O życiu z oddali, czyli z Delhi. Dzień po dniu zdrapuję lakier egzotyki z indyjskiej codzienności, aby pokryć ją patyną własnych doświadczeń. Czasami jednak muszę uciec stąd i o tym również piszę.
piątek, 25 maja 2012

Rzeczywistość przerasta czasem najśmielsze wyobrażenia, a gdy jest to dodatkowo indyjska rzeczywistość - szaloną jazdę bez trzymanki mamy zagwarantowaną! Nie za bardzo jest czego się chwycić, gdy dotychczasowe "myślowe poręcze" okazują się zupełnie nieprzydatne w nowych okolicznościach. Nowych też nie sposób sobie przeszczepić jak chip do mózgu. 

Są jednak ćwiczenia, które przygotowują na spotkanie z "innym" i pomagają wylądować w obcej rzeczywistości. Nie jest to ani joga, ani pilates, ani nic z oferty jakiejkolwiek siłowni. Należy ćwiczyć... wyobraźnię. A czyż jest coś bardziej odżywczego dla niej, niż literatura? Dla mnie jest ona przede wszystkim wielkim symulatorem życia, gdzie bez ruszania się z miejsca mogę być gdzie chcę, kiedy chcę i, co najważniejsze, - kim chcę.

Temu fenomenowi poświęcony jest najświeższy numer "Archipelagu" - którego już nie muszę przedstawiać. Sama tym razem "odpłynęłam" literacko z Antonio Orejudo na "Chwilę odpoczynku" i możecie poczytać, czy nam było po drodze.

Z tematów indyjskich znajdziecie świetny wywiad Emilii Kustry z Pawłem Skawińskim, autorem książki "Gdy nie nadejdzie jutro". Tak się cieszę, że przybywa polskojęzycznej (i polskoperspektywicznej) literatury o Indiach! Może nie podpisałabym się pod każdym słowem tego wywiadu, ale niewątpliwie podzielam większość spostrzeżeń.

Asia Kusy zdaje relację z odbywającego się "po sąsiedzku" Karachi Literarature Festiwal i jest to też kopalnia inspiracji dla wszystkich, którzy interesują się kulturą Subkontynentu.

Poza tym z wielką przyjemnością przeczytałam wywiad z Katarzyną Hałaburą, londyńską bibliotekarką. Wyczytałam z niego, że łączy w sobie dwie wielkie zalety bibliotekarza: pasję do książek i ciekawość ludzi. Mam nadzieję, że teraz, gdy stadionów w Polsce w bród, ktoś pomyśli w końcu o bibliotekach!

To tyle przejrzałam tak na szybko (piękna szata graficzna!), resztę zamierzam sobie dawkować powoli. Poniżej zamieszczam kompletny spis treści i link do strony, skąd bezpłatnie można sobie ściągnąć magazyn.

Miłej lektury!

Temat numeru: ILUZJE


Mali wybrańcy na granicy światów [Anna Maślanka]
W labiryncie snów [Aneta Granda]
Nibymagia. Kilka słów o fantastach i iluzji [Aleksandra Klęczar]
Każdy z nas jest Alicją [Kamila Kunda]
Mieszczańskie iluzje Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego [Karolina Osowska-Wolińska]
Konkurs (wio)senny [Lirael i Tamaryszek]

Panteon: Miasto, masa, kobieta. O Meli Hartwig i jej Jestem zbędnym człowiekiem
[Malwina Janas]

W przybliżeniu: Palestyńko-izraelskie wędrówki [Karolina Kunda-Kuwieckij]

Wokół książki: Zapiski z końca pewnego świata. Alexis de Tocqueveille - Piętnaście dni w pustkowiu [Robert Jurszo]

Spotkanie z autorem: Xinran - kolekcjonerka ludzkich losów [Kamila Kunda]

Subiektywny punkt widzenia: A co z tą polską książką? [Anna Małgorzata Kurska]

