O życiu z oddali, czyli z Delhi. Dzień po dniu zdrapuję lakier egzotyki z indyjskiej codzienności, aby pokryć ją patyną własnych doświadczeń. Czasami jednak muszę uciec stąd i o tym również piszę.
niedziela, 12 grudnia 2010

Niedziela + słońce = spacer :))

Nigdy w życiu nie prowadziłam tak siedzącego trybu życia jak w Delhi. Zdaje się, że chodzenie nie jest tutaj w zwyczaju klasy sredniej, a sama struktura miasta nie sprzyja spacerom po ulicy. Nawet z psem wychodzą służący. Poprosilismy kiedys jednego z brokerów, aby po całodziennym "zwiedzaniu" mieszkań zostawił nas w dzielnicy, w której mielismy na oku jedno lokum. Chcielismy sobie pospacerować po okolicy, zanim się zdecydujemy. Zrobił wielkie oczy i powiedział cos w stylu: "You European! You seem to like to walk!"

 Lodi Garden

 

 

wtorek, 07 grudnia 2010

Czas dokończyć mieszkaniowy serial :) Z pewną niechęcią wracam do tych wydarzeń, bo kojarzą mi się ze stresem i frustracją, które już zdążyłam zapomnieć, schować na samo dno swiadomosci i upchnąć kolanem. To była udręka: od drzwi do drzwi, od spotkania do spotkania, od brokera do brokera. Tak, po Gaganie było ich jeszcze trzech! Jednego nawet nie mielismy okazji poznać, ponieważ nie pofatygował się na umówione spotkanie. Dwa w zasadzie... Zresztą nie pofatygował się nawet, żeby te spotkania odwołać, co nie przeszkodziło mu radosnie zaproponować trzecie. W międzyczasie zadzwonilismy do następnej brokerki. Została nam polecona jako osoba, która pracuje wyłącznie z Hindusami, czyli oferująca mieszkania w "normalnych" cenach. Mniej więcej powiedzielismy jej, o co nam chodzi, obiecała oddzwonić. Oddzwoniła jej koleżanka, miała kilka ofert dla nas, umówiłysmy się na obejrzenie ich następnego dnia. Zamiast koleżanki PRZYSZEDŁ kolega. Na piechotę. Na moje pełne zdumienia spojrzenie powiedział, że zaraz przyjedzie po nas samochodem jego kolega. Próbowałam go wypytać o oferty, ale niestety jego angielski nie pozwalał na nawet podstawową komunikację. Wyciągnął z kieszeni pomięty zeszyt z adresami. Miałam nadzieję, że przynajmniej kolega będzie bardziej rozmowny. Niestety nie był. A samochód... mhm... Był bardzo, jak by tu okreslić... egzotyczny. Na początku wizja przejadżki tym gratem po Delhi bardzo nas rozbawiła, ale już po 15 minutach miny nam zrzedły. Nie miał klimatyzacji, na zewnątrz panował upał (ok. 35 stopni) i niesamowita wilgoć też dawała się we znaki - monsun w końcu. Pot spływał nam strużkami z czoła. Na dodatek koledzy wcale nie wiedzieli, dokąd mają jechać, co rusz zatrzymywali się, pytając o drogę. Mieli oferty w tzw. "dobrej" dzielnicy (oczywiscie w delhijskiej skali), więc bylismy ich bardzo ciekawi. Niestety, nawet w takich dzielnicach są ulice i ulice. Okazało się, że dziwnym trafem ich wszystkie mieszkania są na tych gorszych. Gdy dotarlismy do pierwszego, już miałam ochotę uciekać. Tak okropnej nory nie widziałam nigdy w życiu! Ciemne, smierdzące klity o brudnych scianach, w kuchni gorzej niż w chlewie, łazienka jak na ukraińskim dworcu, ale najgorsza była czarna ziejąca dziura w podlodze w przedpokoju, skąd schody bezposrednio (bez drzwi) prowadziły do piwnicy pełnej starych rowerów i Bóg wie czego jeszcze. Sceneria jak z horroru. Nie, czegos takiego się nie spodziewalismy. Po wyjsciu na swiatło dzienne zapytałam jednego z naszych "brokerów" o cenę. Chyba ich zaskoczyłam, nie wiedzieli, co powiedzieć, patrzyli po sobie niepewnym wzrokiem, a w końcu jeden z nich wypalił: 1.000 Euro... Wybuchłam gromkim smiechem, ale z rodzaju tych nerwowych, które bardziej przypominają trudną do opanowania czkawkę. Próbowałam się powstrzymać, ale on dodał skonsternowany: "Do negocjacji", co tylko dolało oliwy do ognia. W końcu się opanowałam i spytałam, czy wszystkie ich oferty są w tym stylu. Mhm, trudne pytanie, bo przecież on tych mieszkań wczesniej nie widział. Skończyło się na tym, że podjeżdżalismy pod te domy, my zrezygnowani kręcilismy głową i jechalismy dalej. Dzień zmarnowany... Chociaż może nie! Przecież mam o czym opowiadać! Nauczona tym doswiadczeniem, zaczęłam też zabierać ze sobą aparat fotograficzny. Niestety, już się nam taka perełka nie trafiła. Być może dlatego, że odmówilismy współpracy z poleconą koleżanką. Ona niestety nie mogła się z tym pogodzić i wydzwaniała do mnie jeszcze przez parę tygodni, aż końcu byłam zmuszona przestać odbierać jej telefony. Zdesperowani zaczęlismy szukać następnego brokera. Numer wzięlismy po prostu z internetu, bo już było jasne, że żadne polecenia tu nie pomogą. Facet po pierwszym spotkaniu wydał się nam sensowny, a najbardziej przekonał nas do niego fakt, że oferował niektóre z mieszkań, które pokazywał nam wczesniej Gagan, o ok.25% taniej. To tak, jakbysmy mieszkali 3 miesiące w roku za darmo... Niestety nawet on nie okazał się być cudotwórcą, więc i tak musielismy się zmierzyć z indyjskimi standardami budowlanymi. Czego to mysmy nie widzieli!!

