O życiu z oddali, czyli z Delhi. Dzień po dniu zdrapuję lakier egzotyki z indyjskiej codzienności, aby pokryć ją patyną własnych doświadczeń. Czasami jednak muszę uciec stąd i o tym również piszę.
poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Kolejne miłe zaskoczenie w Stambule. Ilość kotów porównywalna chyba tylko z Grecją. Wchodzą wszędzie, rozkładają się z jedzeniem (nie zawsze miłym wizualnie) na środku ulicy. I widać, że są u siebie.

A przy okazji przedstawiam azjatyckiego tygrysa, który nas czasami nawiedza w Delhi - zwłaszcza po rybnej kolacji.

piątek, 17 sierpnia 2012

Straż miejska w Stambule. Strach podejść!

czwartek, 16 sierpnia 2012

Jak powszechnie wiadomo, życie turysty jest bardzo ciężkie, pełne wyrzeczeń i poświęceń. Ileż to się trzeba nachodzić, ile nazwiedzać, aby z czystym sumieniem oddać się przyjemnościom konsumpcji, uprzednio starannie selekcjonując lokalną ofertę.

W Stambule oczywiście wybór jest ogromny, ale trochę trzeba odsiać ziarna od plew. Most Galata np. ma na dolnym poziomie co najmniej kilkanaście restauracji z widokiem na Złoty Róg specjalizujących się w rybach. Niestety, zamiast sielskiej atmosfery relaksu oferują taśmowe paśniki dla homo turisticus. Zamów, zjedz, zapłać, zapomnij. A zresztą, jeść w sumie nie musisz, najważniejsze, żeby zapłacić. Przed każdym takim lokalem stoi naganiacz, a naganiacz na nas działa jak płachta na byka. Może niech ktoś im w końcu powie, że ich starania przynoszą skutek wprost przeciwny! Czy tylko mi się tak źle kojarzy ten natrętny marketing?

Za to tuż koło mostu znajdują się bardzo oblegane przez miejscowych rybne fast foody. 

Kanapki ze smażoną rybą są przygotowywane na zacumowanej do brzegu, chyboczącej się na falach łódce. 

Muzealne kawiarnie lubię, a jeśli jeszcze są na świeżym powietrzu - tym bardziej. Te stambulskie, wnosząc po jednolitym designie, należą do jednej sieciówki. Müzenin Kahvesi - czy to nie brzmi pięknie? :) Poniżej kahvesi podnosi nas na nogi po zwiedzaniu Hagii Sofii.

Stambuł to na pewno raj (i wyzwanie) dla cukroholików. 

Natomiast na samym szczycie rankingu naszych wakacyjnych przyjemności jest przesiadywanie na ulicy i gapienie się na to, co wokół. A w Stambule (w odróżnieniu od Delhi) to możliwe.

... najchętniej w towarzystwie innych leniwców...

... przy mocnej tureckiej herbacie. Coraz bardziej zaczynam się przekonywać do picia herbaty w szkankach. Jak inaczej podziwiać jej kolor?? Te tureckie są bardzo wygodne, ale podobają mi też się rosyjskie w metalowych (srebrnych ;)) uchwytach.

...lub kawie. Raki też spróbowaliśmy, w końcu nie byliśmy tam dla przyjemności! ;)

Jeszcze nie skończyłam ;)

środa, 15 sierpnia 2012

Dzisiaj jedno z dwóch świąt narodowych Indii: Święto Niepodległości. Dzień wolny oczywiście, chętni mogli sobie pójść pod Czerwony Fort, podziwiać parady i posłuchać premiera. 

Po naszych doświadczeniach z paradą z okazji Dnia Republiki stwierdziliśmy, że raz nam w zupełności wystarczy. Tamta, styczniowa parada odbywała się na bulwarach Rajpath naprzeciwko Bramy Indii. Środki bezpieczeństwa były tak surowe, że nie mogliśmy wziąć ze sobą nie tylko aparatu foto, żadnej torby, plecaka, ale nawet komórki!! Co ja mówię, nawet butelki wody nie można było ze sobą wziąć, a Sir'owi skonfiskowano... gazetę. 

W przemówieniu premier poskarżył się na brak deszczu (=inflacja) tudzież pokręcił nosem na zwalniającą gospodarkę. W 2011 Indie miały najniższy wzrost PKB od 9 lat i rok 2012 wcale nie wygląda lepiej. Za to zapowiedział loty na Marsa. Jest to jakieś wyjście. Pardon, wylot.

22:01, asiaya , Religia i święta
Link
poniedziałek, 13 sierpnia 2012
niedziela, 12 sierpnia 2012

Beyoğlu (zwanego też Pera) po drugiej stronie Złotego Rogu mniej widać turystów, którzy giną w tłumie Stambulczyków. Mniej też chust na głowach, więcej szortów, mniej meczetów, więcej barów. Sercem tej dzielnicy jest plac Taksim - rozległy, ale niezbyt piękny, z powiewającą wysoko ogromną flagą Turcji. Wcześniej czy później każdy tutaj trafi. 

Z serca, jak to z serca, odchodzi arteria, czyli główny  deptak dzielnicy, 3-kilometrowa Aleja Niepodległości (İstiklâl Caddesi). To miejsce, przez które w weekendowy dzień przechodzi ok. 3 mln osób. Cud, że nie spotkaliśmy kogoś znajomego :) 

Wzdłuż deptaku kursuje wahadłowo jeden wagonik tramwajowy. Któregoś wieczoru ciągnął za sobą drugi, który stanowił pewnego rodzaju scenę, z której dobiegała radosna muzyka.

