O życiu z oddali, czyli z Delhi. Dzień po dniu zdrapuję lakier egzotyki z indyjskiej codzienności, aby pokryć ją patyną własnych doświadczeń. Czasami jednak muszę uciec stąd i o tym również piszę.
sobota, 31 marca 2012

Pół dnia zajęło mi dziś zrzucenie i edycja zdjęć do dzisiejszego posta, a wszystko przez nasz wspaniale działający internet plus blox, który odmówił współpracy (ponoć mam za dużo zdjęć :) ) ... Na pisanie nie mam już czasu ani cierpliwości.

Muszę sobie uzupełnić pokłady cierpliwości, bo jadę na rezerwie ;P

Miłego weekendu!

 

Tybetanczycy 12

tybetanczycy 6

Tybetanczycy 19

tybetanczycy 10

Tybetanczycy 2012 2

Tybetanczycy 3 

Tybetanczycy 5 

tybetanczycy 20

11:30, asiaya , Delhi
Link Komentarze (12) »
środa, 28 marca 2012

Wiadomość o desperackim kroku młodego Tybetańczyka Dziampa Jesze podczas demonstracji w New Delhi znalazła się na pierwszych stronach nawet polskich portali ( gazeta.pl ). 

To oczywiście nie pierwszy przypadek. Zdjęcia żywych pochodni wiszą na ulicach tybetańskiej enklawy w Delhi: Majnu Ka Tilla. Już dawno miałam napisać kilka słów o tej dzielnicy. Póki co (czyli póki znajdę chwilę), wklejam kilka zdjęć z mojej pierwszej wizyty:

Delhi 2011 013 Tybetanczycy 

Delhi Tybetanczycy2011 019blox

Delhi Tybetanczycy2011 036

Delhi tybetanczycy 2011 040

Delhi Tybetanczycy 2011 

Delhi Tybetanczycy2011 025

Tutaj znajdziecie również ciekawy film o tybetańskiej diasporze w Indiach (trwa ok. godziny, po angielsku):

http://www.cultureunplugged.com/documentary/watch-online/play/7985/The-Tibetans-A-Life-in-Exile

piątek, 23 marca 2012

... ile sobie wezmę. Ciekawe, kiedy do mnie dotrze ta prosta prawda :) 

GOA na glowie 2

GOA NA GLOWIE 1

Od kilku dni dmie, dmucha i wieje. Z jednej strony dobrze - orzeźwiająco, z drugiej - niosą się tumany piasku i kurzu, od których nawet niebo żółknie. Mimo to nie mogę się powstrzymać przed otwieraniem balkonu w ciągu dnia. Za to na blacie i książkach mogę pisać palcem, choć kurz był wycierany parę godzin temu :) Syzyfowa praca!

wtorek, 20 marca 2012

Od zapachów łaskocze w nosie, pikantny pył z chilli drapie w gardło zmuszając do kaszlu, co rusz potrąca mnie tragarz z ogromnym workiem na głowie. Nie da się tu długo wytrzymać, choć, już nauczona doświadczeniem, zasłaniam usta i nos szalem, popijając od czasu do czasu wodę. Przy tym tyle tu zagadek do odkrycia!

Na delhijskim targu przypraw sprzedaje się w ilościach hurtowych - workach. Nie ma tutaj gospodyń, raczej właściciele sklepików i restauracji. 

sspice market 1

spice market 2

spice market 5

spice market 10

Można jednak pooglądać towar rozstawiony w workach przed stoiskami...

spice market 8

spice market 7

spice market 3

..., a zakupów dokonać już po wyjściu, w sklepikach przy ulicy. 

Marynaty na wagę...

spice market 6

... i paczkowane.

spice market 4

Orzechy, przyprawy, rośliny strączkowe.

spice market 9

czwartek, 15 marca 2012

Nie będzie chyba przesadą stwierdzenie, że połowa życia kulturalnego w Delhi jest organizowana w zagranicznych instytutach kulturalnych, albo we współpracy z nimi. Pisałam już tutaj o Instytucie Włoskim. 

