwone to nasz odstraszacz komarów):

i takiego:

Polska wąska wtyczka pasuje mniej więcej do pierwszego typu. Jak widać, gniazdka mają w środku zaślepki i czasami ciężko wcisnąć wtyczkę bez górnego bolca. Jest na to metoda, którą nazywam ołówkową. Pierwszy raz zobaczyłam jej zastosowanie w bibliotece, w której bibliotekarz usiłował pomóc mi podłączyć mój laptop z polską wtyczką. Bierze się długopis lub ołówek i delikatnie popycha zaślepkę do góry, jednocześnie wkładając wtyczke do dolnych otworów. Na początku napawało mnie to zgrozą, ale teraz sama prawie codziennie ją stosuję, podłączając suszarkę do włosów za pomocą ołówka :))). Widać nawet, jak jest porysowana w środku. Oczywiście stosujecie na własną odpowiedzialność ;)

Natomiast do laptopa kupiłam kabel z indyjską wtyczką. Kosztował jakieś grosze, ale czasami trzeba dużo cierpliwości, żeby wytłumaczyć, że nie chce się całego kabla z zasilaczem, a tylko część z wtyczką. Mi się udało za drugim podejściem :)

A skoro już jestem przy wtyczkach, pokażę jeszcze, jak rozbudowane są włączniki światła (i podsufitowych wiatraków przy okazji). Wszystko się włącza (i wyłącza) przyciskiem, łącznie z gniazdkami elektrycznymi. Takim samym przyciskiem włączam zasilanie ogrzewaczy wody, a nawet lodówki. Na ten akurat muszę bardzo uważać, bo jest po przeciwnej stronie kuchni, niż lodówka ( :) ) między mnóstwem innych i naprawdę bardzo łatwo się zagapić i niechcący wyłączyć lodówkę zamiast światła np. :)

......

Poza tym już mamy 35 stopni i wiatraki chodzą non-stop.

......

U nas nie ma zmiany czasu na letni, więc bardzo się cieszę, że dzieli mnie od Was (no, od większości z Was) już tylko 3,5 godziny :)

czwartek, 24 marca 2011

Wrzucam jeszcze resztki zdjęć z Holi. Włosy nadal mają różowy połysk, pomimo tego, że obficie nasmarowałam je olejkiem.

08:11, asiaya , Religia i święta
Link
poniedziałek, 21 marca 2011

Mieliśmy zamiar zrobić rundę po dzielnicy, ale już na sąsiedniej ulicy zostaliśmy zaanektowani przez grupę sąsiadów :) Muszę przyznać, że nie spodziewaliśmy się takiej otwartości. Nagle wszyscy nam się zaczęli przedstawiać, nie tylko z imienia i nazwiska, ale też stopnia pokrewieństwa czy znajomości z resztą. Nie muszę chyba dodawać, że nie sposób było tego wszystkiego zapamiętać.

Następnie zaprowadzono nas do "bufetu" i ugoszczono po królewsku. Dominowały warzywa smażone w cieście, bardzo dobre! Gdy sięgałam do misy, zawsze miałam parę "doradzaczy" i "zachwalaczy": "Spróbuj tego, i tego, i tego!" Impreza była składkowa, więc nie chciałam nikogo urazić - w rezultacie musiałam spróbować wszystkiego. Barek również przedstawiał się imponująco: piwo, wódka, whisky i co tam jeszcze.

Jak widać, wszyscy już byli dosyć, ehm, pokolorowani. To w kubku poniżej to nie piwo, tylko whisky :)

Nawet strażnikom się oberwało, ale nie obrażali się, wprost przeciwnie!

c.d.n

niedziela, 20 marca 2011

Czekałam na Holi od początku i nie zawiodłam się! Od kilku dni dzieciaki oblewały się i rzucały torebki z wodą z balkonów, ale kolory poszły w ruch dopiero dzisiaj. Pogryzałam arbuza na późne śniadanie i wyglądałam z mojego stanowiska obserwacyjnego, czyli balkonu, na ulicę. W końcu pojawili się! Podczas, gdy Sir zastanawiał się, którą koszulkę wydać na pastwę wściekłych barwników, stałam już w pełnym runsztunku, z aparatem owiniętym szczelnie folią kuchenną, przebierając nóżkami i pstrykałam, pstrykałam.

Zaczęło się dosyć niewinnie...

... ale szybko poszły na bok wszelkie kurtuazje!

Sąsiedzi wystawili na ulicę wielki stół, jedzenie, picie i, upstrzeni wszystkimi kolorami, zaczęli biesiadować. Nie obyło się bez tańców i śpiewów!

c.d.n

czwartek, 17 marca 2011

Znalazłam świetną stronę z filmami dokumentalnymi. Prawdziwa uczta dla kogoś, kto, nie ruszając się z domu, chce poznawać świat. Myślę, że czasami nawet kupno biletu nie gwarantuje dostępu do pewnych sfer, ukrytych przed oczyma turysty, a wydobytych przez umiejętnego filmowca. Oczywiście nie chcę ujmować tzw. realnym podróżom (zapachy, smaki, dotyk - te zmysły jeszcze nie znalazły przekaźnika), ale dobrze chyba jest obie te formy połączyć. Wtedy, podróżując - ma się oczy szeroko otwarte, a oglądając - wspomaga wyobraźnię wspomnieniami.

