O życiu z oddali, czyli z Delhi. Dzień po dniu zdrapuję lakier egzotyki z indyjskiej codzienności, aby pokryć ją patyną własnych doświadczeń. Czasami jednak muszę uciec stąd i o tym również piszę.
niedziela, 29 stycznia 2012

Przylatujący do Delhi już na lotnisku zauważą panów z bronią w ręku - spacerujących, siedzących, gawędzących - znudzonych bardzo. Panowie robią za tło, o ile nie próbuje się po wyjściu z lotniska nań wrócić. Wtedy bardzo stanowczo nam to "odradzają". Bardzo stanowczo.

Na halę przylotów można, owszem, wejść z zewnątrz, ale wyłącznie po zakupieniu biletu wstępu. Na czym polega efekt antyterrorystyczny takiego zarządzenia? Czyżby potencjalny terrorysta nie posiadał kilkudziesięciu rupii na wejściówkę? Nie wiem, a i władze lotniska chyba się zastanawiają nad tym, gdyż cofnęły wydawanie ich w dwóch ostatnich tygodniach stycznia. Dla poszukujących logiki mała podpowiedź: 26ego stycznia w Indiach obchodzone jest jedno ze świąt narodowych - Dzień Republiki. Może się mylę, ale ostatnie zamachy odbywały się raczej w datach nie mówiących nic nikomu. 11 września to też był kiedyś zwykły dzień...

Jeszcze gorzej wygląda sytuacja na hali odlotów. Tutaj wstęp mają tylko posiadacze WYDRUKOWANYCH biletów i oczywiście paszportów. Nie ma wymówki, że bilet elektroniczny itp. W tej sytuacji odprowadzający zostaje po prostu za drzwiami. Kiedy w maju odlatywałam sama do Polski, Sir przekonał jednego ze strażników, aby mu pozwolił wejść i pomóc mi odprawić bagaż, po czym oboje mieliśmy zakupić po kawce (był brutalnie wczesny ranek) i wypić ja wspólnie PRZED lotniskiem. Mało komfortowo, ale zawsze jakaś alternatywa. Niestety po 20 minutach stania w kolejce do check-in nadal byłam daleka od odprawy, a Sir musiał wyjść, bo na tyle dostał pozwolenie. Umówiliśmy się, że po odprawie bagażu spotkamy się na zewnątrz. Nadałam walizkę, kupiłam kawę i w podskokach pobiegłam do wyjścia. I tu BUM!!!! Nie mogę wyjść! Dlaczego? Przepisy! Ale przecież inny strażnik tłumaczył mi, że będę mogła wyjść i wejść z kartą pokładową!! Eee? No skąd! Ale co pan mówi? Nie, nie, nie i nie! Ciśnienie mi skoczyło tak, że spokojnie mogłabym się obejść bez kofeiny, a dzierżyłam jej w rękach dwa kubki! Żegnaliśmy się więc przez szybę, jak w jakimś tanim melodramacie, a ja nawet posoliłam sobie tą kawę roniąc łezkę. Było mi bardzo przykro, a przecież żegnałam się tylko na 2 tygodnie. Co, gdyby to były lata?? 

Na mieście sytuacja też nie lepsza. Na ulicach, rynkach widać patrole wojskowe z bronią, a już najbardziej kosmicznie wyglądają porozstawiane gdzieniegdzie zasieki z worków. Tutaj jeden z nich - czasowo pusty.


Bramki i skanery mają tu chyba wszystkie instytucje, hotele, metro. Poniżej wejście dla mężczyzn (bo są oddzielne bramki dla poszczególnych płci - kobiety powinny być kontrolowane przez kobiety) do Taj Mahal. Konfiskowane są np. zapalniczki i gumy do żucia.

Ta wieża z krzesełkiem przeznaczona jest dla strażnika na rynku - żeby lepszy zasięg miał. Jak z niej miałby szybko zejść - pozostaje dla mnie zagadką.

Patrole z kijami. O wiele jednak częściej z bronią.

