O życiu z oddali, czyli z Delhi. Dzień po dniu zdrapuję lakier egzotyki z indyjskiej codzienności, aby pokryć ją patyną własnych doświadczeń. Czasami jednak muszę uciec stąd i o tym również piszę.
środa, 26 października 2011

Jest 23.00. Od jakichś 5 godzin siedzimy w okopach. Przynajmniej takie mam wrażenie. Wokół dym, huk i błyski. Spokojnie, to TYLKO Diwali. Teoretycznie powinno się skończyć godzinę temu, ale kto by się tam przejmował jakimiś zakazami. Sąsiad wydał na sztuczne ognie ok. 1 tys. EUR, więc zajmie mu trochę czasu puszczenie tego z dymem. Rok temu świętowanie przeciągnęło się do baaaardzo późnych godzin. Podejrzewam, że i w tym roku nie pójdziemy spać przed 3.00.

Dzisiaj był dzień wolny, więc skoczyliśmy na rynek po ostatnie sprawunki.

Szablony i kolorowe proszki do dekoracji.

 

Kwiaty! Dużo kwiatów!

 

Lampki oliwne i świeczki.

 

Gońcy roznoszą kosze pełne owoców.

Elektryczne lampki made in China.

 

wtorek, 25 października 2011

Sąsiedzi kazali nam czekać dłużej w tym roku, ale wczoraj już wszyscy udekorowali swoje fasady.

 

Za to już od tygodnia w ruch poszły fajerwerki i petardy. Codziennie, gdy tylko zapadnie zmrok, zaczyna się strzelanina. Dzieciaki to pół biedy, bo ok. północy wychodzą tatusiowie i wtedy się rzeczywiście dzieje. Wystrzały słychać do 2.00-3.00 rano. Aż się boję myśleć, co będzie jutro...

Pudełko z bakaliami - tradycyjny prezent na Divali.

A sąsiadowi z góry się coś pomyliło i urządził dyskotekę. Teraz leci... lambada. To już wiem, kto wybierał muzykę do windy...

niedziela, 23 października 2011

Często jestem pytana o zakupy, zaopatrzenie, dostępność konkretnych towarów. Pomyślałam, że najlepiej zrobię kilka zdjęć w sklepie, w któym zazwyczaj się zaopatruję. Nie za bardzo chcą wychodzić bez lampy, a ja nie chcę błyskać fleszem, więc z góry przepraszam za ich jakość :)

Zapraszam więc na zakupy w naszym supersamie (naprawdę jeden z lepszych w tym mieście).

Poniżej alejka drogeryjna (z 4 ogółem)

  1. Serwetki i papier toaletowy
  2. Pasta do zębów
  3. Odświeżacze do powietrza
  4. Szampony Pantene i Head&Shoulders
  5. Środki owadobójcze
  6. Olejki do włosów i woda różana
  7. Mydło w płynie
  8. Henna, maseczki do twarzy i repelenty w kremie
  9. Szampony lokalnej produkcji
  10. Płyny do płukania ust
  11. Mydło w kostkach
  12. Repelenty elektryczne
  13. Płyny do dezynfekcji rąk
  14. Torby na śmieci, folie, aluminium, ścierki itp
  15. Kostki do toalet, proszki do udrażniania rur
  16. Proszki do prania

Po prawej wszelkiego rodzaju chrupki, chipsy, ciastka i jedna półka z makaronem. Po lewej konserwy: warzywa w puszce, korniszony, sosy, majonez, musztarda, kawa, kakao, oliwy, tuńczyk w puszce, parówki konserwowane i nie wiem, co tam jeszcze.

Naprzeciwko pan niezbyt uszczęśliwiony, że robię mu zdjęcie, a za nim 2 kasy.

Naprzeciwko warzywa strączkowe (jest ich cała masa, nie znam połowy), mąka i ryż. Po lewej gotowe potrawy (np. Knorr), przeważnie indyjskie dania.

 Moja najmniej ulubiona część sklepu - na prawo od strączkowych. Brud, syf i robaki, ale niestety muszę tam chodzić, bo stoją tam 2 lodówki z nabiałem (jogurty i sery).

Resztę sklepu postaram się zazdjęciowić przy następnych wizytach. Jeśli macie pytania o konkretne towary, to śmiało. Czasami pozwala to unikać błędów przy pakowaniu walizki. Ja np. nawiozłam płynów do dezynfekcji rąk, a okazało się, że na miejscu jest ich całe multum i są identyczne. Jeśli chodzi o repelenty, też jest ich tu pod dostatkiem, ale nie jestem pewna ich jakości. O ile w mieście przejdą, o tyle poza miastem, gdzie zagrożenie malarią jest większe, mogą być nieskuteczne. My przywieźliśmy super mocne repelenty w sprayu Lifesystems 100 ze sklepu turystycznego w Pradze i są tak silne (i mocno "wonne"), że sama siebie odstraszam :)