 Pierwszy film, po jaki przypadkowo "sięgnęłam" dotyczył (znowu!) tematu aranżowanych małżeństw. Rozumiem, że to może kogoś nudzić, ale życie tutaj naprawdę w dużej mierze kręci się wokół tego. Po pierwsze - rodzina to niezaprzeczalna siła, a po drugie - po prostu mają tych dzieci do wydania całkiem sporo :). Dla mnie z kolei jest to obszar świetnych obserwacji - z jednej strony słyszę: "Boże, co za barbarzyństwo", z drugiej: "Ci z Zachodu mają poprzewracane w głowach". "Westernizacja" Indii z perspektywy Delhi postępuje zadziwiająco szybko, ale mam wrażenie, że jest bardzo powierzchowna. Instytucja aranżowanych małżeństw, zdaje się, nie jest zagrożona.

Niestety, moje łącze internetowe jest fatalne (Tata!!!) i po trzech dniach prób się poddałam, widząc zaledwie pół tego godzinnego filmu, jednak mam nadzieję, że go dokończę, jak tylko będę miała okazję, bo wciąga jak najlepsza fabuła. Simon Chambers, pracownik socjalny z Londynu, poznaje rodzinę bangladeskich imigrantów, a przede wszystkim ich urodzone już na obczyźnie dorosłe córki: Shahanarę i Hushnarę. Córki, które najwyższa pora wydać za mąż -  najlepiej za jakichś miłych bangladeskich chłopaków. Shahanara jednak to nie jest przykładna i skromna muzułmanka - to "czarna owca", która mieszkała ze swoim chłopakiem, a który niestety - o ironio!- został ożeniony przez rodzinę. Zrezygnowana Shahanara mówi: "Próbował walczyć, ale rodzina to rodzina". Bo Shahanara to niesamowita mieszanka bangladeskiej tradycji (rodzina!), zachodniego stylu życia ("Lubię nosić szorty i nikomu nic do tego!"), przystosowania do wymogów społecznych (zgadza się na aranżowane przez ojca małżeństwo) i buntowniczego charakteru, wulgarności i wrażliwości, infantylności i dojrzałości. W filmie prezentuje całą paletę emocji, a w każdej jest autentyczna, choć zagubiona. Bo jak można poskładać jedną rzeczywistość z tylu elementów, które na dodatek często się nawzajem wykluczają?

Hushnara jest jej przeciwieństwem - to pobożna muzułmanka, spokojna, opanowana, ale nawet ona ma mnóstwo wątpliwości, choć podchodzi do nich bardziej analitycznie. Mimo wszystko zgadza się na ślub i w drugiej części filmu wszyscy, łącznie z Simonem, jadą na wielkie bangladeskie wesele. Niestety nie dane mi było zobaczyć tej części. Tata nie pozwolili ;)

Może ktoś będzie miał ochotę podzielić się wrażeniami :)

Jest też trzecia, najstarsza siostra, Azirun - strażniczka tradycji i osoba dosyć obcesowa. Przewija się gdzieś na tylnym planie, komentuje, ale nie znamy jej historii. Ciekawa jestem, co z kolei kryje się za jej skorupą gruboskórności.

 

Ponieważ blox ucina prawą stronę "ekranu", polecam obejrzenie filmu na stronie cultur unplugged ( link powyżej).

niedziela, 13 marca 2011

W czwartek miałam mały Armageddon pt. instalacja klimy. Panowie wyrąbali dziurę wielką jak pięść w ścianie OBOK  tejże, a to, czego nie wyrąbali, upstrzyli gustownymi odciskami własnych dłoni w promieniu metra. Nadaje się tylko do remontu. Po czym przedstawili mi rachunek napisany pospiesznie na kartce post-it, chociaż instalacja była wliczona w koszty urządzenia. No i była draka. Znajoma powiedziała, że w Indiach nabywasz umiejętności wkurzania się na życzenie, ale tak, "żeby się nie spalać w środku". Bo wkurzyć się musisz, żeby pokazać, że "jestem cudzoziemcem, ale nie idiotą" (jak to kiedyś powiedział Sir warszawskiemu taksówkarzowi).  No to ja jeszcze tak nie umiem. Kosztuje mnie to. Indyjscy fachmani (bo nie fachowcy) uzbierali sobie już u mnie materiał nie tylko na jeden wpis, ale na całą serię. Nie chcę zalać jadem tego blogu, ale jak wszystkie kolory, to wszystkie. Tytuł zobowiązuje.

