O życiu z oddali, czyli z Delhi. Dzień po dniu zdrapuję lakier egzotyki z indyjskiej codzienności, aby pokryć ją patyną własnych doświadczeń. Czasami jednak muszę uciec stąd i o tym również piszę.
niedziela, 27 listopada 2011
sobota, 26 listopada 2011

(z dedykacją dla Spacerującej nad Sekwaną :) )

Wczoraj odkryłam! Dlaczego tak późno? Projekt Indialucia (nominowany nawet do Fryderyków w 2007 roku), czyli Indie, flamenco i... polscy muzycy (oprócz indyjskich i hiszpańskich). Bo w dobie globalizacji najlepiej smakują mieszanki, czyli masale!

Tutaj ich strona www (w wersji hiszpańskiej, polskiej i angielskiej), a tutaj muuuzyka:



piątek, 25 listopada 2011

..., więc się trzeba zrobić na bóstwo! No chyba, że się ktoś już bóstwem urodził :)

W tle: Maseczki z miodly indyjskiej i skórki pomarańczowej, woda różana. Miodla indyjska, czyli w hindi neem, jest tu niesamowicie popularna. Po pierwsze rośnie jej mnóstwo w Delhi (sama mam pod balkonem jedno okazałe drzewo) po drugie jest tak popularna w kosmetyce jak u nas... mhm... rumianek? Jest używana przede wszystkim we wszystkich produktach myjących (mydłach, żelach itp.) - głównie ze względu na właściwości antybakteryjne, antygrzybiczne i antywirusowe.

Z przodu: woda różana. Używana jako tonik czy do sporządzania maseczek ( te tutaj są w proszku). Opakowanie trochę tandetne, ale ładnie pachnie i kosztuje całe 1,5 PLN :))

Miłego weekendu wszystkim boginiom i bogom!!!

czwartek, 24 listopada 2011

- September eleven! Z czym Ci się kojarzy? - wychylam nos zza netbooka.

- Powiedz od razu, o co Ci chodzi - Sir nie daje mi szansy rozwinąć retorycznego wstępu.

- Taki ma być tytuł filmu o Bitwie Wiedeńskiej. Dadzą pewnie na plakacie wielkimi literami September Eleven, a na dole maczkiem 1683. Wot markietingowcy! Jeszcze się okaże, że Kara Mustafa zwyciężył pod Wiedniem!

- ???

- TVP odparło włoskie ataki na kasę. - kontynuuję w duchu batalistycznym - Nie dziwne, ma tak obrzydliwą siedzibę, że przeciętnemu Włochowi krawat wykręca. Turcy ponoć okazali się hojniejsi, co - sam rozumiesz - stawia wynik bitwy pod znakiem zapytania. A skoro o Wiedniu mowa - chcesz kawy? Mam świetną Vienesse Blend z Kerali (sic!)! - zamykam z trzaskiem netbooka i truchtam do kuchni.

- Chętnie. Byle nie po turecku! - dobiega mnie już zza pleców.

Jego natomiast za chwilę dobiega mój wrzask: Siiiiiir! Siiiiir! Inwazja!!!!!

Jako lojalny koalicjant przybywa bez zwłoki z odsieczą, aby ujrzeć wroga spacerującego po naszej ścianie. Wgapiającego się w nas. A my w niego.

- Jak się pozbędziemy tego Kara Mustafy jednego? - zaczynam wojenną naradę.

- Przynieś szczotkę. Ja tu zostanę i nie spuszczę z niego wzroku, żeby nie uciekł w jakiś kąt, a ty przynieść szczotkę.

- Szczotkę? - mamroczę pod nosem, ale posłusznie się po nią udaję - Mam się za huzara przebrać?

Następnie Sir otwiera pobliskie okno, a ja łagodną perswazją ( tzn.wymachując miotełką) wypraszam Mustafę na zewnątrz...

..................................

Zdjęcie jest jedynie ilustracyjne, bo wczoraj nie miałam aparatu pod ręką. Ani żadnego Włocha z kamerą ;) Kara Mustafa ze zdjęcia łaził sobie po suficie na balkonie któregoś kwietniowego wieczoru. Tam mi nie przeszkadza, o ile się dobrze trzyma i nie spada mi na głowę :)

wtorek, 22 listopada 2011

Pogoda jest bajeczna! Wieczorem temperatura spada do 20 stopni! Wyciągam z szafy długie rękawy i skarpety, na które przez większą część roku nawet nie spojrzę. Jedynym mankamentem jest zapadający (zbyt) wcześnie zmrok: ok 18.00 jest już kompletnie ciemno!

