O życiu z oddali, czyli z Delhi. Dzień po dniu zdrapuję lakier egzotyki z indyjskiej codzienności, aby pokryć ją patyną własnych doświadczeń. Czasami jednak muszę uciec stąd i o tym również piszę.
wtorek, 14 lutego 2012

... czyli wpis okolicznościowy ;)

3 miesiące aresztu, grzywna, a przy odrobinie szczęścia i to, i to. Tyle można dostać z paragrafu 294 Indyjskiego Kodeksu Karnego. Za co? Za tzw. Public Display of Affection, czyli publiczną demonstrację uczucia. Nie chodzi tutaj o przećwiczenie połowy Kamasutry na osiedlowym skwerku. Wystarczy pocałunek, przytulenie, czy nawet trzymanie się za ręce. 

Instytucja małżeństw aranżowanych w Indiach ma się dobrze. W Delhi widuję jednak od czasu do czasu zakochane pary - najczęściej w modnych sieciówkowych kawiarniach i parkach. Skrywając się w cieniu wystrzyżonych klombów można ulec złudzeniu intymności i nie daj Boże objąć ukochaną! Na szczęście czuwają strażnicy (parku lub/i moralności)! Rozlegający się raz po raz dźwięk gwizdka uzmysławia, że nie próżnują. Jest to też przy okazji świetna okazja, by wyłudzić kilka groszy. Nie każdy ma ochotę tłumaczyć się potem na posterunku.

Tuż po przyjeździe spytałam młodą Induskę, czy z mężem chodzą za rękę po ulicy. Odpowiedziała wymijająco, że przecież nie ma tutaj ulic do takich spacerów. Fakt, czasami trzeba iść gęsiego omijając różne uliczne "miny", ale dziwne mi się wydało, że nie odpowiedziała jednoznacznie. I fakt, nie widuję raczej takich par. No, może z jednym wyjątkiem.

Otóż najczęściej trzymają się za ręce... faceci. Nie jest to bynajmniej oznaka ich orientacji seksualnej, co by wywnioskował niezorientowany przybysz. To jest taki ot, przyjacielski gest, nie oznaczający nic więcej, niż u nas poklepanie po plecach. Przyznać jednak muszę, że do tej pory wywołuje u mnie uśmiech widok dwóch panów objętych, trzymających się za ręce czy siedzących sobie nawzajem na kolanach, zwłaszcza panów w mundurach :)

Zwierzyłam się M., że od dawna poluję na zdjęcie takiej pary i M. przyłączyła się do poszukiwań, co w praktyce objawiało się pokrzykiwaniem: "A., rączki, rączki po prawej!". "Odwróć się! Rączki masz z tyłu!" Dobrze jednak, że ten polski taki mało popularny :)

M. zajęta krajobrazem, a tu temat sam przyszedł. W przypadku dzieci to jednak jeszcze nie ten efekt :)

Tutaj już lepiej. Nie dość, że temat, to jeszcze takie tło! Fot. ML

A wczoraj telewizja przypomniała film "Niemoralna propozycja" - w sam raz na Walentynki, prawda?

poniedziałek, 13 lutego 2012

fot. ML

Chyba każdy turysta/ka wybierający się do Indii przygotowany/a jest na stałe odpieranie ataków na jego/jej portfel, czy to ze strony kierowców wszelkiego typu pojazdów, sprzedawców czegokolwiek czy po prostu żebraków. Nie raz słyszałam skargi, jak to się czują "chodzącymi bankomatami". Rzeczywiście, pojawienie się białego, który na dodatek (jest taka szansa!!) nie orientuje się w cenach, jest nie lada okazją, którą niektórzy wykorzystują skrupulatnie. Widać to zwłaszcza w cenach kursów rikszą w turystycznych miejscach. Ostatnio bezczelny (i jak się okazało później - zdrowo stuknięty) rikszarz zażądał ode mnie 300 rupii za kurs, za który wg. licznika zapłaciłabym pewnie z 15. Na licznik jednak nie zgodzi się żaden rikszarz i ja nawet nie wymagam uczciwej ceny. Oczekuję jednak pewnego umiaru w skubaniu mnie :) Całe szczęście pomaga stanowcze targowanie, choć czasami trzeba pokazać nieprzejednaną postawę i obejść ze 3 riksze. Zdarzyło mi się też, że pierwszy kierowca łaził za mną i namawiał innych, aby nie dawali mi lepszej ceny, niż on. Stety lub niestety - oni nie są solidarni i lojalni wobec siebie nawzajem.

To mnie bardzo nie dziwi - dla wielu to walka o przetrwanie. Co jednak zaskakuje, to postawa państwa, które daje piękny przykład zdzierstwa swoim obywatelom. We wszystkich atrakcjach turystycznych obowiązują dwie ceny: jedna dla Indusów*, druga dla obcokrajowców. Poniżej kilka przykładów, z których najbardziej rażący jest ten z Taj Mahal - przebitka prawie 40-krotna!! Mieszkańcy Agry, z których wiele żyje z obsługi turystów, wcale nie są z tego powodu szczęśliwi. Uważają, że  to odbiera im klientów, a ci, którzy mimo wszystko przyjadą do Agry - nie są skłonni do szastania kasą. No cóż, państwo staje się konkurentem w wyścigu do kieszeni turysty, z którym ciężko wygrać. I nie da się, niestety negocjować, a co najwyżej oszukać. Od nieświadomych zagranicznych turystów strażnicy (!!) często usiłują wyłudzić przy wyjściu zużyte bilety. Czy muszę wyjaśniać, co z nimi potem robią?

*Na równi z Indusami traktowani są obywatele krajów SAARC (Bangladesz, Nepal, Bhutan, Sri Lanka, Pakistan, Malediwy i Afganistan) oraz BIMSTEC (Bangladesz, Nepal, Bhutan, Sri Lanka, Tajlandia i Birma)

Trzeba oddać też sprawiedliwość i wspomnieć, że zdarzają się jednak i rozrywki darmowe, jak np. Muzeum Indiry Gandhi, Lodi Gardens czy koncerty w India Habitat Centre. Poza tym za darmo jest wielki spektakl życia, jaki rozgrywa się na każdej indyjskiej ulicy, a który Indie oferują każdemu bez wyjątku przechodniowi.

Tagi: ceny
08:51, asiaya , To i owo
Link Komentarze (17) »
niedziela, 12 lutego 2012

Miejmy nadzieję. Co prawda nie tęsknię do dzikich upałów, ale też mam już dosyć temperatury 17 stopni w domu. Jeśli przy minimalnej temperaturze ok. 13 st., mamy 17-18 w mieszkaniu, ile mielibyśmy przy minusowych? Lepiej nie myśleć. Dlatego też trochę inaczej patrzę na wykres minimalnych i maksymalnych temperatur w Delhi. W zasadzie można przyjąć, że w miesiącach, gdy minimalna temperatura spada poniżej 10 st., w domu czy hotelu będzie zimno, szczególnie w nocy i nad ranem. Jeśli chodzi o maksymalne, to do 30-32 stopni da się żyć.

temperatury w Delhi

Sprawdziłam na własnym blogu (już taki wiekowo zaawansowany!), że rok temu wiosnę ogłosiłam 25ego stycznia. W tym roku początek lutego przyniósł zaskakujące ochłodzenie (14-15 stopni w ciągu dnia, gdy pod koniec stycznia mieliśmy już 23), ale dziś poczuliśmy wiosnę w powietrzu, więc tradycyjnie otworzyliśmy sezon balkonowy, który potrwa aż do pierwszych upałów, przez które znowu będziemy zmuszeni zabarykadować się w domu. 

