O życiu z oddali, czyli z Delhi. Dzień po dniu zdrapuję lakier egzotyki z indyjskiej codzienności, aby pokryć ją patyną własnych doświadczeń. Czasami jednak muszę uciec stąd i o tym również piszę.
sobota, 19 maja 2012

Khadi to ręcznie tkany materiał bawełniany/jedwabny/wełniany. Splot ma trochę grubszy, nieregularny. Jedwabie są dosyć sztywne, szorstkie.

Jednak to nie zalety tych tkanin sprawiły, że khadi odegrał tak ważną rolę w historii Indii. Mahatma Gandhi uczynił z niego ważny symbol walki o niepodległość (tutaj kilka jego wypowiedzi na ten temat). Jak Indie długie i szerokie zapłonęły stosy ubrań sprowadzanych z Anglii, ogłoszono ich bojkot i wezwano do ubierania jedynie odzieży wyprodukowanej w Indiach. Sam Gandhi dawał przykład, nie rozstając się z kołowrotkiem (charkha) nawet podczas ważnych spotkań. 

fot. Margaret Bourke-White, więcej zdjęć kołowrotków w Indiach tutaj

W khadi Gandhi złożył również oficjalną wizytę w dżdżystym Londynie.

fot.http://astroppm.blogspot.com

Wyłącznie z khadi szyje się indyjskie flagi. Tak nazywają się również sklepy sprzedające ręcznie tkane ubrania, nie wszystkie tak skromne, jak te, które nosił swego czasu Gandhi. Natomiast jego podobizna nadal jest wykorzystywana w celach marketingowych. 

Khadi 1

Khadi 2

Można w nich kupić również kosmetyki ayurwedyjskie, wykorzystujące lokalne surowce... 

khadi 8

Khadi 4

Khadi 5

jak również zioła lecznicze, suplementy itp. Poniżej sok z amli, liściokwiatu garbnikowego, czyli indyjskiego agrestu. Szczególnie polecany ze względu na wysoką zawartość witaminy C i właściwości bakteriobójcze. W smaku koszmarnie cierpki :)

khadi 3

Można tam też znaleźć leki na całkiem współczesne bolączki:

Khadi 6

Czegoś takiego Gandhi raczej nie zażywał:

Khadi 7................................................

A dzisiaj - o ironio! - przeczytałam na Olzusowym blogu o pomysłach pewnej Angielki zastąpienia bielizny Made in China majtami szytymi od A do Z w Wielkiej Brytanii!

niedziela, 06 maja 2012

Wpadliśmy na wystawę polskiej grafiki współczesnej w Lalit Kala Academy, czyli Narodowej Akademii Sztuk Pięknych. Wystawa mile zaskoczyła i rozmiarami, i różnorodnością. Przy okazji zaszliśmy na sąsiadującą wystawę młodych artystów z Kalkuty.

Kalkuta to taki indyjski Kraków: była stolica z tradycjami intelektualno-artystycznymi, gdzie nie wypada pisać "Witam" we wstępie listu ;)

Wystawa pl grafika 1

Poza tym zaczęły się już porządne upały - mój termometr pokazuje 36 stopni w cieniu. Świetna pogoda na przejażdzkę cabrioletem (mignął nam dzisiaj i uświadomiłam sobie, że to chyba pierwszy cabriolet, jaki widziałam w Delhi) lub... słoniem po przyjemnie opustoszałych ulicach. 

slon 1

slon 2

Miłej niedzieli, zostało Wam jej 3,5 godziny więcej, niż nam :)

piątek, 04 maja 2012

Zdecydowaliśmy się więc na nowe mieszkanie. Jest ich teraz w Delhi sporo, bo nowe apartamentowce wyrastają jak grzyby po deszczu. W zasięgu 1 km od mojego domu wyrosło ich co najmniej 4 w ciągu ostatniego roku. Burzy się stare parterowe budynki, a na ich miejsce powstają 3-4-5 piętrowe. Estetyka ich przypomina bardzo zachodnią (kuchnie, łazienki), używa się jednak nieporównanie więcej kamienia (marmury, granity), co mi się wydaje totalnie niepraktyczne w łazienkach. Do mycia tego nie można używać niektórych środków czystości, np. odkamieniaczy. Trzeba uważać, żeby nie kapnąć na nie np. żelem do toalety, bo autentycznie wypala dziurę w powierzchni. Nie stosuje się też drewna (co najwyżej cieniutkie panele - rzadko). Typowo indyjski pozostaje sam układ mieszkań: zamknięta kuchnia, salon, jadalnia często w głębi mieszkania, bez zewnętrznego okna (jest otwarta na salon albo na wewnętrzny dziedziniec) oraz mnóstwo sypialni z przylegającymi łazienkami. W łazience wanny nie uświadczysz (widziałam tylko raz), przeważają prysznice wyłożone glazurą lub kamieniem (nie ma brodzików). Natomiast w łazienkowej podłodze jest zazwyczaj kilka odpływów przykrytych sitkiem. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego te sitka nie są przytwierdzone na stałe. Poprosiłam właściciela, żeby je poprzyklejał. Przysłał ekipę, a po ich wyjściu dopiero co doczyszczona łazienka i kuchnia wyglądały jak po burzy piaskowej. Nie mam pojęcia, co to za technika, podziwiam rozmach.

Delhi, 17.10.2010 010

Wadą tego typu pryszniców jest to, że nieodpowiednio uszczelnione (czyli prawie wszystkie) po prostu przeciekają. Na podwieszanym suficie w łązience już zaczęły się pojawiać plamki i lojalnie poradziłam właścicielowi, żeby sprawdził prysznic sąsiadów z góry, bo ewidentnie przecieka (mieszkanie na górze jest identyczne, właścicielem jest wujek naszego, ale je również wynajmuje). Na razie to nie jest problem, ale za 2 lata sufit będzie do wymiany. Spojrzał na mnie, jak na wariatkę, a potem stwierdził, że zacieki powstały w wyniku użytkowania prysznica PRZEZ NAS. Zapytałam go od kiedy to woda leci DO GÓRY??? Potem jednak machnęłam ręką, bo szkoda mojego czasu na rozmowy z tym typem. Na razie plamki są niewielkie, a gdy zbutwiały sufit zwali się komuś na głowę, to to już nie będę ja :))

Odpływ pod zlewem w kuchni to dyndająca rurka wpuszczona w dziurę w podłodze (we wszystkich mieszkaniach). Nietrudno się domyśleć, że łatwo o zalanie całej kuchni, a i widok ziejącej czarnej dziury pod zlewem mnie nie bawi. Dopiero na naszą prośbę umocowano ją w odpływie:Delhi, 17.10.2010 005

Poza tym przeciekały WSZYSTKIE odpływy w zlewach (a mamy ich 4). W jednym z nich (który zresztą nam się szczególnie spodobał przy oglądaniu mieszkania), trzeba było wymienić rurkę odpływu, gdyż w założeniu miała się ona znajdować w lini prostej pod baterią, tak jak tutaj. Niestetyż przy montażu się bateria przesunęła w prawo (tu się robi wszystko na oko, już to przyuważyłam), a metalowej rurki niestety nie dało się wygiąć w lewo. Zamontowano ją jednak, a jakże, z tym, że tworzyła raczej atrapę odpływu (akurat dla oglądających mieszkanie), natomiast przy pierwszym użytkowaniu okazało się, że więcej wody spływa OBOK niż w niej. Zastąpiono ją więc harmonijkową rurką z tak cienkiego plastiku, że spokojnie można ją przebić szpilką. Nie wspomnę o takim szczególe, jak estetyka. 