Najlepsze na koniec: blokowanie ulic przez policję. Częściowe, kiedy każdy samochód musi przejeżdżać w żółwim tempie pod nosem policjantów lub całkowite. Nasze osiedle ma kilka wjazdów, ale większość z nich jest CODZIENNIE zamykane na noc, a otwierane rano. Żeby do nas dojechać, trzeba kluczyć bocznymi zaułkami, znanymi tylko mieszkańcom. Na taksówkarzy nie ma co liczyć, czasami po przywiezieniu nas według naszych wskazówek, sami muszą chwilę błądzić, zanim znajdą wyjazd. Bezpieczne?? Dla kogo?? Bo zakładam, że terrorysta ma czas, żeby przygotować sobie plan ewakuacji, a np. taka karetka pogotowia już chyba nie...

sobota, 28 stycznia 2012

Kto by pomyślał, że będę występować kiedyś w roli gospodarza dumnie lub mniej oprowadzającego gości po Delhi. Ale tak, tak! Spędzamy więc całe dnie na dworze, na słońcu, zamiast marznąć w zimnych marmurach.

Za kilka godzin wyruszamy do Dżaipuru, w którym kilka dni temu odbył się słynny Jaipur Literatur Festival, o którym w tym roku pisano głównie w kontekście kontrowersji wokół przyjazdu Salmana Rushdiego. Świetnie to opisała Lilithin na swoim blogu, więc polecam lekturę.

Do zobaczenia wkrótce :)

 

czwartek, 19 stycznia 2012

... to mamy również importowane towary o ciekawych nazwach, przynajmniej z jednej strony.

Zgadlibyście, co to za produkty i skąd? :))

Wczoraj widziałam w sklepie dżem pomarańczowy produkowany w Polsce. Fakt, duńskiej marki. Ale od kiedy to się w Polsce dżemy pomarańczowe produkuje??


poniedziałek, 09 stycznia 2012

Nie, to nie pomyłka. Gdyby Wam bowiem przyszło do głowy wybrać się w tym czasie do Wiednia, a w Wiedniu na słynny Noworoczny Koncert Wiedeńskich Filharmoników (ten, co zawsze w Nowy Rok przed południem w radio leci), to już naprawdę ostatni moment, żeby pomyśleć o biletach!! Wprawdzie ma on aż 3 edycje - próbną, Sylwestrową i Noworoczną, ale biletów na nie nie można sobie ot tak, nabyć drogą kupna. Jedyną szansą jest wzięcie udziału w losowaniu, do którego zgłoszenia przyjmowane są internetowo od 2-ego do 23-ego stycznia. Ktoś wyliczył szanse wygrania na 1% :) Na dodatek szczęśliwe wylosowanie nie zwalnia z jego opłacenia. Ceny od 30 do 940 EUR. 30 EUR to miejsce stojące. Nie mylić z naszą wejściówką. Kiedyś chodziłam sporo do warszawskiej Opery na wejściówki. Spektakle w ciągu tygodnia świeciły pustkami. Z wejściówką można było wybierać do woli, gdzie sobie człowiek chce spocząć. Można też sobie było miejsce po przerwie na dogodniejsze zmienić. W wiedeńskiej Operze, jeśli ktoś ma wykupione miejsce stojące, to ma stać, choćby wokół wszystkie fotele były puste. Widziałam kiedyś, jak upomniano osobę, która się ośmieliła złamać tą zasadę - uprzejmie, ale stanowczo.

Dla 99% chętnych, którzy nie zostali wylosowani oraz całej reszty, która sie do Wiednia przez przypadek w tym czasie zaplątała (jak my), miasto ma alternatywę: transmisję koncertu na telebimie przed Ratuszem.

Niewątpliwą zaletą jest to, że można przyjść w trakcie koncertu lub nawet po południu (czyli odespać Sylwestra), na powtórkę. Odpada problem fryzury, stroju itp. Na dodatek mieliśmy bonusy w postaci baletowych "teledysków", np. do Straussa "Nad pięknym, modrym Dunajem". Bardzo mi się podobały piękne, modre sukienki baletnic. Przypominały raczej morze w Grecji niż Dunaj, bądźmy szczerzy.