Przy okazji odpowiadam na pytanie: O jakiej porze roku najlepiej jechać do Indii? 

Mhm, to zależy... Indie są ogromne, baardzo zróżnicowane klimatycznie. Kiedy w górach śnieg zasypuje dojazd, na Goa jest szczyt sezonu plażowego. Jeśli chodzi o Delhi i okolice, najlepszymi miesiącami są październik/listopad i luty/marzec. Maj i czerwiec to miesiące upałów (ale takich przez duże U), w lipcu, sierpniu i wrześniu temperatury nieco spadają, ale wzrasta (znacznie) wilgotność powietrza. Kto żyw zajmuje wygodne miejsce pod klimą, a na ulicę wychodzą wariaci i desperaci. Oraz oczywiście ci, którzy na niej mieszkają, ale oni jakby nie mają wyboru. Byliśmy na początku maja w Taj Mahal i podziwiałam ludzi, którzy boso przechadzali się po dziedzińcach. Mnie chodniki po prostu parzyły w stopy i skakałam jak na rozgrzanej patelni. W gorących miesiącach częściej też zdarzają się przerwy w dostawie prądu. Podczas monsunu (lipiec, sierpień, wrzesień) częściej przytrafiają się zatrucia, do tego dochodzi zwiększone ryzyko malarii czy denge (nawet w Delhi). Z kolei przełom grudnia i początek stycznia to zima, która może w Polsce uchodziłaby za przedwiośnie, ale przy braku ogrzewania w mieszkaniach znosi się ją gorzej niż polskie mrozy (może warto np. zapytać o to udogodnienie przy rezerwacji hotelu, aczkolwiek wiele się po ich urządzeniach grzejnych nie należy spodziewać). Zazwyczaj niskim temperaturom towarzyszą też mgły, które mogą utrudniać transport (np. pociągowy). Nie należy jednak słuchać lamentów indyjskich znajomych, którzy straszą syberyjskimi mrozami. Indusi nie są przyzwyczajeni do zimna i już przy kilkunastu stopniach zaczynają wyciągać z szaf ciepłe kurtki i szale. Co dziwne, raczej nie gustują w solidniejszych butach - klapki (często japonki) to tutaj obuwie niemal całoroczne, w zimie uzupełniane jedynie specjalnymi skarpetami z oddzielną częścią na duży palec. 

Planując wyjazd do Indii warto też, w miarę możliwości, sprawdzić kalendarz świąt hinduistycznych. Najhuczniej (dosłownie) obchodzone jest Diwali, ale najsympatyczniejszym świętem zdecydowanie jest Holi. Są to święta ruchome, więc dat na konkretny rok najlepiej poszukać w internecie. W tym roku Holi przypada na 8 marca (Święto Kobiet!), ale w przyszłym dopiero pod koniec marca.

Tagi: klimat
22:10, asiaya , Delhi
Link Komentarze (2) »
sobota, 11 lutego 2012

Jaipur, oddalona o 265 km od Delhi stolica Radżastanu, jest niewątpliwie pięknie położona - na półpustynnych terenach, wśród wzgórz, nad brzegiem jeziora Man Sagar, na którym króluje Pałac na Wodzie - Jal Mahal.

Z góry ulice miasteczka (tfu! to miasto o ponad 3 mln. mieszkańców, dysponujące lotniskiem!) wydają się  spokojne, na dole jednak wrą życiem jak na indyjską ulicę przystało.

Motory są niesamowicie popularnym środkiem transportu, ale UWAGA! W Jaipurze ruszyła budowa metra!

 

Indusi są narodem handlującym z wielkim upodobaniem. Targowanie się jest nieodłącznym rytuałem zakupów. Bo przecież co to za przyjemność: zakupy bez targowania się? - spytała mnie kiedyś pewna Induska.

17% mieszkańców stanowią muzułmanie. To również widać na ulicy.

Orkiestra weselna. Radżastan słynie z  utalentowanych muzyków i bogatego folkloru.

Biura i sklepiki otwarte na ulicę to najlepszy sposób, żeby być na bieżąco z wszystkimi ploteczkami.

Na mały głód duża zakąska. Dobrze, że lekka. Na promenadzie nad jeziorem.

fot.ML

piątek, 10 lutego 2012
czwartek, 09 lutego 2012

Wracając na indyjskie podwórko: odbyłam kilka podróży pociągiem, owszem. Nie mogę jednak epatować mrożącymi krew w żyłach opowieściami, jak to mi szczur po stopie przebiegł, albo pół dnia przeciskałam się do kasy, a potem jeszcze odsyłano mnie do innej i oszukano po drodze. Moje doświadczenia z indyjską koleją nie są wcale "egzotyczne". Może dlatego, że bilety kupuję online lub przez biuro podróży i zawsze na najlepszą klasę w wagonie bezprzedziałowym. Standard na pewno niższy, niż europejski, ale ja na PKP zaprawiona w bojach jestem :) Kilka zdjęć zamieściłam tutaj, dzisiaj kilka nowszych.

Dworzec New Delhi o makabrycznie porannej godzinie:

Dworzec w Jaipurze przypomina nam, że jesteśmy w Radżastanie:

Na stacji Raja/ki/Mandi w Agrze informacja była podawana wyłącznie w hindi. Całe szczęście można się było orientować po numerze pociągu: 

W Indiach ludzie podróżują dosyć obładowani, ale kogo stać na tragarza, nie musi dźwigać własnych bagaży.

Nasz najlepszy z najlepszych: klimatyzowany wagon bezprzedziałowy:

W środku:

Widoczność nieco ograniczona niestety:

Umywalka na korytarzu, łazienki nie widziałam, ale poczuć mogłam i z przedziału :)

wszystkie fot.: ML

środa, 08 lutego 2012

Dzisiaj rano na głównej stronie gazety.pl przywitał mnie news o wprowadzeniu przedziałów dla kobiet w czeskich pociągach. Konkretnie jednego 6-osobowego przedziału w 400-osobowym pociągu.

- Przedział zapewni kobietom i dziewczętom pewność siebie, poczucie bezpieczeństwa i odpowiednią ilość informacji o przebiegu podróży. Niektóre panie czują się po prostu źle, podróżując w zamkniętym pomieszczeniu w towarzystwie mężczyzn - tłumaczył rzecznik CzD Petr Sztiahlavsky.

Zamurowało mnie, prawdę mówiąc. Myślałam, że poczucie bezpieczeństwa i informacja o przebiegu podróży należą się każdemu pasażerowi (i pasażerce), jak psu buda. Że panie się źle czują w zamkniętym pomieszczeniu w towarzystwie mężczyzn? Owszem, to jest bardzo możliwe, ale równie źle mogą się poczuć w towarzystwie kobiety, mogę posłużyć przykładami z życia. Może po prostu należy zmodernizować wagony i skończyć z tymi krępującymi komórkami z francuska nazywanymi coupé? Rzecznik twierdzi, że kobiety preferują podróż autobusem właśnie ze względów bezpieczeństwa. Tylko, że w autobusach nie ma oddzielnych przedziałów dla kobiet! Problem chyba polega na tym, że w pociągu po prostu nikt nie kontroluje sytuacji, nikt nie czuje się za tą przestrzeń odpowiedzialny. Gdy jest rzeczywiście problem, konduktorzy chowają głowę w piasek.