Poza fikcją:
Kazimierz Nowak - podróżnik, pisarz, zagadka. Wywiad z Jackiem Y. Łuczakiem
[Joanna Wonko-Jędryszek]
Z pokorą w Indiach. Wywiad z Pawłem Skawińskim [Emilia Kustra]

W objęciach X muzy: Zbiorowa prywatność objawienia. Stalker Andrieja Tarkowskiego i Piknik na skraju drogi Arkadija i Borysa Strugackich [Robert Mróz]

Przez obiektyw: Dzień i noc książki. 23 kwietnia w Barcelonie i w Londynie
[Ania Ready, Milena Werner]

Ulotnie: Alchemia poezji sufickiej. Alchemia Miłości. Wybór myśli sufickich - Wyd. Barbelo [Karolina Kunda-Kuwieckij]

Pocztówka z...: Murakamiego przygoda z Grecją [Paulina Yamashita]

Stoliczku nakryj się: Płetwa rekina i syczuański pieprz. Słodko-kwaśny pamiętnik kulinarny z Chin - Fuchsia Dunlop [Klaudyna Hebda]

Książka na wszystkie strony:
Kwiaty Orientu - pomost między Polską a Koreą. Rozmowa z Marzeną Stefańską-Adams [Luiza Stachura]
Wśród koreańskich książek [Luiza Stachura]

Spotkania z książką: Biblioteka to mój świat. Rozmowa z Katarzyną Hałaburą, londyńską bibliotekarką [Kamila Kunda]

Konkursy i nagrody literackie: Nagrody literackie na przełomie zimy i wiosny
[Justyna Kowalczyk, Karolina Kunda-Kuwieckij]

Książki naszymi oczami. Recenzje książek wydanych w Polsce
Karen Gillece - Dryft
Krzysztof Tomasik (red.) - Mulat w pegeerze. Reportaże z czasów PRL-u
Jędrzej Morawiecki - Łuskanie świata. Reportarze rosyjskie
Kurt Vonnegut - Niech pana Bóg błogosławi, panie Rosewater
Alexandra Cavelius, Rebija Kadir - Szturmując niebo. Opowieść o życiu chińskiego wroga numer jeden
Joanna Olczak-Ronikier - Korczak. Próba biografii
Stefan Czerniecki - Dalej od Buenos
Chimamanda Ngozi Adichie - To coś na twojej szyi
Alexandra David-Néel - Mistycy i magowie Tybetu

Z obcego podwórka:
Relacja z III edycji pakistańskiego festiwalu literatury Karachi Literature Festiwal [Asia Kusy]

Recenzje książek niewydanych w Polsce
Wielka Brytania: Stephen Kelman - Pigeon English
Niemcy: Eugen Ruge - In Zeiten des abnehmenden Lichts
Hiszpania: Antonio Orejudo - Un momento de descanso
Japonia: Tetsuo Miura - Shinobugawa
Francja: Véronique Ovaldé - Ce que je sais de Vera Candida

sobota, 19 maja 2012

Khadi to ręcznie tkany materiał bawełniany/jedwabny/wełniany. Splot ma trochę grubszy, nieregularny. Jedwabie są dosyć sztywne, szorstkie.

Jednak to nie zalety tych tkanin sprawiły, że khadi odegrał tak ważną rolę w historii Indii. Mahatma Gandhi uczynił z niego ważny symbol walki o niepodległość (tutaj kilka jego wypowiedzi na ten temat). Jak Indie długie i szerokie zapłonęły stosy ubrań sprowadzanych z Anglii, ogłoszono ich bojkot i wezwano do ubierania jedynie odzieży wyprodukowanej w Indiach. Sam Gandhi dawał przykład, nie rozstając się z kołowrotkiem (charkha) nawet podczas ważnych spotkań. 

fot. Margaret Bourke-White, więcej zdjęć kołowrotków w Indiach tutaj

W khadi Gandhi złożył również oficjalną wizytę w dżdżystym Londynie.

fot.http://astroppm.blogspot.com

Wyłącznie z khadi szyje się indyjskie flagi. Tak nazywają się również sklepy sprzedające ręcznie tkane ubrania, nie wszystkie tak skromne, jak te, które nosił swego czasu Gandhi. Natomiast jego podobizna nadal jest wykorzystywana w celach marketingowych. 

