O życiu z oddali, czyli z Delhi. Dzień po dniu zdrapuję lakier egzotyki z indyjskiej codzienności, aby pokryć ją patyną własnych doświadczeń. Czasami jednak muszę uciec stąd i o tym również piszę.
wtorek, 30 listopada 2010

Od początku pobytu tutaj miałam nadzieję, że kiedys będzie mi dane wziąć udział w prawdziwym indyjskim weselu. Nie spodziewałam się, że okazja nadarzy się tak szybko! No cóż, zaproszenia są po prostu rozdawane w ilosciach hurtowych, a cudzoziemcy to dodatkowa atrakcja i nobilitacja, zwłaszcza w rodzinach, które do indyjskich elit nie należą i nie mają częstego kontaktu z obcokrajowcami. Mi w to graj i poproszę o więcej! :)

Oczywiscie zaproszenia są "na bogato". Ponoć nie jest mile widziany czarny druk, preferowane złoto. O tym, jak ważny to element weselnych przygotowań, można poczytać na blogu pewnej Amerykanki z Delhi przygotowującej się do slubu ze swoim indyjskim narzeczonym.

 

 

Program imprezy obejmował dwa dni, ale my, za namową R., wybralismy tylko jeden. Bylismy gosćmi pana młodego, więc w "naszym" programie nie było "mehndi party", czyli ceremonii malowania henną stóp i dłoni panny młodej.  Za to mielismy tajemniczo brzmiące punkty: Sehra Bandi i Departure of Barat. Sehra to specjalne nakrycie głowy pana młodego (z girlandami zakrywającymi twarz), a sehra bandi to ceremonia jego nałożenia. Odbywa się w domu pana młodego, skąd wyrusza jego orszak weselny. On sam jedzie na białym koniu, a w "bogatszej" wersji - w ozdobionej kwiatami karocy:

 

 Orszakowi towarzyszy orkiestra...

... oraz chłopcy podtrzymujący lampy podłączone przewodem do generatora na kółkach, który zamyka pochód. Tańcom nie ma końca, stąd też dotarcie do miejsca zaslubin (najczęsciej ogromny namiot) może trwać kilka ładnych godzin.

Bylismy oczarowani serdecznoscią gospodarzy. Na początku zaserwowano nam cos, co nazywano kawa, ale bylo raczej cieplym i supersłodkim kakao. Na weselach hinduskich nie podaje się alkoholu, aczkolwiek, patrząc na ich pląsy i nieco "mętne" oczy, podejrzewam, że był tam jakis substytut :) Dla nas (specjalnie i wyłącznie dla naszej grupki!) przyniesiono parę puszek piwa. Mniejsza o to piwo, ale miłe było to, że tak się starali wyjsć naprzeciw temu, co w ich rozumieniu, jest częscią NASZEJ kultury.

Oczywiscie nie mogło zabraknąć sztucznych ogni i fajerwerków...

Generalnie był niezły chaos. Te wszystkie rytuały trwają wiecznosć, większosć gosci ich nie sledzila od początku do końca. Niektóre częsci były tylko dla rodzin (ponoć ostatnie negocjacje). Nas posadzono w drugim rzędzie krzeseł przed sceną, na której stały dwa trony i czekalismy... Zgromadzone wokół dzieci oglądały nas ze wszystkich stron, w końcu któres odważyło się podejsć i dać nam kwiatka. Wzięlismy, podziękowalismy i chwilkę pogadalismy z brzdącem. Widząc to, pozostałe dzieci rzuciły sie również w naszą strone z kwiatkami, które, jak się później okazało, po prostu wyciągnęły z dekoracji tronów młodej pary. Na szczęscie ktos je powstrzymał, a nas zaproszono do sąsiedniej sali zastawionej stołami.

Stoły może się nie uginały od obfitosci potraw, ale było z czego wybrać: rotipuri, dal, murgh makhani, czyli kurczak w sosie, a na deser nasączane wodą różaną gulab jamun. Kuzyn pana młodego osobiscie wytarł nasze talerze niesprecyzowanego koloru serwetą :) Nałożylismy sobie jedzenie i przycupnęlismy w kąciku, ale zaraz pojawił się jeden z gospodarzy, który stanowczo stwierdził, że absolutnie-jak to-nie możemy jesć na stojąco i od razu zarządził poszukiwanie wolnego stołu dla nas :)

Niebawem też pojawiła się długo wyczekiwana panna młoda, którą nam przedstawiono:

Wyglądała na bardzo wystraszoną i, zdaje się, nie bawiła się tak dobrze jak my :) Jak to powiedział kiedys mój kolega, gorączkowo wiążąc krawat przed własnym slubem: Za drugim razem będzie lepiej :) wykrakał... Chociaż w Indiach, jak wiadomo, drugiego razu nie ma :)

Państwo młodzi głównie pozowali do zdjęć. My również musielismy wejsć na scenę i zrobić sobie, nie jedno, lecz całą serię pamiątkowych zdjęć i to w pozach dokładnie okreslonych przez fotografa: tu ręka, patrzeć tu... A flesze błyskały i błyskały...