  • mieszkania z zaciekami i grzybem (bo monsun)

    

  • mieszkania z fantazyjnymi kikutami rurek w salonie

 

  • łazienki, gdzie przy odrobinie szczęscia można dostać w głowę jednoczesnie spadającymi: głowicą od prysznica i wiatrakiem trzymającym się na słowo honoru

  

  • gdyby to nie było skuteczne, to zawsze można spróbować włożyć wtyczkę do tego czegos:

  • lub po prostu wyjsć na balkon (tam z tyłu to miejsce do podłączenia pralki - tradycyjnie na tylnym balkonie)

 

Wszystkie powyższe zdjęcia były robione w NOWYCH mieszkaniach, tylko jedno z tych, które nam pokazywano, było stare. Szacuję, że lata 70-te :)

 

  •  Były też mieszkania z wykładziną tak pofalowaną, że Małysz mógłby na niej spokojnie trenować.
  • Mieszkania, do których w zasadzie nie powinno się wchodzić bez kasku - w stanie surowym!
  • Mieszkania okupowane "na dziko" przez robotników - w jednym z nich zastalismy nawet spiącego w kącie mężczyzne.
  • Mieszkania, w których na klatce (nowej!) przed wejsciem utworzyła się kałuża z przeciekającego deszczu. 
  • Mieszkanie, do którego nie moglismy wejsć, bo było zamieszkane (chociaż "nowe"). Zaproponowano nam obejrzenie "identycznego" - piętro niżej. Stwierdzilismy jednak, że to strata czasu, bo nie mamy zamiaru podpisywać umowy wynajmu bez obejrzenia tego KONKRETNEGO mieszkania. Że poczekamy na telefon, jak się zwolni. Od razu znalazły się klucze! I rzeczywiscie, była tam walizka i parę rozrzuconych męskich ciuchów. Tylko, czy ktos miałby zaufanie do własciciela, który wchodzi bez pytania wynajmującego do mieszkania, na dodatek z obcmi ludźmi? Stracilismy zainteresowanie...
  • 90% mieszkań było po prostu brudnych...

Gdy pod koniec wrzesnia wybuchł skandal związany z warunkami higienicznymi w apartamentach sportowców podczas CWG, kiwalismy ze zrozumieniem głową. No tak, cos o tym wiemy...

Nie sposób już było jednak tego ciągnąć w nieskończonosć, wybralismy 2 oferty i zaczęła się faza negocjacji...

Wszystkie zdjęcia i teksty, o ile nie zaznaczono inaczej, są mojego autorstwa i do mnie należą prawa autorskie. Jeśli chcesz skorzystać - zapytaj.