Oprócz sklepów, kawiarni i restauracji mieszczą się tu liczne instytucje, np. konsulat grecki z ogromną grecką flagą powiewającą nad tłumem. Zauważyliśmy również co namniej dwa rzymsko-katolickie kościoły. Powyżej widok na ulicę od strony jednego z nich, kościoła św. Antoniego z Padwy.

Gdyby tego było mało, od ulicy odchodzi mnóstwo mniejszych uliczek i pasaży. Samą tą okolicę można by eksplorować tygodniami. Można (i trzeba!) się zgubić.

Wyobrażam sobie wieczór w tej uliczce!

Nasze mapy pozostawiały wiele do życzenia, ale nie martwiliśmy się tym zbytnio. Jednak każda pomyłka "z górki" oznaczała powrót "pod górę" :)

Na takie widoki również można trafić - żeby nie było, że tylko pocztówki wklejam.

piątek, 10 sierpnia 2012

Mieszkanie w Sultanahmet miało jednak kilka zalet. W czasie Ramadanu właśnie tam, na Hipodromie, zbierają się po zapadnięciu zmroku tłumy Stambulczyków, aby z czystym sumieniem porzucić dzienny post i delektować się świątecznymi smakołykami - zazwyczaj w licznym gronie, ale wiele też było zakochanych par, nawet kilkunastoletnich ;)

Te ławki, specjalnie ustawiane na czas Ramadanu, zapełniają się po zmroku do ostatniego centymetra.

Słodycze i bakalie, bakalie i słodycze...

Obrazki tworzone z kolorowych nici owijanych wokół wbitych gwoździków. Nie mam pojęcia, czy to tradycyjna, czy raczej autorska technika :)

Większość biesiadników przybyła z własnym prowiantem, ale sklepiki były też okupowane.

Ucztowanie w cieniu, a raczej blasku minaretów



serowy börek i inne wypieki

środa, 08 sierpnia 2012

Przyznam się, że do Stambułu pojechaliśmy kompletnie "nieprzygotowani". Nie zakupiliśmy nawet przewodnika, a hotel zarezerwowaliśmy kilka dni przed przyjazdem. Uwierzyliśmy zapewnieniom w serwisie internetowym, że Sultanahmet to to najwłaściwsze miejsce, skąd turysta może wygodnie eksplorować miasto. Większość zabytkowych budowli i turystycznych must-do'sów (albo raczej must-see'sów) mieści się właśnie tutaj.  

 

 

Hagia Sofia stoi naprzeciwko Błękitnego Meczetu, za nią mieści się Muzeum Archeologiczne i Pałac Topkapi. Poza tym są tu jeszcze Cysterna Bazyliki, Muzeum Sztuki Tureckiej i Islamskiej w Stambule i mnóstwo jeszcze innych punktów wartych obejrzenia, wejścia czy dotknięcia. Po przestronnym, centralnie położonym placu zwanym Hipodromem biegają, zamiast koni, turyści z całego świata w uprzężach swych aparatów fograficznych. No właśnie - mnóstwo tu zabytków, ale jeszcze więcej ich amatorów. Tysiąc dwieście kolumbów, a "ameryka" jedna i już dawno odkryta. Mimo to się nie poddajemy, wszędzie kolejki, wzajemne-sobie-włażenie w obiektyw. Hagia Sofia nie jest już świątynią, ale nawet w Błękitnym Meczecie trudno sobie wyobrazić, że służy do czegoś innego, niż pozowanie w błysku fleszy. Dopiero po dłuższej chwili zauważyłam 3 młode kobiety ukryte za kratką usiłujące się tam modlić. 

Nie chcę ujmować urody tej dzielnicy. To oczywiste, że każdy nowoprzybyły skieruje tutaj swe pierwsze kroki. Jest jednak aż nadto widoczne, że stała się turystycznym gettem. Jeśli pojedziemy drugi raz do Stambułu, to oczywiście pójdziemy tam na spacer, ale na pewno się już tam nie zatrzymamy.

Kolejki do kasy biletowej w Hagia Sofia

Wnętrze Hagia Sofia - oszałamia skalą, ujmuje stonowaną, konsekwentną kolorystyką.

Polecam przepiękną panoramę jej wnętrza tutaj.

Freski w Hagia Sofia.

Widok na Błękitny Meczet od strony Hagii Sofii.

Tuż przed wejściem...

... i w środku - panorama.

Brama Pałacu Topkapi

 

 

Wnętrza kompleksu pałacowego. W salach wystawowych jest nakaz oglądania eksponatów poruszając się gęsiego w ściśle określonym kierunku i rytmie. Wygląda to idiotycznie, ale nikt nie protestuje. Na tarasach widokowch każdy za to pcha się do barierki, by uchwycić ten wspaniały widok bez niepotrzebnych elementów w kadrze, czytaj: współtowarzyszy turystów.

 Na szczęście i w tej dzielnicy można uciec od "głównego nurtu". Boczne uliczki, wcale nie tak odległe od Hipodromu, nie porażają elegancją, ale są cudownie "zwyczajne". Na tym straganie obkupiliśmy się soczystymi pomidorami i brzoskwiniami, dużo zresztą taniej, niż przy głównych ulicach. Dokonawszy raz zakupu, byliśmy pozdrawiani przez właściciela za każdym razem, gdy tamtędy przechodziliśmy :)

Wszystkie zdjęcia i teksty, o ile nie zaznaczono inaczej, są mojego autorstwa i do mnie należą prawa autorskie. Jeśli chcesz skorzystać - zapytaj.