Delhi, 17.10.2010 011

Najlepsze jednak było przed nami. W jednej z łazienek zauważyliśmy, że odpływ w sedesie nie funkcjonuje dobrze i często się zapycha. Przysłano nam fachowca. Ponieważ byliśmy umówieni na mieście, zostawiliśmy go medytującego nad kibelkiem w towarzystwie właściciela mieszkania. Po powrocie nie zastaliśmy ich już, natomiast toaleta prezentowała się jak niżej:

WC, 13.10.2010 011

Szlag nas trafił! Nigdy wcześniej nie widziałam, żeby trzeba było zrywać sedes w celu przepchania go. Jeszcze przed naszym wyjściem właściciel tłumaczył nam, że to drobnostka, a nie wada montażu (do tej pory nie byłam też świadoma, że można źle zamontować coś tak prostego, jak kibel). Zresztą, chociaż się nie znam, to widzę w podłodze jeden otwór, a w sedesie chyba ze 3, więc coś tu chyba nie gra. Następnego dnia fachowiec skończył robotę (nie wiem, co tam zrobił, dla własnej zdrowotności wolałam się nie zbliżać). Ważne, że sedes, póki co, działa.

 Następnie właściciel, z własnej inicjatywy, przysłał panów do wymiany niedziałąjących żarówek (twierdził, że wszystkie powinny być sprawne i sam je reklamował w firmie, która budowała dom!). Lamp i lampek jest tu bez liku, więc nawet nie zauważyliśmy kilku zepsutych żarówek. Były inne, pilniejsze potrzeby, a ten się uparł na te lampy!. Musiałam czekać na faceta z firmy budowlanej, który przyszedł... policzyć żarówki. Nie wymienić. Policzył, zapisał i poszedł. Za tydzień znowu to samo. Myślałam, że już kogoś do wymiany przysłali, ale drugi wysłannik również policzył, zapisał i poszedł. I jeszcze jeden. Dopiero czwarty (w parze z piątym) przyszedł je wymienić. Liczba się nie zgadzała, więc wysłał piątego na rynek po brakujące żarówki. Nadmienię też, że oprócz żarówek panowie ze sprzętu posiadali śrubokręt i nic więcej. Dobrze, że mamy drabinę składaną, bo inaczej chyba by musieli robić akrobacje, żeby wspiąć się do sufitu (może dlatego przyszli w parze). Z naszą drabiną obskoczyli zresztą wszystkie mieszkania w domu (nikt inny nie miał!). 

Po niedługim czasie zepsuł się dzwonek u drzwi, co zapewniło nam błogi spokój od natrętów zresztą. Długo się tak jednak nie dało i w końcu zawitał odpowiedni fachowiec. Dzwonek zadziałał, ale zdecydowanie zmienił położenie:

P1200398

Spytałam pana, czy zamierza tak to zostawić. No tak, bo on jest przecież tylko od naprawiania, a dzwonek już działa. Zadzwoniłam do właściciela i zapytałam, czy według niego to ok, że dzwonek w swojej nowej naprawionej odsłonie zwisa na kablu z dziury w ścianie. Pogadał z fachowcem i stwierdził, że tak, OK, a poza tym fachowiec nie ma narzędzi do zamocowania dzwonka. Że wróci dokończyć. Oczywiście wszyscy troje wiedzieliśmy, że to to bujda. Na początku postanowiłam zostawić to w tym stanie (skoro tak chce, to niech tak ma), ale za każdym razem, gdy przechodziłam obok, drażnił mnie ten widok i koniec końców sama go zamocowałam i zagipsowałam dziurę.

Podobny numer odstawili panowie montujący klimatyzację. Po ich wyjściu ściana nadawała się do remontu:

Delhi octubre 2011 011

Nie dość, że wyrąbali dziurę wielkości pięści (a mogli przecież zasłonić ją skrzynią klimatyzacji), to upstrzyli ścianę wokół śladami brudnych łap! Na dodatek nie wiedzieli (ale szczerze!), o co się czepiam. Znajomi, którym o tym powiedziałam, poradzili, żebym wzięła ekipę do malowania ścian. Ja jednak wolałam sama zagipsować tą dziurę i pomalować ścianę. W gruncie rzeczy to jest bardzo relaksująca praca - w odróżnieniu od kontaktu z indyjskimi fachowcami.

*No i jeszcze dodatkowo relaksuje mnie to (a propos tytułu :))


czwartek, 03 maja 2012

Wpis zainspirowany duo.na i jej przygodami z chińskimi kranami

Mam świetny pomysł na zwiedzanie Delhi: zadzwońcie do 2-3 pośredników i powiedzcie, że właśnie przeprowadziliście się do tej prześwietnej metropolii i szukacie mieszkania. Przygotują Wam kilka propozycji, obwiozą klimatyzowanym samochodem (choć tu zdarzają się wyjątki) i jeszcze na dodatek wprowadzą do mieszkań. Niekoniecznie pustych. Czyż nie jest to spełnienie marzenia podróżnika - znaleźć się za kulisami indyjskiej codzienności?

Myślę, że przy turystycznym podejściu może to być bardzo pouczające, a nawet zabawne. Dla tych, którzy muszą jednak zdecydować się na jedno z tych mieszkań - nieco deprymujące. 

Co roku myślimy o zmianie mieszkania. Nasze jest dla nas zdecydowanie za duże (tutaj po prostu nie ma małych mieszkań, szczególnie tych w tzw. porządnych dzielnicach i jako takim standardzie), okolica spokojna (czyt. nudna). Jest nowe i czyste (nie muszę się brzydzić np. łazienki). Dodam, że obecnie jest zdecydowanie bardziej czyste, niż gdy się do niego wprowadzaliśmy.

