O życiu z oddali, czyli z Delhi. Dzień po dniu zdrapuję lakier egzotyki z indyjskiej codzienności, aby pokryć ją patyną własnych doświadczeń. Czasami jednak muszę uciec stąd i o tym również piszę.
wtorek, 19 października 2010

...czyli prawie codziennie...

Każda dzielnica posiada własny rynek, czasami więcej niż jeden. Zazwyczaj służą zaspokojeniu codziennych potrzeb, ale są też bazary wyspecjalizowane i słynne na całe Delhi. Poniżej taki zwyczajny dzielnicowy rynek.

Życie biznesowe kwitnie również po zmroku :))

poniedziałek, 18 października 2010

 W Warszawie właśnie skończył się Festiwal Filmowy ze złotym liściem kasztanowca w logo. Na polskich stronach www czytam o nowych kolekcjach szalików, czapek, o lekturach na długie jesienne wieczory. Tylko patrzeć, jak zaczną się kampanie różnych paracetamolów. Tym razem nie dla mnie polska złota jesień, tym razem to rzeczywistość wyłącznie wirtualna, bo jest... gorrrąco. Tzn. też się zaczęła jesień, więc jest "tylko" 30-34 stopnie C. Można przeżyć bez klimy, wystarczy wiatrak, a te są tu wszędzie: w mieszkaniach pod sufitami w KAŻDYM pomieszczeniu (w większych po dwa), na balkonach, w samochodach i najbardziej zatęchłej dziurze. Gdy przyjechaliśmy (to już prawie 2 miesiące temu!!!), była pora monsunowa, wyjątkowo długa w tym roku, bo trwała aż do początku października. Temperatury były podobne, ale wilgotność powietrza o wiele wyższa. Okulary zaparowywały mi po wyjściu z samochodu czy klimatyzowanego pomieszczenia. Nie padało "cały czas", ale zawyczaj raz na dzień spadała rzęsista ulewa, a ulice wzbierały potokami, utrudniającymi, już i bez tego bardzo chaotyczny, ruch. Wystarczało przejść dwa metry - od samochodu do drzwi, aby zmoknąć do suchej nitki. Tak jak w Polsce "zima zaskakuje drogowców", tak w Delhi, zdaje się, zaskakuje monsun. Mnie zaskoczyło, jak bardzo nieodporne na deszcze są budynki, do których wilgoć wdzierała się przez okna i przez dosłownie przemakające ściany. Akurat szukaliśmy mieszkania i wiele z nich miało zacieki lub po prostu grzyb. A były to nowe lokale, niektóre jeszcze w trakcie budowy, reklamowane jako super luksusowe. O adekwatnych do tego cenach. Na moje pytania, słyszałam odpowiedź: "Przecież mamy monsun!". "Z tego, co wiem, monsun macie co roku. Czy to znaczy, że oferuje mi pan mieszkanie, w którym co roku będę skazana na grzyba?"- nie ustępowałam.  Z drugiej strony... może to i lepiej, przynajmniej miałam okazję przetestować mieszkania w warunkach ekstremalnych :)

Delhi na południe od Connaught Place jest bardzo zielonym miastem  , a w porze deszczowej i zaraz po niej następuje bujny rozkwit roślinności. Niestety, oprócz flory, rozmanża się i fauna :), zwłaszcza różne owady i insekty, przez co zwiększa sie zagrożenie dengą, malarią i chikungunyą. Do tej pory odnotowano ponad 4 tys. przypadków dengi, w tym 7 śmiertelnych, a, nie oszukujmy się, wiele nie jest uwzględnianych w statystykach.

 Jednak monsun, oprócz problemów, przynosi też radość i orzeźwienie po miesiącach potwornej spiekoty (to na razie wiem tylko z opowiadań i lektury innych blogów, ale mi gorąco na samą myśl :)).

 

www.rrresham.files.wordpress.com

 

Ten chłopiec rzucał się na chodnik, jakby wskakiwał do basenu :)

Po monsunie już nie ma śladu, temperatury nadal wysokie i ostre słońce w ciągu dnia, ale wczesnym rankiem i wieczorem jest przyjemnie ciepło, zupełnie jak w lecie w Polsce. Z tą różnicą, że wieczór zapada tu bardzo wcześnie. Po 18.00 zaczyna się ściemniać, a o 19.00 panują egipskie ciemności. Siadamy na balkonie na dwóch plastikowych (pożyczonych) krzesłach, które, obok materaca, stanowią jedyne do tej pory umeblowanie naszego nowego mieszkania i obserwujemy życie ulicy. To lepsze niż telewizja...

Balkon sąsiadów z dołu. 

 

 

 

 

Wszystkie zdjęcia i teksty, o ile nie zaznaczono inaczej, są mojego autorstwa i do mnie należą prawa autorskie. Jeśli chcesz skorzystać - zapytaj.