Ostatnio miałam wejście z google z pytania "co na karaluchy do Indii?". Odpowiadam: Nic! Na miejscu jest tego aż nadto. Przynajmniej w Delhi.

sobota, 22 października 2011

Ostatni przedświąteczny weekend, na mieście korki. Przed Diwali wszyscy sprzątają jak najęci i dekorują domy, sklepy itp. Niektórzy robią to rzeczywiście  z rozmachem, rozwieszając elektryczne girlandy, inni po prostu zapalają kilka oliwnych lampek przed wejściem. Miasto, które na codzień nie grzeszy urodą, zdecydowanie zyskuje w tym świetlnym makijażu.

piątek, 21 października 2011

Już od jakiegoś czasu chodził za mną ten temat. Gospodarka indyjska rośnie w siłę, przynajmniej w statystykach. No cóż, dla mnie to następna bańka, ale to szczegół. Ważne, że się BUDUJE. Jak? Mam okazję obserwować, jak w mojej dzielnicy burzy się domy, które pewnie nie mają więcej niż 50 lat. Po prostu są za niskie, zaniedbane, nieefektywne. Stoją pośrodku 18-milionowego miasta i zajmują miejsce. 

Burzenie to jest ciężka praca. Na dodatek nie widzę w tym szaleństwie żadnej metody. Jednak po miesiącu najczęściej nie ma już po nich śladu.

Potem zaczyna się BUDOWA, która "rozlewa" się na okoliczne ulice, więc nie ma sposobu jej nie zauważyć.

Na budowie niezbędny jest menadżer. Tudzież maska. Strzeżonego pan Bóg strzeże. A po tyłku się drapać tylko lewą ręką ;)

Co mnie zdumiewa to to, że widzę coraz głębsze doły kopane pod tymi domami. Garaże? Podziemnych nie widziałam w żadnym. Bunkry?? :) Pożyjemy, zobaczymy. Jeśli się dobrze przyjrzycie (wiem, trudno), dostrzeżecie, że niektórzy robotnicy pracują bez butów. O kaskach i innych BHPowskich kaprysach nie wspomnę.

Niezawodne narzędzie pracy - RĘKA.

Widok tego gościa zwiastuje tylko jedno - brak prądu na parę godzin.

17:06, asiaya
Link Komentarze (2) »
środa, 19 października 2011

Wstawiam już niejako z kronikarskiego obowiązku. Tym razem wesele było muzułmańskie. Nie byliśmy, więc nie wiem, jaka jest różnica.

czwartek, 13 października 2011

...czyli pan od prasowania.

poniedziałek, 10 października 2011

Stanęliśmy na czerwonym. Nie trzeba długo czekać, by usłyszeć stukanie w szybę. Umorusany chłopiec zachwala jak nakręcony:

- Ma'am, magazines! Elle, Vogue! Special issue, Ma'am! 550 pages, Ma'am! Ma'am, look!

i przykłada okładkę do szyby. 

Magazyny kobiece wydawane w Indiach są o wiele tańsze od ich zagranicznych odpowiedników, kosztują zazwyczaj ok 100 rupii (ok. 8 PLN). 550-stronicowy Vogue - 150. Biorę. Może nie powinnam? Przecież nie powinno się wspierać zatrudniania nieletnich. Tylko jak ocenić ich wiek? Ciało drobne, niewyrośnięte, a oczy takie stare, przygaszone... On jednak, jak każdy, kto ma tylko jeden cel w życiu (przetrwać!), nie ma takich dylematów.

- Ma'am! Elle!

- Nie, dzięki - bronię się, ale wiem, że nie odpuści. Z drugiej strony stuka już następny sprzedawca - kuchennych ścierek.  Powyżej dachów stojących samochodów unosi się chmura kolorowych baloników. Może balonik, Ma'am? Zaraz potem pojawia się wychudzona kobieta w tanim sari z apatycznym niemowlakiem na rękach, a tuż za nimi żebrak z odsłoniętym kikutem ramienia.

Boże, niech już będzie to zielone!

A w rzeczonym Vogue'u... Wszystkie zachodnie luksusowe marki. Do kupienia na miejscu, w Indiach. Niedługo Divali, najważniejsze chyba hinduistyczne święto i tak samo komercyjne, jak Boże Narodzenie na Zachodzie. Torebki Vuitton będą szły jak ciepłe bułeczki. Do tego szwajcarskie zegarki i duuużo, duuuużo biżuterii. W tym temacie prym wiodą rodzime marki.  

Indyjska projektantka Ritu Kumar. Ceny sporo wyższe niż w znanych w Polsce "indyjskich sklepach". Dla chętnych sklep internetowy.

piątek, 07 października 2011

Gwoli informacji:

W Pradze trwa Festival Bollywoodzkiego Filmu...