Jego największą wadą (oprócz powierzchni i lokalizacji) jest jednak właściciel i jego wścibska mamusia - parka z piekła rodem, którym w głowie tylko $$$$$. Co miesiąc słyszymy (właściwie tylko Sir, bo ze względu na moją narastającą alergię i niewyparzony język jestem litościwie zwolniona z comiesięcznego obowiązku oglądania ich gąb), że przy odnawianiu umowy (co 11 miesięcy), będzie podwyżka. Ile? Zależy od rynku, cokolwiek przez to rozumieją. Rok temu wyniosła 5%, ale wynegocjowaliśmy ją jeszcze przed wprowadzeniem się (tak, podwyżkę po 11 miesiącach). Ostatnio jednak, przy przedłużaniu umowy, właściciel nie chciał się określać zawczasu - nie mógł przeboleć, że rok wcześniej stracił taką piękną okazję, żeby nas oskubać jeszcze bardziej. Pewnie szykuje dla nas grubą niespodziankę i może to w końcu zmobilizuje nas do rozejrzenia się za czymś bardziej odpowiadającym naszym potrzebom. 

Niestety, to nie takie proste i muszę się do tego psychicznie przygotować, mając w pamięci koszmar poprzednich poszukiwań. Nowym czytelni(cz)kom blogu polecam lekturę starszych wpisów na ten temat - są zalinkowane po prawej stronie.

Najgorsze są łazienki i kuchnie, czyli właśnie to, co dla mnie najważniejsze. Przeważa estetyka a la zapuszczony gierkowski akademik:

Delhi julio agosto 2011 120

Delhi julio agosto 2011 124

Delhi julio agosto 2011 088

Szkoda tylko, że wynajem za taki "akademik" ZACZYNA się od ponad 4 tys. PLN. 

Delhi julio agosto 2011 154Łazienka powyżej była zachwalana argumentem, że "tu mieszkali Niemcy" :)

Delhi julio agosto 2011 121Łazienka po małym liftingu, czyli dosztukowane kafelki i gipsowane dziury. Zostałam zapewniona, że właściciel może ją wyremontować na moje życzenie. Oczywiście marzę o tym, żeby robić za nadzorcę remontu w czyimś mieszkaniu, dodatkowo płacąc niemały czynsz. Nie wspominając, że w Indiach to jest strasznie frustrująca praca, bo jak wytłumaczyć komuś, że coś spieprzył, kiedy on tego NIE WIDZI. 

Delhi julio agosto 2011 139W ramach wyjątku - kuchnia. Nie mogłam się powstrzymać przed pokazaniem tej wykładanej marmurem oazy luksusu. Całe mieszkanie zresztą zasługuje na uwagę i niewykluczone, że jeszcze tu zagości.

Delhi julio agosto 2011 101

Łazienka po kompleksowym remoncie - zachowany tu jest typowy indyjski odsłonięty prysznic. Czyli podczas ablucji rozchlapujemy wodę po całym pomieszczeniu. Przecież nie my ją będziemy wycierać! Muszę przyznać, że w nowych mieszkaniach już ich nie widuję.

Okazało się zatem, że nie ma co liczyć na to, że znajdziemy mieszkanie używane w dobrym stanie. "Używane" równa się w Delhi "zasyfione". Nasz broker od początku nam to powtarzał, ale oczywiście musieliśmy to zobaczyć na własne oczy. 

"Nowe" jednak też nie znaczy "idealne". Przez pierwszy miesiąc przez nasze mieszkanie przewinęło się kilkunastu fachowców, co - według właściciela - jest najzupełniej normalne, gdyż "nowe mieszkanie jest jak noworodek, który musi zostać gruntownie przebadany". Mówiłam już, że on jest durny?

Znowu się rozpisałam, a to miał być tylko wstęp. CDN!

sobota, 28 kwietnia 2012

A więc długi weekend w mieście. Jeśli nie wiadomo co począć z "tak pięknie rozpoczętym wieczorem", warto sprawdzić program India Habitat Centre, kompleksu kulturalno - konferencyjnego w centrum New Delhi, niedaleko Ogrodów Lodi.

Zaprojektował go Joseph Allen Stein, amerykański architekt pracujący przez większość swego zawodowego życia w Indiach. Przy samej Lodhi Road stoi więcej ważnych budynków jego autorstwa, dlatego Delhijczycy nazywają tą okolicę żartobliwie "Steinabad".

W IHC mieszczą się siedziby kilkudziesięciu instytucji i organizacji. Jest sala widowiskowa, wystawowa, kilka restauracji i nie wiem co jeszcze! Nie wszystkie są bowiem dostępne publicznie, niektóre imprezy są tylko dla członków Klubu IHC (a jakże, w końcu to Indie!). My zapisaliśmy się do klubu filmowego, który organizuje od czasu do czasu przeglądy, ale prawdę mówiąc, wcześniej też na nie chodziliśmy i nikt nigdy nas o kartę członkowską nie zapytał. 

Będąc turystycznie w Delhi warto sprawdzić, czy wieczorem nie ma akurat w IHC pokazu tańców indyjskich. Wstęp zazwyczaj jest wolny (ale lepiej upewnić się telefonicznie). 

Delhi, IHC, 12

Delhi, IHC 13

Delhi, IHC, 8

Delhi, IHC, 7

Delhi, IHC, 9

 Delhi, IHC, 5

Delhi IHC

Delhi , IHC 2

Delhi, IHC 14

Delhi, IHC 6

Delhi, IHC, 11

Delhi, IHC 10

Delhi, IHC 3

Delhi, IHC 4

piątek, 27 kwietnia 2012

Powinno być już ze 38 stopni, a tymczasem mamy przyjemne 30. Na dodatek kilka razy w tygodniu PADA (burze z piorunami)! O tej porze roku NIGDY w Delhi nie padało. Z jednej strony dobrze, bo temperatury po burzy spadają nawet do 23 stopni, z drugiej strony - uaktywniły się komary! Podczas deszczów zanika czasami sygnał w kablówce - zupełnie jak w monsunie - i widzimy taki oto komunikat:

W przypadku silnego deszczu na odzyskanie sygnału proszę czekać, aż przestanie padać.

tele monsun

Mimo wszystko przestawiliśmy się już na letnie menu: wodę kokosową (wprost z kokosa albo z puszki - import z Tajlandii), melony, mango itp.

Delhi abril 2011 012blox

czwartek, 26 kwietnia 2012

Ponoć, żeby nie zwariować w Delhi, należy często wyjeżdżać. Weszłam na stronę, która w założeniu ma inspirować do podróży. Należy wpisać swój budżet na bilet lotniczy, a ona pokazuje nam, dokąd można za to polecieć. Jednym z miejsc, jakie mi zasugerowano, był... Kabul. 

Mieliśmy jechać do Shimli i oczywiście ZNOWU się okazało, że bilety na pociąg z Kalki do Shimli wykupione są na na kilka miesięcy do przodu. Zważywszy, że to już drugie nasze podejście, chyba ustanowiliśmy tradycję! 

O tej porze roku większość destynacji w Indiach odpada ze względu na temperaturę (o Radżastanie można zapomnieć). Zostają Himalaje. Niestety, żadna to tajemnica i WSZYSCY się tam o tej porze wybierają. Już, już rozważaliśmy Kathmandu, gdy się okazało, że na ten sam pomysł wpadło przynajmniej troje naszych znajomych (plus ich rodziny i znajomi). Wyobraziłam sobie nepalskie Krupówki i wymiękłam.

