O życiu z oddali, czyli z Delhi. Dzień po dniu zdrapuję lakier egzotyki z indyjskiej codzienności, aby pokryć ją patyną własnych doświadczeń. Czasami jednak muszę uciec stąd i o tym również piszę.
poniedziałek, 05 grudnia 2011


... inni się lenią. Na górnym zdjęciu: Dziewczyny na plantacji przypraw przygotowują z kwiatów wieńce dla gości. Czasami przerywają pracę i tańczą w kółku, śpiewając i klaszcząc. 

Na dole: Ganga ma w nosie współczesne kanony piękna, nie tańczy i nie klaszcze, a i tak wszyscy się nią zachwycają. Jak ona to robi? :))

Tagi: Goa
04:24, asiaya , W drodze
Link Komentarze (4) »
sobota, 03 grudnia 2011

Na razie tylko pocztówki...

Tagi: Goa
13:36, asiaya , W drodze
Link Komentarze (6) »
piątek, 02 grudnia 2011

... powinna być mobilna!


Tagi: Goa
12:48, asiaya , W drodze
Link Komentarze (4) »
czwartek, 01 grudnia 2011

... gdyby się kto pytał :) To tylko 2,5 h samolotem z Delhi, gdzie już powoli zaczyna się zima, ale tak naprawdę inny świat! Jest gorąco (ok.30 stopni), jest parno, ale podoba mi się BARDZO!!!!

Tagi: Goa
21:06, asiaya , W drodze
Link Komentarze (16) »
niedziela, 27 listopada 2011
sobota, 26 listopada 2011

(z dedykacją dla Spacerującej nad Sekwaną :) )

Wczoraj odkryłam! Dlaczego tak późno? Projekt Indialucia (nominowany nawet do Fryderyków w 2007 roku), czyli Indie, flamenco i... polscy muzycy (oprócz indyjskich i hiszpańskich). Bo w dobie globalizacji najlepiej smakują mieszanki, czyli masale!

Tutaj ich strona www (w wersji hiszpańskiej, polskiej i angielskiej), a tutaj muuuzyka:



piątek, 25 listopada 2011

..., więc się trzeba zrobić na bóstwo! No chyba, że się ktoś już bóstwem urodził :)

W tle: Maseczki z miodly indyjskiej i skórki pomarańczowej, woda różana. Miodla indyjska, czyli w hindi neem, jest tu niesamowicie popularna. Po pierwsze rośnie jej mnóstwo w Delhi (sama mam pod balkonem jedno okazałe drzewo) po drugie jest tak popularna w kosmetyce jak u nas... mhm... rumianek? Jest używana przede wszystkim we wszystkich produktach myjących (mydłach, żelach itp.) - głównie ze względu na właściwości antybakteryjne, antygrzybiczne i antywirusowe.

Z przodu: woda różana. Używana jako tonik czy do sporządzania maseczek ( te tutaj są w proszku). Opakowanie trochę tandetne, ale ładnie pachnie i kosztuje całe 1,5 PLN :))

Miłego weekendu wszystkim boginiom i bogom!!!

czwartek, 24 listopada 2011

- September eleven! Z czym Ci się kojarzy? - wychylam nos zza netbooka.

- Powiedz od razu, o co Ci chodzi - Sir nie daje mi szansy rozwinąć retorycznego wstępu.

- Taki ma być tytuł filmu o Bitwie Wiedeńskiej. Dadzą pewnie na plakacie wielkimi literami September Eleven, a na dole maczkiem 1683. Wot markietingowcy! Jeszcze się okaże, że Kara Mustafa zwyciężył pod Wiedniem!

- ???

- TVP odparło włoskie ataki na kasę. - kontynuuję w duchu batalistycznym - Nie dziwne, ma tak obrzydliwą siedzibę, że przeciętnemu Włochowi krawat wykręca. Turcy ponoć okazali się hojniejsi, co - sam rozumiesz - stawia wynik bitwy pod znakiem zapytania. A skoro o Wiedniu mowa - chcesz kawy? Mam świetną Vienesse Blend z Kerali (sic!)! - zamykam z trzaskiem netbooka i truchtam do kuchni.

- Chętnie. Byle nie po turecku! - dobiega mnie już zza pleców.

Jego natomiast za chwilę dobiega mój wrzask: Siiiiiir! Siiiiir! Inwazja!!!!!

Jako lojalny koalicjant przybywa bez zwłoki z odsieczą, aby ujrzeć wroga spacerującego po naszej ścianie. Wgapiającego się w nas. A my w niego.

- Jak się pozbędziemy tego Kara Mustafy jednego? - zaczynam wojenną naradę.

- Przynieś szczotkę. Ja tu zostanę i nie spuszczę z niego wzroku, żeby nie uciekł w jakiś kąt, a ty przynieść szczotkę.

- Szczotkę? - mamroczę pod nosem, ale posłusznie się po nią udaję - Mam się za huzara przebrać?

