O życiu z oddali, czyli z Delhi. Dzień po dniu zdrapuję lakier egzotyki z indyjskiej codzienności, aby pokryć ją patyną własnych doświadczeń. Czasami jednak muszę uciec stąd i o tym również piszę.
czwartek, 06 września 2012

Guru nie należy do moich ulubionych słów. Myślę, że zbyt wiele osób daje się wodzić za nos zbyt niewielu, a wrodzony sceptycyzm nie pozwala mi być bezkrytyczną fanką czy to osób, czy to instytucji, formacji politycznych lub religijnych. Ten typ tak ma i nie będę się nad tym rozwodzić.

Natomiast jest kilka osób, które mnie fascynują podejściem do swojej pracy, umiejętnością porzucenia schematów - myślowych lub estetycznych. Większość ludzi, gdy ma wybrać a lub b, zdecyduje się na jedną z tych opcji. Są jednak osoby, które powiedzą: "Tutaj jest jeszcze c!" i potrafią to udowodnić. Sprawiają, że czuję się jak mała dziewczynka z otwartą ze zdziwienia buzią na przedstawieniu magika, uporczywie usiłująca zgłębić jego sekret swoim małym rozumkiem: "Jak on to robi???".

Taką osobą jest dla mnie Ferran Adrià, legendarny już hiszpański szef kuchni. Zaczynał na zmywaku w prowincjonalnej knajpce, w obecnej chwili jest lauretaem chyba wszystkich najważniejszych laurów w dziedzinie gastronomii. Ba! W 2007 roku reprezentował hiszpańską sztukę na 12ej edycji Documenta w Kassel!

Mówi się, że reprezentuje kuchnię molekularną, on sam woli określenie "dekonstrukcja". Bawi się smakiem, teksturą, temperaturą. Posiłek w jego wydaniu to raczej spektakl odbierany wieloma zmysłami niż pragmatyczne zaspokajanie głodu. 

No dobrze - zapytacie- ale co to ma wspólnego z Indiami??

Dla mnie ma dużo. Jeść trzeba codziennie, więc codziennie stajemy prze dylematem: "Co by tu?" Miłośnicy kuchni indyjskiej zapewne się zdziwią: "Jak to? Tyle świetnej kuchni dookoła, a oni nie mają co jeść!" Prawda jest taka, że do nich nie należymy, a jeśli już się na nią decydujemy to raczej od święta i w wydaniu restauracyjnym. Jakoś nie pociąga nas wizja smażenia ćapati i mieszania masali. Zresztą właśnie masale są główną tego przyczyną. Dla mnie te mieszanki są i zbyt podobne do siebie i zbyt wiele składników zawierają. Za dużo wszystkiego z wszystkim! Osobiście wolę, gdy potrawy mają niewiele, ale charakterystycznych przypraw, np. zupa fasolowa to majeranek, grzane piwo to goździki, cynamon itp. Oczywiście chętnie eksperymentuję, ale nie - dokładając inne smaki, a zamieniając je. Najgorsze jest jednak to, że te przyprawy w kuchni indyjskiej są tak intensywne, że często zabijają smak produktów. Mam zresztą uprzedzenie wynikające z przeświadczenia, że maskuje się głównie produkty nieświeże, złej jakości. Moim zdaniem przyprawy powinny jedynie podkreślać ich smak. Kiedyś pewien krytyk kulinarny stwierdził, że ta kuchnia jest "zamulająca" i myślę, że w nadmiarze - owszem.

Dlatego uważam, że kuchnia indyjska sprawdza się jako jedna z wielu alternatyw od czasu do czasu, natomiast nie widzę jej na swoim stole dzień w dzień (a już tym bardziej nie widzę siebie codziennie według niej gotującej :)) 

Poza tym myślę, że kuchnia jest też częścią kultury, tożsamości, której nie da się (i nie należy) wyrugowywać z codziennego życia ot tak, z dnia na dzień i zastąpić ją inną.

Następna trudność, na jaką napotkałam, to brak produktów, do których jestem przyzwyczajona. Niektóre, banalne i powszednie w Europie, wiktuały, potrafią tutaj nieźle nadwyrężyć kieszeń! Paczka najzwyklejszego makaronu nie schodzi poniżej 10 PLN!

Z drugiej strony są tu oczywiście dostępne produkty, których wcześniej nie znałam i nie mam za bardzo pojęcia, jak je przygotowywać,  na przykład zboża czy strączkowe, które chyba nawet nie mają odpowiedników w języku polskim.

