O życiu z oddali, czyli z Delhi. Dzień po dniu zdrapuję lakier egzotyki z indyjskiej codzienności, aby pokryć ją patyną własnych doświadczeń. Czasami jednak muszę uciec stąd i o tym również piszę.
poniedziałek, 28 marca 2011

Dziś krótko i praktycznie :) Pamiętam, że gdy przed przyjazdem szukałam informacji na temat Indii, najtrudniej było znaleźć te banalne, choć bardzo przydatne i expatom, i turystom. Jedną z nich była kwestia wtyczek elektrycznych. Znalazłam coś takiego, z czego się dowiedziałam, że są dwa typy wtyczek, ale nadal nie wiedziałam, czy będę mogła używać moich. Co zastałam na miejscu? Coś takiego (to czerwone to nasz odstraszacz komarów):

i takiego:

Polska wąska wtyczka pasuje mniej więcej do pierwszego typu. Jak widać, gniazdka mają w środku zaślepki i czasami ciężko wcisnąć wtyczkę bez górnego bolca. Jest na to metoda, którą nazywam ołówkową. Pierwszy raz zobaczyłam jej zastosowanie w bibliotece, w której bibliotekarz usiłował pomóc mi podłączyć mój laptop z polską wtyczką. Bierze się długopis lub ołówek i delikatnie popycha zaślepkę do góry, jednocześnie wkładając wtyczke do dolnych otworów. Na początku napawało mnie to zgrozą, ale teraz sama prawie codziennie ją stosuję, podłączając suszarkę do włosów za pomocą ołówka :))). Widać nawet, jak jest porysowana w środku. Oczywiście stosujecie na własną odpowiedzialność ;)

Natomiast do laptopa kupiłam kabel z indyjską wtyczką. Kosztował jakieś grosze, ale czasami trzeba dużo cierpliwości, żeby wytłumaczyć, że nie chce się całego kabla z zasilaczem, a tylko część z wtyczką. Mi się udało za drugim podejściem :)

A skoro już jestem przy wtyczkach, pokażę jeszcze, jak rozbudowane są włączniki światła (i podsufitowych wiatraków przy okazji). Wszystko się włącza (i wyłącza) przyciskiem, łącznie z gniazdkami elektrycznymi. Takim samym przyciskiem włączam zasilanie ogrzewaczy wody, a nawet lodówki. Na ten akurat muszę bardzo uważać, bo jest po przeciwnej stronie kuchni, niż lodówka ( :) ) między mnóstwem innych i naprawdę bardzo łatwo się zagapić i niechcący wyłączyć lodówkę zamiast światła np. :)

......

Poza tym już mamy 35 stopni i wiatraki chodzą non-stop.

......

U nas nie ma zmiany czasu na letni, więc bardzo się cieszę, że dzieli mnie od Was (no, od większości z Was) już tylko 3,5 godziny :)

czwartek, 24 marca 2011

Wrzucam jeszcze resztki zdjęć z Holi. Włosy nadal mają różowy połysk, pomimo tego, że obficie nasmarowałam je olejkiem.

08:11, asiaya , Religia i święta
Link
poniedziałek, 21 marca 2011

Mieliśmy zamiar zrobić rundę po dzielnicy, ale już na sąsiedniej ulicy zostaliśmy zaanektowani przez grupę sąsiadów :) Muszę przyznać, że nie spodziewaliśmy się takiej otwartości. Nagle wszyscy nam się zaczęli przedstawiać, nie tylko z imienia i nazwiska, ale też stopnia pokrewieństwa czy znajomości z resztą. Nie muszę chyba dodawać, że nie sposób było tego wszystkiego zapamiętać.

Następnie zaprowadzono nas do "bufetu" i ugoszczono po królewsku. Dominowały warzywa smażone w cieście, bardzo dobre! Gdy sięgałam do misy, zawsze miałam parę "doradzaczy" i "zachwalaczy": "Spróbuj tego, i tego, i tego!" Impreza była składkowa, więc nie chciałam nikogo urazić - w rezultacie musiałam spróbować wszystkiego. Barek również przedstawiał się imponująco: piwo, wódka, whisky i co tam jeszcze.

Jak widać, wszyscy już byli dosyć, ehm, pokolorowani. To w kubku poniżej to nie piwo, tylko whisky :)

Nawet strażnikom się oberwało, ale nie obrażali się, wprost przeciwnie!

c.d.n

niedziela, 20 marca 2011

Czekałam na Holi od początku i nie zawiodłam się! Od kilku dni dzieciaki oblewały się i rzucały torebki z wodą z balkonów, ale kolory poszły w ruch dopiero dzisiaj. Pogryzałam arbuza na późne śniadanie i wyglądałam z mojego stanowiska obserwacyjnego, czyli balkonu, na ulicę. W końcu pojawili się! Podczas, gdy Sir zastanawiał się, którą koszulkę wydać na pastwę wściekłych barwników, stałam już w pełnym runsztunku, z aparatem owiniętym szczelnie folią kuchenną, przebierając nóżkami i pstrykałam, pstrykałam.