Krąg języka angielskiego reprezentowany jest przez 2 ośrodki: amerykański i brytyjski. Osobiście korzystam z amerykańskiej biblioteki, ale odwiedziłam raz również British Council. Ponieważ jednak nie chciałam ubiegać się o kartę czytelnika (mam 3 inne i na razie mi to wystarczy), okazało się, że nie jestem tam mile widziana. Brytyjczycy mają bowiem bardzo skomplikowany system członkostwa, a przy tym kosztowny: najtańsza, srebrna karta upoważnia tylko do odwiedzin biblioteki przez okres 3 miesięcy, w żadnym razie do wypożyczania. Kosztuje ponad 40 PLN. Najdroższa (za ponad 1 tys. PLN) obowiązuje rok. Za kartę diamentową (sic!), porównywalną ze zwykłą z amerykańskiej biblioteki (30 PLN), trzeba zapłacić prawie 200 PLN! To chyba najdroższa biblioteka, w jakiej w życiu byłam.

Jako osoba bez karty, dostałam z wielką łaską pół godziny na rozejrzenie się po czytelni. Zdjęcia też robiłam ukradkiem, stąd takie krzywe są :)

Budynek od strony ulicy przyciąga wzrok fantazyjnymi wzorami.

Patio wewnętrzne

Czytelnia. Większość bywalców bibliotek (wszystkich, które znam) to uczniowie i studenci.

 Literatura dziecięca:

Przed wejściem należy zdjąć buty:

Wypożyczanie samoobsługowe. Może za takie bajery trzeba płacić ;) ?

Atmosfera jest całkiem przyjemna, wewnątrz czytelni działa kafejka (nie trzeba odrywać się od lektury), ale szczerze powiedziawszy miałam wrażenie, że jest tam więcej użytkowników, niż książek. Z katalogu wynika, że mają w swych zbiorach prawie 90 tys. pozycji, ale naprawdę tylu ich tam nie widziałam. 

sobota, 10 marca 2012

Ten tydzień zaczął się klasycznie, jak u Hitchcocka. Trzęsieniem ziemi. W poniedziałek wczesnym popołudniem siedziałam zatopiona w lekturze, Sir z pasją tworzył obiad w kuchni. Nagle szklanki w kredensie zaczęły brzęczeć, a ściany pokoju przesunęły się to w prawo, to w lewo, jakby rozciągając ramiona po długim śnie. Framugi drzwi i okien zaskrzypiały lekko i z opóźnieniem ruszyły za nimi. Po chwili ich taniec ustał i tylko bujający się pod sufitem wiatrak potwierdzał, że nie był to sen zmorzonej nad książką. Zerwałam się na równe nogi, a w stopach czułam jeszcze lekkie drżenie posadzki.

Następnego dnia to ja urzędowałam w kuchni. Przesiewałam właśnie mąkę do miski, kiedy spod góry białawego proszku na sitku zaczął wyłaniać się ciemny przedmiot. Po chwili moim oczom ukazało się 3 cm zardzewiałego metalu. Śrubka.

Przypomniała mi się dyskusja ekspatów sprzed 3 dni. Każdy z nas przed przyjazdem próbował się zorientować, czego nie można dostać w tutejszych sklepach, co przywieźć ze sobą. Słyszałam już o pewnej 4-osobowej rodzinie, która wylądowała w Delhi z zapasem papieru toaletowego na 5 lat! Tutejsze mieszkania są bardzo duże (za duże!!), ale i tak zastanawiam się, jak można upchnąć taką górę papieru i nie potykać się o nią każdego dnia. Innej osobie doradzono zabrać porządnie wyposażony warsztat majsterkowicza, bo trudno o dobry wybór gwoździ, wkrętów itp.. W dyskusjach na ten temat tworzą się zawsze dwa obozy: jeden -„nic nie ma!” i drugi - twierdzący, że „wszystko jest, tylko trzeba dobrze poszukać!”.

Stałam więc pośrodku kuchni z tą śrubką w ręku i pomyślałam: „Rzeczywiście, trzeba BARDZO DOBRZE POSZUKAĆ”.

mordercza mąka...