Przyjemnie jest jednak posiedzieć na balkonie i poobserwować życie sąsiadów. Widzimy, jak pani domu krząta się wraz z pomocnicami po kuchni, inne służące latają z tacą po schodach. W pokoju po prawej wisi obraz jakiegoś guru (dokładnie nie widzę). Sąsiadka przychodzi do niego co wieczór ze świeczką i zakreśla nią kręgi wokół obrazka. Zapewne modli się przy tym. Jeszcze do niedawna światło w tym pokoju było włączone całą noc, ale, nie wiedzieć czemu, już nie. Zachodzimy w głowę, czym to się guru naraził...

Na górnym tarasie (to malutkie światełko po lewej to służbówka), służące urządzają pranie, czasami nawet w nocy, przy lampie.

Oczywiście nie tylko my podglądamy życie sąsiadów. Oni również podglądają nas. Więc sobie tu siedzimy na tym balkonie i pozwalamy się podziwiać ;))

piątek, 18 listopada 2011

Zdjęcie zrobione w grudniu 2010

czwartek, 17 listopada 2011

Tak, wiem, już pisałam, że z internetem się mamy na bakier. I wygląda na to, że pisać nadal będę, bo akcja się rozwija w zgoła nie najbardziej pożądanym kierunku.

Trzeba Wam bowiem wiedzieć, że NIC, ale to NIC nie jest mnie w stanie tak wyprowadzić z równowagi, jak brak łącznosci ze swiatem :) Wyłączają prąd - proszę bardzo, nie ma wody - no trudno, poczekam, aż dowiozą. Natomiast brak internetu znoszę fatalnie. Tak, zdaję sobie sprawę, że to objaw uzależnienia, ale mnie to wcale nie martwi. Bywają gorsze. Wszystkie te żale i ubolewania, jak to internet niszczy więzi i życie towarzyskie, można między bajki włożyć. U mnie jest dokładnie odwrotnie! Gdyby nie internet, po pierwsze: nie poznałabym w realu połowy znajomych. Po drugie: nie mogłabym być na bieżąco z (prawie) wszystkimi ploteczkami - zupełnie, jakbym nigdy nie wyjechała. Jednoczesnie więc jestem i mnie nie ma. To mi odpowiada. Jesli chodzi o przeprowadzki i podróże - nie wyobrażam sobie, jak kiedys funkcjonowano bez niego. Nie mówiąc już o natychmiastowym dostępie do wiadomosci. Gdy ostatnio wyłączyli nam internet na kilka dni, miało miejsce pamiętne lądowanie kpt. Wrony. Bodajże na BBC mignęła sylwetka LOTowskiego samolotu i serce podeszło mi do gardła! Taki widok nie zapowiadał nic dobrego. Informacje były lakoniczne, a ja odruchowo włączyłam komputer. No i skucha! Brak połączenia. W takich momentach po prostu czuję, że jestem daleko.

Tymczasem indyjska telekomunikacja nas nie rozpieszcza. Telefonowanie, owszem, jest bardzo tanie, ale jakosć połączeń jest adekwatna.

Tuż po przyjeździe zdecydowalismy się na Tata Photon - mobilny internet na kartę. Tu go zakupilismy:

 Aby stać się szczęsliwym (lub nie) posiadaczem łącza internetowego lub telefonicznego w Indiach, należy się uwiecznić, a podobiznę swoją razy 3 tudzież kopię paszportu dołączyć do formularza. W formularzu należy odpowiedzieć na różne dziwne pytania, np. czy się jest zamężną, nazwisko ojca LUB męża. Standardowa procedura (nawet u lekarza) a ja ją standardowo ignoruję. Robię przy tym taką minę, że nikt raczej nie nalega na uzupełnienie. Po tych wszystkich formalnosciach sprzedawca gwizdnął na plączącego się nieopodal chłopaczka, wręczył mu nasze papiery i pieniądze, a ten pobiegł, aż kurz się za nim uniósł. Wrócił po chwili z pudełeczkiem zawierającym nasz zestaw. Zostalismy pouczeni, co i jak. Internet miał zadziałać następnego dnia (bo to akurat swięto państwowe było). Jednak nie zadziałał. Dzwonilismy po helplinach, dzwonili nasi znajomi - nic! Trudno, wzięlismy netbooka, zestaw i udalismy sie do sklepu z reklamacją. Sprzedawca pogrzebał w ustawieniach i bezradnie rozłożył ręce. Powinno działać! Ale nie działa. Chwycił za słuchawkę, podzwonił i zapewnił, że JUTRO to już na pewno. "Jutro" niestety też nie działało. ZNOWU wzięłam komputer pod pachę i pognałam grożąc Rejtanem. Pan podrapał się w głowę, gwizdnął na chłopaczka i kazał mi isć za nim. Tak dotarłam do sklepu, z którego mój zestaw pochodził. Wytłumaczyłam po raz enty, o co chodzi. Podsunięto mi krzesło i szklankę wody. Zrozumiałam, że prędko stamtąd nie wyjdę. Panowie dzwonili i dzwonili, kręcili głowami i grzebali w bebechach mojego netbooka. Aż mu się baterie skończyły. Mi zresztą też. Więc ZNOWU poprosili mnie, żebym przyszła następnego dnia. Musiałam chyba zabijać wzrokiem, bo szef zapewnił mnie: "Obiecuję, że będzie działać! W końcu jestesmy sąsiadami!"  Mieszkalismy w nowym miejscu zaledwie od kilku dni, ale, jak widać, przed bystrym wzrokiem sąsiadów nikt się nie uchroni. No cóż, ma to pewne zalety. Jak obiecał, tak zrobił. Następnego dnia INTERNET ZADZIAŁAŁ!!! Do dzis pamiętam, że pierwszą wiadomoscią, która po tylu trudach ujrzałam na ekranie, był Nobel dla Mario Vargas'a Llosy. Myslę, że moja radosć z końca tej Golgoty  wcale nie była mniejsza, niż jego z Nobla :)

Internet działał na netbooku, działał na stacjonarnym. Połączenie było baaaardzo, ale to baaaaardzo wolne. Zdjęcia ładowały się kilka minut, obejrzenie nawet krótkiego filmiku na You Tube było torturą, słuchanie radia również. Ale działał. Aż do maja. Któregos pięknego dnia przestal bowiem działać, ale tylko na stacjonarnym. Sprawdziłam wszystkie ustawienia, odinstalowałam i instalowałam modem 200 razy. Nic! Zadzwoniłam na help line (pisałam o tym TUTAJ), wytłumaczyłam, o co chodzi  i że wyskakuje mi Error 6. Usłyszałam, że NIE MA TAKIEGO ERROR'U, a modem nie jest kompatybilny z Vistą. Od kiedy to? Jeszcze parę godzin temu był! Ale już nie jest. "W czym mogę jeszcze Pani pomóc, madame??" Miałam parę sugestii, ale wszystkie niecenzuralne, więc tylko wyłaczyłam telefon.

Zbliżał się nasz wyjazd do Europy i machnęlismy na to ręką, zadowalając się netbookiem. Po powrocie z wakacji temat jednak odżył i zaczęlismy się rozglądać za alternatywą, która, owszem, byłaby w stanie dogadać się z naszą Vistą. Pomimo niechęci do stałych umów, zdecydowalismy się na internet "kablowy". Napisałam maila z zapytaniem do serwisu Reliance i był to początek naszej miesięcznej korespondencji, której towarzyszyły od czasu do czasu rozmowy telefoniczne. Pani np. 4 razy dzwoniła z zapytaniem o adres. Znam, znam swój adres, umiem nawet wytłumaczyć, jak dojechać z północy, południa, wschodu i zachodu! Znam też swój kod pocztowy i potrafię go podać. Tym bardziej nie rozumiałam, dlaczego muszę to robić 4 RAZY!!! Pani uparcie pytała o jakis charakterystyczny punkt. Stacja metra może? Rynek? Na litosć boską, mieszkam blisko centrum! Nie, pani moje podpowiedzi nie satysfakcjonowały. Zasugerowałam jej więc wprost: " Dlaczego nie sprawdzi Pani w Google?" Nawiasem mówiąc, googlowskie mapy Delhi są fatalne, jesli chodzi o szczegóły, ale owszem, pozwalają się zorientować MNIEJ WIĘCEJ. I o to tu chodziło.  Co kilka dni dostawałam maila, że "moja sprawa została przekazana do odpowiedniego działu". W końcu (po jakichs 3 tygodniach) nie wytrzymałam i napisałam, że bardzo ładnie forwardują, naprawdę swietnie opanowali tą technikę bezbłędnego forwardowania, więc może czas na następny krok w karierze i naukę ROZWIĄZYWANIA problemów. Dostałam odpowiedź, że z technicznych względów nie mogą nas podłączyć. Nawet mnie to bardzo nie zmartwiło, tylko dlaczego po miesiącu?