Khadi 1

Khadi 2

Można w nich kupić również kosmetyki ayurwedyjskie, wykorzystujące lokalne surowce... 

khadi 8

Khadi 4

Khadi 5

jak również zioła lecznicze, suplementy itp. Poniżej sok z amli, liściokwiatu garbnikowego, czyli indyjskiego agrestu. Szczególnie polecany ze względu na wysoką zawartość witaminy C i właściwości bakteriobójcze. W smaku koszmarnie cierpki :)

khadi 3

Można tam też znaleźć leki na całkiem współczesne bolączki:

Khadi 6

Czegoś takiego Gandhi raczej nie zażywał:

Khadi 7................................................

A dzisiaj - o ironio! - przeczytałam na Olzusowym blogu o pomysłach pewnej Angielki zastąpienia bielizny Made in China majtami szytymi od A do Z w Wielkiej Brytanii!

niedziela, 06 maja 2012

Wpadliśmy na wystawę polskiej grafiki współczesnej w Lalit Kala Academy, czyli Narodowej Akademii Sztuk Pięknych. Wystawa mile zaskoczyła i rozmiarami, i różnorodnością. Przy okazji zaszliśmy na sąsiadującą wystawę młodych artystów z Kalkuty.

Kalkuta to taki indyjski Kraków: była stolica z tradycjami intelektualno-artystycznymi, gdzie nie wypada pisać "Witam" we wstępie listu ;)

Wystawa pl grafika 1

Poza tym zaczęły się już porządne upały - mój termometr pokazuje 36 stopni w cieniu. Świetna pogoda na przejażdzkę cabrioletem (mignął nam dzisiaj i uświadomiłam sobie, że to chyba pierwszy cabriolet, jaki widziałam w Delhi) lub... słoniem po przyjemnie opustoszałych ulicach. 

slon 1

slon 2

Miłej niedzieli, zostało Wam jej 3,5 godziny więcej, niż nam :)

piątek, 04 maja 2012

Zdecydowaliśmy się więc na nowe mieszkanie. Jest ich teraz w Delhi sporo, bo nowe apartamentowce wyrastają jak grzyby po deszczu. W zasięgu 1 km od mojego domu wyrosło ich co najmniej 4 w ciągu ostatniego roku. Burzy się stare parterowe budynki, a na ich miejsce powstają 3-4-5 piętrowe. Estetyka ich przypomina bardzo zachodnią (kuchnie, łazienki), używa się jednak nieporównanie więcej kamienia (marmury, granity), co mi się wydaje totalnie niepraktyczne w łazienkach. Do mycia tego nie można używać niektórych środków czystości, np. odkamieniaczy. Trzeba uważać, żeby nie kapnąć na nie np. żelem do toalety, bo autentycznie wypala dziurę w powierzchni. Nie stosuje się też drewna (co najwyżej cieniutkie panele - rzadko). Typowo indyjski pozostaje sam układ mieszkań: zamknięta kuchnia, salon, jadalnia często w głębi mieszkania, bez zewnętrznego okna (jest otwarta na salon albo na wewnętrzny dziedziniec) oraz mnóstwo sypialni z przylegającymi łazienkami. W łazience wanny nie uświadczysz (widziałam tylko raz), przeważają prysznice wyłożone glazurą lub kamieniem (nie ma brodzików). Natomiast w łazienkowej podłodze jest zazwyczaj kilka odpływów przykrytych sitkiem. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego te sitka nie są przytwierdzone na stałe. Poprosiłam właściciela, żeby je poprzyklejał. Przysłał ekipę, a po ich wyjściu dopiero co doczyszczona łazienka i kuchnia wyglądały jak po burzy piaskowej. Nie mam pojęcia, co to za technika, podziwiam rozmach.