Zaczęło się dosyć niewinnie...

... ale szybko poszły na bok wszelkie kurtuazje!

Sąsiedzi wystawili na ulicę wielki stół, jedzenie, picie i, upstrzeni wszystkimi kolorami, zaczęli biesiadować. Nie obyło się bez tańców i śpiewów!

c.d.n

czwartek, 17 marca 2011

Znalazłam świetną stronę z filmami dokumentalnymi. Prawdziwa uczta dla kogoś, kto, nie ruszając się z domu, chce poznawać świat. Myślę, że czasami nawet kupno biletu nie gwarantuje dostępu do pewnych sfer, ukrytych przed oczyma turysty, a wydobytych przez umiejętnego filmowca. Oczywiście nie chcę ujmować tzw. realnym podróżom (zapachy, smaki, dotyk - te zmysły jeszcze nie znalazły przekaźnika), ale dobrze chyba jest obie te formy połączyć. Wtedy, podróżując - ma się oczy szeroko otwarte, a oglądając - wspomaga wyobraźnię wspomnieniami.

 Pierwszy film, po jaki przypadkowo "sięgnęłam" dotyczył (znowu!) tematu aranżowanych małżeństw. Rozumiem, że to może kogoś nudzić, ale życie tutaj naprawdę w dużej mierze kręci się wokół tego. Po pierwsze - rodzina to niezaprzeczalna siła, a po drugie - po prostu mają tych dzieci do wydania całkiem sporo :). Dla mnie z kolei jest to obszar świetnych obserwacji - z jednej strony słyszę: "Boże, co za barbarzyństwo", z drugiej: "Ci z Zachodu mają poprzewracane w głowach". "Westernizacja" Indii z perspektywy Delhi postępuje zadziwiająco szybko, ale mam wrażenie, że jest bardzo powierzchowna. Instytucja aranżowanych małżeństw, zdaje się, nie jest zagrożona.

Niestety, moje łącze internetowe jest fatalne (Tata!!!) i po trzech dniach prób się poddałam, widząc zaledwie pół tego godzinnego filmu, jednak mam nadzieję, że go dokończę, jak tylko będę miała okazję, bo wciąga jak najlepsza fabuła. Simon Chambers, pracownik socjalny z Londynu, poznaje rodzinę bangladeskich imigrantów, a przede wszystkim ich urodzone już na obczyźnie dorosłe córki: Shahanarę i Hushnarę. Córki, które najwyższa pora wydać za mąż -  najlepiej za jakichś miłych bangladeskich chłopaków. Shahanara jednak to nie jest przykładna i skromna muzułmanka - to "czarna owca", która mieszkała ze swoim chłopakiem, a który niestety - o ironio!- został ożeniony przez rodzinę. Zrezygnowana Shahanara mówi: "Próbował walczyć, ale rodzina to rodzina". Bo Shahanara to niesamowita mieszanka bangladeskiej tradycji (rodzina!), zachodniego stylu życia ("Lubię nosić szorty i nikomu nic do tego!"), przystosowania do wymogów społecznych (zgadza się na aranżowane przez ojca małżeństwo) i buntowniczego charakteru, wulgarności i wrażliwości, infantylności i dojrzałości. W filmie prezentuje całą paletę emocji, a w każdej jest autentyczna, choć zagubiona. Bo jak można poskładać jedną rzeczywistość z tylu elementów, które na dodatek często się nawzajem wykluczają?

Hushnara jest jej przeciwieństwem - to pobożna muzułmanka, spokojna, opanowana, ale nawet ona ma mnóstwo wątpliwości, choć podchodzi do nich bardziej analitycznie. Mimo wszystko zgadza się na ślub i w drugiej części filmu wszyscy, łącznie z Simonem, jadą na wielkie bangladeskie wesele. Niestety nie dane mi było zobaczyć tej części. Tata nie pozwolili ;)

Może ktoś będzie miał ochotę podzielić się wrażeniami :)

Jest też trzecia, najstarsza siostra, Azirun - strażniczka tradycji i osoba dosyć obcesowa. Przewija się gdzieś na tylnym planie, komentuje, ale nie znamy jej historii. Ciekawa jestem, co z kolei kryje się za jej skorupą gruboskórności.