W czerwcu jechaliśmy pociągiem z Pragi do Warszawy. Ścisk był straszny, bo dzień wcześniej miał miejsce strajk komunikacji i podróżni nadrabiali zaległości. Przebrnięcie przez korytarz zakrawało na cud, pasażerowie przypominali glonojady przyklejopne do ścianek akwarium. Dziękowałam Bogu, że nie oszczędziliśmy na miejscówkach! Wiedziałam, że jak tylko dotrę do swojego miejsca, wymoszczę się w fotelu, rozłożę lektury, włączę muzykę i - będzie dobrze! Było - początkowo. Jeszcze przed Kolinem dotarł ostatni pasażer naszego przedziału i odtąd podróż nasza nabrała dramatycznych wymiarów, ale przede wszystkim: zapachów! Pan ten odstraszał bowiem wszystkimi zmysłami: miał około dwóch metrów,  ze 170 kg żywej wagi, tłuste strąkowate włosy, ubranie podarte, lepkie i błyszczące od brudu. Taszczył dwa toboły o nieokreślonym kształcie i kolorze. Przede wszystkim jednak roztaczał wokół siebie smród - potworny, przenikający, nokautujący FETOR!!! Do tego sprawiał wrażenie niezrównoważonego umysłowo, cały czas prowadził dialogi z wyimaginowanymi rozmówcami, rozrzucał po podłodze cukierki, które potem wciskał wszystkim wokół, co chwila wybuchał histerycznym śmiechem. Oprócz nas w przedziale siedziały dwie młode Japonki, które wyciągnęły od razu szale, obwiązały się nimi szczelnie wokół głów tak, że było widać tylko jak przerażone przewracają oczami. Podkuliły nogi pod brodę i usiłowały zapaść się w ścianę. Tłum przed drzwiami naszego przedziału rozluźnił się znacząco. Początkowo próbowaliśmy tam właśnie wyemigrować, ale smród nas dopadł, a do Warszawy nadal było z 7 godzin! Postanowiliśmy poczekać na konduktora i zgłosić problem. Dziwnym jednak trafem nie pojawił się w ciągu najbliższej godziny, a my traciliśmy już resztki cierpliwości. Podróż w latrynie, jaką stał się przedział, zmieniła się w koszmar! Poszłam zatem sama go szukać. Znalazłam. Nie musiałam długo tłumaczyć, o kogo mi chodzi, konduktor spuścił wzrok i mruknął, że on wie, tak, tak, ALEEE nic nie może zrobić, bo pasażer ma bilet! I ja też mam bilet! I mój mąż! I te dwie panie też!! Tylko, że my kupiliśmy bilet na pociąg, nie na chlew! Nie doczekałam się żadnej propozycji rozwiązania problemu, więc po prostu oświadczyłam, że przenosimy się do pierwszej klasy! Wszyscy (oczywiście oprócz potwora)! Cały przedział! I niech nikt nie waży się nam zakwestionować naszych biletów! Tym sposobem wyprowadziłam nasz mieszany etnicznie naród przedziałowy z niewoli tyrana na rajskie bezkresne połacie wagonu bezprzedziałowego pierwszej klasy :) Wymownym jest fakt, że w pociągu wypełnionym po ostatnie śrubki nikt, ale to naprawdę nikt, nie skusił się na zwalniające się miejsca!

To tylko jedno z kilku moich doświadczeń z ČD, ale mam już głębokie przeświadczenie, że w razie potrzeby nie mogę liczyć na personel pociągu. Wiem, że raczej odwrócą głowę w drugą stronę i umyją ręce. Czy z tego powodu przestałam jeździć pociągami? Skąd! Nie popadajmy w paranoję. Pociągami dalekobieżnymi (w podmiejskich to już inna historia) jeżdżą w przeważającej części zupełnie normalni ludzie - czasami trochę głośni, czasami chrapiący na całe gardło, ale najzupełniej niegroźni, a często bardzo uczynni (walizka!).

Zachwalałam i nadal chwalę wagony dla kobiet w delhijskim metrze. Wiem, że kiedyś były przedziały dla kobiet w indyjskich pociągach (teraz ponoć nie, aczkolwiek głowę bym dała uciąć, że mignął mi ostatnio na dworcu taki napis). Nie są one jednak dla mnie luksusem same w sobie. One są luksusem TUTAJ, w tej konkretnej sytuacji, kulturze. To jest półśrodek, doraźne łatanie większej (kulturowej) dziury, której na szybko się pozbyć nie sposób.

W Europie jednak wolałabym, żeby nie tworzono takich rozwiązań. Jeśli rzecznik ČD twierdzi, że poczucie bezpieczeństwa i odpowiednią obsługę mogą zapewnić tylko w jednym z ok. 60 przedziałów, to sam sobie strzela w stopę. Chcę się czuć tak samo bezpiecznie w czwartym, jak i w pierwszym wagonie pociągu i wiem, że to jest możliwe. Po prostu muszą tam pracować ludzie z jajami. Płeć obojętna.

Poniżej 2 moje ulubione reminescencje z czeskich podróży koleją. 

 

poniedziałek, 06 lutego 2012

Krótki wypad do stolicy Radżastanu, Jaipuru, bardzo się udał. Zwiedzanie zaczęliśmy od fortu Amber - trzeba przyznać, że imponującego. Widok z dołu od strony bramy wejściowej:

... i z góry na bramę wejściową i mur:

 

Wygrzewaliśmy się na słonecznych dziedzińcach myśląc o zaśnieżonej Polsce :)

Labirynt korytarzy, zapewne świadkowie niejednej dworskiej intrygi:

Kolorowe stroje - jeszcze bardziej widoczne na tle ścian w kolorze piaskowca:

fot. ML&Asiaya

Obejrzana kilka dni wcześniej bollywoodzka superprodukcja z 2008 roku  Jodhaa Akbar niewątpliwie pomogła nam przenieść się oczyma wyobraźni do czasów świetności dynastii Wielkich Mogołów. Film jest historią miłości muzułmańskiego cesarza Akbara i jego hinduskiej żony, radżputańskiej księżniczki Jodhii. Film oczywiście, jak na wyciskacz łez przystało, jest bardzo idealizujący i "pod tezę" (wzbudził swego czasu nawet dyskusje historyków), ale pomaga "ożywić" scenerię fortu. Niektóe sceny były tu kręcone.

 

 

Tagi: Jaipur
18:15, asiaya , W drodze
Link Komentarze (15) »
niedziela, 05 lutego 2012

Jak wakacje, to wakacje. Skusiłyśmy się. Najpierw krążyłyśmy wokół ich stoisk i długo wybierałyśmy wzory. Okazało się, że całkiem niepotrzebnie. Katalog był jedynie inspiracją dla artystów hennowych dekoracji.

Np. te dwa dzieła są rysowane na podstawie tego samego wzoru. Tutaj jeszcze z warstwą naniesionej henny.

Tutaj tuż po pozbyciu się jej - w świetle zachodzącego słońca. Myślałyśmy, że coś nie tak z naszymi hennami - jakieś takie jasne były...

Na szczęście w ciągu nocy ściemniały, a po kilku dniach prezentowały się mniej więcej tak:

Aktualnie z pół dzieła się zmyło, ale w międzyczasie przekonałam się, że nie nadaję się do tatuażu. Po kilku dniach migający przy poruszaniu dłonią wzorek zaczął mnie zwyczajnie denerwować :)

sobota, 04 lutego 2012

Z żeglowania najprzyjemniejsze jest chyba przybijanie do nieznanych portów. Archipelag - Wyspy Dobrej Literatury zauważyłam już dawno. Wyłonił się z internetowych odmętów wiosną 2010 roku i od tamtej pory mniej więcej raz na kwartał wydaje prawdziwe uczty dla miłośników literatury w wielu jej odmianach. Częstowałam się, owszem, bez umiaru, pochłaniałam treściwe i wysokokaloryczne artykuły, smakowite wywiady, zagryzałam recenzjami książek, a do torby upychałam inspiracje na wynos (tutaj to nie wstyd ;) ). Ostatnio jednak dostałam szansę dołożenia się do bufetu i wysmażyłam dwa (indyjskie oczywiście) kawałki. Z czystym więc sumieniem informuję: jest impreza! Tutaj. Proszę klikać, ściągać, czytać, kochać albo rzucać.