Machnęłam więc ręką na weekendowe wypady i zabrałam się za planowanie wakacji w pewnym bardzo egzotycznym kraju z zabytkowymi pociągami. Kupiłam bilety, zabrałam się za hotele, ale wyszukiwarka uświadomiła mi, że:

It's busy in Sopot/Warsaw/Cracow/... on your selected days, so prices might be higher than normal. Tip: Try different dates if you can.*

Idźcie sobie pograć gdzie indziej, chłopaki!

--------------

Póki co - zdjęcia naszego jaipurskiego hotelu. Można dostać oczopląsu, ale przynajmniej nie pozostawia wątpliwości, gdzie się budzisz!

hotel 3

hotel 4

jaipur hotel 1

hotel 7

hotel 8

hotel 9

hotel 11

* W wybranych przez Ciebie datach jest duży ruch  w Sopocie/Warszawie/Krakowie, więc ceny mogą być wyższe. Rada: Wybierz inne daty.

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

obiad poludniowoindyjski 1

Thali - zestaw dań, składający się z różnych chlebków, ryżu, warzyw, marynat, sosów.

fot. Wikipedia

Tiffin carrier, czyli dabba, czyli po prostu menażka na obiad. W Bombaju istnieje cały rozbudowany system dostarczania obiadów z domów do miejsc pracy. W Delhi tego nie widuję, aczkolwiek sąsiadowi, właścicielowi sklepu na naszym rynku, służący przynosi codziennie obiad w takiej właśnie menażce. Widziałam też wersje plastikowe, przypominające duże termosy.

Krótki film o dabbawallas:

Wbrew pozorom, Indusi nie jedzą codziennie poza domem i nie za bardzo mają zaufanie do street food. Nie ma to, jak domowy posiłek! My też, po ograniczeniu ilości posiłków "na mieście" zauważyliśmy dużą poprawę stanu naszych żołądków :)

sobota, 21 kwietnia 2012

Tradycyjna kuchnia bengalska obfituje w dania rybne. Ojciec mojej znajomej, pochodzący właśnie z Bengalu, je ryby codziennie! Nie dziwi zatem, że największy targ specjalizujący się w rybach znajduje się w dzielnicy zamieszkałej przez Bengalczyków, Chittaranjan Park.

Jeździmy tam zazwyczaj raz w miesiącu, zawsze wieczorem (otwiera się po południu). Ciężko było na początku się połapać w nieznanych nam gatunkach ryb. Zapisywaliśmy w notesie i sprawdzaliśmy w domu w Google :) Preferujemy ryby morskie, a Bengalczycy jedzą też słodkowodne. W końcu zdecydowaliśmy się na red snapper (Wikipedia twierdzi, że w Indiach są to inne, podobne gatunki, nieprawidłowo nazywane red snapper, ale kto by wnikał) oraz bramę (po łacinie brama brama). Obie są bardzo smaczne!

Sam targ może nie powala aseptycznością, ale dzięki dużemu przerobowi ryby są rzeczywiście świeże, o wiele bardziej niż w nielicznych sklepach, które widziałam, gdzie może ryby były przechowywane w lodówkach, ale za to o wiele za długo ;). Sir jest poza tym niezłym ekspertem, jeśli chodzi o kupowanie ryb i kitu mu nie wcisną!

Niestety wraz z przyjściem lata musimy zaniechać naszych wypraw. Ryby nie znoszą dobrze upałów, ruch na targu słabnie, mniej klientów, mniej towarów. Za to więcej much! Wrócimy w październiku.

delhi, targ rybny 2

Delhi targ rybny 1

Delhi, targ rybny 3

Delhi, targ rybny 5

Delhi, targ rybny 6

Delhi, targ rybny 7

Delhi, targ rybny 4

Delhi, targ rybny 8

czwartek, 12 kwietnia 2012

Dwa dni temu śniło mi się, że pada deszcz. Bardzo nie chciałam się obudzić. Oczywiście okazało się, że ten szum to tylko wiatrak pod sufitem, a nie plucha za oknem. Tak, wiem w Polsce przednówek i kiełkujące w piwnicy ziemniaki, a ja tu marudzę ;) Wszyscy czekają na słońce i co najmniej dwadzieścia w cieniu. Mam!!! Komu? Komu? Zbywa mi z 10 stopni.

Upały w Delhi to nie tylko dyskomfort termiczny. To także przerwy w dostawie prądu i bolesny deficyt wody. Jeszcze na dobrą sprawę się nie zaczęły, a już kontener z wodą codziennie parkuje na ulicy - czy to przed naszym, czy przed sąsiadów domem. 

Upały to też problemy żołądkowe. Mieszkając tu dłużej może człowiek i nabywa odporności, ale jak zaraza dopadnie, to porządnie. 3-4 dni to absolutne minimum i nie ma zmiłuj. Nikt przy zdrowych zmysłach nie je w tym czasie mięsa czy ryb (które nawiasem mówiąc i w innych porach roku są też dosyć ryzykowne i mało apetyczne), mogą być kilkakrotnie rozmrożone i zamrożone.

Wysyp owoców rekompensuje inne braki. Mamy teraz sezon na papaje, arbuzy, a za moment pojawi się przepyszne mango! Sir wynalazł absolutnie fantastyczny przepis na chłodnik pomidorowo-arbuzowy i już się uzależniłam!

A tego dnia (tego dwa dni temu) naprawdę rozpętała się burza. Deszczu było co prawda tyle, co w naparstek, ale piaskuuuu... Wyszłam na balkon zamknąć drzwi i wróciłam zgrzytając zębami. Potem przez całą noc błyskało. Na sucho. Takich rzeczy w Delhi o tej porze roku nawet S. nie widziała. A mieszka tu już prawie 30 lat (na oko, nie śmiem pytać ;) )

---------------------------------------------------------------

Poniższe zdjęcia miały być z okazji Wielkiej Nocy, ale się okazało, że święta podstępnie minęły, zanim się zdążyłam zorientować!

O jajkach mianowicie miało być! Można złapać taką zgrzewkę z ulicy (może już nawet ugotowane  - w tej temperaturze wcale bym się nie zdziwiła ;) :

jajka rynek

Ale są też i takie arystokratki z rodowodem (near organic!! czyli: stały obok ekologicznych). Na każdym jajku hologram - ACTA nam niestraszne!!!

jajka 1

 I zapewnienia, jakie to świetne życie rodzicielka owych wiedzie - bez klatki i na bogatej diecie (całe kurze menu wymienione). Nieodłącznym elementem opakowań w Indiach jest czerwony lub zielony znaczek (kółeczko w kwadracie) oznaczający wegeteriański bądź niewegetariański produkt (jajka są non veg, stąd np. 2 rodzaje majonezu - veg (bez jajek) i non veg (jajeczny). Niewegetariańska może być też pasta do zębów (sic!).

jajka 2

A po spożyciu (jajek) prosimy zniszczyć (pudełko), bo przecież nie takie rzeczy w Indiach się podrabia. 