Następnie Sir otwiera pobliskie okno, a ja łagodną perswazją ( tzn.wymachując miotełką) wypraszam Mustafę na zewnątrz...

..................................

Zdjęcie jest jedynie ilustracyjne, bo wczoraj nie miałam aparatu pod ręką. Ani żadnego Włocha z kamerą ;) Kara Mustafa ze zdjęcia łaził sobie po suficie na balkonie któregoś kwietniowego wieczoru. Tam mi nie przeszkadza, o ile się dobrze trzyma i nie spada mi na głowę :)

wtorek, 22 listopada 2011

Pogoda jest bajeczna! Wieczorem temperatura spada do 20 stopni! Wyciągam z szafy długie rękawy i skarpety, na które przez większą część roku nawet nie spojrzę. Jedynym mankamentem jest zapadający (zbyt) wcześnie zmrok: ok 18.00 jest już kompletnie ciemno!

Przyjemnie jest jednak posiedzieć na balkonie i poobserwować życie sąsiadów. Widzimy, jak pani domu krząta się wraz z pomocnicami po kuchni, inne służące latają z tacą po schodach. W pokoju po prawej wisi obraz jakiegoś guru (dokładnie nie widzę). Sąsiadka przychodzi do niego co wieczór ze świeczką i zakreśla nią kręgi wokół obrazka. Zapewne modli się przy tym. Jeszcze do niedawna światło w tym pokoju było włączone całą noc, ale, nie wiedzieć czemu, już nie. Zachodzimy w głowę, czym to się guru naraził...

Na górnym tarasie (to malutkie światełko po lewej to służbówka), służące urządzają pranie, czasami nawet w nocy, przy lampie.

Oczywiście nie tylko my podglądamy życie sąsiadów. Oni również podglądają nas. Więc sobie tu siedzimy na tym balkonie i pozwalamy się podziwiać ;))

piątek, 18 listopada 2011

Zdjęcie zrobione w grudniu 2010

czwartek, 17 listopada 2011

Tak, wiem, już pisałam, że z internetem się mamy na bakier. I wygląda na to, że pisać nadal będę, bo akcja się rozwija w zgoła nie najbardziej pożądanym kierunku.

Trzeba Wam bowiem wiedzieć, że NIC, ale to NIC nie jest mnie w stanie tak wyprowadzić z równowagi, jak brak łącznosci ze swiatem :) Wyłączają prąd - proszę bardzo, nie ma wody - no trudno, poczekam, aż dowiozą. Natomiast brak internetu znoszę fatalnie. Tak, zdaję sobie sprawę, że to objaw uzależnienia, ale mnie to wcale nie martwi. Bywają gorsze. Wszystkie te żale i ubolewania, jak to internet niszczy więzi i życie towarzyskie, można między bajki włożyć. U mnie jest dokładnie odwrotnie! Gdyby nie internet, po pierwsze: nie poznałabym w realu połowy znajomych. Po drugie: nie mogłabym być na bieżąco z (prawie) wszystkimi ploteczkami - zupełnie, jakbym nigdy nie wyjechała. Jednoczesnie więc jestem i mnie nie ma. To mi odpowiada. Jesli chodzi o przeprowadzki i podróże - nie wyobrażam sobie, jak kiedys funkcjonowano bez niego. Nie mówiąc już o natychmiastowym dostępie do wiadomosci. Gdy ostatnio wyłączyli nam internet na kilka dni, miało miejsce pamiętne lądowanie kpt. Wrony. Bodajże na BBC mignęła sylwetka LOTowskiego samolotu i serce podeszło mi do gardła! Taki widok nie zapowiadał nic dobrego. Informacje były lakoniczne, a ja odruchowo włączyłam komputer. No i skucha! Brak połączenia. W takich momentach po prostu czuję, że jestem daleko.

Tymczasem indyjska telekomunikacja nas nie rozpieszcza. Telefonowanie, owszem, jest bardzo tanie, ale jakosć połączeń jest adekwatna.

Tuż po przyjeździe zdecydowalismy się na Tata Photon - mobilny internet na kartę. Tu go zakupilismy:

 Aby stać się szczęsliwym (lub nie) posiadaczem łącza internetowego lub telefonicznego w Indiach, należy się uwiecznić, a podobiznę swoją razy 3 tudzież kopię paszportu dołączyć do formularza. W formularzu należy odpowiedzieć na różne dziwne pytania, np. czy się jest zamężną, nazwisko ojca LUB męża. Standardowa procedura (nawet u lekarza) a ja ją standardowo ignoruję. Robię przy tym taką minę, że nikt raczej nie nalega na uzupełnienie. Po tych wszystkich formalnosciach sprzedawca gwizdnął na plączącego się nieopodal chłopaczka, wręczył mu nasze papiery i pieniądze, a ten pobiegł, aż kurz się za nim uniósł. Wrócił po chwili z pudełeczkiem zawierającym nasz zestaw. Zostalismy pouczeni, co i jak. Internet miał zadziałać następnego dnia (bo to akurat swięto państwowe było). Jednak nie zadziałał. Dzwonilismy po helplinach, dzwonili nasi znajomi - nic! Trudno, wzięlismy netbooka, zestaw i udalismy sie do sklepu z reklamacją. Sprzedawca pogrzebał w ustawieniach i bezradnie rozłożył ręce. Powinno działać! Ale nie działa. Chwycił za słuchawkę, podzwonił i zapewnił, że JUTRO to już na pewno. "Jutro" niestety też nie działało. ZNOWU wzięłam komputer pod pachę i pognałam grożąc Rejtanem. Pan podrapał się w głowę, gwizdnął na chłopaczka i kazał mi isć za nim. Tak dotarłam do sklepu, z którego mój zestaw pochodził. Wytłumaczyłam po raz enty, o co chodzi. Podsunięto mi krzesło i szklankę wody. Zrozumiałam, że prędko stamtąd nie wyjdę. Panowie dzwonili i dzwonili, kręcili głowami i grzebali w bebechach mojego netbooka. Aż mu się baterie skończyły. Mi zresztą też. Więc ZNOWU poprosili mnie, żebym przyszła następnego dnia. Musiałam chyba zabijać wzrokiem, bo szef zapewnił mnie: "Obiecuję, że będzie działać! W końcu jestesmy sąsiadami!"  Mieszkalismy w nowym miejscu zaledwie od kilku dni, ale, jak widać, przed bystrym wzrokiem sąsiadów nikt się nie uchroni. No cóż, ma to pewne zalety. Jak obiecał, tak zrobił. Następnego dnia INTERNET ZADZIAŁAŁ!!! Do dzis pamiętam, że pierwszą wiadomoscią, która po tylu trudach ujrzałam na ekranie, był Nobel dla Mario Vargas'a Llosy. Myslę, że moja radosć z końca tej Golgoty  wcale nie była mniejsza, niż jego z Nobla :)

Internet działał na netbooku, działał na stacjonarnym. Połączenie było baaaardzo, ale to baaaaardzo wolne. Zdjęcia ładowały się kilka minut, obejrzenie nawet krótkiego filmiku na You Tube było torturą, słuchanie radia również. Ale działał. Aż do maja. Któregos pięknego dnia przestal bowiem działać, ale tylko na stacjonarnym. Sprawdziłam wszystkie ustawienia, odinstalowałam i instalowałam modem 200 razy. Nic! Zadzwoniłam na help line (pisałam o tym TUTAJ), wytłumaczyłam, o co chodzi  i że wyskakuje mi Error 6. Usłyszałam, że NIE MA TAKIEGO ERROR'U, a modem nie jest kompatybilny z Vistą. Od kiedy to? Jeszcze parę godzin temu był! Ale już nie jest. "W czym mogę jeszcze Pani pomóc, madame??" Miałam parę sugestii, ale wszystkie niecenzuralne, więc tylko wyłaczyłam telefon.

Zbliżał się nasz wyjazd do Europy i machnęlismy na to ręką, zadowalając się netbookiem. Po powrocie z wakacji temat jednak odżył i zaczęlismy się rozglądać za alternatywą, która, owszem, byłaby w stanie dogadać się z naszą Vistą. Pomimo niechęci do stałych umów, zdecydowalismy się na internet "kablowy". Napisałam maila z zapytaniem do serwisu Reliance i był to początek naszej miesięcznej korespondencji, której towarzyszyły od czasu do czasu rozmowy telefoniczne. Pani np. 4 razy dzwoniła z zapytaniem o adres. Znam, znam swój adres, umiem nawet wytłumaczyć, jak dojechać z północy, południa, wschodu i zachodu! Znam też swój kod pocztowy i potrafię go podać. Tym bardziej nie rozumiałam, dlaczego muszę to robić 4 RAZY!!! Pani uparcie pytała o jakis charakterystyczny punkt. Stacja metra może? Rynek? Na litosć boską, mieszkam blisko centrum! Nie, pani moje podpowiedzi nie satysfakcjonowały. Zasugerowałam jej więc wprost: " Dlaczego nie sprawdzi Pani w Google?" Nawiasem mówiąc, googlowskie mapy Delhi są fatalne, jesli chodzi o szczegóły, ale owszem, pozwalają się zorientować MNIEJ WIĘCEJ. I o to tu chodziło.  Co kilka dni dostawałam maila, że "moja sprawa została przekazana do odpowiedniego działu". W końcu (po jakichs 3 tygodniach) nie wytrzymałam i napisałam, że bardzo ładnie forwardują, naprawdę swietnie opanowali tą technikę bezbłędnego forwardowania, więc może czas na następny krok w karierze i naukę ROZWIĄZYWANIA problemów. Dostałam odpowiedź, że z technicznych względów nie mogą nas podłączyć. Nawet mnie to bardzo nie zmartwiło, tylko dlaczego po miesiącu?