W końcu R. stwierdził, że powinnismy już pójsć, gdyż budzimy zbyt wielkie zainteresowanie i "kradniemy" uwagę przeznaczoną dla pary młodej, a to, jak wiadomo, wielkie faux pas, niezależnie od szerokosci geograficznej :)

W sumie też już bylismy zmęczeni, bo ten mały urywek całego obrządku, w którym wzięlismy udział, trwał... 4 godziny!

Po dotarciu do domu zakończylismy uroczystosci kieliszkiem przemyconej Żubrówki. Dla dezynfekcji oczywiscie :)

 

poniedziałek, 29 listopada 2010

W Europie snieg i mróz, na zdjęciach z Polski widzę same szaliki, czapki i kozaczki. Na dodatek w czarno-szarej kolorystyce. A tutaj? Zima to najlepsza pora roku!!! Jest dwadziescia parę stopni. W dzień. W nocy oczywiscie mniej i dobrze mieć sweter czy szal pod ręką. Często, choć nie zawsze, swieci słońce. Można łapać witaminę D siedząc na balkonie czy w restauracyjnym ogródku. Można eksplorować delhijskie targi bez gorączkowego planowania trasy od klimy do klimy. No i można też podążać za turystami, których coraz więcej. Zaczyna się sezon i sciągają wymarznięci Europejczycy. Jest to również sezon slubów i wesel. Tak, bylismy, a jakże!!! Będą zdjęcia! Poza tym koncerty, festiwale i wystawy! Narzekalismy na posuchę kulturalną, a okazało się, że jest z czego wybierać, przynajmniej na razie.

Zresztą nawet nie wychodząc z domu, eksplorujemy Indie: nakupilismy filmów, w tym sporo klasyki, i prawie codziennie urządzamy sobie seans. Niektóre z nich widzielismy wczesniej, nie mając pojęcia, że kiedys los nas tu rzuci. Ogląda się zupełnie inaczej...

Poza tym próbujemy eksperymentować kuchennie. Wielkimi fanami indyjskich potraw chyba nie zostaniemy, ale musimy znaleźć kompromis między naszymi kulinarnymi upodobaniami, a lokalnymi zaopatrzeniowymi możliwosciami. Poza indyjską, a raczej indyjskimi kuchniami, są tu bardzo dostępne inne kuchnie azjatyckie: tajska czy chińska, które nam zresztą bardziej odpowiadają. Dotyczy to restauracji, jak i zaopatrzenia w sklepach. Muszę przyznać, że gotowanie w Indiach jest dosć czasochłonne, bo nie ma zbyt wielu udogodnień w postaci półproduktów czy mrożonek. Najbardziej mi brakuje pomidorów w puszkach, których używałam zawsze sporo. Tutaj owszem, można kupić, ale importowane z Włoch i za cenę 10 kg swieżych pomidorów (13-16 PLN)!!! Jesli dodać do tego paczkę makaronu (17-20 PLN) to zwykłe spaghetti staje się egzotycznym i drogim daniem, a przecież w Europie do potrawa "studencka"! Jestesmy białymi przepłacającymi frajerami, ale do czasu :) Nasze kuchenne laboratorium wrze!

