O życiu z oddali, czyli z Delhi. Dzień po dniu zdrapuję lakier egzotyki z indyjskiej codzienności, aby pokryć ją patyną własnych doświadczeń. Czasami jednak muszę uciec stąd i o tym również piszę.
piątek, 24 lutego 2012

Tak, tak, z samych siebie :)) Skecz jest niestety po angielsku, ale mam nadzieję, że mimo to - zrozumiały.

Miłego weekendu!

Tagi: humor
12:31, asiaya , To i owo
Link Komentarze (6) »
czwartek, 23 lutego 2012

Mleko (w większości bawole, ale również krowie) i wszelkie produkty na jego bazie to podstawa tutejszej diety. Nie dziwi więc, że tak wiele sposobów na jego kupno. Pod oknami co rusz przejeżdżają na rowerach obwoźni sprzedawcy:

Sklepy spożywczo - przemysłowe, jak ten, o którym pisałam tutaj, są z reguły dobrze zaopatrzone w produkty paczkowane: mleko w kartonach, jogurty, tutejsze sery (temat sam w sobie na osobny wpis). Na każdym niemal rynku znajdują się także kioski z mlekiem, zazwyczaj przypisane do jednej tylko mleczarskiej marki. Poniżej Mother Dairy. Sprzedają mleko, jogurty, lody itp. Co ciekawe, mają specyficzne godziny otwarcia: rano od 5.30 do 13.00, a po południu od 16.00 do 22.00.

W kioskach tych znajdują się automaty na świeże mleko, z których gospodynie lub służące nalewają je do przyniesionych ze sobą naczyń.

Muszę przyznać, że sama z rozrzewnieniem wspominam czasy, kiedy zaopatrywaliśmy się "u gospodarzy", od których wracało się z żółtą bańką wypełnioną parującym, spienionym mlekiem. Zapach ciepłego mleka kojarzy mi się też z wakacjami na wsi, gdzie bardzo chciałam nauczyć się doić krowy. Ewidentnie jednak nie wykazywałam do tego talentu, więc ograniczałam się do przyglądania tudzież pokrzykiwania na krowy w drodze na pastwisko ;) 

Słyszałam ostatnio, że automaty do mleka funkcjonują również w Czechach (osobiście nie widziałam), ale powoli wkraczają również do Polski.

Cennik jest nieco skomplikowany, ale ceny bardzo przystępne.

piątek, 17 lutego 2012

Pytam, bo wypadałoby znać miejsce swojego pochodzenia. Okazuje się bowiem, że nieustannie sieję zgorszenie.

..................

Jaipur. Po kilku godzinach zwiedzania różnych budowli, usiedliśmy w jednej z kafejek i spytaliśmy o piwo. Czy jest. Kelner spojrzał nerwowo w lewo i w prawo. "Chwileczkę" - odrzekł i oddalił się w kierunku kuchni. Na taką "chwileczkę" w Indiach można machnąć ręką, więc zaczęłam rozglądać się za innym. Wrócił jednak i z tajemniczą miną oznajmił: "Proszę za mną". Rozbawieni wstaliśmy i poszliśmy. Poprowadził nas przez restaurację, w której indyjskie rodziny spożywały obiad, do pustej sali. Kazał usiąść i "chwileczkę" poczekać. Poszedł. Przyszedł. Przyniósł ze sobą to:

Zostawił otwieracz do butelek i wyszedł, starannie zamykając za sobą drzwi. W środku tajemniczej metalowej skrzynki leżały 2 butelki schłodzonego Kingfisher'a.

.....................

Delhi, centrum kulturalne India Habitat Centre. Przyszliśmy za wcześnie na film i korzystając z okazji, usiedliśmy w ogródku pobliskiej restauracji, aby poodychać trochę świeżym powietrzem. W końcu takich miejsc, gdzie można się na zewnątrz zrelaksować bez widoku śmieci i obdrapanych budynków, nie jest w Delhi wiele. Nie bardzo wiedzieliśmy, co zamówić i w końcu oboje zdecydowaliśmy się na kawę po irlandzku. Bez bitej śmietany.

- Niestety nie serwujemy alkoholu w ogródku. Zapraszamy do środka.

- Ale to jest przecież kawa...

- Ale z alkoholem!

Ponieważ za nic w świecie nie chcieliśmy wejść do środka, dostaliśmy kawę po irlandzku bez rumu. Ze śmietaną.