Ja już siedzę tam od wczoraj. Menu przedstawia się następująco:

Temat numeru: CIAŁO

Ciało uwięzione [Joanna Janowicz]
Ciało pianistki [Monika Drzazgowska]
Boskie ciało [Katarzyna Malska]
Gargantuiczna radość życia pantagruelistów. O prozie François Rabelais'go [Anna Maślanka]
Ciało kobiece w prozie japońskiej [Agnieszka Markiewicz]
"Moje ciało jest jak bezpański pies." O poezji Haliny Poświatowskiej [Karolina Osowska-Wolińska]

Redakcyjne podsumowania literackie 2011 roku

Panteon: Obrazy natury Tarjei Vesaasa [Karolina Kunda-Kuwieckij]

W przybliżeniu: Dwie Ayako. Kobieca literatura chrześcijańska w Japonii [Paulina Yamashita]

Wokół książki: O realizmie magicznym – próba uporządkowania terminu [Anna Małgorzata Kurska]

Spotkanie z autorem: Bo żadna rodzina nie jest normalna. Wywiad z Anne B. Ragde [Agnieszka Tatera]

Książka inspiracją: Novecento i jego muzyczne podróże, czyli Novecento Alessandro Baricco – książka, teatr i film [Malwina Janas]

Subiektywny punkt widzenia: Czasy pustosłowia [Anna Maślanka]


W objęciach X muzy:
Syzyf u stóp piaskowej góry [Robert Mróz]
Bohater filmowy. Pisarz [Karolina Kunda-Kuwieckij, Renata Borowiak]
Kadrowanie Wojaczka [Joanna Marchewka]

Przez obiektyw: Ciało biblioteczne [Ania Ready]

Ulotnie: Podróże z facetem, który właśnie kupił świat. Tomasz Różycki – Księga obrotów [Justyna Kowalczyk]

Pocztówka z...: Wenecja skąpana w słowach [Izabela Rzysko]

Stoliczku nakryj się: Kuchnia włoska pełna sekretów [Klaudyna Hebda]
W krainie dzieciństwa: Zemsta tygrysa [Zuzanna Orlińska]

Książka na wszystkie strony: Nadżib Mahfuz – pisarz o przemożnym pragnieniu opowiadania. Wywiad z Jolantą Kozłowską [Joanna Wonko-Jędryszek]

Słowem i kreską: W komiksowym świecie noir. Christophe Chabouté [Karolina Kunda-Kuwieckij]

Spotkania z książką: Zaczytana Łódź. Relacja z I Salonu Ciekawej Książki [ Joanna Wonko-Jędryszek]

Konkursy i nagrody literackie: Obfitość nagród w okresie letnio-jesiennym [Justyna Kowalczyk, Kamila Kunda]

Książki naszymi oczami: Recenzje książek wydanych w Polsce
Jonas T. Bengtsson - Submarino
Nadżib Mahfuz - Karnak
Mario Vargas Llosa - Raj tuż za rogiem
Tiziano Terzani - Koniec jest moim początkiem
B. Aksamit, K. Kokowska, E. Orczykowska, O. Piotrowska, E. Wolkanowska, H. Zapaśnik - Każdy zrobił, co trzeba
Maria Giedz - Kurdystan. Bez miejsca na mapie
Geert Mak - Most
Lektury Reportera: Linda Polman – Karawana kryzysu. Za kulisami przemysłu pomocy humanitarnej

Z obcego podwórka:
Co czyta przeciętne miasto na wschodnim wybrzeżu Chin?[Dorota Jasik]
Co czytają terazIndie [AsiaYa]

Recenzje książek niewydanych w Polsce
Delphine de Vigan - Rien ne s’oppose à la nuit
Geling Yan - The Uninvited Anuradha Roy - An Atlas of Impossible Longing Tove Jansson - The True Deceiver Yōko Ogawa - Gūzen no shukufuku Claudius Crönert - Das Kreuz der Hugenoten David Leavi? - Florence, A Delicate Case Zarghuna Kargar - Dear Zari

Zabawy w bibliotece: Quiz 7. (... à propos...) [Renata Borowiak]

piątek, 03 lutego 2012

Goście poleciaŁY do zimnych krajów, a ja zostałam z syndromem pustego gniazda. Przyzwyczaiłam się już do wspólnych śniadań i całodziennych eskapad. Na szczęście mam kilka pilnych projektów, więc nudzić się jeszcze długo nie będę. Nazbierało się też trochę materiału na blog (głównie do użytku turystycznego), tym bardziej, że M. trzaskała zdjęcia z wielkim zapałem. Dostałam błogosławieństwo na publikację, co uczynię.

Małe uzupełnienie ostatniego tematu: wieża została przystrojona, drabina postawiona...

fot. ML

To zdjęcie ma udowodnić, że to naprawdę poważni panowie:

fot.ML

Zasiek w metrze - zdjęcie "z biodra". Fotografowanie w metrze jest zakazane, co klarownym hindi i wskazując gumową pałą na aparat wytłumaczył M. surowy policjant. 

fot.ML

Odwiedziłam też ponownie Taj Mahal, zastanawiając się, co tym razem nie spodoba się w mojej torbie. Ofiarą padły 2 banany i batonik müsli, czyli moja rezerwa obiadowa na wypadek nieznalezienia niczego ciekawego w ofercie gastronomicznej Agry. Gdy tylko strażniczka położyła je na stoliku obok mojej torby, rozległ się łomot na daszku powyżej naszych głów, z którego zeskoczył makak, porwał banany (batonika nie) i uciekł na swój balkonik tak błyskawicznie, jak się pojawił. Gdy wychodziłyśmy, cały czas trwał na stanowisku powyżej wejścia:

To były moje banany...

niedziela, 29 stycznia 2012

Przylatujący do Delhi już na lotnisku zauważą panów z bronią w ręku - spacerujących, siedzących, gawędzących - znudzonych bardzo. Panowie robią za tło, o ile nie próbuje się po wyjściu z lotniska nań wrócić. Wtedy bardzo stanowczo nam to "odradzają". Bardzo stanowczo.

Na halę przylotów można, owszem, wejść z zewnątrz, ale wyłącznie po zakupieniu biletu wstępu. Na czym polega efekt antyterrorystyczny takiego zarządzenia? Czyżby potencjalny terrorysta nie posiadał kilkudziesięciu rupii na wejściówkę? Nie wiem, a i władze lotniska chyba się zastanawiają nad tym, gdyż cofnęły wydawanie ich w dwóch ostatnich tygodniach stycznia. Dla poszukujących logiki mała podpowiedź: 26ego stycznia w Indiach obchodzone jest jedno ze świąt narodowych - Dzień Republiki. Może się mylę, ale ostatnie zamachy odbywały się raczej w datach nie mówiących nic nikomu. 11 września to też był kiedyś zwykły dzień...