------------------------------------------------------------------------

Skoro uzupełniam zaległości: z serii transport rodzinny.

Mi się osobiście na takie widoki podnosi ciśnienie, ale to zapewne MÓJ problem.

delhi ulica 1

Więcej grzechów nie pamiętam, żadnych nie żałuję, a na temat poprawy możemy negocjować ;)

sobota, 31 marca 2012

Pół dnia zajęło mi dziś zrzucenie i edycja zdjęć do dzisiejszego posta, a wszystko przez nasz wspaniale działający internet plus blox, który odmówił współpracy (ponoć mam za dużo zdjęć :) ) ... Na pisanie nie mam już czasu ani cierpliwości.

Muszę sobie uzupełnić pokłady cierpliwości, bo jadę na rezerwie ;P

Miłego weekendu!

 

Tybetanczycy 12

tybetanczycy 6

Tybetanczycy 19

tybetanczycy 10

Tybetanczycy 2012 2

Tybetanczycy 3 

Tybetanczycy 5 

tybetanczycy 20

11:30, asiaya , Delhi
Link Komentarze (12) »
środa, 28 marca 2012

Wiadomość o desperackim kroku młodego Tybetańczyka Dziampa Jesze podczas demonstracji w New Delhi znalazła się na pierwszych stronach nawet polskich portali ( gazeta.pl ). 

To oczywiście nie pierwszy przypadek. Zdjęcia żywych pochodni wiszą na ulicach tybetańskiej enklawy w Delhi: Majnu Ka Tilla. Już dawno miałam napisać kilka słów o tej dzielnicy. Póki co (czyli póki znajdę chwilę), wklejam kilka zdjęć z mojej pierwszej wizyty:

Delhi 2011 013 Tybetanczycy 

Delhi Tybetanczycy2011 019blox

Delhi Tybetanczycy2011 036

Delhi tybetanczycy 2011 040

Delhi Tybetanczycy 2011 

Delhi Tybetanczycy2011 025

Tutaj znajdziecie również ciekawy film o tybetańskiej diasporze w Indiach (trwa ok. godziny, po angielsku):

http://www.cultureunplugged.com/documentary/watch-online/play/7985/The-Tibetans-A-Life-in-Exile

piątek, 23 marca 2012

... ile sobie wezmę. Ciekawe, kiedy do mnie dotrze ta prosta prawda :) 

GOA na glowie 2

GOA NA GLOWIE 1

Od kilku dni dmie, dmucha i wieje. Z jednej strony dobrze - orzeźwiająco, z drugiej - niosą się tumany piasku i kurzu, od których nawet niebo żółknie. Mimo to nie mogę się powstrzymać przed otwieraniem balkonu w ciągu dnia. Za to na blacie i książkach mogę pisać palcem, choć kurz był wycierany parę godzin temu :) Syzyfowa praca!

wtorek, 20 marca 2012

Od zapachów łaskocze w nosie, pikantny pył z chilli drapie w gardło zmuszając do kaszlu, co rusz potrąca mnie tragarz z ogromnym workiem na głowie. Nie da się tu długo wytrzymać, choć, już nauczona doświadczeniem, zasłaniam usta i nos szalem, popijając od czasu do czasu wodę. Przy tym tyle tu zagadek do odkrycia!

Na delhijskim targu przypraw sprzedaje się w ilościach hurtowych - workach. Nie ma tutaj gospodyń, raczej właściciele sklepików i restauracji. 

sspice market 1

spice market 2

spice market 5

spice market 10

Można jednak pooglądać towar rozstawiony w workach przed stoiskami...

spice market 8

spice market 7

spice market 3

..., a zakupów dokonać już po wyjściu, w sklepikach przy ulicy. 

Marynaty na wagę...

spice market 6

... i paczkowane.

spice market 4

Orzechy, przyprawy, rośliny strączkowe.

spice market 9

czwartek, 15 marca 2012

Nie będzie chyba przesadą stwierdzenie, że połowa życia kulturalnego w Delhi jest organizowana w zagranicznych instytutach kulturalnych, albo we współpracy z nimi. Pisałam już tutaj o Instytucie Włoskim. 

Krąg języka angielskiego reprezentowany jest przez 2 ośrodki: amerykański i brytyjski. Osobiście korzystam z amerykańskiej biblioteki, ale odwiedziłam raz również British Council. Ponieważ jednak nie chciałam ubiegać się o kartę czytelnika (mam 3 inne i na razie mi to wystarczy), okazało się, że nie jestem tam mile widziana. Brytyjczycy mają bowiem bardzo skomplikowany system członkostwa, a przy tym kosztowny: najtańsza, srebrna karta upoważnia tylko do odwiedzin biblioteki przez okres 3 miesięcy, w żadnym razie do wypożyczania. Kosztuje ponad 40 PLN. Najdroższa (za ponad 1 tys. PLN) obowiązuje rok. Za kartę diamentową (sic!), porównywalną ze zwykłą z amerykańskiej biblioteki (30 PLN), trzeba zapłacić prawie 200 PLN! To chyba najdroższa biblioteka, w jakiej w życiu byłam.

Jako osoba bez karty, dostałam z wielką łaską pół godziny na rozejrzenie się po czytelni. Zdjęcia też robiłam ukradkiem, stąd takie krzywe są :)

Budynek od strony ulicy przyciąga wzrok fantazyjnymi wzorami.

Patio wewnętrzne

Czytelnia. Większość bywalców bibliotek (wszystkich, które znam) to uczniowie i studenci.

 Literatura dziecięca:

Przed wejściem należy zdjąć buty:

Wypożyczanie samoobsługowe. Może za takie bajery trzeba płacić ;) ?

Atmosfera jest całkiem przyjemna, wewnątrz czytelni działa kafejka (nie trzeba odrywać się od lektury), ale szczerze powiedziawszy miałam wrażenie, że jest tam więcej użytkowników, niż książek. Z katalogu wynika, że mają w swych zbiorach prawie 90 tys. pozycji, ale naprawdę tylu ich tam nie widziałam. 

sobota, 10 marca 2012

Ten tydzień zaczął się klasycznie, jak u Hitchcocka. Trzęsieniem ziemi. W poniedziałek wczesnym popołudniem siedziałam zatopiona w lekturze, Sir z pasją tworzył obiad w kuchni. Nagle szklanki w kredensie zaczęły brzęczeć, a ściany pokoju przesunęły się to w prawo, to w lewo, jakby rozciągając ramiona po długim śnie. Framugi drzwi i okien zaskrzypiały lekko i z opóźnieniem ruszyły za nimi. Po chwili ich taniec ustał i tylko bujający się pod sufitem wiatrak potwierdzał, że nie był to sen zmorzonej nad książką. Zerwałam się na równe nogi, a w stopach czułam jeszcze lekkie drżenie posadzki.