Następny zamach na moją integralność cielesną zafundowałam sobie sama. Wychodząc na Holi, przygotowałam 4 butelki (po wodzie mineralnej) farb rozrobionych w wodzie (można i proszkiem rzucać, ale wolę wodne farby). Stałam właśnie z jedną z nich w ręku (a ja często chodzę z butelką mineralnej w ręku, w domu mam też zawsze jakąś w zasięgu), dyskutując zażarcie na nie-pamiętam-jaki-temat z Sir’em i nagle ODRUCHOWO wzięłam łyka z mojej kolorowej butelki! Od razu zorientowałam się w pomyłce (okropny smak!), więc na szczęście nie zdążyłam połknąć i z buzią pełną żółtej cieczy rzuciłam się do łazienki, aby wypluć tą wstrętną i wściekle cytrynową lemoniadę. Odkręciłam kran i zaczęłam płukać usta, kiedy przypomniało mi się, że przecież NIE POWINNAM PŁUKAĆ UST WODĄ Z KRANU!!! (Do mycia zębów też używamy wody filtrowanej). Znowu plucie, i znowu płukanie!

...i podstępne farbki.

Przeżyłam, jak widać i mam się dobrze, ale... CÓŻ TO BYŁ ZA EMOCJONUJĄCY TYDZIEŃ!!

czwartek, 08 marca 2012

Holi to święto ruchome, a w tym roku przypada dziś, czyli dokładnie w Dzień Kobiet. Od rana nasza ulica rozbrzmiewa śmiechem i wrzaskami dzieci oraz głośną bollywoodzką muzyką. Zostawiam Was zatem z kilkoma fotkami indyjskich kobiet, a sama uciekam rozrabiać farbki!

fot. Asiaya, Agra,  maj 2011



fot. ML, Agra, styczeń 2012



fot. Asiaya, Agra, styczeń 2012

fot. ML, Jaipur, styczeń 2012

fot. ML, Jaipur, styczeń 2012

fot. ML, Jaipur, styczeń 2012



fot. ML, Delhi, styczeń 2012

fot. ML, Delhi, styczeń, 2012

fot. ML, Old Delhi, styczeń 2012

fot. ML, styczeń 2012

 

fot. Asiaya, Agra, styczeń 2012

fot. Asiaya, Chandigarh, maj 2011

fot. Asiaya, Chandigarh, maj 2011

fot. ML, New Delhi, styczeń 2012

fot. ML, Jaipur, styczeń 2012

fot. ML, styczeń 2012

fot. Sir, Jaipur, styczeń 2012

Tagi: kobiety
07:48, asiaya , Oni
Link Komentarze (19) »
środa, 07 marca 2012

Ponoć na targach było ponad 2 tys. stoisk. Wierzę, bo poza wielkimi domami wydawniczymi, widziałam też całe mnóstwo mniejszych. Jedna ogromna hala była poświęcona tylko i wyłącznie wydawnictwom publikującym w hindi, inna - w pozostałych językach Indii. Często były to małe regionalne firmy czy stowarzyszenia.



Ogromną, jeśli nie największą część wydawnictw w języku angielskim, stanowiły wszelkiego rodzaju podręczniki, poradniki i literatura fachowa, które są swego rodzaju inwestycją. Indusi święcie wierzą, że wykształcenie (a przynajmniej zdobycie odpowiednich papierków), jest drogą do lepszego życia. Podręczniki zatem znajdą się w wielu domach, w których książek nie kupuje się dla kaprysu.

Inną, bardzo szeroko reprezentowaną grupą, były wydawnictwa religijne, od buddyjskich, po hinduistyczne, islamskie itd. Naprawdę trudno było się zorientować w odmianach poszczególnych religii, które reprezentowały, zwłaszcza, że niektóre wydawały mi się raczej parareligijnymi tworami i new agowymi hybrydami, w których mi się trudno połapać. Fakt, przyznam się, że z góry ucinam wszelkie próby prezentowania mi ich, bo nie lubię mistycznych ściem i jak książka ma w podtytule "Droga do prawdy" (a pisząc to patrzę na taką jedną, która leży na moim biurku wciśnięta jako prezent od autorki z groźbą "kiedyś o tym porozmawiamy"), to mam ochotę niechcący strącić ją łokciem z blatu. Wprost do stojącego obok kosza na papiery.

Natomiast owszem, interesują mnie wydawnictwa akademickie, zwłaszcza te socjologiczne, odnoszące się do indyjskich realiów. Zwróćcie uwagę na Gandhi- i Caste Studies na stoisku wydawnictwa Orient Black Swan, który prowadzi również dystrybucję niezależnego, małego, ale bardzo prężnego wydawnictwa Permanent Black, założonego przez pisarkę Anuradhę Roy i jej męża (recenzja jej książki również w nr 7 Archipelagu).