Jeszcze gorzej wygląda sytuacja na hali odlotów. Tutaj wstęp mają tylko posiadacze WYDRUKOWANYCH biletów i oczywiście paszportów. Nie ma wymówki, że bilet elektroniczny itp. W tej sytuacji odprowadzający zostaje po prostu za drzwiami. Kiedy w maju odlatywałam sama do Polski, Sir przekonał jednego ze strażników, aby mu pozwolił wejść i pomóc mi odprawić bagaż, po czym oboje mieliśmy zakupić po kawce (był brutalnie wczesny ranek) i wypić ja wspólnie PRZED lotniskiem. Mało komfortowo, ale zawsze jakaś alternatywa. Niestety po 20 minutach stania w kolejce do check-in nadal byłam daleka od odprawy, a Sir musiał wyjść, bo na tyle dostał pozwolenie. Umówiliśmy się, że po odprawie bagażu spotkamy się na zewnątrz. Nadałam walizkę, kupiłam kawę i w podskokach pobiegłam do wyjścia. I tu BUM!!!! Nie mogę wyjść! Dlaczego? Przepisy! Ale przecież inny strażnik tłumaczył mi, że będę mogła wyjść i wejść z kartą pokładową!! Eee? No skąd! Ale co pan mówi? Nie, nie, nie i nie! Ciśnienie mi skoczyło tak, że spokojnie mogłabym się obejść bez kofeiny, a dzierżyłam jej w rękach dwa kubki! Żegnaliśmy się więc przez szybę, jak w jakimś tanim melodramacie, a ja nawet posoliłam sobie tą kawę roniąc łezkę. Było mi bardzo przykro, a przecież żegnałam się tylko na 2 tygodnie. Co, gdyby to były lata?? 

Na mieście sytuacja też nie lepsza. Na ulicach, rynkach widać patrole wojskowe z bronią, a już najbardziej kosmicznie wyglądają porozstawiane gdzieniegdzie zasieki z worków. Tutaj jeden z nich - czasowo pusty.


Bramki i skanery mają tu chyba wszystkie instytucje, hotele, metro. Poniżej wejście dla mężczyzn (bo są oddzielne bramki dla poszczególnych płci - kobiety powinny być kontrolowane przez kobiety) do Taj Mahal. Konfiskowane są np. zapalniczki i gumy do żucia.

Ta wieża z krzesełkiem przeznaczona jest dla strażnika na rynku - żeby lepszy zasięg miał. Jak z niej miałby szybko zejść - pozostaje dla mnie zagadką.

Patrole z kijami. O wiele jednak częściej z bronią.

Najlepsze na koniec: blokowanie ulic przez policję. Częściowe, kiedy każdy samochód musi przejeżdżać w żółwim tempie pod nosem policjantów lub całkowite. Nasze osiedle ma kilka wjazdów, ale większość z nich jest CODZIENNIE zamykane na noc, a otwierane rano. Żeby do nas dojechać, trzeba kluczyć bocznymi zaułkami, znanymi tylko mieszkańcom. Na taksówkarzy nie ma co liczyć, czasami po przywiezieniu nas według naszych wskazówek, sami muszą chwilę błądzić, zanim znajdą wyjazd. Bezpieczne?? Dla kogo?? Bo zakładam, że terrorysta ma czas, żeby przygotować sobie plan ewakuacji, a np. taka karetka pogotowia już chyba nie...

sobota, 28 stycznia 2012

Kto by pomyślał, że będę występować kiedyś w roli gospodarza dumnie lub mniej oprowadzającego gości po Delhi. Ale tak, tak! Spędzamy więc całe dnie na dworze, na słońcu, zamiast marznąć w zimnych marmurach.

Za kilka godzin wyruszamy do Dżaipuru, w którym kilka dni temu odbył się słynny Jaipur Literatur Festival, o którym w tym roku pisano głównie w kontekście kontrowersji wokół przyjazdu Salmana Rushdiego. Świetnie to opisała Lilithin na swoim blogu, więc polecam lekturę.

Do zobaczenia wkrótce :)

 

czwartek, 19 stycznia 2012

... to mamy również importowane towary o ciekawych nazwach, przynajmniej z jednej strony.

Zgadlibyście, co to za produkty i skąd? :))

Wczoraj widziałam w sklepie dżem pomarańczowy produkowany w Polsce. Fakt, duńskiej marki. Ale od kiedy to się w Polsce dżemy pomarańczowe produkuje??


poniedziałek, 09 stycznia 2012

Nie, to nie pomyłka. Gdyby Wam bowiem przyszło do głowy wybrać się w tym czasie do Wiednia, a w Wiedniu na słynny Noworoczny Koncert Wiedeńskich Filharmoników (ten, co zawsze w Nowy Rok przed południem w radio leci), to już naprawdę ostatni moment, żeby pomyśleć o biletach!! Wprawdzie ma on aż 3 edycje - próbną, Sylwestrową i Noworoczną, ale biletów na nie nie można sobie ot tak, nabyć drogą kupna. Jedyną szansą jest wzięcie udziału w losowaniu, do którego zgłoszenia przyjmowane są internetowo od 2-ego do 23-ego stycznia. Ktoś wyliczył szanse wygrania na 1% :) Na dodatek szczęśliwe wylosowanie nie zwalnia z jego opłacenia. Ceny od 30 do 940 EUR. 30 EUR to miejsce stojące. Nie mylić z naszą wejściówką. Kiedyś chodziłam sporo do warszawskiej Opery na wejściówki. Spektakle w ciągu tygodnia świeciły pustkami. Z wejściówką można było wybierać do woli, gdzie sobie człowiek chce spocząć. Można też sobie było miejsce po przerwie na dogodniejsze zmienić. W wiedeńskiej Operze, jeśli ktoś ma wykupione miejsce stojące, to ma stać, choćby wokół wszystkie fotele były puste. Widziałam kiedyś, jak upomniano osobę, która się ośmieliła złamać tą zasadę - uprzejmie, ale stanowczo.

Dla 99% chętnych, którzy nie zostali wylosowani oraz całej reszty, która sie do Wiednia przez przypadek w tym czasie zaplątała (jak my), miasto ma alternatywę: transmisję koncertu na telebimie przed Ratuszem.

Niewątpliwą zaletą jest to, że można przyjść w trakcie koncertu lub nawet po południu (czyli odespać Sylwestra), na powtórkę. Odpada problem fryzury, stroju itp. Na dodatek mieliśmy bonusy w postaci baletowych "teledysków", np. do Straussa "Nad pięknym, modrym Dunajem". Bardzo mi się podobały piękne, modre sukienki baletnic. Przypominały raczej morze w Grecji niż Dunaj, bądźmy szczerzy.

Zresztą na samego Sylwestra też lepiej przyjechać wystarczająco wcześnie. Na tyle, żeby zdążyć się zapoznać z obszernym regulaminem. Z daleka myślałam, że to może program imprez, ale po przyjrzeniu się z bliska mina mi zrzedła.

Program jednak też się znalazł! W odróżnieniu od innych miast, w których do tej pory byłam na takich imprezach, scen jest wiele, rozsianych po całej Starówce, na każdej gra się inną muzykę - oczywiście na żywo. My zrobiliśmy małą rundę po kilku z nich.  Niektóre już były tak oblężone, że ograniczano wstęp, ale ogólnie nie było tłoczno, nie było klaustrofobicznie i nawet bym powiedziała, że spokojnie. Co nie znaczy - nudno. Widok 70-letniej pani i jej koleżanek tańczących salsę bardzo mnie rozczulił.

O 24.00 wylądowaliśmy przed Ratuszem, gdzie wchłonęliśmy po 12 winogron (hiszpański obyczaj) i wypiliśmy po kieliszku tutejszego wina musującego.

Do domu wróciliśmy rozbawionym tramwajem (czy w Warszawie kursują tramwaje w Sylwestra? ) Jedna, na oko bardzo stateczna, pani w towarzystwie nie mniej statecznego męża i pary przyjaciół, popijała wino z gwinta, zagryzając pizzą z budki. I cały czas żartowała z innymi pasażerami.