Delhi, 17.10.2010 010

Wadą tego typu pryszniców jest to, że nieodpowiednio uszczelnione (czyli prawie wszystkie) po prostu przeciekają. Na podwieszanym suficie w łązience już zaczęły się pojawiać plamki i lojalnie poradziłam właścicielowi, żeby sprawdził prysznic sąsiadów z góry, bo ewidentnie przecieka (mieszkanie na górze jest identyczne, właścicielem jest wujek naszego, ale je również wynajmuje). Na razie to nie jest problem, ale za 2 lata sufit będzie do wymiany. Spojrzał na mnie, jak na wariatkę, a potem stwierdził, że zacieki powstały w wyniku użytkowania prysznica PRZEZ NAS. Zapytałam go od kiedy to woda leci DO GÓRY??? Potem jednak machnęłam ręką, bo szkoda mojego czasu na rozmowy z tym typem. Na razie plamki są niewielkie, a gdy zbutwiały sufit zwali się komuś na głowę, to to już nie będę ja :))

Odpływ pod zlewem w kuchni to dyndająca rurka wpuszczona w dziurę w podłodze (we wszystkich mieszkaniach). Nietrudno się domyśleć, że łatwo o zalanie całej kuchni, a i widok ziejącej czarnej dziury pod zlewem mnie nie bawi. Dopiero na naszą prośbę umocowano ją w odpływie:Delhi, 17.10.2010 005

Poza tym przeciekały WSZYSTKIE odpływy w zlewach (a mamy ich 4). W jednym z nich (który zresztą nam się szczególnie spodobał przy oglądaniu mieszkania), trzeba było wymienić rurkę odpływu, gdyż w założeniu miała się ona znajdować w lini prostej pod baterią, tak jak tutaj. Niestetyż przy montażu się bateria przesunęła w prawo (tu się robi wszystko na oko, już to przyuważyłam), a metalowej rurki niestety nie dało się wygiąć w lewo. Zamontowano ją jednak, a jakże, z tym, że tworzyła raczej atrapę odpływu (akurat dla oglądających mieszkanie), natomiast przy pierwszym użytkowaniu okazało się, że więcej wody spływa OBOK niż w niej. Zastąpiono ją więc harmonijkową rurką z tak cienkiego plastiku, że spokojnie można ją przebić szpilką. Nie wspomnę o takim szczególe, jak estetyka. 

Delhi, 17.10.2010 011

Najlepsze jednak było przed nami. W jednej z łazienek zauważyliśmy, że odpływ w sedesie nie funkcjonuje dobrze i często się zapycha. Przysłano nam fachowca. Ponieważ byliśmy umówieni na mieście, zostawiliśmy go medytującego nad kibelkiem w towarzystwie właściciela mieszkania. Po powrocie nie zastaliśmy ich już, natomiast toaleta prezentowała się jak niżej:

WC, 13.10.2010 011

Szlag nas trafił! Nigdy wcześniej nie widziałam, żeby trzeba było zrywać sedes w celu przepchania go. Jeszcze przed naszym wyjściem właściciel tłumaczył nam, że to drobnostka, a nie wada montażu (do tej pory nie byłam też świadoma, że można źle zamontować coś tak prostego, jak kibel). Zresztą, chociaż się nie znam, to widzę w podłodze jeden otwór, a w sedesie chyba ze 3, więc coś tu chyba nie gra. Następnego dnia fachowiec skończył robotę (nie wiem, co tam zrobił, dla własnej zdrowotności wolałam się nie zbliżać). Ważne, że sedes, póki co, działa.