Zresztą na samego Sylwestra też lepiej przyjechać wystarczająco wcześnie. Na tyle, żeby zdążyć się zapoznać z obszernym regulaminem. Z daleka myślałam, że to może program imprez, ale po przyjrzeniu się z bliska mina mi zrzedła.

Program jednak też się znalazł! W odróżnieniu od innych miast, w których do tej pory byłam na takich imprezach, scen jest wiele, rozsianych po całej Starówce, na każdej gra się inną muzykę - oczywiście na żywo. My zrobiliśmy małą rundę po kilku z nich.  Niektóre już były tak oblężone, że ograniczano wstęp, ale ogólnie nie było tłoczno, nie było klaustrofobicznie i nawet bym powiedziała, że spokojnie. Co nie znaczy - nudno. Widok 70-letniej pani i jej koleżanek tańczących salsę bardzo mnie rozczulił.

O 24.00 wylądowaliśmy przed Ratuszem, gdzie wchłonęliśmy po 12 winogron (hiszpański obyczaj) i wypiliśmy po kieliszku tutejszego wina musującego.

Do domu wróciliśmy rozbawionym tramwajem (czy w Warszawie kursują tramwaje w Sylwestra? ) Jedna, na oko bardzo stateczna, pani w towarzystwie nie mniej statecznego męża i pary przyjaciół, popijała wino z gwinta, zagryzając pizzą z budki. I cały czas żartowała z innymi pasażerami.

Od kilku lat nie wychodzę na takie imprezy, bo przeraża mnie poziom tzw. bydła. Nie mam ochoty zarobić butelką, bo znalazłam się w nieodpowiednim czasie, w nieodpowiednim miejscu albo może nieodpowiednio spojrzałam. Nasz znajomy Wiedeńczyk zapewniał nas, że tam jest inaczej i rzeczywiście. Widziałam scenę, w której facet niechcący oblał winem drugiemu płaszcz. Tamten się odwrócił, myślę: "Nooo, zaraz będzie..." A on się uśmiechnął i powiedział: "Nie szkodzi, przecież jest Sylwester!!!"

Może muzyka rzeczywiście łagodzi obyczaje?

niedziela, 08 stycznia 2012

Przy dubajskim lotnisku wiedeńskie wygląda jak budka z hot-dogami. Środkowy korytarz tego pierwszego to po prostu jedno wielkie centrum handlowe, zatłoczone do niemożliwości. Jest Starbucks, jest francuski Paul, bar serwujący kawior i szampana. Czyli bardzo glamour i w ogóle... W jednej z knajp klienci mogą się zapoznać z menu na wręczanych im iPadach (niestety, nie na wynos :)) . Najtańszy kieliszek wina kosztuje ok. 50 PLN, najdroższy tyle, że zapomniałam cenę od razu po zobaczeniu. I w tej knajpie, na własne oczy widziałam  barmankę zlewającą resztki wina z różnych butelek do jednej... Bardzo się ucieszyłam, że nie zamówiłam tam żadnego wina, zwłaszcza rozlewanego :)

Przypomniało mi to, jak kiedyś w pewnej warszawskiej knajpie moi znajomi zamówili droższe importowane piwa i dostali je ciepłe jak zupy. Kelnerka była bardzo zdziwiona, gdy zaprotestowali, mówiąc, że przecież piwo MUSI być zimne. Rezolutnie odpowiedziała, że w sumie to ona nie wie, bo nie pije (sic!).

Czy zatem szkolenie pracownika to zbędny luksus, nawet dla firm oferujących luksusowe produkty? Kiedyś (ale bardzo dawno temu, więc nie pamiętam szczegółów) słyszałam o pewnym hotelu, w którym pozwalano pracownikom spędzać jedną noc w roku jako gość w najdroższych apartamentach. Wychodzono z założenia, że osoba, która nigdy z usługi nie korzystała, nie będzie mogła dobrze tej usługi świadczyć.