Dlaczego jednak z przekąsem mówię o "światowości" targów? No cóż, nieliczni wystawcy zagraniczni byli ulokowani w najmniejszej hali, nieco na uboczu (za to z działającą klimą :)). Z Europy największe stoisko mieli Niemcy (ale nieproporcjonalnie mało książek). Ma to zapewne związek z kończącymi się obchodami Roku Indyjsko-Niemieckiego. Widziałam stoiska British Council, Instituto Cervantes, Francuzów (nie zwróciłam uwagi, kto z Francji) i ... Białoruś!

 Stoisko irańskie:

Jamia Millia Islamia to muzułmański uniwersytet w Delhi:

 

Stoisko Arabii Saudyjskiej:

Polskich wydawnictw nie widziałam, z małym wyjątkiem ;):

 

Stoisko Tajlandii. Przy okazji dowiedziałam się, że Bangkok będzie Światową Stolicą Książki w 2013 roku. Obecnie tą funkcję pełni Buenos Aires, ale już niedługo pałeczkę przejmuje (odbywa się to zawsze 23 kwietnia, w Dzień Książki)... Erywań, czyli stolica Armenii, by za rok przekazać ją właśnie Bangkokowi. Siamsoleis, zazdroszczę!



 Poniżej jeszcze kilka ujęć (nie moje)

wtorek, 06 marca 2012

Światowe Targi Książki są organizowane od 40 lat jako biennale. Nie należy ich mylić z innymi targami książki, tymi nieświatowymi, które również odbywają się w Delhi. Byłam na nich również, choć środek sezonu monsunowego na przełomie sierpnia i września nie zachęcał do spacerów po świeżym (i bardzo wilgotnym) powietrzu. Różnica jest znaczna, aczkolwiek nawet na tych międzynarodowych co najmniej 90% stanowili wystawcy indyjscy.

Tylko kilka stoisk - największych wydawnictw i dystrybutorów - przyciągało wzrok. Większość wystawców ograniczyło się do zagospodarowania standardowych boksów. Szkoda, bo przed tymi ciekawszymi ustawiały się kolejki do zdjęć. Poniżej ekspozycja wydawnictwa RUPA. Tak pusto było tylko w pierwszych porannych minutach.

Ekspozycja indyjskiego Penguina była w sumie bardzo podobna, na dodatek znajdowała się tuż obok. 

Jednak nic nie przebiło ich maskotki na 25-lecie obecności w Indiach  - stylowego ambasadora w barwach wydawnictwa. Ponoć był też prezentowany w styczniu na Festiwalu w Jaipurze. Tutaj jeszcze go widać:

Tutaj musiałam stanąć na palcach i wyciągnąć wysoko rękę, bo go w ogóle uchwycić:

 

Penguin miał też chyba najszerszą ofertę gadżetów - od zawieszek do bagażu po kubki, torby itp. 

Największe wydawnictwa publikują głównie po angielsku, ale niektóre mają sekcje innych indyjskich języków, np. hindi. Widać też, że Aravind Adiga trzyma się mocno, albo może raczej jest mocno promowany. Osobiście nie przepadam, aczkolwiek należy przyznać, że porusza tzw. "palące problemy", więc komuś, kto nie ma na codzień kontaktu z indyjską codziennością może trochę przybliżyć bolączki przeciętnego Indusa (o ile taki istnieje ;) ).

Nie mogło zabraknąć również Chetana Bhagata, kultowego, acz literacko bardzo słabiutkiego, pisarza młodego pokolenia. Wspominałam o jego fenomenie w artykule "Co czytają Indie" w ostatnim numerze Archipelagu

Indyjska specyfika: astrologia to ważna część tematyki wydawniczej, nawet w dużych wydawnictwach.

Random House India, wydawca m.in. laureata Bookera 2011, Juliana Barnesa.



CDN.

niedziela, 04 marca 2012

Właśnie zakończyły się 20. Światowe Targi Książki w Delhi. Zanim jednak o targach - muszę wspomnieć o samym kompleksie targowym - Pragati Maidan. Nazwa ta oznacza  Pole Postępu. Postępu... 

Mile mnie zaskoczyła frekwencja. Bilety wstępu po baaardzo przystępnej cenie 20 rupii (ok. 1,30 PLN) i proszę - tłumy!