.....................

Zajęcia z jogi. Instruktor przypomina o włożeniu koszulki do spodni. Przecież mogłaby się zsunąć w ferworze zajęć i pokazać, mhhhhmm, co? Np. plecy... Nie byłoby problemu, gdyby można było nosić obcisłe topy. Ale nie można. Zalecane jest ubranie się na cebulkę. Cenna rada, szczególnie w 40 stopniach ciepła i w pomieszczeniu, które dysponuje jedynie kilkoma wiatrakami pod sufitem.


Na wakacjach w Sodomie i Gomorze. Fot. Sir, Wiedeń 2009

czwartek, 16 lutego 2012

Znów miał być wpis okolicznościowy, ale Blox świruje i nie pozwala mi załadować zdjęć (i ty, Bloxie, przeciwko mnie?).

Z konieczności sięgnęłam więc do archiwalnych zasobów. Jantar Mantar to obserwatorium astronomiczne. Widziałam dwa spośród pięciu, które wybudował w XVIII w. w Indiach Sawai Jai Singh II: w Jaipurze i w Delhi.

Nie wgłębiam się w funkcjonalność tych instrumentów, bardziej interesują mnie jako abstrakcyjne obiekty. Jantar Mantar w Delhi jest też świetnym miejscem, gdzie na trawce można odpocząć od zgiełku Connaught Place.

Budowle Jantar Mantar w Delhi  są, w odróżnieniu od ich jaipurskich odpowiedników, czerwone.

fot. Sir, Asiaya, ML

wtorek, 14 lutego 2012

... czyli wpis okolicznościowy ;)

3 miesiące aresztu, grzywna, a przy odrobinie szczęścia i to, i to. Tyle można dostać z paragrafu 294 Indyjskiego Kodeksu Karnego. Za co? Za tzw. Public Display of Affection, czyli publiczną demonstrację uczucia. Nie chodzi tutaj o przećwiczenie połowy Kamasutry na osiedlowym skwerku. Wystarczy pocałunek, przytulenie, czy nawet trzymanie się za ręce. 

Instytucja małżeństw aranżowanych w Indiach ma się dobrze. W Delhi widuję jednak od czasu do czasu zakochane pary - najczęściej w modnych sieciówkowych kawiarniach i parkach. Skrywając się w cieniu wystrzyżonych klombów można ulec złudzeniu intymności i nie daj Boże objąć ukochaną! Na szczęście czuwają strażnicy (parku lub/i moralności)! Rozlegający się raz po raz dźwięk gwizdka uzmysławia, że nie próżnują. Jest to też przy okazji świetna okazja, by wyłudzić kilka groszy. Nie każdy ma ochotę tłumaczyć się potem na posterunku.

Tuż po przyjeździe spytałam młodą Induskę, czy z mężem chodzą za rękę po ulicy. Odpowiedziała wymijająco, że przecież nie ma tutaj ulic do takich spacerów. Fakt, czasami trzeba iść gęsiego omijając różne uliczne "miny", ale dziwne mi się wydało, że nie odpowiedziała jednoznacznie. I fakt, nie widuję raczej takich par. No, może z jednym wyjątkiem.

Otóż najczęściej trzymają się za ręce... faceci. Nie jest to bynajmniej oznaka ich orientacji seksualnej, co by wywnioskował niezorientowany przybysz. To jest taki ot, przyjacielski gest, nie oznaczający nic więcej, niż u nas poklepanie po plecach. Przyznać jednak muszę, że do tej pory wywołuje u mnie uśmiech widok dwóch panów objętych, trzymających się za ręce czy siedzących sobie nawzajem na kolanach, zwłaszcza panów w mundurach :)

Zwierzyłam się M., że od dawna poluję na zdjęcie takiej pary i M. przyłączyła się do poszukiwań, co w praktyce objawiało się pokrzykiwaniem: "A., rączki, rączki po prawej!". "Odwróć się! Rączki masz z tyłu!" Dobrze jednak, że ten polski taki mało popularny :)

M. zajęta krajobrazem, a tu temat sam przyszedł. W przypadku dzieci to jednak jeszcze nie ten efekt :)

Tutaj już lepiej. Nie dość, że temat, to jeszcze takie tło! Fot. ML

A wczoraj telewizja przypomniała film "Niemoralna propozycja" - w sam raz na Walentynki, prawda?