A na balkonie wyrosła nam mała dżungla:

 

poniedziałek, 15 listopada 2010

Muszę Was uświadomić (tak jak mnie uświadomiono): jeśli macie bieżącą wodę 24h na dobę, a przerwy w dostawie prądu zdarzają się tak rzadko, że czlowiek nie pamięta, gdzie zostawił latarkę, to żyjecie w luksusie!!! Nie marmury, stiuki i automatyczne żaluzje, ale właśnie to jest wyznacznikiem luksusu w Delhi. Świadczą o tym chociażby reklamy deweloperskie:

Woda

W Delhi są co prawda wodociągi, aaaale wodę w nich dają ok. 2-3 godzin dziennie. Dlatego w każdym domu muszą być zainstalowane pompy, które w ciągu tych paru godzin pompują wodę do zbiorników usytuowanych na dachach, skąd już bezpośrednio leci do kranów. Widok tych czarnych beczek jest nieodłącznym elementem tutejszego krajobrazu:

Jako, że przez większość roku jest tu ciepło, bardzo ciepło a najczęściej bardzo-bardzo-baaardzo gorąco, woda z kranu też jest oczywiście ciepła. Słyszałam/czytałam, że w okresie największych upałów wręcz ukrop. Wtedy ponoć należy używać kurków na odwrót: z niebieskiego, a więc bezpośrednio z beczki, leci wrzątek, a z czerwonego, który jest podłączony do bojlera (oczywiście wyłączonego) nieco chłodniejsza, bo bojler jest zamontowany w łazience, a nie na rozgrzanym dachu. Właściciel naszego mieszkania, a zarazem sąsiad, powiedział, że on bojlery zaczyna włączać w grudniu, a pod koniec stycznia już przestae ich używać. Bardzo się dziwił, że chciałam z nich korzystać już w październiku, a przecież pochodzę z północnej Europy!!! Pewnie myśli, że my się tylko w przeręblach kąpiemy :) Oprócz tego mamy też w domu (nie wiem, czy to norma), dodatkowy zbiornik pod powierzchnią ziemi, który jest zasilany wodą z beczkowozu, takiego np.:

No i niby wszystko ładnie pięknie, woda z kranu leci, więc o co się martwić, ale jak pomyślę o jakości tej wody, która się cały dzień nagrzewa... o tej florze, która się tam rozwija...o tej faunie... Zresztą wyniki badań potwierdzają moje obawy. Dlatego nikt przy zdrowych zmysłach nie pije wody z kranu ani nie używa jej do przygotowywania posiłków. Ba! Wiele osób nawet zębów nią nie myje. Niektórzy używają wody butelkowanej, inni dystrybutorów z butlami albo filtrów. Np. takich jak ten:

 Prąd

Przerwy w dostawie prądu nie dziwią tu nikogo. Zdarzyło mi się już doświadczyć egipskich ciemności siedząc w kawiarni, bibliotece czy, o zgrozo, windzie.  W domu należy mieć tzw. power back up, czyli generator, który zasila parę żarówek i wiatrak. Niestety nie wystarczy na zasilanie lodówki, zatem nie ma sensu mieć większych zapasów w zamrażarce. Na szczęście w domu wyłączono nam prąd tylko raz w ciągu miesiąca (akurat wychodziliśmy, więc musiałam kończyć makijaż przy latarce :)), ale ponoć schody zaczynają się w sezonie letnim, kiedy wszyscy włączają klimy. Czyli akurat kiedy jest najbardziej potrzebny :) Innym problemem są wahania napięcia w sieci. Nie wpływa to dobrze na sprzęt komputerowy czy TV/audio. Dla nich też zalecane jest montowanie tzw. UPSów. Wygląda to prawie jak drugi komputer:

 

środa, 10 listopada 2010

Teraz będzie parę wtrącek, o których każdy poszukujący tu mieszkania wiedzieć powinien :) Oczywiście nie należy się łudzić, że, wiedząc te wszystkie rzeczy, znajdzie się mieszkanie idealne.

Lokalizacja

Zawsze się jakoś tak składało, że mieszkaliśmy w centrum. Przywykliśmy do tego, że sklepy, restauracje, kawiarnie, stacje metra, przystanki tramwajowe mieliśmy w zasięgu ręki. W Pradze sporo biurowców mieści się poza centrum, ale zazwyczaj w bezpośredniej bliskości metra, więc nawet te dosyć oddalone są dostępne w ciągu 15-30 minut. Sir miał do biura 7 minut piechotą. Nie mieszkaliśmy na Starym Mieście, ale chodziliśmy tam w weekendy na spacery pooglądać turystów :)

W Delhi struktura miasta jest nieco dziwna i bardzo mało praktyczna. Północ, stare Delhi, to hardcorowe miejsce ze slumsowatą zabudową, wąskimi uliczkami pełnymi straganów, śmieci, i kabli zwisających ze wszystkich stron, gdzie obcokrajowcy zapuszczają się tylko w charakterze turystów (my też). Ulice są wiecznie zatłoczone, pojazdy poruszają się z prędkością 50 metrów na pół godziny, a między nimi zawsze przemykają przechodnie, wielu z nich z pudłami i pakunkami na głowie, bo w tych warunkach to najefektywniejszy sposób transportu i zaopatrzenia sklepików wokół.