Bylismy więc w punkcie wyjscia. W międzyczasie pytalismy znajomych o ich doswiadczenia i naprawde nie odbiegaly wiele od naszych. Narzekali też, że te kablowe połączenia wcale nie są tak dużo lepsze. Zdecydowalismy się więc po prostu na inny mobilny internet. Tym razem poszlismy do lepiej wyglądającego sklepu w sąsiedniej dzielnicy. Polecono nam... RELIANCE. No trudno. Wzięlismy, sprawdzając uprzednio na opakowaniu, że działa z Vistą. Zainstalowalismy na netbooku - działa, na stacjonarnym - NIE!!! Oszczędzilismy sobie dzwonienia na infolinie, zadzwonilismy po informatyka. Próbował, próbował, w końcu stwierdził, że musi sformatować dysk. Super, gdyby nie to, że uprzednio musiałam uporządkować i skopiować całą jego zawartosć: setki dokumentów, tysiące zdjęć. Bo to był bardzo pojemny dysk :). Poswięciłam na to kilka godzin, ale udało się. Reliance działał! Niestety tylko 30 minut. Na dodatek nie działał już też na netbooku. Informatyk twierdził, że to wina Reliance, więc ZNOWU wzięłam komputer pod pachę i do sklepu marsz! Znowu dostałam krzesło, wodę i obserwowałam zaciekłe telefoniczne dyskusje w hindi. W końcu oswiadczono mi, że moje konto jest puste. Mówię: "Jak to? przecież wpłaciłam 1500 rupii i to miało starczyć na cały miesiąc." No tak, ale tam są dwa konta - tłumaczą mi - na pierwszym jest te 1500 rupii, na drugim, PODSTAWOWYM, było na początku 200 rupii, ale już nie ma. Z tego konta zasila się roaming. Ale ja przecież nigdzie nie wyjeżdżałam, więc dlaczego?? WHY??? Wzruszenie ramion. Ok, mówię, Aska, tylko spokój może Cię uratować. Wyciągam następne 200 rupii i pytam: Tyle starczy do oblokowania konta? Starczy. Sprawdziłam, działa. Lecę do domu cała w skowronkach. W domu sprawdzam pocztę, już myslę, z kim to pogadam na Skypie, a tu po pół godzinie ZONK! Dostaję SMSa, że konto ZNOWU puste iiii KONIEC BALU PANNO LALU! Liczę do dziesięciu. I jeszcze raz. I jeszcze raz...

Dzwonię do sklepu. Konsternacja. Własciciel podał mi nr telefonu do goscia z Reliance, który powinien mi pomóc. Dzwonię, tłumaczę. Ok, on się postara, tak, odezwie. W międzyczasie wyciągnęłam z szuflady Tata Photon, doładowałam, działa na obu komputerach. DZIAŁA Z VISTĄ!!!!!!!

OK, OK, myslę, jaki mamy status sprawy? Mam na stanie dwa zestawy do mobilnego połączenia, opłacone korzystanie z nich na ten miesiąc na obu. Działa, choć kiepsko, jeden, ale za to na obu komputerach.  Do bilansu należy dodać (a raczej ująć)zmarnowaną kupę czasu i nerwów.

Nadal (od 2 tygodni) walczę na polu Reliance. Walczę na 3 (!) fronty. Przez poleconego pana, sprzedawcę i oficjalną infolinię. Wszyscy mówią jedno: moje konto jest puste i nikt nie wie, dlaczego. Codziennie dzwonię do sprzedawcy (Give me 2 hours, madame), polecony pan sam z siebie wypisuje mi sms'y, najchętniej o godzinie 21.00, zapewniając o tym, jak on się strasznie czuje, że mam taki problem. Bo techniczne problemy się zdarzają, ale oni się bardzo starają i na pewno znajdą rozwiązanie i może wtedy przestanę być taka zła. A w ogóle to skąd jestem i czym się zajmuję, DEAR???

OK, ręka do góry, kto dotrwał do końca! Kto mysli, że zmyslam, druga ręka do góry. A kto wątpi w moje zdrowie psychiczne - trz... tfu! tfu! tfu!

PS. Przepraszam za brak ś, ale tak się mój szanowny komputer po resecie przestawił, że ś nie produkuje. Znowu spędzę miłe ( i niee, wcale nie stracone chwile) na grzebaniu w ustawieniach :)

środa, 26 października 2011

Jest 23.00. Od jakichś 5 godzin siedzimy w okopach. Przynajmniej takie mam wrażenie. Wokół dym, huk i błyski. Spokojnie, to TYLKO Diwali. Teoretycznie powinno się skończyć godzinę temu, ale kto by się tam przejmował jakimiś zakazami. Sąsiad wydał na sztuczne ognie ok. 1 tys. EUR, więc zajmie mu trochę czasu puszczenie tego z dymem. Rok temu świętowanie przeciągnęło się do baaaardzo późnych godzin. Podejrzewam, że i w tym roku nie pójdziemy spać przed 3.00.

Dzisiaj był dzień wolny, więc skoczyliśmy na rynek po ostatnie sprawunki.

Szablony i kolorowe proszki do dekoracji.

 

Kwiaty! Dużo kwiatów!