poniedziałek, 13 lutego 2012

fot. ML

Chyba każdy turysta/ka wybierający się do Indii przygotowany/a jest na stałe odpieranie ataków na jego/jej portfel, czy to ze strony kierowców wszelkiego typu pojazdów, sprzedawców czegokolwiek czy po prostu żebraków. Nie raz słyszałam skargi, jak to się czują "chodzącymi bankomatami". Rzeczywiście, pojawienie się białego, który na dodatek (jest taka szansa!!) nie orientuje się w cenach, jest nie lada okazją, którą niektórzy wykorzystują skrupulatnie. Widać to zwłaszcza w cenach kursów rikszą w turystycznych miejscach. Ostatnio bezczelny (i jak się okazało później - zdrowo stuknięty) rikszarz zażądał ode mnie 300 rupii za kurs, za który wg. licznika zapłaciłabym pewnie z 15. Na licznik jednak nie zgodzi się żaden rikszarz i ja nawet nie wymagam uczciwej ceny. Oczekuję jednak pewnego umiaru w skubaniu mnie :) Całe szczęście pomaga stanowcze targowanie, choć czasami trzeba pokazać nieprzejednaną postawę i obejść ze 3 riksze. Zdarzyło mi się też, że pierwszy kierowca łaził za mną i namawiał innych, aby nie dawali mi lepszej ceny, niż on. Stety lub niestety - oni nie są solidarni i lojalni wobec siebie nawzajem.

To mnie bardzo nie dziwi - dla wielu to walka o przetrwanie. Co jednak zaskakuje, to postawa państwa, które daje piękny przykład zdzierstwa swoim obywatelom. We wszystkich atrakcjach turystycznych obowiązują dwie ceny: jedna dla Indusów*, druga dla obcokrajowców. Poniżej kilka przykładów, z których najbardziej rażący jest ten z Taj Mahal - przebitka prawie 40-krotna!! Mieszkańcy Agry, z których wiele żyje z obsługi turystów, wcale nie są z tego powodu szczęśliwi. Uważają, że  to odbiera im klientów, a ci, którzy mimo wszystko przyjadą do Agry - nie są skłonni do szastania kasą. No cóż, państwo staje się konkurentem w wyścigu do kieszeni turysty, z którym ciężko wygrać. I nie da się, niestety negocjować, a co najwyżej oszukać. Od nieświadomych zagranicznych turystów strażnicy (!!) często usiłują wyłudzić przy wyjściu zużyte bilety. Czy muszę wyjaśniać, co z nimi potem robią?

*Na równi z Indusami traktowani są obywatele krajów SAARC (Bangladesz, Nepal, Bhutan, Sri Lanka, Pakistan, Malediwy i Afganistan) oraz BIMSTEC (Bangladesz, Nepal, Bhutan, Sri Lanka, Tajlandia i Birma)

Trzeba oddać też sprawiedliwość i wspomnieć, że zdarzają się jednak i rozrywki darmowe, jak np. Muzeum Indiry Gandhi, Lodi Gardens czy koncerty w India Habitat Centre. Poza tym za darmo jest wielki spektakl życia, jaki rozgrywa się na każdej indyjskiej ulicy, a który Indie oferują każdemu bez wyjątku przechodniowi.

Tagi: ceny
08:51, asiaya , To i owo
Link Komentarze (17) »
niedziela, 12 lutego 2012

Miejmy nadzieję. Co prawda nie tęsknię do dzikich upałów, ale też mam już dosyć temperatury 17 stopni w domu. Jeśli przy minimalnej temperaturze ok. 13 st., mamy 17-18 w mieszkaniu, ile mielibyśmy przy minusowych? Lepiej nie myśleć. Dlatego też trochę inaczej patrzę na wykres minimalnych i maksymalnych temperatur w Delhi. W zasadzie można przyjąć, że w miesiącach, gdy minimalna temperatura spada poniżej 10 st., w domu czy hotelu będzie zimno, szczególnie w nocy i nad ranem. Jeśli chodzi o maksymalne, to do 30-32 stopni da się żyć.

temperatury w Delhi

Sprawdziłam na własnym blogu (już taki wiekowo zaawansowany!), że rok temu wiosnę ogłosiłam 25ego stycznia. W tym roku początek lutego przyniósł zaskakujące ochłodzenie (14-15 stopni w ciągu dnia, gdy pod koniec stycznia mieliśmy już 23), ale dziś poczuliśmy wiosnę w powietrzu, więc tradycyjnie otworzyliśmy sezon balkonowy, który potrwa aż do pierwszych upałów, przez które znowu będziemy zmuszeni zabarykadować się w domu. 