 Między pasami ruchu, na wąskich wysepkach, wylegują sie żebracy. Naprawdę podziwiam ich zdolność zasypiania w tym hałasie, gdzie każde zsunięcie się nogi lub ręki z tego betonowego łóżka grozi utratą lub co najmniej zranieniem kończyny.

My się przeciskamy dołem, a górą...

Jak widać na załączonych obrazkach, miejsce to nie nadaje się kompletnie do zamieszkania dla obcokrajowca, o ile nie jest turystą głodnym wrażeń.

Dalej na południe znajduje się Connaught Place, czyli miejscowe City (tak mi dzisiaj powiedziała pani z centrali taxi). O CP pisałam tutaj, ale muszę przyznać, że ostatnio się tam trochę ogarnęli (co prawda tylko z jednej strony, ale dobre i to), więc dwie fotki uzupełniające:

To w głębi to chyba właśnie City:

Generalnie nie ma tu za dużo opcji, jeśli chodzi o wynajem mieszkań. Poniżej CP zaczyna się najbardziej zielona część Delhi: jest kilka hoteli pięciogwiazdkowych (każdy w wielkim ogrodzie), budynki rządowe, instytucje, w tym kilka zagranicznych instytutów kulturalnych, Audytorium, parki i POLE GOLFOWE!!! Znajduje się tu również India Gate, ustawiona na środku ogromnej zielonej przestrzeni. Okolice India Gate po zmroku zamieniają się w miejsce pikników i wygląda to naprawdę uroczo. 

 

fot. www.yogeshsarkar.com

  Jest to chyba najładniejsza część Delhi, choć mało miejska tak naprawdę. Tzw. dzielnice rezydencjalne mieszczą się na południe od niej i trochę to frustrujące, że każdego dnia trzeba nadrabiać kilometry objeżdżając te pola golfowe i parki, aby dostać się do centrum. Tu po prostu nie da się mieszkać w centrum, najbliże okolice mieszkalne pojawiają sie ok. 5-7 km od CP.

A same "dzielnice rezydencjalne"? Mhm, brzmi dumnie, w rzeczywistości to plątanina ulic bez nazw (pogrupowane w bloki nazwane od liter alfabetu), przy których stoją kilkupiętrowe domy. Zazwyczaj każda dzielnica ma swój rynek, czasami stację metra i to by było na tyle, jeśli chodzi o infrastrukturę. Niektóre dzielnice uchodzą za lepsze, chociaż nie wiem, dlaczego. Widziałam np. w posh Defence Colony przepływający przez środek śmierdzący kanał. Zadbane wille stoją obok rozwalających sie ruder Np. Taka willa...

 

...i taka willa...

Za ten widok właściciel mieszkania sobie życzył, o ile dobrze pamiętam, 1.600 Eur/miesiąc:

 

 Delhi posiada też miasteczko satelickie Gurgaon. Oficjalnie należy już do sąsiedniego stanu Haryana, a od centrum Delhi dzieli go ok. 30 km. Generalnie to wieżowce, wieżowce (biurowe i mieszkalne) i wieczny plac budowy - dosyć sztuczny twór gwałtownie rozwijającej się gospodarki indyjskiej. Mieści się tam większość zagranicznych firm (blisko do lotniska międzynarodowego). Byłam tam tylko raz - w centrum handlowym, więc nie za bardzo mogę się wypowiadać na temat, ale dużo obcokrajowców tam wynajmuje mieszkania w zamkniętych, strzeżonych kompleksach z basenem itp. Pewnie to dobra opcja dla kogoś, kto pracuje w Gurgaonie. Dla nas stanowczo za daleko od centrum, więc nawet nie braliśmy pod uwagę.

fot. http://www.skyscrapercity.com/showthread.php?t=805196&page=2

 

fot. Ruth Fremson/The New York Times

To taki ogólny szkic, oczywiście nie znam całego Delhi (tak jak zresztą nie znam całej Warszawy), ale chciałam tylko pokazać, jak ograniczony jest tak naprawdę wybór lokalizacji.

C.D.N :)

Wszystkie zdjęcia i teksty, o ile nie zaznaczono inaczej, są mojego autorstwa i do mnie należą prawa autorskie. Jeśli chcesz skorzystać - zapytaj.