 

Lampki oliwne i świeczki.

 

Gońcy roznoszą kosze pełne owoców.

Elektryczne lampki made in China.

 

wtorek, 25 października 2011

Sąsiedzi kazali nam czekać dłużej w tym roku, ale wczoraj już wszyscy udekorowali swoje fasady.

 

Za to już od tygodnia w ruch poszły fajerwerki i petardy. Codziennie, gdy tylko zapadnie zmrok, zaczyna się strzelanina. Dzieciaki to pół biedy, bo ok. północy wychodzą tatusiowie i wtedy się rzeczywiście dzieje. Wystrzały słychać do 2.00-3.00 rano. Aż się boję myśleć, co będzie jutro...

Pudełko z bakaliami - tradycyjny prezent na Divali.

A sąsiadowi z góry się coś pomyliło i urządził dyskotekę. Teraz leci... lambada. To już wiem, kto wybierał muzykę do windy...

niedziela, 23 października 2011

Często jestem pytana o zakupy, zaopatrzenie, dostępność konkretnych towarów. Pomyślałam, że najlepiej zrobię kilka zdjęć w sklepie, w któym zazwyczaj się zaopatruję. Nie za bardzo chcą wychodzić bez lampy, a ja nie chcę błyskać fleszem, więc z góry przepraszam za ich jakość :)

Zapraszam więc na zakupy w naszym supersamie (naprawdę jeden z lepszych w tym mieście).

Poniżej alejka drogeryjna (z 4 ogółem)

  1. Serwetki i papier toaletowy
  2. Pasta do zębów
  3. Odświeżacze do powietrza
  4. Szampony Pantene i Head&Shoulders
  5. Środki owadobójcze
  6. Olejki do włosów i woda różana
  7. Mydło w płynie
  8. Henna, maseczki do twarzy i repelenty w kremie
  9. Szampony lokalnej produkcji
  10. Płyny do płukania ust
  11. Mydło w kostkach
  12. Repelenty elektryczne
  13. Płyny do dezynfekcji rąk
  14. Torby na śmieci, folie, aluminium, ścierki itp
  15. Kostki do toalet, proszki do udrażniania rur
  16. Proszki do prania

Po prawej wszelkiego rodzaju chrupki, chipsy, ciastka i jedna półka z makaronem. Po lewej konserwy: warzywa w puszce, korniszony, sosy, majonez, musztarda, kawa, kakao, oliwy, tuńczyk w puszce, parówki konserwowane i nie wiem, co tam jeszcze.

Naprzeciwko pan niezbyt uszczęśliwiony, że robię mu zdjęcie, a za nim 2 kasy.

Naprzeciwko warzywa strączkowe (jest ich cała masa, nie znam połowy), mąka i ryż. Po lewej gotowe potrawy (np. Knorr), przeważnie indyjskie dania.

 Moja najmniej ulubiona część sklepu - na prawo od strączkowych. Brud, syf i robaki, ale niestety muszę tam chodzić, bo stoją tam 2 lodówki z nabiałem (jogurty i sery).

Resztę sklepu postaram się zazdjęciowić przy następnych wizytach. Jeśli macie pytania o konkretne towary, to śmiało. Czasami pozwala to unikać błędów przy pakowaniu walizki. Ja np. nawiozłam płynów do dezynfekcji rąk, a okazało się, że na miejscu jest ich całe multum i są identyczne. Jeśli chodzi o repelenty, też jest ich tu pod dostatkiem, ale nie jestem pewna ich jakości. O ile w mieście przejdą, o tyle poza miastem, gdzie zagrożenie malarią jest większe, mogą być nieskuteczne. My przywieźliśmy super mocne repelenty w sprayu Lifesystems 100 ze sklepu turystycznego w Pradze i są tak silne (i mocno "wonne"), że sama siebie odstraszam :)

Ostatnio miałam wejście z google z pytania "co na karaluchy do Indii?". Odpowiadam: Nic! Na miejscu jest tego aż nadto. Przynajmniej w Delhi.

sobota, 22 października 2011

Ostatni przedświąteczny weekend, na mieście korki. Przed Diwali wszyscy sprzątają jak najęci i dekorują domy, sklepy itp. Niektórzy robią to rzeczywiście  z rozmachem, rozwieszając elektryczne girlandy, inni po prostu zapalają kilka oliwnych lampek przed wejściem. Miasto, które na codzień nie grzeszy urodą, zdecydowanie zyskuje w tym świetlnym makijażu.

piątek, 21 października 2011

Już od jakiegoś czasu chodził za mną ten temat. Gospodarka indyjska rośnie w siłę, przynajmniej w statystykach. No cóż, dla mnie to następna bańka, ale to szczegół. Ważne, że się BUDUJE. Jak? Mam okazję obserwować, jak w mojej dzielnicy burzy się domy, które pewnie nie mają więcej niż 50 lat. Po prostu są za niskie, zaniedbane, nieefektywne. Stoją pośrodku 18-milionowego miasta i zajmują miejsce. 