Przy okazji odpowiadam na pytanie: O jakiej porze roku najlepiej jechać do Indii? 

Mhm, to zależy... Indie są ogromne, baardzo zróżnicowane klimatycznie. Kiedy w górach śnieg zasypuje dojazd, na Goa jest szczyt sezonu plażowego. Jeśli chodzi o Delhi i okolice, najlepszymi miesiącami są październik/listopad i luty/marzec. Maj i czerwiec to miesiące upałów (ale takich przez duże U), w lipcu, sierpniu i wrześniu temperatury nieco spadają, ale wzrasta (znacznie) wilgotność powietrza. Kto żyw zajmuje wygodne miejsce pod klimą, a na ulicę wychodzą wariaci i desperaci. Oraz oczywiście ci, którzy na niej mieszkają, ale oni jakby nie mają wyboru. Byliśmy na początku maja w Taj Mahal i podziwiałam ludzi, którzy boso przechadzali się po dziedzińcach. Mnie chodniki po prostu parzyły w stopy i skakałam jak na rozgrzanej patelni. W gorących miesiącach częściej też zdarzają się przerwy w dostawie prądu. Podczas monsunu (lipiec, sierpień, wrzesień) częściej przytrafiają się zatrucia, do tego dochodzi zwiększone ryzyko malarii czy denge (nawet w Delhi). Z kolei przełom grudnia i początek stycznia to zima, która może w Polsce uchodziłaby za przedwiośnie, ale przy braku ogrzewania w mieszkaniach znosi się ją gorzej niż polskie mrozy (może warto np. zapytać o to udogodnienie przy rezerwacji hotelu, aczkolwiek wiele się po ich urządzeniach grzejnych nie należy spodziewać). Zazwyczaj niskim temperaturom towarzyszą też mgły, które mogą utrudniać transport (np. pociągowy). Nie należy jednak słuchać lamentów indyjskich znajomych, którzy straszą syberyjskimi mrozami. Indusi nie są przyzwyczajeni do zimna i już przy kilkunastu stopniach zaczynają wyciągać z szaf ciepłe kurtki i szale. Co dziwne, raczej nie gustują w solidniejszych butach - klapki (często japonki) to tutaj obuwie niemal całoroczne, w zimie uzupełniane jedynie specjalnymi skarpetami z oddzielną częścią na duży palec. 

Planując wyjazd do Indii warto też, w miarę możliwości, sprawdzić kalendarz świąt hinduistycznych. Najhuczniej (dosłownie) obchodzone jest Diwali, ale najsympatyczniejszym świętem zdecydowanie jest Holi. Są to święta ruchome, więc dat na konkretny rok najlepiej poszukać w internecie. W tym roku Holi przypada na 8 marca (Święto Kobiet!), ale w przyszłym dopiero pod koniec marca.

Tagi: klimat
22:10, asiaya , Delhi
Link Komentarze (2) »
sobota, 11 lutego 2012

Jaipur, oddalona o 265 km od Delhi stolica Radżastanu, jest niewątpliwie pięknie położona - na półpustynnych terenach, wśród wzgórz, nad brzegiem jeziora Man Sagar, na którym króluje Pałac na Wodzie - Jal Mahal.

Z góry ulice miasteczka (tfu! to miasto o ponad 3 mln. mieszkańców, dysponujące lotniskiem!) wydają się  spokojne, na dole jednak wrą życiem jak na indyjską ulicę przystało.

Motory są niesamowicie popularnym środkiem transportu, ale UWAGA! W Jaipurze ruszyła budowa metra!

 

Indusi są narodem handlującym z wielkim upodobaniem. Targowanie się jest nieodłącznym rytuałem zakupów. Bo przecież co to za przyjemność: zakupy bez targowania się? - spytała mnie kiedyś pewna Induska.

17% mieszkańców stanowią muzułmanie. To również widać na ulicy.

Orkiestra weselna. Radżastan słynie z  utalentowanych muzyków i bogatego folkloru.

Biura i sklepiki otwarte na ulicę to najlepszy sposób, żeby być na bieżąco z wszystkimi ploteczkami.