Potem przyszedł piątek i tragiczne wieści z Japonii. Dotknęło mnie to bardzo. Znów spędziłam pół nocy przyklejona do ekranu, oglądając filmy z siejącą spustoszenie falą. Przerażające! Te samochodziki uciekające w popłochu! To jak sceny egzekucji! W końcu stwierdziłam, że dla własnego zdrowia psychicznego powinnam zaprzestać.

Dlatego weekend musiał być relaksujący. Poszliśmy do kompleksu Kutb (eng.), ze słynnym Kutb Minar (pl.), czyli minaretem z XIII w. Spojrzenie w taką głębię historyczną dobrze ustawia priorytety w głowie, ale przede wszystkim jest to miejsce zamknięte, zadbane, względnie spokojne i na tyle rozległe, że można spacerować bez wrażenia bycia na więziennym spacerniaku. Relaks.

Rysunkowa rekonstrukcja. Nie wszystko zachowało się w całości.

czwartek, 10 marca 2011

Od rana (codziennie, nie tylko przy sobocie), zaczyna się w Delhi wielkie pucowanie samochodów. Śmiem twierdzić, że Delhijczycy mają czystsze samochody niż własne buty. Ci, co mają samochody. I ci, co mają buty. Całą robotę odwalają oczywiście służący, a właściciele co najwyżej pokażą paluszkiem: "Ooo, tuu!" Prawie wszyscy cudzoziemcy i wielu zamożnych Delhijczyków posiadających auta, zatrudnia szoferów, którzy, czekając na pasażerów, często łapią za szmatę. Podobnie taksówkarze.

środa, 02 marca 2011

Internet mi chodzi jakby chciał, a nie mógł :/ O oglądaniu czegokolwiek na You Tube bez przerw już dawno zapomniałam, ale żeby mi się zwykła strona 3 minuty ładowała? Nie zawsze z pozytywnym skutkiem zresztą. A miało być tak pięknie - informatyczne zagłębie itepe.

Poza tym od wczoraj atakuje mnie jakieś choróbsko. Mój zestaw antygrypowy to: Coldrex cytrynowo-miodowy, gorąca kąpiel, ciepła miejscówka pod kołdrą i dłuuugi sen. Na szczęście przywiozłam spory zapas leków, bo tutaj paracetamol występuje tylko w formie prozaicznej białej tabletki do połknięcia. To przecież nie to samo, co rozgrzewający kubek słodko-kwaśnego napoju, nawet, jeśli aromaty nieco syntetyczne :) Kiedyś dałam saszetkę Coldrexu koledze Indusowi i był zachwycony. Spytał konfidencjalnym tonem, czy mam tego więcej :) Zaznaczam, że wpis nie jest sponsorowany przez producenta w/w specyfiku. Piszę to tylko po to, żeby Wam uświadomić, w jakie luksusy opływacie :)

Zgodnie z obietnicą wrzucam kilka zdjęć mody streetowej z Delhi. Na tym zdjęciu mamy pełen przekrój: od dżinsów i koszuli poprzez trzyczęściowe zestawy salwar kamiz po sari. Zazwyczaj głowy nie są zakrywane, myślę, że na tym zdjęciu panie tylko chroniły się przed słońcem (szalem, czyli dupattą).

Churidar jest podobny do salwar kamiz, ale ma wąskie spodnie - praktycznie legginsy:

Od święta sari jednak jest niezastąpione! Na codzień może być z kolorowej bawełny, na specjalne okazje najlepiej jedwabne i błyszczące od zdobień!

Oczywiście to jest temat-rzeka. Dla chętnych internetowy sklep: od wzorów, kolorów aż głowa boli!!

A ja się idę kurować!

sobota, 26 lutego 2011

Bieda i brud - te dwa aspekty indyjskiej rzeczywistości atakują zmysły każdego nowego przybysza. Tak, jest tu koszmarnie brudno! Mówią o tym sami Indusi, ale to temat na osobny wpis. Bo paradoksalnie właśnie od rana mnóstwo osób krząta się i sprząta jak Delhi długie i szerokie. No dobrze, przynajmniej w tych "lepszych" dzielnicach. Z mizernym skutkiem. Chyba z niewolnika jednak nie ma pracownika. Często widzę, że bardziej chodzi o machanie miotłą, niż o jakiś efekt. Mimo wszystko widok "zamiataczy" to nieodłączny element naszych poranków.

środa, 23 lutego 2011

Po pierwsze - klucze. Ciekawe, dlaczego nikt w Europie na to nie wpadł?? Pomocne w dietach, szczególnie w przypadku osób o słabej silnej woli ;)

Po drugie - stabilizator napięcia (przy wahaniach od 135 do 220 V). Jak widać, na całkowity brak napięcia jednak nie pomoże nawet indyjska lodówka.

Opcja dydaktyczna: widać jak na dłoni jakie mamy pory roku:

 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
Wszystkie zdjęcia i teksty, o ile nie zaznaczono inaczej, są mojego autorstwa i do mnie należą prawa autorskie. Jeśli chcesz skorzystać - zapytaj.