Codziennie muszę więc kombinować, łączyć, rozpracowywać nowe produkty, poszukiwać sklepików z żywnością importowaną itp. Zajmuje mi to sporo czasu, muszę przyznać.

Z tym większym więc zainteresowaniem zgłosiłam się na kurs pod wdzięcznym tytułem "Hiszpania - Indie. Fuzja techno-emocjonalna" w tutejszym Instytucie Cervantesa. Prowadził go Guillermo Torino, były uczeń Ferrana Adrii, który od 4 lat mieszka w Delhi i wykorzystuje inspiracje zaczerpnięte z kuchni indyjskiej w swojej pracy. Nie kopiuje indyjskich potraw, a stara się wyabstrahować ich smak w zupełnie nowych, zaskakujących formach.

Chciałam głównie podpatrzeć, jak pracuje z lokalnymi produktami i dopytać, czy jego doświadczenia w tym zakresie pokrywają się z moimi.

Warsztaty były dosyć intensywne, odbywały się w dwóch czterogodzinnych sesjach. Po każdej z nich wychodziliśmy nieco skołowani i zmęczeni, ale za to nieźle ZAINSPIROWANI :)

Guillermo Torino - kilka słów teorii i historii

Asystent badający właściwości wody (oczywiście nie z kranu!) - to ponoć podstawa



Tak przygotowywał makaron z ciecierzycy. Nietypowy, bo zamiast ciasta raczej coś żelowego. Ten akurat pomysł nie przypadł mi do gustu...

 ... ale prezentował się ładnie na talerzu - trzeba przyznać. 

Delhi cocina 8 

Interpretacja znznego indyjskiego dania - palak paneer, czyli ser panir w sosie szpinakowym. Podstawą były te śmieszne szpinakowe kuleczki.

Tak wygląda efekt końcowy - szpinakowe kuleczki w sosie serowym, oprószone zmielonymi prażonymi ćapati.

Moja próbka. Doooobre!

CDN.

środa, 05 września 2012

Delhijskie Targi Książki to skromna wersja Międzynarodowych Targów Książki w Delhi, które odbywają się w tym samym miejscu w lutym. Przy okazji wystawia się również branża artykułów piśmienniczych i biurowych.

 

 W ciągu tygodnia większość zwiedzających to wycieczki szkolne.

Nie miałam dużo czasu na zwiedzanie, ale i oferta niezbyt ciekawa była. przeważały dziecięce, ale dosyć tandetne książki w śmiesznych wręcz cenach (od 2 PLN)

 



Stało się już tradycją, że na tych targach zaopatrujemy się w zapas torebek i papierów do pakowania prezentów.



Ktoś dźwiga, żeby czytać mógł ktoś...

Mam jeszcz kilka zdjęć, ale zdaje się, że znowu wykorzystałam limit i muszę prosić  blox o zwiększenie. Póki co wrzucam je na fejsbukowy profil. Chyba nie muszę mówić, jak tam trafić? :)

poniedziałek, 03 września 2012

W Pradze jeździłam Porsche, w Delhi musiałam się przesiąść na BMW. No dobrze, to była Škoda, model 14 T - wprost ze studia Porsche Design. W Delhi za to za parę marnych rupii mogę sobie pojeździć BMW ;) 

 

Muszę tylko zadbać o odpowiedni look. Plus muzykę (technobolywood na cały regulator).

niedziela, 02 września 2012

W poszukiwaniu kawiarni. Wejść czy nie wejść - oto jest pytanie

To było twarde wczesnoporanne lądowanie po całonocnym locie. Pamiętam jak dziś mój szok po tym, gdy zamknęly się za moimi plecami drzwi lotniska im. Indiry Gandhi, a przede mną ukazał się widok... no właśnie - żaden, okulary mi zaparowały. Zamiast powietrza, otaczała mnie szara wilgotna wata o specyficznym zapachu. Wśród kartoników z nazwiskami, którymi wymachiwał tłumek ciemnookich mężczyzn przed nami, usiłowaliśmy znaleźć nazwisko Sir'a. Nie widzieliśmy. Ale znaleźliśmy coś, co brzmiało jak daleka jego reminescencja. Zapytaliśmy o nazwę hotelu. Zgadzała się. Kierowca zdziwiony, że się zawahaliśmy: "Sir, nie zna Pan swojego nazwiska?". W takiej wersji przyznam, że nie.