Na mały głód duża zakąska. Dobrze, że lekka. Na promenadzie nad jeziorem.

fot.ML

piątek, 10 lutego 2012
czwartek, 09 lutego 2012

Wracając na indyjskie podwórko: odbyłam kilka podróży pociągiem, owszem. Nie mogę jednak epatować mrożącymi krew w żyłach opowieściami, jak to mi szczur po stopie przebiegł, albo pół dnia przeciskałam się do kasy, a potem jeszcze odsyłano mnie do innej i oszukano po drodze. Moje doświadczenia z indyjską koleją nie są wcale "egzotyczne". Może dlatego, że bilety kupuję online lub przez biuro podróży i zawsze na najlepszą klasę w wagonie bezprzedziałowym. Standard na pewno niższy, niż europejski, ale ja na PKP zaprawiona w bojach jestem :) Kilka zdjęć zamieściłam tutaj, dzisiaj kilka nowszych.

Dworzec New Delhi o makabrycznie porannej godzinie:

Dworzec w Jaipurze przypomina nam, że jesteśmy w Radżastanie:

Na stacji Raja/ki/Mandi w Agrze informacja była podawana wyłącznie w hindi. Całe szczęście można się było orientować po numerze pociągu: 

W Indiach ludzie podróżują dosyć obładowani, ale kogo stać na tragarza, nie musi dźwigać własnych bagaży.

Nasz najlepszy z najlepszych: klimatyzowany wagon bezprzedziałowy:

W środku:

Widoczność nieco ograniczona niestety:

Umywalka na korytarzu, łazienki nie widziałam, ale poczuć mogłam i z przedziału :)

wszystkie fot.: ML

środa, 08 lutego 2012

Dzisiaj rano na głównej stronie gazety.pl przywitał mnie news o wprowadzeniu przedziałów dla kobiet w czeskich pociągach. Konkretnie jednego 6-osobowego przedziału w 400-osobowym pociągu.

- Przedział zapewni kobietom i dziewczętom pewność siebie, poczucie bezpieczeństwa i odpowiednią ilość informacji o przebiegu podróży. Niektóre panie czują się po prostu źle, podróżując w zamkniętym pomieszczeniu w towarzystwie mężczyzn - tłumaczył rzecznik CzD Petr Sztiahlavsky.

Zamurowało mnie, prawdę mówiąc. Myślałam, że poczucie bezpieczeństwa i informacja o przebiegu podróży należą się każdemu pasażerowi (i pasażerce), jak psu buda. Że panie się źle czują w zamkniętym pomieszczeniu w towarzystwie mężczyzn? Owszem, to jest bardzo możliwe, ale równie źle mogą się poczuć w towarzystwie kobiety, mogę posłużyć przykładami z życia. Może po prostu należy zmodernizować wagony i skończyć z tymi krępującymi komórkami z francuska nazywanymi coupé? Rzecznik twierdzi, że kobiety preferują podróż autobusem właśnie ze względów bezpieczeństwa. Tylko, że w autobusach nie ma oddzielnych przedziałów dla kobiet! Problem chyba polega na tym, że w pociągu po prostu nikt nie kontroluje sytuacji, nikt nie czuje się za tą przestrzeń odpowiedzialny. Gdy jest rzeczywiście problem, konduktorzy chowają głowę w piasek.