Od kilku lat nie wychodzę na takie imprezy, bo przeraża mnie poziom tzw. bydła. Nie mam ochoty zarobić butelką, bo znalazłam się w nieodpowiednim czasie, w nieodpowiednim miejscu albo może nieodpowiednio spojrzałam. Nasz znajomy Wiedeńczyk zapewniał nas, że tam jest inaczej i rzeczywiście. Widziałam scenę, w której facet niechcący oblał winem drugiemu płaszcz. Tamten się odwrócił, myślę: "Nooo, zaraz będzie..." A on się uśmiechnął i powiedział: "Nie szkodzi, przecież jest Sylwester!!!"

Może muzyka rzeczywiście łagodzi obyczaje?

niedziela, 08 stycznia 2012

Przy dubajskim lotnisku wiedeńskie wygląda jak budka z hot-dogami. Środkowy korytarz tego pierwszego to po prostu jedno wielkie centrum handlowe, zatłoczone do niemożliwości. Jest Starbucks, jest francuski Paul, bar serwujący kawior i szampana. Czyli bardzo glamour i w ogóle... W jednej z knajp klienci mogą się zapoznać z menu na wręczanych im iPadach (niestety, nie na wynos :)) . Najtańszy kieliszek wina kosztuje ok. 50 PLN, najdroższy tyle, że zapomniałam cenę od razu po zobaczeniu. I w tej knajpie, na własne oczy widziałam  barmankę zlewającą resztki wina z różnych butelek do jednej... Bardzo się ucieszyłam, że nie zamówiłam tam żadnego wina, zwłaszcza rozlewanego :)

Przypomniało mi to, jak kiedyś w pewnej warszawskiej knajpie moi znajomi zamówili droższe importowane piwa i dostali je ciepłe jak zupy. Kelnerka była bardzo zdziwiona, gdy zaprotestowali, mówiąc, że przecież piwo MUSI być zimne. Rezolutnie odpowiedziała, że w sumie to ona nie wie, bo nie pije (sic!).

Czy zatem szkolenie pracownika to zbędny luksus, nawet dla firm oferujących luksusowe produkty? Kiedyś (ale bardzo dawno temu, więc nie pamiętam szczegółów) słyszałam o pewnym hotelu, w którym pozwalano pracownikom spędzać jedną noc w roku jako gość w najdroższych apartamentach. Wychodzono z założenia, że osoba, która nigdy z usługi nie korzystała, nie będzie mogła dobrze tej usługi świadczyć.

Bogactwo bliskowschodnich potentatów stoi między innymi pracą ogromnej rzeszy imigrantów, m.in z Indii i Filipin. A ci imigranci, podejrzewam, mają takie pojęcie o winie, jak ja o kuchni filipińskiej. 

piątek, 06 stycznia 2012

Nie, nie chcę tutaj zamieszczać instrukcji spożywania bezy. Jednak ostatnio ten temat był u mnie na tapecie ze względu na naszą podróż, ale też i na kochane Siostry Wizytantki, które już niebawem pojawią się w naszych progach (Dziewczyny, mam nadzieję, że podoba Wam się Wasze nowe pseudo? :) ). Zamiast więc każdemu zainteresowanemu powtarzać to samo, postanowiłam zebrać do kupy moje spostrzeżenia po 7 lotach między różnymi miastami europejskimi a Delhi w ciągu ostatniego 1,5 roku.

Po pierwsze, z zupełnie dla mnie niezrozumiałych względów, nie ma bezpośrednich lotów na linii Warszawa - Delhi (za to są loty do Wietnamu!!). Kilka miesięcy temu, będąc w polskim gronie, obwieściłam radośnie, że LOT zapowiedział otwarcie lotów do Indii. "My już to słyszymy od lat!"- uziemiły mnie bardziej doświadczone rodaczki. "Nawet jeśli będą, to na pewno do Bombaju, a nie do Delhi. To większy ośrodek biznesowy". I pomyśleć, że kiedyś LOT naprawdę latał do Delhi! Opowiadał mi o tym pewien cudzoziemiec, który mieszka w Indiach od ponad 20 lat. Bardzo sobie zresztą ich usługi chwalił.

Tymczasem trudno, nie pozostaje nic innego, jak latać z przesiadkami. Wymyśliłam sobie, że skoro tak, niech te przesiadki przynajmniej ciekawe będą, w miarę możliwości kilkudniowe. Tym sposobem spędziliśmy rok temu Sylwestra w Paryżu, a wcześniej kilka cudownych dni w Monachium. Mi się jednak marzy Stambuł i Moskwa, które jednak do tej pory jakoś nie były nam po drodze. Kwestię Moskwy komplikuje fakt, że musielibyśmy tam lecieć Aeroflotem, który owszem, często jest najtańszą opcją (nie zawsze!), ale kilka osób na taki mój pomysł postukało się w czoło. No cóż, te linie nie mają najlepszej opinii. O wiele lepiej wygląda kwestia Stambułu. Wszyscy, których pytałam, bardzo sobie tureckie linie chwalą! Poleciłam je też naszym gościom i mam nadzieję, że potwierdzą opinię.

Nie ukrywam, że latając do Delhi, zaczęłam zwracać uwagę na limity bagażowe. W Air France i Lufthansie było to swego czasu tylko 20 kg w klasie ekonomicznej (teraz na szczęście 23)! Nawet nie chodzi o to, że ja taszczę ogromne toboły ze sobą. Jednak moja walizka, chociaż należy do lekkich, na pusto waży 4 kg, więc wioząc książki, buty, kosmetyki czy jakieś swojskie smakołyki bardzo łatwo te 20 kg, choćby nieznacznie, przekroczyć. I zostać co do tego brutalnie uświadomioną dopiero na lotnisku! W Monachium musiałam przepakowac kilka rzeczy do bagażu podręcznego, bo przekroczyłam limit o 2 kg. Nawet zapytałam, ile musiałabym za ten marny nadbagaż dopłacić, ale cena (30 EUR za kg) zachęciła mnie do szybkiej reorganizacji. W Paryżu odwrotnie - przerzucałam nadprogramowy balast z podręcznego do dużego. Było nawet bardziej absurdalnie, bo pani z okienka zażądała, żebym przepakowała część rzeczy z mojej (już mieszczącej się w normie) podręcznej walizki do podręcznego bagażu... Sir'a. Tak dla lepszej równowagi... Pisałam o tym tutaj rok temu. Co do "Turków", to nie ma w tym względzie jasności. Głowę bym dała uciąć, że ktoś mnie zapewniał o 30 kg limicie, gdy na ich stronie jak wół stoi 20. Podejrzewam jednak, że oni by się marnych 2 kg nie czepiali :)

Wiadomo, że w większości przypadków priorytetową sprawą przy zakupie biletów jest cena. Czasami jednak różnice są tak małe, że można trochę powybrzydzać. Z moich rozmów wynika, że najbardziej na komfort wpływa jakość posiłków, wygoda foteli i rozrywka. Chyba nawet w takiej właśnie kolejności. Co do jedzenia, to niestety trudno mówić o faworytach. Wydaje mi się, że loty z Delhi jakichkolwiek linii lotniczych mają indyjski (wstrętny niestety) catering. Cokolwiek to by nie było, wszystko smakuje masalą. I cały samolot też nią pachnie. Dla pocieszenia, loty w kierunku Delhi, mają zazwyczaj większy wybór (w Lufthansie np. można wybrać między indyjskim, a europejskim daniem).

