O życiu z oddali, czyli z Delhi. Dzień po dniu zdrapuję lakier egzotyki z indyjskiej codzienności, aby pokryć ją patyną własnych doświadczeń. Czasami jednak muszę uciec stąd i o tym również piszę.
niedziela, 15 maja 2011

Indiry Gandhi nie trzeba przedstawiać chyba nikomu. Jest to postać dosyć kontrowersyjna, ale zostawmy polityczne dysputy na boku i wybierzmy się do jej przepięknego białego bungalow'u ukrytego wśród bujnej zieleni, jej ostatniego miejsca zamieszkania i niemego świadka zamachu. Mieści się tam teraz Indira Gandhi Memorial Museum. Miejsce to jest oblegane głównie przez turystów indyjskich. Widać, że przybywają tam naprawdę z całego kraju, często wielopokoleniowymi rodzinami. Obcokrajowców nie ma wielu, ale prawdą jest, że nie jest to sezon turystyczny. W każdym bądź razie myślę, że dla nas, cudzoziemców, muzeum ma podwójny urok, bo to z jednej strony pamiątki po jednej z najsłynnieszych Indusek, jednej z najsłynniejszych rodzin (dynastii ;)), a z drugiej strony przykład wnętrza domu indyjskiej klasy wyższej. Pytanie, czy jest to wnętrze typowe dla tej warstwy społecznej, bo z tego, co widziałam w innych domach, Indusi mają ogólnie tendencję do przesady, kiczu, złota i ogólnie stylu "na bogato". Pod tym względem dom Indiry Gandhi zaskoczył mnie skromnością i stonowaniem, oraz absolutnie uroczą biblioteką. Ale po kolei!

Muzeum mieści się w najpiękniejszej, najbardziej zielonej i... najmniej "miejskiej" dzielnicy Delhi, przy alei jak z obrazka, a na dodatek w samym centrum miasta.

W dzielnicy tej jedyną zabudową są właśnie takie bungalow'y w ogromnych ogrodach. Niewątpliwie najbardziej snobistyczna okolica w Delhi.

Pomieszczenia można oglądać przez oszklone okna, co nie jest zbyt wygodne i raczej niekorzystne dla zdjęć, ale rozumiem, że bez takiej ochrony wielu zaczęłoby się czuć jak u siebie. Kiedyś w dużym sklepie meblowym widziałam całe rodziny, które wygodnie rozsiadały się na nowych łóżkach, bynajmniej nie w celu wypróbowania ich przed zakupem, tylko po prostu dlatego, że chciały rozprostować nogi po długim chodzeniu. Zauważyłam nawet randkującą parę (ale bardzo przyzwoicie randkującą, w końcu to Indie ;))

Biblioteka, jak już wspomniałam, najbardziej mnie zachwyciła. Faktem jest, że nieczęsto można w indyjskich domach zobaczyć jakiekolwiek książki (jeśli ktoś ma odmienne doświadczenia, to proszę śmiało oponować :)).

Tutaj, oprócz pokaźnej kolekcji woluminów, zaobserwowałam też słabość do dizajnerskich foteli. Poniżej, na drugim planie fotel i podnóżek Eames ,...

... a tutaj słynny corbusierowski szezlong (ach, znowu ten le Corbusier :)). Kiedyś miałam przyjemność użytkować taki przez kilka miesięcy i ogólnie jest bardzo relaksujący (zwłaszcza do trzymania nóg wysoko ;)), ale do czytania brakuje mu zdecydowanie podłokietników. Nie dowiem się chyba nigdy, czy Indira podzielała moje zdanie ;) Drzwi w tle prowadzą do sypialni.

Trochę żałuję, że nie zrobiłam więcej zdjęć z bliska, aby podejrzeć jej upodobania czytelnicze, ale pocieszam się, że na pewno tam wrócę, więc będzie jeszcze okazja.

A oto rzeczona sypialnia,...

...również wypełniona książkami.

Do sypialni przylega garderoba:

Dalej można podziwiać salon...

...i jadalnię.

Oprócz tych pomieszczeń znajdował się tzw. puja room, czyli coś w rodzaju kapliczki. Do kompletu brakuje wglądu do łazienek, kuchni, pokojów dziecięcych czy dla służby. Były za to ekspozycje zdjęć i pamiątek rodzinnych. Oto Indira ze swoim "kotkiem".

Jedno z ładniejszych zdjęć Rajiv'a i Soni Gandhi:

W gablotach eksponowane są przedmioty osobistego użytku, jak np. tutaj ubranie i laptop Rajiv'a...

... czy sari i sandały, które miała Indira Gandhi na sobie w dniu zamachu:

Jak Wam się podobało? Ja na pewno będę moim gościom polecać.

wtorek, 10 maja 2011

- Bo ja bym chciała do Shimli. Pociągiem.

- Nie ma. Już dawno wykupiony. Jest autobus.

- Nie, pociągiem.

- A może samolotem?

- Pociągiem, pociągiem!!

- Nie ma! Nie ma!

- Nie ma pociągu, nie ma podróży! :(((

No i nie pojechałam. Bo Shimla to pretekst. Chodzi o to, żeby jechać.  Pociągiem.