W czerwcu jechaliśmy pociągiem z Pragi do Warszawy. Ścisk był straszny, bo dzień wcześniej miał miejsce strajk komunikacji i podróżni nadrabiali zaległości. Przebrnięcie przez korytarz zakrawało na cud, pasażerowie przypominali glonojady przyklejopne do ścianek akwarium. Dziękowałam Bogu, że nie oszczędziliśmy na miejscówkach! Wiedziałam, że jak tylko dotrę do swojego miejsca, wymoszczę się w fotelu, rozłożę lektury, włączę muzykę i - będzie dobrze! Było - początkowo. Jeszcze przed Kolinem dotarł ostatni pasażer naszego przedziału i odtąd podróż nasza nabrała dramatycznych wymiarów, ale przede wszystkim: zapachów! Pan ten odstraszał bowiem wszystkimi zmysłami: miał około dwóch metrów,  ze 170 kg żywej wagi, tłuste strąkowate włosy, ubranie podarte, lepkie i błyszczące od brudu. Taszczył dwa toboły o nieokreślonym kształcie i kolorze. Przede wszystkim jednak roztaczał wokół siebie smród - potworny, przenikający, nokautujący FETOR!!! Do tego sprawiał wrażenie niezrównoważonego umysłowo, cały czas prowadził dialogi z wyimaginowanymi rozmówcami, rozrzucał po podłodze cukierki, które potem wciskał wszystkim wokół, co chwila wybuchał histerycznym śmiechem. Oprócz nas w przedziale siedziały dwie młode Japonki, które wyciągnęły od razu szale, obwiązały się nimi szczelnie wokół głów tak, że było widać tylko jak przerażone przewracają oczami. Podkuliły nogi pod brodę i usiłowały zapaść się w ścianę. Tłum przed drzwiami naszego przedziału rozluźnił się znacząco. Początkowo próbowaliśmy tam właśnie wyemigrować, ale smród nas dopadł, a do Warszawy nadal było z 7 godzin! Postanowiliśmy poczekać na konduktora i zgłosić problem. Dziwnym jednak trafem nie pojawił się w ciągu najbliższej godziny, a my traciliśmy już resztki cierpliwości. Podróż w latrynie, jaką stał się przedział, zmieniła się w koszmar! Poszłam zatem sama go szukać. Znalazłam. Nie musiałam długo tłumaczyć, o kogo mi chodzi, konduktor spuścił wzrok i mruknął, że on wie, tak, tak, ALEEE nic nie może zrobić, bo pasażer ma bilet! I ja też mam bilet! I mój mąż! I te dwie panie też!! Tylko, że my kupiliśmy bilet na pociąg, nie na chlew! Nie doczekałam się żadnej propozycji rozwiązania problemu, więc po prostu oświadczyłam, że przenosimy się do pierwszej klasy! Wszyscy (oczywiście oprócz potwora)! Cały przedział! I niech nikt nie waży się nam zakwestionować naszych biletów! Tym sposobem wyprowadziłam nasz mieszany etnicznie naród przedziałowy z niewoli tyrana na rajskie bezkresne połacie wagonu bezprzedziałowego pierwszej klasy :) Wymownym jest fakt, że w pociągu wypełnionym po ostatnie śrubki nikt, ale to naprawdę nikt, nie skusił się na zwalniające się miejsca!

To tylko jedno z kilku moich doświadczeń z ČD, ale mam już głębokie przeświadczenie, że w razie potrzeby nie mogę liczyć na personel pociągu. Wiem, że raczej odwrócą głowę w drugą stronę i umyją ręce. Czy z tego powodu przestałam jeździć pociągami? Skąd! Nie popadajmy w paranoję. Pociągami dalekobieżnymi (w podmiejskich to już inna historia) jeżdżą w przeważającej części zupełnie normalni ludzie - czasami trochę głośni, czasami chrapiący na całe gardło, ale najzupełniej niegroźni, a często bardzo uczynni (walizka!).

Zachwalałam i nadal chwalę wagony dla kobiet w delhijskim metrze. Wiem, że kiedyś były przedziały dla kobiet w indyjskich pociągach (teraz ponoć nie, aczkolwiek głowę bym dała uciąć, że mignął mi ostatnio na dworcu taki napis). Nie są one jednak dla mnie luksusem same w sobie. One są luksusem TUTAJ, w tej konkretnej sytuacji, kulturze. To jest półśrodek, doraźne łatanie większej (kulturowej) dziury, której na szybko się pozbyć nie sposób.

W Europie jednak wolałabym, żeby nie tworzono takich rozwiązań. Jeśli rzecznik ČD twierdzi, że poczucie bezpieczeństwa i odpowiednią obsługę mogą zapewnić tylko w jednym z ok. 60 przedziałów, to sam sobie strzela w stopę. Chcę się czuć tak samo bezpiecznie w czwartym, jak i w pierwszym wagonie pociągu i wiem, że to jest możliwe. Po prostu muszą tam pracować ludzie z jajami. Płeć obojętna.

Poniżej 2 moje ulubione reminescencje z czeskich podróży koleją. 