Bogactwo bliskowschodnich potentatów stoi między innymi pracą ogromnej rzeszy imigrantów, m.in z Indii i Filipin. A ci imigranci, podejrzewam, mają takie pojęcie o winie, jak ja o kuchni filipińskiej. 

piątek, 06 stycznia 2012

Nie, nie chcę tutaj zamieszczać instrukcji spożywania bezy. Jednak ostatnio ten temat był u mnie na tapecie ze względu na naszą podróż, ale też i na kochane Siostry Wizytantki, które już niebawem pojawią się w naszych progach (Dziewczyny, mam nadzieję, że podoba Wam się Wasze nowe pseudo? :) ). Zamiast więc każdemu zainteresowanemu powtarzać to samo, postanowiłam zebrać do kupy moje spostrzeżenia po 7 lotach między różnymi miastami europejskimi a Delhi w ciągu ostatniego 1,5 roku.

Po pierwsze, z zupełnie dla mnie niezrozumiałych względów, nie ma bezpośrednich lotów na linii Warszawa - Delhi (za to są loty do Wietnamu!!). Kilka miesięcy temu, będąc w polskim gronie, obwieściłam radośnie, że LOT zapowiedział otwarcie lotów do Indii. "My już to słyszymy od lat!"- uziemiły mnie bardziej doświadczone rodaczki. "Nawet jeśli będą, to na pewno do Bombaju, a nie do Delhi. To większy ośrodek biznesowy". I pomyśleć, że kiedyś LOT naprawdę latał do Delhi! Opowiadał mi o tym pewien cudzoziemiec, który mieszka w Indiach od ponad 20 lat. Bardzo sobie zresztą ich usługi chwalił.

Tymczasem trudno, nie pozostaje nic innego, jak latać z przesiadkami. Wymyśliłam sobie, że skoro tak, niech te przesiadki przynajmniej ciekawe będą, w miarę możliwości kilkudniowe. Tym sposobem spędziliśmy rok temu Sylwestra w Paryżu, a wcześniej kilka cudownych dni w Monachium. Mi się jednak marzy Stambuł i Moskwa, które jednak do tej pory jakoś nie były nam po drodze. Kwestię Moskwy komplikuje fakt, że musielibyśmy tam lecieć Aeroflotem, który owszem, często jest najtańszą opcją (nie zawsze!), ale kilka osób na taki mój pomysł postukało się w czoło. No cóż, te linie nie mają najlepszej opinii. O wiele lepiej wygląda kwestia Stambułu. Wszyscy, których pytałam, bardzo sobie tureckie linie chwalą! Poleciłam je też naszym gościom i mam nadzieję, że potwierdzą opinię.

Nie ukrywam, że latając do Delhi, zaczęłam zwracać uwagę na limity bagażowe. W Air France i Lufthansie było to swego czasu tylko 20 kg w klasie ekonomicznej (teraz na szczęście 23)! Nawet nie chodzi o to, że ja taszczę ogromne toboły ze sobą. Jednak moja walizka, chociaż należy do lekkich, na pusto waży 4 kg, więc wioząc książki, buty, kosmetyki czy jakieś swojskie smakołyki bardzo łatwo te 20 kg, choćby nieznacznie, przekroczyć. I zostać co do tego brutalnie uświadomioną dopiero na lotnisku! W Monachium musiałam przepakowac kilka rzeczy do bagażu podręcznego, bo przekroczyłam limit o 2 kg. Nawet zapytałam, ile musiałabym za ten marny nadbagaż dopłacić, ale cena (30 EUR za kg) zachęciła mnie do szybkiej reorganizacji. W Paryżu odwrotnie - przerzucałam nadprogramowy balast z podręcznego do dużego. Było nawet bardziej absurdalnie, bo pani z okienka zażądała, żebym przepakowała część rzeczy z mojej (już mieszczącej się w normie) podręcznej walizki do podręcznego bagażu... Sir'a. Tak dla lepszej równowagi... Pisałam o tym tutaj rok temu. Co do "Turków", to nie ma w tym względzie jasności. Głowę bym dała uciąć, że ktoś mnie zapewniał o 30 kg limicie, gdy na ich stronie jak wół stoi 20. Podejrzewam jednak, że oni by się marnych 2 kg nie czepiali :)