Burzenie to jest ciężka praca. Na dodatek nie widzę w tym szaleństwie żadnej metody. Jednak po miesiącu najczęściej nie ma już po nich śladu.

Potem zaczyna się BUDOWA, która "rozlewa" się na okoliczne ulice, więc nie ma sposobu jej nie zauważyć.

Na budowie niezbędny jest menadżer. Tudzież maska. Strzeżonego pan Bóg strzeże. A po tyłku się drapać tylko lewą ręką ;)

Co mnie zdumiewa to to, że widzę coraz głębsze doły kopane pod tymi domami. Garaże? Podziemnych nie widziałam w żadnym. Bunkry?? :) Pożyjemy, zobaczymy. Jeśli się dobrze przyjrzycie (wiem, trudno), dostrzeżecie, że niektórzy robotnicy pracują bez butów. O kaskach i innych BHPowskich kaprysach nie wspomnę.

Niezawodne narzędzie pracy - RĘKA.

Widok tego gościa zwiastuje tylko jedno - brak prądu na parę godzin.

17:06, asiaya
Link Komentarze (2) »
środa, 19 października 2011

Wstawiam już niejako z kronikarskiego obowiązku. Tym razem wesele było muzułmańskie. Nie byliśmy, więc nie wiem, jaka jest różnica.

czwartek, 13 października 2011

...czyli pan od prasowania.

poniedziałek, 10 października 2011

Stanęliśmy na czerwonym. Nie trzeba długo czekać, by usłyszeć stukanie w szybę. Umorusany chłopiec zachwala jak nakręcony:

- Ma'am, magazines! Elle, Vogue! Special issue, Ma'am! 550 pages, Ma'am! Ma'am, look!

i przykłada okładkę do szyby. 

Magazyny kobiece wydawane w Indiach są o wiele tańsze od ich zagranicznych odpowiedników, kosztują zazwyczaj ok 100 rupii (ok. 8 PLN). 550-stronicowy Vogue - 150. Biorę. Może nie powinnam? Przecież nie powinno się wspierać zatrudniania nieletnich. Tylko jak ocenić ich wiek? Ciało drobne, niewyrośnięte, a oczy takie stare, przygaszone... On jednak, jak każdy, kto ma tylko jeden cel w życiu (przetrwać!), nie ma takich dylematów.

- Ma'am! Elle!

- Nie, dzięki - bronię się, ale wiem, że nie odpuści. Z drugiej strony stuka już następny sprzedawca - kuchennych ścierek.  Powyżej dachów stojących samochodów unosi się chmura kolorowych baloników. Może balonik, Ma'am? Zaraz potem pojawia się wychudzona kobieta w tanim sari z apatycznym niemowlakiem na rękach, a tuż za nimi żebrak z odsłoniętym kikutem ramienia.

Boże, niech już będzie to zielone!

A w rzeczonym Vogue'u... Wszystkie zachodnie luksusowe marki. Do kupienia na miejscu, w Indiach. Niedługo Divali, najważniejsze chyba hinduistyczne święto i tak samo komercyjne, jak Boże Narodzenie na Zachodzie. Torebki Vuitton będą szły jak ciepłe bułeczki. Do tego szwajcarskie zegarki i duuużo, duuuużo biżuterii. W tym temacie prym wiodą rodzime marki.  

Indyjska projektantka Ritu Kumar. Ceny sporo wyższe niż w znanych w Polsce "indyjskich sklepach". Dla chętnych sklep internetowy.

piątek, 07 października 2011

Gwoli informacji:

W Pradze trwa Festival Bollywoodzkiego Filmu...

... a w warszawskiej Zachęcie wystawa "Pokolenie przemiany. Nowa sztuka z Indii"

Nandini Valli Muthiah, Ikoniczny poeta z ojcem, 2008, z serii Przebrania

www.zacheta.art.pl

Na bollywoodzkim filmie w Europie byłam tylko raz, w Niemczech. Pamiętam, że nie dowieźli napisów, więc oglądaliśmy ponad 3-godzinny film nie rozumiejąc ani słowa. Dużej różnicy nam to nie robiło :)

A na wystawę poszłabym bardzo chętnie!

08:03, asiaya , To i owo
Link

Służąca sąsiadów z naprzeciwka

Ten związek frazeologiczny nabrał dla mnie nowego wymiaru po przyjeździe do Indii. Wcześniej myślałam, że znaczy mniej więcej: "Obowiązki służbowe muszą być wykonane, choć nie zawsze są przyjemne". Słowo "drużba" jednak ma również znaczenie "przyjaźń" i to mi bardziej pasuje w indyjskim kontekście. Służący, bez których przeciętna rodzina klasy średniej wzwyż nie wyobraża sobie życia, nie tylko nie są przyjaciółmi, ale nawet nie są równoprawnymi ludźmi. Dla niektórych nie są ludźmi w ogóle.