Teren jest bardzo rozległy, a na nim kilkanaście hal wystawowych - można się nachodzić ;) Dzisiaj przy tym było już naprawdę gorąco! 

Całość jednak sprawia bardzo dekadenckie wrażenie - zwłaszcza hale poświęcone poszczególnym stanom. Miałam wrażenie, że chodzimy po opuszczonym przed laty planie filmowym. 

 

Dekoracje i szopki z papier mache to częsty motyw ekspozycji w Indiach. Muszę przyznać, że trochę to takie...  przedpotopowe. 

Jedna z hal wystawowych - awangardowa forma, fatalne wykonanie. Szkoda, mogło być ciekawie.

Drugiego dnia targów nie wszystko jeszcze było gotowe. Ekipy wokół pracowały, montując stoiska i dekoracje.



A skoro siła robocza jest tak tania, nikomu nie przychodzi do głowy, żeby usprawniać pracę. Po co zawracać sobie głowę wózkami, skoro taniej wynająć tragarza, któy wszystko przeniesie na własnej głowie.



Tagi: targi
18:49, asiaya , Delhi
Link Komentarze (2) »
piątek, 02 marca 2012

To nie jest miejsce dla turystów, którzy spragnieni Indii właśnie wysiedli z samolotu. To miejsce dla tych, co na widok dalu oddalają się w podskokach, a na zapach masali rozglądają się za wyjściem ewakuacyjnym. Nie marzą o ryżu, a już na pewno nie o basmati na sypko.

I tak, jak niektórych obieżyświatów ratuje McDonald's, dla mnie zawsze wybawieniem jest kuchnia włoska. Menu włoskich restauracji nie jest może tak zunifikowane, ale za to czasami miło zaskakuje. Od razu zaznaczam, że nie wystarczy zamówić czegoś z działu "continental" w typowej indyjskiej restauracji. Jest duże prawdopodobieństwo, że dostaniecie ugotowane na mdło warzywka typu groszek i marchewka. "No spicy" równa się tu "no flavour at all". 

W poszukiwaniu Włoch najlepiej udać się do Włoch, nawet jak się tymczasowo rezyduje w Delhi. Włochy w Delhi znajdują się na tyłach włoskiej ambasady, w ogrodzonym wysokim murem ogrodzie Instytutu Włoskiego. Już sama dzielnica ambasad wygląda jak zaprzeczenie Indii, a może właśnie nie - bo przecież Indie są znane z tego, że zawierają każdą antytezę wszelkich możliwych indyjskich tez. Dzielnica Chanakyapuri to niemal wyłącznie szerokie aleje z równo przystrzyżonymi trawniczkami i kwitnącymi wszelakim kwieciem klombami oraz ukryte w głebi ogrodów budynki ambasad.

 

Pojawiające się od czasu do czasu niebieskie tablice informują o mijanych placówkach.

 

Jeszcze tylko pozostaje przejść przez tą bramę i niestety, nie jest to takie proste. Indyjska (i brytyjska) klubowa mentalność dotarła i tutaj: roczna karta członkowska kosztuje ok. 300 PLN. Za słodkie życie trzeba słono płacić. Rodzice muszą również zobowiązać się do pokrycia wszelkich szkód wyrządzonych przez ich dzieci. Czyżby jakieś koszmarne doświadczenia?

 

Budynek Instytutu, w którym odbywają się lekcje włoskiego, pokazy filmów, wystawy itp. Jest też niewielka biblioteka.

Ale większość i tak omija te atrakcje, zdążając tutaj:



 

Mała enklawa, w której po kilku wizytach wszyscy się już znają - przynajmniej z widzenia. Można spokojnie zostawić torbę, wychodząc do łazienki.

W zimie taras jest dogrzewany, w lecie ochładzany orzeźwiającą mgiełką (choć i tak od maja do września wszyscy raczej korzystają z klimatyzowanego wnętrza), w dzień ocieniany parasolami, a w nocy nastrojowo oświetlany lampkami zwisającymi z konarów drzew.

 

I żeby nie było, że ja tylko o jedzeniu. Ze strawy dla ducha też korzystamy. Poniżej wystawa włoskiego pop artu. Ale jak można mieć taką minę w raju, mamma mia!!!

Wszystkie zdjęcia i teksty, o ile nie zaznaczono inaczej, są mojego autorstwa i do mnie należą prawa autorskie. Jeśli chcesz skorzystać - zapytaj.