Następnego dnia to ja urzędowałam w kuchni. Przesiewałam właśnie mąkę do miski, kiedy spod góry białawego proszku na sitku zaczął wyłaniać się ciemny przedmiot. Po chwili moim oczom ukazało się 3 cm zardzewiałego metalu. Śrubka.

Przypomniała mi się dyskusja ekspatów sprzed 3 dni. Każdy z nas przed przyjazdem próbował się zorientować, czego nie można dostać w tutejszych sklepach, co przywieźć ze sobą. Słyszałam już o pewnej 4-osobowej rodzinie, która wylądowała w Delhi z zapasem papieru toaletowego na 5 lat! Tutejsze mieszkania są bardzo duże (za duże!!), ale i tak zastanawiam się, jak można upchnąć taką górę papieru i nie potykać się o nią każdego dnia. Innej osobie doradzono zabrać porządnie wyposażony warsztat majsterkowicza, bo trudno o dobry wybór gwoździ, wkrętów itp.. W dyskusjach na ten temat tworzą się zawsze dwa obozy: jeden -„nic nie ma!” i drugi - twierdzący, że „wszystko jest, tylko trzeba dobrze poszukać!”.

Stałam więc pośrodku kuchni z tą śrubką w ręku i pomyślałam: „Rzeczywiście, trzeba BARDZO DOBRZE POSZUKAĆ”.

mordercza mąka...

Następny zamach na moją integralność cielesną zafundowałam sobie sama. Wychodząc na Holi, przygotowałam 4 butelki (po wodzie mineralnej) farb rozrobionych w wodzie (można i proszkiem rzucać, ale wolę wodne farby). Stałam właśnie z jedną z nich w ręku (a ja często chodzę z butelką mineralnej w ręku, w domu mam też zawsze jakąś w zasięgu), dyskutując zażarcie na nie-pamiętam-jaki-temat z Sir’em i nagle ODRUCHOWO wzięłam łyka z mojej kolorowej butelki! Od razu zorientowałam się w pomyłce (okropny smak!), więc na szczęście nie zdążyłam połknąć i z buzią pełną żółtej cieczy rzuciłam się do łazienki, aby wypluć tą wstrętną i wściekle cytrynową lemoniadę. Odkręciłam kran i zaczęłam płukać usta, kiedy przypomniało mi się, że przecież NIE POWINNAM PŁUKAĆ UST WODĄ Z KRANU!!! (Do mycia zębów też używamy wody filtrowanej). Znowu plucie, i znowu płukanie!

...i podstępne farbki.

Przeżyłam, jak widać i mam się dobrze, ale... CÓŻ TO BYŁ ZA EMOCJONUJĄCY TYDZIEŃ!!

czwartek, 08 marca 2012

Holi to święto ruchome, a w tym roku przypada dziś, czyli dokładnie w Dzień Kobiet. Od rana nasza ulica rozbrzmiewa śmiechem i wrzaskami dzieci oraz głośną bollywoodzką muzyką. Zostawiam Was zatem z kilkoma fotkami indyjskich kobiet, a sama uciekam rozrabiać farbki!

fot. Asiaya, Agra,  maj 2011



fot. ML, Agra, styczeń 2012



fot. Asiaya, Agra, styczeń 2012

fot. ML, Jaipur, styczeń 2012

fot. ML, Jaipur, styczeń 2012

fot. ML, Jaipur, styczeń 2012



fot. ML, Delhi, styczeń 2012

fot. ML, Delhi, styczeń, 2012

fot. ML, Old Delhi, styczeń 2012

fot. ML, styczeń 2012

 

fot. Asiaya, Agra, styczeń 2012

fot. Asiaya, Chandigarh, maj 2011

fot. Asiaya, Chandigarh, maj 2011

fot. ML, New Delhi, styczeń 2012

fot. ML, Jaipur, styczeń 2012

fot. ML, styczeń 2012

fot. Sir, Jaipur, styczeń 2012

Tagi: kobiety
07:48, asiaya , Oni
Link Komentarze (19) »
środa, 07 marca 2012

Ponoć na targach było ponad 2 tys. stoisk. Wierzę, bo poza wielkimi domami wydawniczymi, widziałam też całe mnóstwo mniejszych. Jedna ogromna hala była poświęcona tylko i wyłącznie wydawnictwom publikującym w hindi, inna - w pozostałych językach Indii. Często były to małe regionalne firmy czy stowarzyszenia.



Ogromną, jeśli nie największą część wydawnictw w języku angielskim, stanowiły wszelkiego rodzaju podręczniki, poradniki i literatura fachowa, które są swego rodzaju inwestycją. Indusi święcie wierzą, że wykształcenie (a przynajmniej zdobycie odpowiednich papierków), jest drogą do lepszego życia. Podręczniki zatem znajdą się w wielu domach, w których książek nie kupuje się dla kaprysu.

Inną, bardzo szeroko reprezentowaną grupą, były wydawnictwa religijne, od buddyjskich, po hinduistyczne, islamskie itd. Naprawdę trudno było się zorientować w odmianach poszczególnych religii, które reprezentowały, zwłaszcza, że niektóre wydawały mi się raczej parareligijnymi tworami i new agowymi hybrydami, w których mi się trudno połapać. Fakt, przyznam się, że z góry ucinam wszelkie próby prezentowania mi ich, bo nie lubię mistycznych ściem i jak książka ma w podtytule "Droga do prawdy" (a pisząc to patrzę na taką jedną, która leży na moim biurku wciśnięta jako prezent od autorki z groźbą "kiedyś o tym porozmawiamy"), to mam ochotę niechcący strącić ją łokciem z blatu. Wprost do stojącego obok kosza na papiery.

Natomiast owszem, interesują mnie wydawnictwa akademickie, zwłaszcza te socjologiczne, odnoszące się do indyjskich realiów. Zwróćcie uwagę na Gandhi- i Caste Studies na stoisku wydawnictwa Orient Black Swan, który prowadzi również dystrybucję niezależnego, małego, ale bardzo prężnego wydawnictwa Permanent Black, założonego przez pisarkę Anuradhę Roy i jej męża (recenzja jej książki również w nr 7 Archipelagu).

Dlaczego jednak z przekąsem mówię o "światowości" targów? No cóż, nieliczni wystawcy zagraniczni byli ulokowani w najmniejszej hali, nieco na uboczu (za to z działającą klimą :)). Z Europy największe stoisko mieli Niemcy (ale nieproporcjonalnie mało książek). Ma to zapewne związek z kończącymi się obchodami Roku Indyjsko-Niemieckiego. Widziałam stoiska British Council, Instituto Cervantes, Francuzów (nie zwróciłam uwagi, kto z Francji) i ... Białoruś!