 Następnie właściciel, z własnej inicjatywy, przysłał panów do wymiany niedziałąjących żarówek (twierdził, że wszystkie powinny być sprawne i sam je reklamował w firmie, która budowała dom!). Lamp i lampek jest tu bez liku, więc nawet nie zauważyliśmy kilku zepsutych żarówek. Były inne, pilniejsze potrzeby, a ten się uparł na te lampy!. Musiałam czekać na faceta z firmy budowlanej, który przyszedł... policzyć żarówki. Nie wymienić. Policzył, zapisał i poszedł. Za tydzień znowu to samo. Myślałam, że już kogoś do wymiany przysłali, ale drugi wysłannik również policzył, zapisał i poszedł. I jeszcze jeden. Dopiero czwarty (w parze z piątym) przyszedł je wymienić. Liczba się nie zgadzała, więc wysłał piątego na rynek po brakujące żarówki. Nadmienię też, że oprócz żarówek panowie ze sprzętu posiadali śrubokręt i nic więcej. Dobrze, że mamy drabinę składaną, bo inaczej chyba by musieli robić akrobacje, żeby wspiąć się do sufitu (może dlatego przyszli w parze). Z naszą drabiną obskoczyli zresztą wszystkie mieszkania w domu (nikt inny nie miał!). 

Po niedługim czasie zepsuł się dzwonek u drzwi, co zapewniło nam błogi spokój od natrętów zresztą. Długo się tak jednak nie dało i w końcu zawitał odpowiedni fachowiec. Dzwonek zadziałał, ale zdecydowanie zmienił położenie:

P1200398

Spytałam pana, czy zamierza tak to zostawić. No tak, bo on jest przecież tylko od naprawiania, a dzwonek już działa. Zadzwoniłam do właściciela i zapytałam, czy według niego to ok, że dzwonek w swojej nowej naprawionej odsłonie zwisa na kablu z dziury w ścianie. Pogadał z fachowcem i stwierdził, że tak, OK, a poza tym fachowiec nie ma narzędzi do zamocowania dzwonka. Że wróci dokończyć. Oczywiście wszyscy troje wiedzieliśmy, że to to bujda. Na początku postanowiłam zostawić to w tym stanie (skoro tak chce, to niech tak ma), ale za każdym razem, gdy przechodziłam obok, drażnił mnie ten widok i koniec końców sama go zamocowałam i zagipsowałam dziurę.

Podobny numer odstawili panowie montujący klimatyzację. Po ich wyjściu ściana nadawała się do remontu:

Delhi octubre 2011 011

Nie dość, że wyrąbali dziurę wielkości pięści (a mogli przecież zasłonić ją skrzynią klimatyzacji), to upstrzyli ścianę wokół śladami brudnych łap! Na dodatek nie wiedzieli (ale szczerze!), o co się czepiam. Znajomi, którym o tym powiedziałam, poradzili, żebym wzięła ekipę do malowania ścian. Ja jednak wolałam sama zagipsować tą dziurę i pomalować ścianę. W gruncie rzeczy to jest bardzo relaksująca praca - w odróżnieniu od kontaktu z indyjskimi fachowcami.

*No i jeszcze dodatkowo relaksuje mnie to (a propos tytułu :))


czwartek, 03 maja 2012

Wpis zainspirowany duo.na i jej przygodami z chińskimi kranami

Mam świetny pomysł na zwiedzanie Delhi: zadzwońcie do 2-3 pośredników i powiedzcie, że właśnie przeprowadziliście się do tej prześwietnej metropolii i szukacie mieszkania. Przygotują Wam kilka propozycji, obwiozą klimatyzowanym samochodem (choć tu zdarzają się wyjątki) i jeszcze na dodatek wprowadzą do mieszkań. Niekoniecznie pustych. Czyż nie jest to spełnienie marzenia podróżnika - znaleźć się za kulisami indyjskiej codzienności?

Myślę, że przy turystycznym podejściu może to być bardzo pouczające, a nawet zabawne. Dla tych, którzy muszą jednak zdecydować się na jedno z tych mieszkań - nieco deprymujące. 

Co roku myślimy o zmianie mieszkania. Nasze jest dla nas zdecydowanie za duże (tutaj po prostu nie ma małych mieszkań, szczególnie tych w tzw. porządnych dzielnicach i jako takim standardzie), okolica spokojna (czyt. nudna). Jest nowe i czyste (nie muszę się brzydzić np. łazienki). Dodam, że obecnie jest zdecydowanie bardziej czyste, niż gdy się do niego wprowadzaliśmy.