Pociąg zwykły:

I taki bardziej klimatyzowany (okna ma i karteczkę z nazwiskami - cóż za uczucie ujrzeć swoje nazwisko pośród Singhów, Guptów i Kapoorów):

Przez 3,5 godziny naszej podróży bez przerwy serwowano coś do jedzenia lub picia - chyba ze 3 razy rozdawano tace, najpierw po butelce wody i czaj (dla każdego dzbanek-termos!!!)  z przekąską, potem przekąska na zimno (poniżej), potem druga taca czegoś na ciepło. Może nawet więcej tego było, straciłam rachubę. Pewnie dlatego, że nie jadłam. Pewnie dlatego, że na peronie widziałam, jak panowie kelnerzy to jedzenie traktują z buta.

niedziela, 08 maja 2011

Okazuje się, że w Chandigarh idea recyklingu ma długą tradycję. Jeden z przesiedleńców z Pakistanu, inspektor drogowy Nek Chand, poświęcał się w wolnym czasie zbieraniu odpadów z burzonych w okolicy budynków i tworzeniu z nich rzeźb, którymi "zaludnił" - bagatela!- 49.000 m2 ogrodu w pobliżu jeziora Sukhna, na dodatek w zupełnej tajemnicy! W 1975 roku (po 18 latach!) sekret się wydał, ale na szczęście władze miasta, pod wpływem opinii publicznej, nie zburzyły "samowolki", a wręcz zaczęły wspierać artystę w tworzeniu tego przedziwnego labiryntu. W 1976 roku Rock Garden otwarto dla publiczności i do dziś jest główną atrakcją Chandigarh.

Już przy kasie widać, że wstępujemy do innego świata :) W każdym bądź razie o innych wymiarach :)

Wodospad przyjemnie chłodził, a poniżej widać, że nie jestem odosobniona, jeśli chodzi o nierozstawanie się z butelką wody.

Niektórzy poświęcali się bardzo dla efektownego zdjęcia! Chociaż właściwie wejście pod wodospad przy 42 stopniach to sama przyjemność. I ciuchy schną w mig!

 

 

sobota, 07 maja 2011
piątek, 06 maja 2011

Doczekaliśmy się więc TYCH upałów - 42 stopnie, promienie parzące skórę. Nawet psy nie mają siły szczekać. Wylegują się w cieniu zaparkowanych samochodów, a szczytem ich aktywności jest otworzenie jednego oka czy machnięcie uchem. Przekonałam się osobiście, że lepiej nie ruszać się z domu bez butelki wody, nawet na "5 minut". O odwodnienie nietrudno. Jadąc samochodem dobrze zabrać jakieś zapasowe butelki, bo często zdarza się, że nawet żebracy prędzej poproszą o coś do picia, niż o pieniądze. Tym bardziej chwali się, że w wielu publicznych miejscach woda pitna dostępna jest bez ograniczeń - dla każdego i za darmo. Często można spotkać krany, pod którymi Indusi napełniają plastikowe butelki czy podręczne termosy, z którymi się w lecie praktycznie nie rozstają. 

 

Wodę pitną (i jedzenie, ale o tym innym razem) rozdają również Sikhowie - tutaj pod ich świątynią w Starym Delhi.

A będąc przy tym temacie - brakuje mi wody gazowanej - praktycznie tutaj niedostępnej, nie licząc francuskich czy włoskich (w luksusowych restauracjach i za horrendalne ceny oczywiście).

wtorek, 03 maja 2011

A new city is born

Nie przypadkiem Chandigarh stało się naszym pierwszym celem, gdy w końcu zdołaliśmy się wyrwać z Delhi. Bardziej bowiem niż  Indie mistyczne, Indie folklorystyczne, interesuje nas ich najnowsza historia, ich tu i teraz. Nie ma dla tego kraju ważniejszych wydarzeń, niż odzyskanie niepodległości w 1947 roku i  partycja Indii. Podział na muzułmański Pakistan (Zachodni i Wschodni, czyli późniejszy Bangladesz) i Indie legły u podstaw nowych państw i ich wzajemnych stosunków. Wpływa do dzisiaj nie tylko na politykę zagraniczną obu państw, ale na wzajemne animozje obywateli. Znalazło również odbicie m.in. w kinematografii czy literaturze, stając się tematem czy tłem wielu utworów. Podział spowodował masowe przesiedlenia, któremu towarzyszyły brutalne sceny. Szacuje się, że zginęło co najmniej pół miliona osób, 12 milionów zostało bez dachu nad głową. Jednym z podzielonych obszarów był Pendżab, "kraina pięciu rzek", której stolicą po pakistańskiej stronie stało się Lahore. Po indyjskiej brakowało odpowiedniego miasta. Stąd narodził się projekt zbudowania od podstaw nowego miasta - projekt, który stał się oczkiem w głowie premiera Jawaharlal'a Nehru i do którego zatrudnił zachodnich architektów: Amerykanina Alberta Mayera, Polaka (!!) Macieja Nowickiego (znany poza Polską raczej jako Matthew Nowicki, zginął w katastrofie lotniczej nad Egiptem wracając z Indii) i kuzynów ze Szwajcarii: Pierre'a i Charles'a Edouard'a Jeanneret'ów. Przy czym ten drugi jest o wiele bardziej znany jako Le Corbusier i właśnie on odgrywa rolę architektonicznego i urbanistycznego ojca miasta. Istnieje tam nawet małe muzeum - centrum poświęcone temu architektowi: kilka niskich baraczków otwartych na ogród z wystawą zdjęć, między którymi biegają jaszczurki.

U wejścia zdjęcie obu ojców cudownego projektu: Nehru i Le Corbusier. Matki brak ;)

Oprócz tego można też zwiedzać muzeum architektury poświęcone powstawaniu miasta ze słynnym motywem Modulora ,...

... a w plenerach podziwiać już zrealizowane wizje. Pomnik Otwartej Dłoni (mi bardziej przypomina picassowskiego ptaka):

Niektóre, po przeszło pół wieku, budzą mieszane uczucia (Palace of Assembly, więcej zdjęć tutaj):



C.D.N.

Wszystkie zdjęcia i teksty, o ile nie zaznaczono inaczej, są mojego autorstwa i do mnie należą prawa autorskie. Jeśli chcesz skorzystać - zapytaj.