 

poniedziałek, 06 lutego 2012

Krótki wypad do stolicy Radżastanu, Jaipuru, bardzo się udał. Zwiedzanie zaczęliśmy od fortu Amber - trzeba przyznać, że imponującego. Widok z dołu od strony bramy wejściowej:

... i z góry na bramę wejściową i mur:

 

Wygrzewaliśmy się na słonecznych dziedzińcach myśląc o zaśnieżonej Polsce :)

Labirynt korytarzy, zapewne świadkowie niejednej dworskiej intrygi:

Kolorowe stroje - jeszcze bardziej widoczne na tle ścian w kolorze piaskowca:

fot. ML&Asiaya

Obejrzana kilka dni wcześniej bollywoodzka superprodukcja z 2008 roku  Jodhaa Akbar niewątpliwie pomogła nam przenieść się oczyma wyobraźni do czasów świetności dynastii Wielkich Mogołów. Film jest historią miłości muzułmańskiego cesarza Akbara i jego hinduskiej żony, radżputańskiej księżniczki Jodhii. Film oczywiście, jak na wyciskacz łez przystało, jest bardzo idealizujący i "pod tezę" (wzbudził swego czasu nawet dyskusje historyków), ale pomaga "ożywić" scenerię fortu. Niektóe sceny były tu kręcone.

 

 

Tagi: Jaipur
18:15, asiaya , W drodze
Link Komentarze (15) »
niedziela, 05 lutego 2012

Jak wakacje, to wakacje. Skusiłyśmy się. Najpierw krążyłyśmy wokół ich stoisk i długo wybierałyśmy wzory. Okazało się, że całkiem niepotrzebnie. Katalog był jedynie inspiracją dla artystów hennowych dekoracji.

Np. te dwa dzieła są rysowane na podstawie tego samego wzoru. Tutaj jeszcze z warstwą naniesionej henny.

Tutaj tuż po pozbyciu się jej - w świetle zachodzącego słońca. Myślałyśmy, że coś nie tak z naszymi hennami - jakieś takie jasne były...

Na szczęście w ciągu nocy ściemniały, a po kilku dniach prezentowały się mniej więcej tak:

Aktualnie z pół dzieła się zmyło, ale w międzyczasie przekonałam się, że nie nadaję się do tatuażu. Po kilku dniach migający przy poruszaniu dłonią wzorek zaczął mnie zwyczajnie denerwować :)

sobota, 04 lutego 2012

Z żeglowania najprzyjemniejsze jest chyba przybijanie do nieznanych portów. Archipelag - Wyspy Dobrej Literatury zauważyłam już dawno. Wyłonił się z internetowych odmętów wiosną 2010 roku i od tamtej pory mniej więcej raz na kwartał wydaje prawdziwe uczty dla miłośników literatury w wielu jej odmianach. Częstowałam się, owszem, bez umiaru, pochłaniałam treściwe i wysokokaloryczne artykuły, smakowite wywiady, zagryzałam recenzjami książek, a do torby upychałam inspiracje na wynos (tutaj to nie wstyd ;) ). Ostatnio jednak dostałam szansę dołożenia się do bufetu i wysmażyłam dwa (indyjskie oczywiście) kawałki. Z czystym więc sumieniem informuję: jest impreza! Tutaj. Proszę klikać, ściągać, czytać, kochać albo rzucać.

Ja już siedzę tam od wczoraj. Menu przedstawia się następująco:

Temat numeru: CIAŁO

Ciało uwięzione [Joanna Janowicz]
Ciało pianistki [Monika Drzazgowska]
Boskie ciało [Katarzyna Malska]
Gargantuiczna radość życia pantagruelistów. O prozie François Rabelais'go [Anna Maślanka]
Ciało kobiece w prozie japońskiej [Agnieszka Markiewicz]
"Moje ciało jest jak bezpański pies." O poezji Haliny Poświatowskiej [Karolina Osowska-Wolińska]

Redakcyjne podsumowania literackie 2011 roku

Panteon: Obrazy natury Tarjei Vesaasa [Karolina Kunda-Kuwieckij]

W przybliżeniu: Dwie Ayako. Kobieca literatura chrześcijańska w Japonii [Paulina Yamashita]

Wokół książki: O realizmie magicznym – próba uporządkowania terminu [Anna Małgorzata Kurska]

Spotkanie z autorem: Bo żadna rodzina nie jest normalna. Wywiad z Anne B. Ragde [Agnieszka Tatera]

Książka inspiracją: Novecento i jego muzyczne podróże, czyli Novecento Alessandro Baricco – książka, teatr i film [Malwina Janas]

Subiektywny punkt widzenia: Czasy pustosłowia [Anna Maślanka]


W objęciach X muzy:
Syzyf u stóp piaskowej góry [Robert Mróz]
Bohater filmowy. Pisarz [Karolina Kunda-Kuwieckij, Renata Borowiak]
Kadrowanie Wojaczka [Joanna Marchewka]