 

Ponieważ blox ucina prawą stronę "ekranu", polecam obejrzenie filmu na stronie cultur unplugged ( link powyżej).

niedziela, 13 marca 2011

W czwartek miałam mały Armageddon pt. instalacja klimy. Panowie wyrąbali dziurę wielką jak pięść w ścianie OBOK  tejże, a to, czego nie wyrąbali, upstrzyli gustownymi odciskami własnych dłoni w promieniu metra. Nadaje się tylko do remontu. Po czym przedstawili mi rachunek napisany pospiesznie na kartce post-it, chociaż instalacja była wliczona w koszty urządzenia. No i była draka. Znajoma powiedziała, że w Indiach nabywasz umiejętności wkurzania się na życzenie, ale tak, "żeby się nie spalać w środku". Bo wkurzyć się musisz, żeby pokazać, że "jestem cudzoziemcem, ale nie idiotą" (jak to kiedyś powiedział Sir warszawskiemu taksówkarzowi).  No to ja jeszcze tak nie umiem. Kosztuje mnie to. Indyjscy fachmani (bo nie fachowcy) uzbierali sobie już u mnie materiał nie tylko na jeden wpis, ale na całą serię. Nie chcę zalać jadem tego blogu, ale jak wszystkie kolory, to wszystkie. Tytuł zobowiązuje.

Potem przyszedł piątek i tragiczne wieści z Japonii. Dotknęło mnie to bardzo. Znów spędziłam pół nocy przyklejona do ekranu, oglądając filmy z siejącą spustoszenie falą. Przerażające! Te samochodziki uciekające w popłochu! To jak sceny egzekucji! W końcu stwierdziłam, że dla własnego zdrowia psychicznego powinnam zaprzestać.

Dlatego weekend musiał być relaksujący. Poszliśmy do kompleksu Kutb (eng.), ze słynnym Kutb Minar (pl.), czyli minaretem z XIII w. Spojrzenie w taką głębię historyczną dobrze ustawia priorytety w głowie, ale przede wszystkim jest to miejsce zamknięte, zadbane, względnie spokojne i na tyle rozległe, że można spacerować bez wrażenia bycia na więziennym spacerniaku. Relaks.

Rysunkowa rekonstrukcja. Nie wszystko zachowało się w całości.

czwartek, 10 marca 2011

Od rana (codziennie, nie tylko przy sobocie), zaczyna się w Delhi wielkie pucowanie samochodów. Śmiem twierdzić, że Delhijczycy mają czystsze samochody niż własne buty. Ci, co mają samochody. I ci, co mają buty. Całą robotę odwalają oczywiście służący, a właściciele co najwyżej pokażą paluszkiem: "Ooo, tuu!" Prawie wszyscy cudzoziemcy i wielu zamożnych Delhijczyków posiadających auta, zatrudnia szoferów, którzy, czekając na pasażerów, często łapią za szmatę. Podobnie taksówkarze.

środa, 02 marca 2011

Internet mi chodzi jakby chciał, a nie mógł :/ O oglądaniu czegokolwiek na You Tube bez przerw już dawno zapomniałam, ale żeby mi się zwykła strona 3 minuty ładowała? Nie zawsze z pozytywnym skutkiem zresztą. A miało być tak pięknie - informatyczne zagłębie itepe.

Poza tym od wczoraj atakuje mnie jakieś choróbsko. Mój zestaw antygrypowy to: Coldrex cytrynowo-miodowy, gorąca kąpiel, ciepła miejscówka pod kołdrą i dłuuugi sen. Na szczęście przywiozłam spory zapas leków, bo tutaj paracetamol występuje tylko w formie prozaicznej białej tabletki do połknięcia. To przecież nie to samo, co rozgrzewający kubek słodko-kwaśnego napoju, nawet, jeśli aromaty nieco syntetyczne :) Kiedyś dałam saszetkę Coldrexu koledze Indusowi i był zachwycony. Spytał konfidencjalnym tonem, czy mam tego więcej :) Zaznaczam, że wpis nie jest sponsorowany przez producenta w/w specyfiku. Piszę to tylko po to, żeby Wam uświadomić, w jakie luksusy opływacie :)

Zgodnie z obietnicą wrzucam kilka zdjęć mody streetowej z Delhi. Na tym zdjęciu mamy pełen przekrój: od dżinsów i koszuli poprzez trzyczęściowe zestawy salwar kamiz po sari. Zazwyczaj głowy nie są zakrywane, myślę, że na tym zdjęciu panie tylko chroniły się przed słońcem (szalem, czyli dupattą).

Churidar jest podobny do salwar kamiz, ale ma wąskie spodnie - praktycznie legginsy:

Od święta sari jednak jest niezastąpione! Na codzień może być z kolorowej bawełny, na specjalne okazje najlepiej jedwabne i błyszczące od zdobień!

Oczywiście to jest temat-rzeka. Dla chętnych internetowy sklep: od wzorów, kolorów aż głowa boli!!

A ja się idę kurować!

Wszystkie zdjęcia i teksty, o ile nie zaznaczono inaczej, są mojego autorstwa i do mnie należą prawa autorskie. Jeśli chcesz skorzystać - zapytaj.