... a w warszawskiej Zachęcie wystawa "Pokolenie przemiany. Nowa sztuka z Indii"

Nandini Valli Muthiah, Ikoniczny poeta z ojcem, 2008, z serii Przebrania

www.zacheta.art.pl

Na bollywoodzkim filmie w Europie byłam tylko raz, w Niemczech. Pamiętam, że nie dowieźli napisów, więc oglądaliśmy ponad 3-godzinny film nie rozumiejąc ani słowa. Dużej różnicy nam to nie robiło :)

A na wystawę poszłabym bardzo chętnie!

08:03, asiaya , To i owo
Link

Służąca sąsiadów z naprzeciwka

Ten związek frazeologiczny nabrał dla mnie nowego wymiaru po przyjeździe do Indii. Wcześniej myślałam, że znaczy mniej więcej: "Obowiązki służbowe muszą być wykonane, choć nie zawsze są przyjemne". Słowo "drużba" jednak ma również znaczenie "przyjaźń" i to mi bardziej pasuje w indyjskim kontekście. Służący, bez których przeciętna rodzina klasy średniej wzwyż nie wyobraża sobie życia, nie tylko nie są przyjaciółmi, ale nawet nie są równoprawnymi ludźmi. Dla niektórych nie są ludźmi w ogóle.

Jak już pisałam, w indyjskim domostwie zatrudnia się co najmniej kilka osób: niańkę, kucharkę, sprzątaczkę, pomywacza toalety, praczkę, ogrodnika, strażnika itp. Do tego często dochodzi kierowca, zwłaszcza dla kobiet i ludzi starszych, którzy nie są psychicznie przygotowani na rodeo, które panuje na indyjskich drogach. Często przynajmniej jedno - dwoje z nich mieszka u swoich pracodawców. W domach 2-4 piętrowych, które przeważają w zabudowie centrum Delhi, zazwyczaj na dachach są umieszczone tzw. "servant quarters", czyli po prostu służbówki. Są to zwykłe komórki, często nawet bez okna. W standardowym wyposażeniu mają żarówkę, w wersji delux bieżącą wodę (zimną) i wiatrak. W lecie nagrzewają się do 40+ stopni, w zimie temperatura równa się tej na dworze. Mimo wszystko jest bardzo pożądaną opcją, bo ceny wynajmu w Delhi są kosmiczne. Alternatywą dla nich jest koczowanie w slumsach lub po prostu na ulicy. Gdy na krótko przed CWG rok temu usunięto z ulic Delhi wszystkich nie posiadających zameldowania, podniosły się głosy oburzenia. Zamożni Delhijczycy twierdzili, że oni przecież są SKAZANI na pomoc domową. Na jednym z indyjskich forów poświęconych temu tematowi, pewna Induska mieszkająca w USA bardzo narzekała na to, że w Stanach nie mogą sobie pozwolić na służbę w takim zakresie, do jakiego byli przyzwyczajeni w Indiach. Jej rodzina rozważała nawet powrót do Indii z tego powodu. Niektórzy, np. dyplomaci, często podróżują lub przeprowadzają się z własnymi służącymi. Gdy na wstępnej rozmowie z pośrednikiem nieruchomości (zwanym tutaj brokerem) zaznaczyłam, że chciałabym kuchnię wyposażoną w zmywarkę, albo przynajmniej z możliwością zamontowania jej na własną rękę, popatrzył na mnie, jak na przybysza z kosmosu. W ŻADNYM z xxx obejrzanych przez nas NOWYCH mieszkań czegoś takiego nie uświadczyliśmy, bo przecież tu od zmywania jest służąca. Mało tego! Często, nawet w zamożnych domach, przedkłada się praczkę nad pralkę! Ba! Ostatnio w artykule zachęcającym do aktywnego trybu życia, przeczytałam poradę: Pójdź sam po szklankę wody do kuchni! (sic!) Służący są po prostu częścią indyjskiego krajobrzau. Kropka.

CDN

czwartek, 06 października 2011

...za porywanie cudzych żon :)

Weszliśmy w sezon hinduistycznych świąt. Jako, że ich daty są obliczane według kalendarza lunarnego, każdego roku przypadają na inny dzień. I tak np. Dasara (czy Dussehra), którą rok temu obchodziliśmy 17 października (pisałam o tym tutaj), w tym roku przypada dzisiaj, czyli 5-ego. Niestety, w tym roku zdjęć nie będzie! Rok temu byliśmy na miejscu zbyt wcześnie (nie ma wyznaczonej godziny, wiadomo tylko, że cała impreza zaczyna się po zmroku), czekaliśmy wśród huku petard ponad godzinę, czego koniecznie chcieliśmy uniknąć dzisiaj. No i przekombinowaliśmy... w okolicznym parku zastaliśmy zaledwie kilka osób nad dymiącymi zgliszczami :) Wrzucam więc jedynie fotkę zrobioną w dzień przez szybę samochodu w okolicy Khan Market. Strrrraszny potwór PRZED spaleniem.

Natomiast petardy cały czas słychać...

Wszystkie zdjęcia i teksty, o ile nie zaznaczono inaczej, są mojego autorstwa i do mnie należą prawa autorskie. Jeśli chcesz skorzystać - zapytaj.