Przez obiektyw: Ciało biblioteczne [Ania Ready]

Ulotnie: Podróże z facetem, który właśnie kupił świat. Tomasz Różycki – Księga obrotów [Justyna Kowalczyk]

Pocztówka z...: Wenecja skąpana w słowach [Izabela Rzysko]

Stoliczku nakryj się: Kuchnia włoska pełna sekretów [Klaudyna Hebda]
W krainie dzieciństwa: Zemsta tygrysa [Zuzanna Orlińska]

Książka na wszystkie strony: Nadżib Mahfuz – pisarz o przemożnym pragnieniu opowiadania. Wywiad z Jolantą Kozłowską [Joanna Wonko-Jędryszek]

Słowem i kreską: W komiksowym świecie noir. Christophe Chabouté [Karolina Kunda-Kuwieckij]

Spotkania z książką: Zaczytana Łódź. Relacja z I Salonu Ciekawej Książki [ Joanna Wonko-Jędryszek]

Konkursy i nagrody literackie: Obfitość nagród w okresie letnio-jesiennym [Justyna Kowalczyk, Kamila Kunda]

Książki naszymi oczami: Recenzje książek wydanych w Polsce
Jonas T. Bengtsson - Submarino
Nadżib Mahfuz - Karnak
Mario Vargas Llosa - Raj tuż za rogiem
Tiziano Terzani - Koniec jest moim początkiem
B. Aksamit, K. Kokowska, E. Orczykowska, O. Piotrowska, E. Wolkanowska, H. Zapaśnik - Każdy zrobił, co trzeba
Maria Giedz - Kurdystan. Bez miejsca na mapie
Geert Mak - Most
Lektury Reportera: Linda Polman – Karawana kryzysu. Za kulisami przemysłu pomocy humanitarnej

Z obcego podwórka:
Co czyta przeciętne miasto na wschodnim wybrzeżu Chin?[Dorota Jasik]
Co czytają terazIndie [AsiaYa]

Recenzje książek niewydanych w Polsce
Delphine de Vigan - Rien ne s’oppose à la nuit
Geling Yan - The Uninvited Anuradha Roy - An Atlas of Impossible Longing Tove Jansson - The True Deceiver Yōko Ogawa - Gūzen no shukufuku Claudius Crönert - Das Kreuz der Hugenoten David Leavi? - Florence, A Delicate Case Zarghuna Kargar - Dear Zari

Zabawy w bibliotece: Quiz 7. (... à propos...) [Renata Borowiak]

piątek, 03 lutego 2012

Goście poleciaŁY do zimnych krajów, a ja zostałam z syndromem pustego gniazda. Przyzwyczaiłam się już do wspólnych śniadań i całodziennych eskapad. Na szczęście mam kilka pilnych projektów, więc nudzić się jeszcze długo nie będę. Nazbierało się też trochę materiału na blog (głównie do użytku turystycznego), tym bardziej, że M. trzaskała zdjęcia z wielkim zapałem. Dostałam błogosławieństwo na publikację, co uczynię.

Małe uzupełnienie ostatniego tematu: wieża została przystrojona, drabina postawiona...

fot. ML

To zdjęcie ma udowodnić, że to naprawdę poważni panowie:

fot.ML

Zasiek w metrze - zdjęcie "z biodra". Fotografowanie w metrze jest zakazane, co klarownym hindi i wskazując gumową pałą na aparat wytłumaczył M. surowy policjant. 

fot.ML

Odwiedziłam też ponownie Taj Mahal, zastanawiając się, co tym razem nie spodoba się w mojej torbie. Ofiarą padły 2 banany i batonik müsli, czyli moja rezerwa obiadowa na wypadek nieznalezienia niczego ciekawego w ofercie gastronomicznej Agry. Gdy tylko strażniczka położyła je na stoliku obok mojej torby, rozległ się łomot na daszku powyżej naszych głów, z którego zeskoczył makak, porwał banany (batonika nie) i uciekł na swój balkonik tak błyskawicznie, jak się pojawił. Gdy wychodziłyśmy, cały czas trwał na stanowisku powyżej wejścia:

To były moje banany...

Wszystkie zdjęcia i teksty, o ile nie zaznaczono inaczej, są mojego autorstwa i do mnie należą prawa autorskie. Jeśli chcesz skorzystać - zapytaj.