Zaczęła się jazda. Prawdę mówiąc oczy mi się kleiły (w samolocie nie zmrużyłam oka) i najchętniej ucięłabym krótką drzemkę, ale jak tu spać, gdy za oknem widoki, jakich w życiu nie doświadczyłam! Na dodatek kierowca najwidoczniej również miał za sobą ciężką noc, bo widziałam w lusterku, że oczy mu się od czasu do czasu zamykały. Musieliśmy zatem zapewnić mu konwersację. Radośnie poinformował nas o ilości potomków, ubolewając nad kosztami generowanymi przez nie i dodając, żebyśmy wzięli to pod uwagę, decydując o wysokości napiwku. On również zadał nam kilka pytań, z których najbardziej wprawiło mnie w zdumienie to o cenę walizki. "Walizki?" - upewniłam się, że nie mam omamów ze zmęczenia i że dobrze zrozumiałam jego subkontynentalny angielski. "Tak, tej walizki" - pogładził z czułością mój bagaż rozpostarty na przednim siedzeniu obok niego. 

Widok Connaught Place mnie nie zachwycił. Poprosiłam R., sympatyczną Induskę, która towarzyszyła nam pierwszego dnia, żeby zaprowadziła nas do  centrum miasta. "To jest centrum" - odparła nieco urażona.

Były to pierwsze z długiej serii naszych "zdziwień". W ciągu dwóch lat oczywiście do wielu rzeczy się przyzwyczailiśmy, zdarzyło się kilka miłych niespodzianek. 

W ramach podsumowania zebrałam 15 rzeczy na TAK i 15 na NIE. Oto one:

15 rzeczy, które polubiłamw Indiach:

  1. Prasa, książki, stare indyjskie kino w cenach bardzo miłych dla portfela. Powszechność angielskiego jest wielkim ułatwieniem na codzień
  2. Herbata z Darjeeling i kawa z Kerali
  3. Goa 
  4. Old Delhi, Hauz Khas i Muzeum Indiry Gandhi
  5. Holi i ogólnie kolory na ulicach
  6. Mango i woda kokosowa
  7. Indyjskie wesela i zaproszenia na nie
  8. Riksze 
  9. Ayurwedyczne kosmetyki Khadi, zwłaszcza ich szampony
  10. Mehendi
  11. Podgladanie życia codziennego Delhijczyków
  12. Świetlne dekoracje przed Diwali
  13. Delhijski Festiwal Jazzowy 
  14. Tanie rozmowy telefoniczne
  15. Prowadzenie bloga!! Gdyby nie Indie, nie byłoby bloga!

15 rzeczy, których (nadal) nie lubię w Indiach:

  1. New Delhi i Agra - miejskości w Delhi jest tyle, co kot napłakał, Agra poza murami Taj Mahal to dramat i masakra
  2. Brud i niechlujstwo, zanieczyszczenie powietrza, wody, żywności
  3. Bieda. Trudny temat, do tej pory nie wiem, jak go ugryźć.
  4. Hałas - ten na codzień na ulicy i ten od święta
  5. Brak ruchu - relaksujący spacer po delhijskiej ulicy jest nie do pomyślenia. Na spacery tudzież jogging trzeba udać się do parku.
  6. Taksówkarze, którzy nie mają pojęcia o mieście i nie umieją czytać map
  7. Fauna różnego rodzaju biegająca po ulicach, a czasem wchodząca też do domów (no, może z wyjątkiem tego kota, który nas odwiedza)
  8. Silna hierarchia i brak szacunku dla tych, którzy stoją niżej na tej drabinie, zwłaszcza dla służby. Nadal, gdy jestem tytułowana per ma'am, czuję się jak stara bogata matrona.
  9. Targowanie, pazerność i różne tam takie machlojki
  10. Trzęsienia ziemi, upały i zamachy terrorystyczne oraz związane  z tym środki bezpieczeństwa
  11. Notoryczne przerwy w dostawie prądu, wody, internetu, ogólnie stan techniczny mieszkań i warunki wynajmu
  12. Eve teasing, czyli gówniarski stosunek do kobiet wielu młodych Dehijczyków
  13. Hipokryzja - traktowanie alhoholu jak diabła wcielonego, a publicznego okazywania uczuć jak przestępstwa
  14. Bollywood i wiecznie te same twarze w reklamach wszystkiego
  15. I że jest tak daleko od Europy!

A Indusi? Często słyszę, że największym pozytywem Indii są ludzie. Muszę stwierdzić, że rzeczywiście - za najfajniejszymi momentami naszego pobytu stoją nasi indyjscy przyjaciele i znajomi, ale za najgorszymi niestety również ich rodacy. Czyli normalnie :)

Wszystkie zdjęcia i teksty, o ile nie zaznaczono inaczej, są mojego autorstwa i do mnie należą prawa autorskie. Jeśli chcesz skorzystać - zapytaj.