Niektórzy, zwłaszcza co bardziej rośli panowie, narzekają na zbyt ciasno ustawione fotele. Jasne, że w przypadku dłuższego lotu, na dodatek nocnego, brak wygodnego miejsca na nogi może być udręką :) "What to do?" - jak by powiedziała babka Veena. Można wybierać jak najkrótsze loty. Wiadomo, że lot Paryż-Delhi to kilka ładnych godzin więcej niż Stambuł-Delhi. Na oko ze 3. Jeśli mamy wybór między różnymi liniami,  polecam zapoznać się ze stroną SeatGuru, gdzie, wstukując numer lotu lub nazwę linii lotniczych i trasę, można wyszukać plan samolotu. W ten sposób łatwo sobie porównać odległość między siedzeniami w poszczególnych samolotach (pitch). No i można też unikać nocnych lotów, ale z tym akurat ciężko na tej trasie, bo z tego, co widzę, większość lotów z Europy ląduje tu rano. Poza tym dla kogoś, kto ląduje pierwszy raz w obcym mieście (w obcym kraju, na obcym kontynencie) ranny przylot zawsze będzie lepszą opcją, niż ten w środku nocy.

I jeszcze rozrywka. Wydaje się, że to głupota, ale naprawdę bardzo pomaga skrócić dłużący się lot. Pamiętam moje rozczarowanie, gdy w samolocie z Paryża okazało się, że nie ma osobistych ekranów. Na tym wspólnym leciały cały czas bollywoodzkie filmy. Koszmar! Tymczasem można w tym czasie nadrobić zaległości filmowe, muzyczne czy pograć (np. w szachy). Nie wspominając o tym, że można też na bieżąco sprawdzać trasę lotu.

W bożonarodzeniową podróż wybraliśmy się Emirates Airlines. W Dubaju co prawda się nie zatrzymaliśmy (jakoś mi się niefajnie, wyłącznie komercyjnie kojarzy, wizy trzeba wyrabiać, a i urlop nie za długi był), ale widoki z góry były zachwycające. Wręcz zaczęłam żałować swoich uprzedzeń :)

Ale Turcja piękniejsza :) (co ja mam z tą Turcją? Ostatnio mnie prześladuje :))

Tutaj już austriacka wioska wyłaniająca się spod lawiny... chmur:

Poza tym świetne jedzenie (oprócz jednego, ale trudno, taka wpadka), znośne wino, loty nie za długie i duży wybór filmów (niektóre widziałam w aktualnym programie kinowym w Wiedniu, np. ostatnia "Jane Eyre", "The Help" czy "Drive". Posłuchałam sobie płyty Adele, o której tak głośno, a ja nie miałam pojęcia, kto zacz. Czyli przy okazji zaliczyłam kino i wizytę w sklepie muzycznym :)

Do tego świetna opcja, której nie widziałam w innym samolotach (ale może to moje gapiostwo): film z kamer z przodu i dołu samolotu. Można obserwować np. lądowanie z perspektywy pilota :)

Samoloty nówki nieśmigane. Bagaż? 30 kg. Siedzenia bardzo OK. Do tego na początku lotu podawana jest informacja, w jakich językach mówią stewardzi (np. po węgiersku, arabsku, suahili i nie wiem, co tam jeszcze).

I tylko jedną wadę mają te Emiraty: nie latają do Polski...

Ale do Pragi owszem :)

czwartek, 05 stycznia 2012

... po krótkiej, acz intensywnej przerwie w europejskim narożniku, otarciu potu z czoła i rozluźnieniu nadgarstków. Jeszcze kilka podskoków i mogę zaczynać od nowa boksowanie się z rzeczywistością :)

Tymczasem Delhi zgotowało nam królewskie powitanie - na spotkanie wyszedł cały oddział wielbłądziej kawalerii:

Niestety, zanim wyjęłam aparat, panowie (i ich rumaki) prezentowali się już tylko z zadniej strony, przez co nie widać ich imponujących zakręconych wąsów! Prawdopodobnie wracali z ćwiczeń do wielkiej parady z okazji Dnia Republiki, który przypada na 26 stycznia. Pisałam o nim rok temu tutaj. Raczej nie jest to próba kostiumowa jeszcze, bo, z tego, co pamiętam, byli bardzo barwnie ubrani (i panowie, i wielbłądy).

Wczoraj przez pół dnia odsypiałam podróż tudzież uzupełniałam lodówkę, a dzisiaj zakasałam rękawy i zaczęłam odgruzowywać mailowe i blogowe zaległości. 

Czuję, że w tym roku to się będzie działo... Zresztą w Indiach nie ma innej możliwości :)) Oby się nam - wszystkim, wszędzie -  działo tylko pozytywnie!

Wszystko będzie nowe - głosi napis na remontowanym sklepie przy Mariahilfestrasse w Wiedniu.

środa, 21 grudnia 2011

Znowu Święta! Jak to? Dopiero skończyły się poprzednie, ze stołu sprzątnięte, pozmywane, a tu wszystko od nowa: szczotki w ruch, gary, miksery, do stołu nakrywać... Wszyscy tacy zalatani, że taczek nie mają czasu załadować. Dociera do mnie co nieco świątecznej atmosfery. Można w Indiach kupić choinkę, tu i ówdzie widać dekoracje. Oczywiście przoduje pod tym względem katolickie Goa, gdzie nawet my się załapaliśmy na trochę kristmasa. Poniżej zdjęcie z hotelowego hallu. Jak widać, dzieci pod każdą szerokością geograficzną reagują na choinkę tak samo: DOTKNĄĆ! (Przyznać się, kto przynajmniej raz nie stłukł bombki "oglądając" :)) 

Cieszę się jednak, że jestem trochę poza. Jak każdy owczy pęd, i ten wywołuje u mnie opór. Zamiast oderwać się od codzienności, wiele osób dokłada sobie do kieratu, "bo święta". 

Z tymi listami do Mikołaja to też jest niezły przekręt. Wydaje się, że to świetny interes: napiszę list i dostaję prezent. Gdy jednak sobie dumałam, co bym chciała dostać, wyszło mi, że właśnie... list, a najlepiej kilka. Nie ma lepszego i hojniejszego prezentu, niż czas, uwaga, zaufanie, a to jest właśnie niezbędne do napisania listu (ok., mail też podpada pod tą kategorię, ale nie trzyzdaniowy! :) ).  Można pierogami wyrażać miłość, ale słowa to jednak  danie de luxe, nie rezygnujmy z nich! 

Ja Wam, kochani znajomi i nieznajomi Czytacze i Czytaczki, życzę spędzenia tych Świąt po swojemu, jako przyjemnej (ale nie banalnej) wycieczki od codzienności i okazji, by się jej (i sobie) przyjrzeć z dystansu. Można niezłe dziwy ujrzeć :)) 

Dobrze, ja jednak długo na koturnach nie wytrzymuję :)) To jeszcze świetnej imprezy Sylwestrowej. Poniżej przygotowania do nocnych tańców hulańców na goańskiej plaży. 


niedziela, 18 grudnia 2011

Długo po festiwalowej porażce nie płakaliśmy (właściwie w ogóle :)). Wzięliśmy listę z programem - festiwal nas może ominąć, ale filmy nie muszą, poszukamy ich gdzie indziej :) W rezultacie mieliśmy więcej czasu na przyjrzenie się stolicy Goa, Panaji i wycieczki po okolicy.