Jak już pisałam, w indyjskim domostwie zatrudnia się co najmniej kilka osób: niańkę, kucharkę, sprzątaczkę, pomywacza toalety, praczkę, ogrodnika, strażnika itp. Do tego często dochodzi kierowca, zwłaszcza dla kobiet i ludzi starszych, którzy nie są psychicznie przygotowani na rodeo, które panuje na indyjskich drogach. Często przynajmniej jedno - dwoje z nich mieszka u swoich pracodawców. W domach 2-4 piętrowych, które przeważają w zabudowie centrum Delhi, zazwyczaj na dachach są umieszczone tzw. "servant quarters", czyli po prostu służbówki. Są to zwykłe komórki, często nawet bez okna. W standardowym wyposażeniu mają żarówkę, w wersji delux bieżącą wodę (zimną) i wiatrak. W lecie nagrzewają się do 40+ stopni, w zimie temperatura równa się tej na dworze. Mimo wszystko jest bardzo pożądaną opcją, bo ceny wynajmu w Delhi są kosmiczne. Alternatywą dla nich jest koczowanie w slumsach lub po prostu na ulicy. Gdy na krótko przed CWG rok temu usunięto z ulic Delhi wszystkich nie posiadających zameldowania, podniosły się głosy oburzenia. Zamożni Delhijczycy twierdzili, że oni przecież są SKAZANI na pomoc domową. Na jednym z indyjskich forów poświęconych temu tematowi, pewna Induska mieszkająca w USA bardzo narzekała na to, że w Stanach nie mogą sobie pozwolić na służbę w takim zakresie, do jakiego byli przyzwyczajeni w Indiach. Jej rodzina rozważała nawet powrót do Indii z tego powodu. Niektórzy, np. dyplomaci, często podróżują lub przeprowadzają się z własnymi służącymi. Gdy na wstępnej rozmowie z pośrednikiem nieruchomości (zwanym tutaj brokerem) zaznaczyłam, że chciałabym kuchnię wyposażoną w zmywarkę, albo przynajmniej z możliwością zamontowania jej na własną rękę, popatrzył na mnie, jak na przybysza z kosmosu. W ŻADNYM z xxx obejrzanych przez nas NOWYCH mieszkań czegoś takiego nie uświadczyliśmy, bo przecież tu od zmywania jest służąca. Mało tego! Często, nawet w zamożnych domach, przedkłada się praczkę nad pralkę! Ba! Ostatnio w artykule zachęcającym do aktywnego trybu życia, przeczytałam poradę: Pójdź sam po szklankę wody do kuchni! (sic!) Służący są po prostu częścią indyjskiego krajobrzau. Kropka.

CDN

czwartek, 06 października 2011

...za porywanie cudzych żon :)

Weszliśmy w sezon hinduistycznych świąt. Jako, że ich daty są obliczane według kalendarza lunarnego, każdego roku przypadają na inny dzień. I tak np. Dasara (czy Dussehra), którą rok temu obchodziliśmy 17 października (pisałam o tym tutaj), w tym roku przypada dzisiaj, czyli 5-ego. Niestety, w tym roku zdjęć nie będzie! Rok temu byliśmy na miejscu zbyt wcześnie (nie ma wyznaczonej godziny, wiadomo tylko, że cała impreza zaczyna się po zmroku), czekaliśmy wśród huku petard ponad godzinę, czego koniecznie chcieliśmy uniknąć dzisiaj. No i przekombinowaliśmy... w okolicznym parku zastaliśmy zaledwie kilka osób nad dymiącymi zgliszczami :) Wrzucam więc jedynie fotkę zrobioną w dzień przez szybę samochodu w okolicy Khan Market. Strrrraszny potwór PRZED spaleniem.

Natomiast petardy cały czas słychać...

poniedziałek, 12 września 2011

...czyli kup Pan(i) dywan!!

Tagi: zakupy
07:24, asiaya , Życie codzienne
Link
środa, 07 września 2011

Siedziałam u Niemców na czerwonym fotelu, noga na nogę, kofeina krążyła we krwi, a muzyka w słuchawkach. Otoczyłam się stertami książek do wypożyczenia i  prasy do przejrzenia. Zatopiona w lekturze, nie zauważyłam, że za przeszkloną ścianą rozpadało się na dobre. 

"Heute regnet's schon seit Stunden/Heute regnet's den ganzen Tag"1- zanuciłam w myślach do piosenki w słuchawkach i popatrzyłam na trawnik, który stopniowo zamieniał się w pole ryżowe, jak z chińskich pocztówek. Miałam jednak nadzieję, że do obiadu przestanie. Nie wzięłam ze sobą parasolki, a przy tym oberwaniu chmur nie miałabym szans  dobiec sucha nawet do pierwszej lepszej rikszy. ...Heute wird die Welt gewaaaaschen/ Heute wird die Eeeerde naß..."2 Uuuups, telefon.

"Słuchaj, ja jestem w bibliotece, nie mogę rozmawiać" - szepczę konspiracyjnie.

"Bomba wybuchła, gdzie jesteś?"

"No mówię, że w bibliotece. To coś poważnego?"