Bylismy więc w punkcie wyjscia. W międzyczasie pytalismy znajomych o ich doswiadczenia i naprawde nie odbiegaly wiele od naszych. Narzekali też, że te kablowe połączenia wcale nie są tak dużo lepsze. Zdecydowalismy się więc po prostu na inny mobilny internet. Tym razem poszlismy do lepiej wyglądającego sklepu w sąsiedniej dzielnicy. Polecono nam... RELIANCE. No trudno. Wzięlismy, sprawdzając uprzednio na opakowaniu, że działa z Vistą. Zainstalowalismy na netbooku - działa, na stacjonarnym - NIE!!! Oszczędzilismy sobie dzwonienia na infolinie, zadzwonilismy po informatyka. Próbował, próbował, w końcu stwierdził, że musi sformatować dysk. Super, gdyby nie to, że uprzednio musiałam uporządkować i skopiować całą jego zawartosć: setki dokumentów, tysiące zdjęć. Bo to był bardzo pojemny dysk :). Poswięciłam na to kilka godzin, ale udało się. Reliance działał! Niestety tylko 30 minut. Na dodatek nie działał już też na netbooku. Informatyk twierdził, że to wina Reliance, więc ZNOWU wzięłam komputer pod pachę i do sklepu marsz! Znowu dostałam krzesło, wodę i obserwowałam zaciekłe telefoniczne dyskusje w hindi. W końcu oswiadczono mi, że moje konto jest puste. Mówię: "Jak to? przecież wpłaciłam 1500 rupii i to miało starczyć na cały miesiąc." No tak, ale tam są dwa konta - tłumaczą mi - na pierwszym jest te 1500 rupii, na drugim, PODSTAWOWYM, było na początku 200 rupii, ale już nie ma. Z tego konta zasila się roaming. Ale ja przecież nigdzie nie wyjeżdżałam, więc dlaczego?? WHY??? Wzruszenie ramion. Ok, mówię, Aska, tylko spokój może Cię uratować. Wyciągam następne 200 rupii i pytam: Tyle starczy do oblokowania konta? Starczy. Sprawdziłam, działa. Lecę do domu cała w skowronkach. W domu sprawdzam pocztę, już myslę, z kim to pogadam na Skypie, a tu po pół godzinie ZONK! Dostaję SMSa, że konto ZNOWU puste iiii KONIEC BALU PANNO LALU! Liczę do dziesięciu. I jeszcze raz. I jeszcze raz...

Dzwonię do sklepu. Konsternacja. Własciciel podał mi nr telefonu do goscia z Reliance, który powinien mi pomóc. Dzwonię, tłumaczę. Ok, on się postara, tak, odezwie. W międzyczasie wyciągnęłam z szuflady Tata Photon, doładowałam, działa na obu komputerach. DZIAŁA Z VISTĄ!!!!!!!

OK, OK, myslę, jaki mamy status sprawy? Mam na stanie dwa zestawy do mobilnego połączenia, opłacone korzystanie z nich na ten miesiąc na obu. Działa, choć kiepsko, jeden, ale za to na obu komputerach.  Do bilansu należy dodać (a raczej ująć)zmarnowaną kupę czasu i nerwów.

Nadal (od 2 tygodni) walczę na polu Reliance. Walczę na 3 (!) fronty. Przez poleconego pana, sprzedawcę i oficjalną infolinię. Wszyscy mówią jedno: moje konto jest puste i nikt nie wie, dlaczego. Codziennie dzwonię do sprzedawcy (Give me 2 hours, madame), polecony pan sam z siebie wypisuje mi sms'y, najchętniej o godzinie 21.00, zapewniając o tym, jak on się strasznie czuje, że mam taki problem. Bo techniczne problemy się zdarzają, ale oni się bardzo starają i na pewno znajdą rozwiązanie i może wtedy przestanę być taka zła. A w ogóle to skąd jestem i czym się zajmuję, DEAR???

OK, ręka do góry, kto dotrwał do końca! Kto mysli, że zmyslam, druga ręka do góry. A kto wątpi w moje zdrowie psychiczne - trz... tfu! tfu! tfu!

PS. Przepraszam za brak ś, ale tak się mój szanowny komputer po resecie przestawił, że ś nie produkuje. Znowu spędzę miłe ( i niee, wcale nie stracone chwile) na grzebaniu w ustawieniach :)

Wszystkie zdjęcia i teksty, o ile nie zaznaczono inaczej, są mojego autorstwa i do mnie należą prawa autorskie. Jeśli chcesz skorzystać - zapytaj.