Pierwsze moje zaskoczenie: w Panaji można spacerować ulicami, co w Delhi nie jest tak oczywiste. Co prawda trzeba uważać na rowy przy krawężnikach, ale to naprawdę drobiazg. Budynki są raczej niewysokie, jest też kilka kamienic. Kiedy ja ostatnio widziałam kamienicę? W ogóle w Panaji często miałam wrażenie déjà vu. Bardziej przypominało mi śródziemnomorskie miasteczko, niż Indie. Czemu się dziwić, Portugalczycy przybyli tu na początku XVI w., a "wyprowadzili" się dopiero w latach 60-tych XX wieku. Starsi ludzie mówią jeszcze po portugalsku, pełno jest tu portugalskich nazwisk, nazw budynków, dzielnic itp. Większość mieszkanców Goa jest (dumnymi) katolikami, kościoły widać na każdym kroku. Poniżej barokowy kościół Niepokalanego Poczęcia z 1540 roku...

... i widok z jego schodów na miasto:

Wiele domów było świeżo pomalowanych na bardzo żywe kolory. Jednak nawet te zaniedbane miały w sobie wiele uroku.

Szczególnie spodobała nam się dzielnica Fontainhas, gdzie portugalskie wpływy są najbardziej widoczne. Jest tu też kilka ciekawych knajpek.

Zamiast hinduskich swastyk widać krzyże i... koguty.

I takie retro-cudo odkryliśmy (bo normalnie na ulicach jeżdżą niemal wyłącznie nowe i bardzo nowe samochody).

Tagi: Goa
11:20, asiaya , W drodze
Link Komentarze (10) »
niedziela, 11 grudnia 2011

Spędziliśmy pół dnia na goańskim lotnisku w oczekiwaniu na nasz samolot do Delhi, którego odlot przekładano 4 razy. Lotnisko to, powiedzmy sobie szczerze, nie oferuje zbyt wiele rozrywek, aczkolwiek, owszem, reprezentuje bardzo nowatorską oprawę wizualną. Miejsca dla osób niepełnosprawnych są np. udekorowane następującą ilustracją (nazwałam ją Madonna współczująca) :

Zamiast popularnych u nas gipsowych figur krasnoludków, gdzieniegdzie pojawiają się figury à la Gandhi:

Na dwóch (z trzech dostępnych w naszej sali odlotów) ekranach leciał bollywoodzki serial. Po najświeższe informacje o locie trzeba było co chwilę biegać na drugi koniec sali do jedynego ekranu pokazującego aktualne czasy  odlotów. Lub bezpośrednio do bramki. W zasadzie mogliby zorganizować nawet karaoke, bo mikrofon do zapowiedzi był ogólnie dostępny – wisiał sobie na ścianie przy wejściu do poczekalni. Sir namawiał mnie, żebym zaśpiewała do mikrofonu, ale obawiałam się, że szybko spacyfikowałyby mnie służby antyterrorystyczne.

Gdy w końcu dostąpiliśmy zaszczytu wstąpienia do bram... mhmm... niebiańskich, okazało się, że mamy do wyboru dwa loty: do Delhi i do Chennai. Pierwszy raz widziałam, żeby jednocześnie „boardingowano”  dwa samoloty w tej samej bramce! Ekran nad nią zgłupiał i nie pokazywał już żadnej informacji, więc pasażerowie pytali wszystkich wokół: „Dokąd ten lot?” Ja na wszelki wypadek zapytałam nawet stewardesę witającą nas w samolocie.  Sir (esteta jeden!) stwierdził, że wsiada do samolotu po lewej, bo jest fajniejszy. Można i tak.

W ramach rekompensaty wszyscy dostali darmowy posiłek, co zostało przyjęte oklaskami  (to tanie linie lotnicze, więc normalnie się płaci). Kapitan przeprosił za spóźnienie i dodał rezolutnie, że przylecieć wieczorem do Delhi „is also good!”. Ogólnie był bardzo wyluzowany i powtarzał „anyway” i „relax”. Pomyślałam, że dostał jakieś dobre szkolenie z adaptacji kulturowej (nie był Indusem). To jest właśnie to, co wszyscy zalecają obcokrajowcom, którzy przeprowadzają się do Indii: WYLUZUJ! Co to znaczy w praktyce? Trzeba się pozbyć uczucia, że człowiek ma na cokolwiek wpływ lub jakikolwiek wybór! Im szybciej, tym lepiej. Trzeba też nauczyć się zbyt wiele nie chcieć, a przynajmniej niezbyt szczegółowo. Kiedyś np. zamawiałam przez telefon  wodę mineralną określonej marki (kilka kartonów), a z reguły przywożono mi dokładnie tą drugą. Co ciekawe, gdy zamawiałam tą drugą, przywożono mi ... pierwszą! I tak w kółko. Od razu chwytałam za telefon i reklamowałam. Dzisiaj nie tylko przyjmuję przesyłkę („is also good!”, a raczej „also fuj!”), ale nawet zamawiając wyrażam doskonałą obojętność . Na podchwytliwe pytanie sprzedawcy, jaką markę sobie życzę (znam te twoje numery, znowu przyślecie mi coś dokładnie odwrotnego i będę się denerwować), odpowiadam: „Jaką PAN sobie życzy!!” Taka jestem cwana :)

A kapitan miał rację! Bonusem wieczornego powrotu okazał się widok zachodu słońca tak piękny, jak tylko z samolotu można obserwować:

czwartek, 08 grudnia 2011

Plaża jest (przeważnie) pustawa i nie otaczają nas tłumy, jak to bywa na indyjskiej ulicy. Jednak nawet tutaj widać ludzi, którzy korzystają z każdej szansy, by zarobić parę groszy. Najczęściej widuję Induski sprzedające cieniutkie plażowe koszule i biżuterię. Jednak są i bardziej oryginalne pomysły na życie. Nie wiem, czy bardziej intratne...


Po złożeniu "scena" jest przenoszona:

Tagi: Goa
20:13, asiaya , W drodze
Link Komentarze (2) »
środa, 07 grudnia 2011

Chciałabym mieć taki wybór przynajmniej raz w tygodniu...

Przepiękne kolory, nigdy nie widziałam takich kolorowych (hehehe) lobsterów. Szkoda, że po ugotowaniu wszystkie stają się różowe.

Nasza barrakuda. Nie patrzy jej dobrze z gęby. Bo to drapieżnik jest!

Rekin sąsiadów. Sir stwierdził, że tutaj raczej więcej rekinów jest zjadanych przez ludzi, niż odwrotnie. 

Tagi: Goa
18:00, asiaya , W drodze
Link Komentarze (12) »
wtorek, 06 grudnia 2011

Wypływa o zmierzchu na łódeczce z dwóch kawałków drewna powiązanych sznurkiem. Kilka godzin wcześniej w tym samym miejscu rozwrzeszczana dzieciarnia zataczała kółka na skuterze wodnym. Czyli Indie właśnie.

Zdjęcia by Sir 

Tagi: Goa
20:05, asiaya , W drodze
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 05 grudnia 2011

Najpierw szliśmy, szliśmy, szliśmy. Potem zwrot w tył i szliśmy, szliśmy, szliśmy. Po drodze mijaliśmy tylko ptaki, psy i jedną krowę. Kilka osób, ale z daleka. I tej plaży ponoć jest 27 km. Jutro idziemy w drugą stronę.

Jeśli bym miała się do czegoś przyczepić, to chyba tylko do tego, że zmrok zapada zbyt wcześnie (ok.18.00) I woda w morzu za ciepła :)

Poza tym mamy w hotelu mnóstwo Rosjan i nieco Polaków. Ludzie, nie kłóćcie się publicznie z małżonkami, myśląc,że nikt was nie rozumie :)

Tagi: Goa
19:45, asiaya , W drodze
Link Komentarze (10) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
Wszystkie zdjęcia i teksty, o ile nie zaznaczono inaczej, są mojego autorstwa i do mnie należą prawa autorskie. Jeśli chcesz skorzystać - zapytaj.