 Stoisko irańskie:

Jamia Millia Islamia to muzułmański uniwersytet w Delhi:

 

Stoisko Arabii Saudyjskiej:

Polskich wydawnictw nie widziałam, z małym wyjątkiem ;):

 

Stoisko Tajlandii. Przy okazji dowiedziałam się, że Bangkok będzie Światową Stolicą Książki w 2013 roku. Obecnie tą funkcję pełni Buenos Aires, ale już niedługo pałeczkę przejmuje (odbywa się to zawsze 23 kwietnia, w Dzień Książki)... Erywań, czyli stolica Armenii, by za rok przekazać ją właśnie Bangkokowi. Siamsoleis, zazdroszczę!



 Poniżej jeszcze kilka ujęć (nie moje)

wtorek, 06 marca 2012

Światowe Targi Książki są organizowane od 40 lat jako biennale. Nie należy ich mylić z innymi targami książki, tymi nieświatowymi, które również odbywają się w Delhi. Byłam na nich również, choć środek sezonu monsunowego na przełomie sierpnia i września nie zachęcał do spacerów po świeżym (i bardzo wilgotnym) powietrzu. Różnica jest znaczna, aczkolwiek nawet na tych międzynarodowych co najmniej 90% stanowili wystawcy indyjscy.

Tylko kilka stoisk - największych wydawnictw i dystrybutorów - przyciągało wzrok. Większość wystawców ograniczyło się do zagospodarowania standardowych boksów. Szkoda, bo przed tymi ciekawszymi ustawiały się kolejki do zdjęć. Poniżej ekspozycja wydawnictwa RUPA. Tak pusto było tylko w pierwszych porannych minutach.

Ekspozycja indyjskiego Penguina była w sumie bardzo podobna, na dodatek znajdowała się tuż obok. 

Jednak nic nie przebiło ich maskotki na 25-lecie obecności w Indiach  - stylowego ambasadora w barwach wydawnictwa. Ponoć był też prezentowany w styczniu na Festiwalu w Jaipurze. Tutaj jeszcze go widać:

Tutaj musiałam stanąć na palcach i wyciągnąć wysoko rękę, bo go w ogóle uchwycić:

 

Penguin miał też chyba najszerszą ofertę gadżetów - od zawieszek do bagażu po kubki, torby itp. 

Największe wydawnictwa publikują głównie po angielsku, ale niektóre mają sekcje innych indyjskich języków, np. hindi. Widać też, że Aravind Adiga trzyma się mocno, albo może raczej jest mocno promowany. Osobiście nie przepadam, aczkolwiek należy przyznać, że porusza tzw. "palące problemy", więc komuś, kto nie ma na codzień kontaktu z indyjską codziennością może trochę przybliżyć bolączki przeciętnego Indusa (o ile taki istnieje ;) ).

Nie mogło zabraknąć również Chetana Bhagata, kultowego, acz literacko bardzo słabiutkiego, pisarza młodego pokolenia. Wspominałam o jego fenomenie w artykule "Co czytają Indie" w ostatnim numerze Archipelagu

Indyjska specyfika: astrologia to ważna część tematyki wydawniczej, nawet w dużych wydawnictwach.

Random House India, wydawca m.in. laureata Bookera 2011, Juliana Barnesa.



CDN.

niedziela, 04 marca 2012

Właśnie zakończyły się 20. Światowe Targi Książki w Delhi. Zanim jednak o targach - muszę wspomnieć o samym kompleksie targowym - Pragati Maidan. Nazwa ta oznacza  Pole Postępu. Postępu... 

Mile mnie zaskoczyła frekwencja. Bilety wstępu po baaardzo przystępnej cenie 20 rupii (ok. 1,30 PLN) i proszę - tłumy!

Teren jest bardzo rozległy, a na nim kilkanaście hal wystawowych - można się nachodzić ;) Dzisiaj przy tym było już naprawdę gorąco! 

Całość jednak sprawia bardzo dekadenckie wrażenie - zwłaszcza hale poświęcone poszczególnym stanom. Miałam wrażenie, że chodzimy po opuszczonym przed laty planie filmowym. 

 

Dekoracje i szopki z papier mache to częsty motyw ekspozycji w Indiach. Muszę przyznać, że trochę to takie...  przedpotopowe. 

Jedna z hal wystawowych - awangardowa forma, fatalne wykonanie. Szkoda, mogło być ciekawie.

Drugiego dnia targów nie wszystko jeszcze było gotowe. Ekipy wokół pracowały, montując stoiska i dekoracje.



A skoro siła robocza jest tak tania, nikomu nie przychodzi do głowy, żeby usprawniać pracę. Po co zawracać sobie głowę wózkami, skoro taniej wynająć tragarza, któy wszystko przeniesie na własnej głowie.



Tagi: targi
18:49, asiaya , Delhi
Link Komentarze (2) »
piątek, 02 marca 2012

To nie jest miejsce dla turystów, którzy spragnieni Indii właśnie wysiedli z samolotu. To miejsce dla tych, co na widok dalu oddalają się w podskokach, a na zapach masali rozglądają się za wyjściem ewakuacyjnym. Nie marzą o ryżu, a już na pewno nie o basmati na sypko.

I tak, jak niektórych obieżyświatów ratuje McDonald's, dla mnie zawsze wybawieniem jest kuchnia włoska. Menu włoskich restauracji nie jest może tak zunifikowane, ale za to czasami miło zaskakuje. Od razu zaznaczam, że nie wystarczy zamówić czegoś z działu "continental" w typowej indyjskiej restauracji. Jest duże prawdopodobieństwo, że dostaniecie ugotowane na mdło warzywka typu groszek i marchewka. "No spicy" równa się tu "no flavour at all". 

W poszukiwaniu Włoch najlepiej udać się do Włoch, nawet jak się tymczasowo rezyduje w Delhi. Włochy w Delhi znajdują się na tyłach włoskiej ambasady, w ogrodzonym wysokim murem ogrodzie Instytutu Włoskiego. Już sama dzielnica ambasad wygląda jak zaprzeczenie Indii, a może właśnie nie - bo przecież Indie są znane z tego, że zawierają każdą antytezę wszelkich możliwych indyjskich tez. Dzielnica Chanakyapuri to niemal wyłącznie szerokie aleje z równo przystrzyżonymi trawniczkami i kwitnącymi wszelakim kwieciem klombami oraz ukryte w głebi ogrodów budynki ambasad.

 

Pojawiające się od czasu do czasu niebieskie tablice informują o mijanych placówkach.

 

Jeszcze tylko pozostaje przejść przez tą bramę i niestety, nie jest to takie proste. Indyjska (i brytyjska) klubowa mentalność dotarła i tutaj: roczna karta członkowska kosztuje ok. 300 PLN. Za słodkie życie trzeba słono płacić. Rodzice muszą również zobowiązać się do pokrycia wszelkich szkód wyrządzonych przez ich dzieci. Czyżby jakieś koszmarne doświadczenia?