Jego największą wadą (oprócz powierzchni i lokalizacji) jest jednak właściciel i jego wścibska mamusia - parka z piekła rodem, którym w głowie tylko $$$$$. Co miesiąc słyszymy (właściwie tylko Sir, bo ze względu na moją narastającą alergię i niewyparzony język jestem litościwie zwolniona z comiesięcznego obowiązku oglądania ich gąb), że przy odnawianiu umowy (co 11 miesięcy), będzie podwyżka. Ile? Zależy od rynku, cokolwiek przez to rozumieją. Rok temu wyniosła 5%, ale wynegocjowaliśmy ją jeszcze przed wprowadzeniem się (tak, podwyżkę po 11 miesiącach). Ostatnio jednak, przy przedłużaniu umowy, właściciel nie chciał się określać zawczasu - nie mógł przeboleć, że rok wcześniej stracił taką piękną okazję, żeby nas oskubać jeszcze bardziej. Pewnie szykuje dla nas grubą niespodziankę i może to w końcu zmobilizuje nas do rozejrzenia się za czymś bardziej odpowiadającym naszym potrzebom. 

Niestety, to nie takie proste i muszę się do tego psychicznie przygotować, mając w pamięci koszmar poprzednich poszukiwań. Nowym czytelni(cz)kom blogu polecam lekturę starszych wpisów na ten temat - są zalinkowane po prawej stronie.

Najgorsze są łazienki i kuchnie, czyli właśnie to, co dla mnie najważniejsze. Przeważa estetyka a la zapuszczony gierkowski akademik:

Delhi julio agosto 2011 120

Delhi julio agosto 2011 124

Delhi julio agosto 2011 088

Szkoda tylko, że wynajem za taki "akademik" ZACZYNA się od ponad 4 tys. PLN. 

Delhi julio agosto 2011 154Łazienka powyżej była zachwalana argumentem, że "tu mieszkali Niemcy" :)

Delhi julio agosto 2011 121Łazienka po małym liftingu, czyli dosztukowane kafelki i gipsowane dziury. Zostałam zapewniona, że właściciel może ją wyremontować na moje życzenie. Oczywiście marzę o tym, żeby robić za nadzorcę remontu w czyimś mieszkaniu, dodatkowo płacąc niemały czynsz. Nie wspominając, że w Indiach to jest strasznie frustrująca praca, bo jak wytłumaczyć komuś, że coś spieprzył, kiedy on tego NIE WIDZI. 

Delhi julio agosto 2011 139W ramach wyjątku - kuchnia. Nie mogłam się powstrzymać przed pokazaniem tej wykładanej marmurem oazy luksusu. Całe mieszkanie zresztą zasługuje na uwagę i niewykluczone, że jeszcze tu zagości.

Delhi julio agosto 2011 101

Łazienka po kompleksowym remoncie - zachowany tu jest typowy indyjski odsłonięty prysznic. Czyli podczas ablucji rozchlapujemy wodę po całym pomieszczeniu. Przecież nie my ją będziemy wycierać! Muszę przyznać, że w nowych mieszkaniach już ich nie widuję.

Okazało się zatem, że nie ma co liczyć na to, że znajdziemy mieszkanie używane w dobrym stanie. "Używane" równa się w Delhi "zasyfione". Nasz broker od początku nam to powtarzał, ale oczywiście musieliśmy to zobaczyć na własne oczy. 

"Nowe" jednak też nie znaczy "idealne". Przez pierwszy miesiąc przez nasze mieszkanie przewinęło się kilkunastu fachowców, co - według właściciela - jest najzupełniej normalne, gdyż "nowe mieszkanie jest jak noworodek, który musi zostać gruntownie przebadany". Mówiłam już, że on jest durny?

Znowu się rozpisałam, a to miał być tylko wstęp. CDN!

Wszystkie zdjęcia i teksty, o ile nie zaznaczono inaczej, są mojego autorstwa i do mnie należą prawa autorskie. Jeśli chcesz skorzystać - zapytaj.