O życiu z oddali, czyli z Delhi. Dzień po dniu zdrapuję lakier egzotyki z indyjskiej codzienności, aby pokryć ją patyną własnych doświadczeń. Czasami jednak muszę uciec stąd i o tym również piszę.
sobota, 26 lutego 2011

Bieda i brud - te dwa aspekty indyjskiej rzeczywistości atakują zmysły każdego nowego przybysza. Tak, jest tu koszmarnie brudno! Mówią o tym sami Indusi, ale to temat na osobny wpis. Bo paradoksalnie właśnie od rana mnóstwo osób krząta się i sprząta jak Delhi długie i szerokie. No dobrze, przynajmniej w tych "lepszych" dzielnicach. Z mizernym skutkiem. Chyba z niewolnika jednak nie ma pracownika. Często widzę, że bardziej chodzi o machanie miotłą, niż o jakiś efekt. Mimo wszystko widok "zamiataczy" to nieodłączny element naszych poranków.

środa, 23 lutego 2011

Po pierwsze - klucze. Ciekawe, dlaczego nikt w Europie na to nie wpadł?? Pomocne w dietach, szczególnie w przypadku osób o słabej silnej woli ;)

Po drugie - stabilizator napięcia (przy wahaniach od 135 do 220 V). Jak widać, na całkowity brak napięcia jednak nie pomoże nawet indyjska lodówka.

Opcja dydaktyczna: widać jak na dłoni jakie mamy pory roku:

 

sobota, 19 lutego 2011

Pomimo tego, że w Delhi już otwarto kilka sklepów sieciowych Croma (elektronika i sprzęt AGD, własność Taty, a jakże!), które bardzo przypominają zachodnie odpowiedniki (jedyną różnicą jest mniejsza powierzchnia i chyba potrójna ilość obsługi), Delhijczycy nadal chętniej robią "okołokomputerowe" zakupy na placu Nehru, o którym mówi się, że jest największym bazarem komputerowo-elektronicznym w Azji. To prawdziwy raj dla geeków!

Oprócz mnóstwa większych i mniejszych sklepików można tu znaleźć nawet sklepy firmowe, np. Sony czy HP.

 

Nie ma żadnej ortodoksji - miejsce na parę straganów z odzieżą również się znajdzie - w końcu nawet informatyk musi gdzieś kupić swoją flanelową koszulę w kratkę:

Multimedia:

...literatura fachowa:

giełda dla amatorów pecetowych składaków:

serwis gwarancyjny:

...i pogwarancyjny:

legalny Windows ze specjalną ceną na indyjski rynek (chyba nie jest dużo niższa, niż polska):

piątek, 18 lutego 2011

I to niekoniecznie na Walentynki!  

Przed drzwiami sąsiadów w czasie świąt Divali (listopad 2010):

czwartek, 03 lutego 2011

Przed przyjazdem dostaliśmy plik kartek. Taka niby instrukcja obsługi Indii. Oprócz telefonów lekarzy, adresów poleconych hoteli itp., był rozdział o transporcie, z czego strona poświęcona rikszom. Z czego pół strony zajmowało zdjęcie pojazdu pięknie wycięte z tła ulicy i wklejone na białą kartkę z dumnym podpisem: "Tak wygląda riksza!" "Mhm"- mruknęłam - "chyba nie mają zbyt dobrego mniemania o naszej inteligencji... ale może to i dobrze..."

 A teraz co robię? Sama pokazuję Wam, jak wygląda riksza :). Nie wyciągajcie jednak zbyt pochopnych wniosków, gdyż ja - owszem - chcę ją Wam pokazać w pełnym kontekście delhijskiej ulicy! Bo riksza bez ulicy, to jak... karp bez wanny... jak kofeina bez kawy... jak... jak drogowcy bez zimy...

Są motoriksze (zwane też autorikszami), riksze rowerowe i - o zgrozo!- riksze napędzane siłą ludzkich mięśni. Tych ostatnich w Delhi nie widziałam i nie wyobrażam sobie z nich korzystać. Nawet tych rowerowych unikam, jechałam zaledwie 2 razy z braku innych opcji, ale nie przekonałam się. Z jednej strony wiem, że ci ludzi dzięki mnie zarabiają jakieś pieniądze na przeżycie, ale z drugiej strony to tortura patrzeć, ile wysiłku ich to kosztuje.

Motoriksze, chociaż trzęsące się niemiłosiernie i brudne, mają swoje zalety. Najczęściej korzystamy z nich na krótkich dystansach, w obrębie dzielnicy lub dwóch sąsiadujących. Niektórzy dojeżdżają do pracy rikszą i po 10 km, ale ja nie czuję się w tym bezpiecznie na miejskiej autostradzie, gdzie  ze wszystkich stron pędzą samochodami szaleńcy i obowiązuje prawo silniejszego. Oczywiście riksza jest w tym przypadku najsłabszym ogniwem (z racji konstrukcji, ale również dedukując, że rikszą jedzie biedniejszy, autem - bogatszy) i, mając do wyboru - stuknąć w samochód lub w rikszę - żaden kierowca nie będzie się długo zastanawiał. Poza tym klaksony z wszystkich stron i wdychanie spalin oraz kurzu - to nie jest to, co misie lubią najbardziej!

Za to w poruszaniu się na krótkie dystanse są lepsze od taksówek. Po pierwsze łatwiej je złapać, po drugie kierowcy znają swoją dzielnicę - często taksówkarze zatrzymują się, żeby zapytać ich o drogę. Motoriksza teoretycznie powinna jeździć z włączonym taksometrem i naliczać 15 rupii za km (ok.1 PLN), w praktyce ciężko ich do tego zmusić, więc pozostaje z góry ustalić stawkę. Najbardziej popularna to "fifty", przynajmniej dla obcokrajowców. Spytaliśmy kiedyś pracownicę Muzeum Narodowego, jak się dostać stamtąd do Muzeum Sztuki Współczesnej. "Rikszą" - odparła - "dla nas 25 rupii, dla Was nie powinno być więcej niż 50". Na bardzo krótkich trasach (np. 300 metrów) słyszymy "as you like".

Jest jednak jedna rzecz, której szczerze nienawidzę w tym środku transportu. Poruszając się po centrum, jest się często narażonym na to, że stojąc na czerwonym świetle, staniemy się celem wszystkich ulicznych żebraków. W taksówce zamkniesz szybę i po krzyku - tutaj się tak nie da. Szczególnie przerażają mnie narkomani, których najwięcej spotykam przy Connaught Place.

  

Wszystkie zdjęcia i teksty, o ile nie zaznaczono inaczej, są mojego autorstwa i do mnie należą prawa autorskie. Jeśli chcesz skorzystać - zapytaj.