 

Budynek Instytutu, w którym odbywają się lekcje włoskiego, pokazy filmów, wystawy itp. Jest też niewielka biblioteka.

Ale większość i tak omija te atrakcje, zdążając tutaj:



 

Mała enklawa, w której po kilku wizytach wszyscy się już znają - przynajmniej z widzenia. Można spokojnie zostawić torbę, wychodząc do łazienki.

W zimie taras jest dogrzewany, w lecie ochładzany orzeźwiającą mgiełką (choć i tak od maja do września wszyscy raczej korzystają z klimatyzowanego wnętrza), w dzień ocieniany parasolami, a w nocy nastrojowo oświetlany lampkami zwisającymi z konarów drzew.

 

I żeby nie było, że ja tylko o jedzeniu. Ze strawy dla ducha też korzystamy. Poniżej wystawa włoskiego pop artu. Ale jak można mieć taką minę w raju, mamma mia!!!

piątek, 24 lutego 2012

Tak, tak, z samych siebie :)) Skecz jest niestety po angielsku, ale mam nadzieję, że mimo to - zrozumiały.

Miłego weekendu!

Tagi: humor
12:31, asiaya , To i owo
Link Komentarze (6) »
czwartek, 23 lutego 2012

Mleko (w większości bawole, ale również krowie) i wszelkie produkty na jego bazie to podstawa tutejszej diety. Nie dziwi więc, że tak wiele sposobów na jego kupno. Pod oknami co rusz przejeżdżają na rowerach obwoźni sprzedawcy:

Sklepy spożywczo - przemysłowe, jak ten, o którym pisałam tutaj, są z reguły dobrze zaopatrzone w produkty paczkowane: mleko w kartonach, jogurty, tutejsze sery (temat sam w sobie na osobny wpis). Na każdym niemal rynku znajdują się także kioski z mlekiem, zazwyczaj przypisane do jednej tylko mleczarskiej marki. Poniżej Mother Dairy. Sprzedają mleko, jogurty, lody itp. Co ciekawe, mają specyficzne godziny otwarcia: rano od 5.30 do 13.00, a po południu od 16.00 do 22.00.

W kioskach tych znajdują się automaty na świeże mleko, z których gospodynie lub służące nalewają je do przyniesionych ze sobą naczyń.

Muszę przyznać, że sama z rozrzewnieniem wspominam czasy, kiedy zaopatrywaliśmy się "u gospodarzy", od których wracało się z żółtą bańką wypełnioną parującym, spienionym mlekiem. Zapach ciepłego mleka kojarzy mi się też z wakacjami na wsi, gdzie bardzo chciałam nauczyć się doić krowy. Ewidentnie jednak nie wykazywałam do tego talentu, więc ograniczałam się do przyglądania tudzież pokrzykiwania na krowy w drodze na pastwisko ;) 

Słyszałam ostatnio, że automaty do mleka funkcjonują również w Czechach (osobiście nie widziałam), ale powoli wkraczają również do Polski.

Cennik jest nieco skomplikowany, ale ceny bardzo przystępne.

piątek, 17 lutego 2012

Pytam, bo wypadałoby znać miejsce swojego pochodzenia. Okazuje się bowiem, że nieustannie sieję zgorszenie.

..................

Jaipur. Po kilku godzinach zwiedzania różnych budowli, usiedliśmy w jednej z kafejek i spytaliśmy o piwo. Czy jest. Kelner spojrzał nerwowo w lewo i w prawo. "Chwileczkę" - odrzekł i oddalił się w kierunku kuchni. Na taką "chwileczkę" w Indiach można machnąć ręką, więc zaczęłam rozglądać się za innym. Wrócił jednak i z tajemniczą miną oznajmił: "Proszę za mną". Rozbawieni wstaliśmy i poszliśmy. Poprowadził nas przez restaurację, w której indyjskie rodziny spożywały obiad, do pustej sali. Kazał usiąść i "chwileczkę" poczekać. Poszedł. Przyszedł. Przyniósł ze sobą to:

Zostawił otwieracz do butelek i wyszedł, starannie zamykając za sobą drzwi. W środku tajemniczej metalowej skrzynki leżały 2 butelki schłodzonego Kingfisher'a.

.....................

Delhi, centrum kulturalne India Habitat Centre. Przyszliśmy za wcześnie na film i korzystając z okazji, usiedliśmy w ogródku pobliskiej restauracji, aby poodychać trochę świeżym powietrzem. W końcu takich miejsc, gdzie można się na zewnątrz zrelaksować bez widoku śmieci i obdrapanych budynków, nie jest w Delhi wiele. Nie bardzo wiedzieliśmy, co zamówić i w końcu oboje zdecydowaliśmy się na kawę po irlandzku. Bez bitej śmietany.

- Niestety nie serwujemy alkoholu w ogródku. Zapraszamy do środka.

- Ale to jest przecież kawa...

- Ale z alkoholem!

Ponieważ za nic w świecie nie chcieliśmy wejść do środka, dostaliśmy kawę po irlandzku bez rumu. Ze śmietaną.

.....................

Zajęcia z jogi. Instruktor przypomina o włożeniu koszulki do spodni. Przecież mogłaby się zsunąć w ferworze zajęć i pokazać, mhhhhmm, co? Np. plecy... Nie byłoby problemu, gdyby można było nosić obcisłe topy. Ale nie można. Zalecane jest ubranie się na cebulkę. Cenna rada, szczególnie w 40 stopniach ciepła i w pomieszczeniu, które dysponuje jedynie kilkoma wiatrakami pod sufitem.


Na wakacjach w Sodomie i Gomorze. Fot. Sir, Wiedeń 2009

czwartek, 16 lutego 2012

Znów miał być wpis okolicznościowy, ale Blox świruje i nie pozwala mi załadować zdjęć (i ty, Bloxie, przeciwko mnie?).

Z konieczności sięgnęłam więc do archiwalnych zasobów. Jantar Mantar to obserwatorium astronomiczne. Widziałam dwa spośród pięciu, które wybudował w XVIII w. w Indiach Sawai Jai Singh II: w Jaipurze i w Delhi.

Nie wgłębiam się w funkcjonalność tych instrumentów, bardziej interesują mnie jako abstrakcyjne obiekty. Jantar Mantar w Delhi jest też świetnym miejscem, gdzie na trawce można odpocząć od zgiełku Connaught Place.

Budowle Jantar Mantar w Delhi  są, w odróżnieniu od ich jaipurskich odpowiedników, czerwone.

fot. Sir, Asiaya, ML

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
Wszystkie zdjęcia i teksty, o ile nie zaznaczono inaczej, są mojego autorstwa i do mnie należą prawa autorskie. Jeśli chcesz skorzystać - zapytaj.