"Są zabici i ranni, na razie nie wiadomo, ilu. To jest ok 2 km od Ciebie, nie wychodź na razie, będzie zamieszanie na ulicach."

Rozłączyłam się, za oknem rozległ się grzmot i czarne ptaszyska wzbiły się do nieba. W słuchawkach na nowo zabrzmiała przerwana rozmową piosenka:

"Aus den Tropfen werden Tränen/Aus den Tränen wird ein Bach"3


1. Dziś pada już od wielu godzin/ dzisiaj pada cały dzień

2. Dziś świat zostanie umyty/ dziś Ziemia stanie się mokra

3. Z kropli będą łzy/ z łez - potok

 


W zamachu (na obecną chwilę) zginęło 12 osób, 90 zostało rannych. W polskich mediach trudno znaleźć o tym wzmiankę.

Jakby tego było jeszcze mało, tuż przed północą znowu nawiedziło nas trzęsienie ziemi - silniejsze, niż w styczniu. Skrzynka klimatyzacji, która wisi mi prawie nad głową, zachwiała się, jakby miała spaść. Odruchowo wstałam z krzesła i przez chwilę zastanawiałam się, czy się nie ewakuować. Na szczęście po kilku sekundach wstrząsy ustały.

środa, 17 sierpnia 2011

Przebrzmiały już niepodległościowe wiwaty, ostatnie okruszki trójkolorowych tortów pochłonięte, ale wrócę jeszcze do kwestii poruszanych w okolicznościowych tekstach. Oto np. świetne zestawienie skrajności, które w Indiach są tak rażące, szczególnie w pierwszym kontakcie: "India extreme". Długo by można mówić o każdym z przykładów, ale ograniczę się do pierwszego. Ten 27-piętrowy budynek to dom 6-osobowej rodziny indyjskiego miliardera Mukesha Ambaniego (dziewiąty na liście najbogatszych ludzi świata, drugi w Azji, ponoć według "Forbes'a" w 2014 będzie na pierwszym miescu na świecie). Najdroższy dom świata nazywa się Antilia - na pamiątkę legendarnej wyspy, której istnienie domniemywano w XV wieku. Bombajski wieżowiec o wyjątkowo paskudnej sylwetce, ale za to ponad miliardowym (w dolarach) kosztorysie, mieści między innymi 6-ciopiętrowy garaż dla prawie 170 samochodów, 9 wind, salę balową, kino, świątynię, całe rekreacyjne piętro z basenem, siłownią, studiem jogi, spa i pokojem, w którym można będzie się chłodzić przy pomocy sztucznego śniegu, a wszystko to w luksusowej (acz kiczowatej) oprawie. Do obsługi będzie zatrudniona 600-osobowa armia służących. Jedyne, co burzy obraz tej sielanki, to widoki z okna. W Bombaju mieszczą się bowiem jedne z największych slumsów świata - m.in. Dharavi, gdzie jeszcze w 2006 roku na ponad 1400 mieszkańców przypadała jedna toaleta (nie mam świeższych danych, ale nie spodziewam się, żeby były dużo lepsze). Głód, choroby, brak wody, brud, robactwo, smród to codzienna rzeczywistość dla prawie miliona jego mieszkańców (na powierzchni niecałych 200 hektarów). I nie jest to jedyny slums w tym mieście.

Jak w takiej sytuacji zachwycać się fantazją miliardera?? Nawet Ratan Tata, jeden z najbardziej wpływowych biznesmenów indyjskich i człowiek bardzo majętny (nie ma go na liście Forbes'a, gdyż ok 65% akcji licznych przedsiębiorstw Taty oficjalnie należy do organizacji charytatywnych, inaczej byłby "jedynką" na świecie), skrytykował te ekstrawagancje. Sam właśnie kończy budowę "skromnego" domu w Bombaju, w którym zamierza zamieszkać po przejściu na emeryturę (czyli za jakieś 1,5 roku). Natomias dla mniej zamożnych (eufemistycznie mówiąc) Indusów Tata zaproponuje tani dom - odpowiednik samochodu Nano. Za ok. 2 tys PLN. będzie można kupić domek o powierzchni 20 m2 prefabrykowany z włókna kokosowego i juty. Miejmy nadzieję, że okaże się większym sukcesem niż kontrowersyjny samochodzik.

Jak to wygląda w Delhi? Kilka przykładów poniżej.

Wejście do jednego z pięciogwiazdkowych hoteli.

Widok tuż za bramą

Przygotowania do wesela w ogrodzie luksusowego hotelu. Za widocznymi murami (i zasiekami) ...

... slumsy.

A ze slumsów całkiem niedaleko do centrów handlowych. W jednym z nich sklepy ekskluzywnych marek, których na próżno szukać w Polsce. Indie mają też własne wydanie "Vogue'a".

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
Wszystkie zdjęcia i teksty, o ile nie zaznaczono inaczej, są mojego autorstwa i do mnie należą prawa autorskie. Jeśli chcesz skorzystać - zapytaj.