Wiadomo, że w większości przypadków priorytetową sprawą przy zakupie biletów jest cena. Czasami jednak różnice są tak małe, że można trochę powybrzydzać. Z moich rozmów wynika, że najbardziej na komfort wpływa jakość posiłków, wygoda foteli i rozrywka. Chyba nawet w takiej właśnie kolejności. Co do jedzenia, to niestety trudno mówić o faworytach. Wydaje mi się, że loty z Delhi jakichkolwiek linii lotniczych mają indyjski (wstrętny niestety) catering. Cokolwiek to by nie było, wszystko smakuje masalą. I cały samolot też nią pachnie. Dla pocieszenia, loty w kierunku Delhi, mają zazwyczaj większy wybór (w Lufthansie np. można wybrać między indyjskim, a europejskim daniem).

Niektórzy, zwłaszcza co bardziej rośli panowie, narzekają na zbyt ciasno ustawione fotele. Jasne, że w przypadku dłuższego lotu, na dodatek nocnego, brak wygodnego miejsca na nogi może być udręką :) "What to do?" - jak by powiedziała babka Veena. Można wybierać jak najkrótsze loty. Wiadomo, że lot Paryż-Delhi to kilka ładnych godzin więcej niż Stambuł-Delhi. Na oko ze 3. Jeśli mamy wybór między różnymi liniami,  polecam zapoznać się ze stroną SeatGuru, gdzie, wstukując numer lotu lub nazwę linii lotniczych i trasę, można wyszukać plan samolotu. W ten sposób łatwo sobie porównać odległość między siedzeniami w poszczególnych samolotach (pitch). No i można też unikać nocnych lotów, ale z tym akurat ciężko na tej trasie, bo z tego, co widzę, większość lotów z Europy ląduje tu rano. Poza tym dla kogoś, kto ląduje pierwszy raz w obcym mieście (w obcym kraju, na obcym kontynencie) ranny przylot zawsze będzie lepszą opcją, niż ten w środku nocy.

I jeszcze rozrywka. Wydaje się, że to głupota, ale naprawdę bardzo pomaga skrócić dłużący się lot. Pamiętam moje rozczarowanie, gdy w samolocie z Paryża okazało się, że nie ma osobistych ekranów. Na tym wspólnym leciały cały czas bollywoodzkie filmy. Koszmar! Tymczasem można w tym czasie nadrobić zaległości filmowe, muzyczne czy pograć (np. w szachy). Nie wspominając o tym, że można też na bieżąco sprawdzać trasę lotu.

W bożonarodzeniową podróż wybraliśmy się Emirates Airlines. W Dubaju co prawda się nie zatrzymaliśmy (jakoś mi się niefajnie, wyłącznie komercyjnie kojarzy, wizy trzeba wyrabiać, a i urlop nie za długi był), ale widoki z góry były zachwycające. Wręcz zaczęłam żałować swoich uprzedzeń :)

Ale Turcja piękniejsza :) (co ja mam z tą Turcją? Ostatnio mnie prześladuje :))

Tutaj już austriacka wioska wyłaniająca się spod lawiny... chmur:

Poza tym świetne jedzenie (oprócz jednego, ale trudno, taka wpadka), znośne wino, loty nie za długie i duży wybór filmów (niektóre widziałam w aktualnym programie kinowym w Wiedniu, np. ostatnia "Jane Eyre", "The Help" czy "Drive". Posłuchałam sobie płyty Adele, o której tak głośno, a ja nie miałam pojęcia, kto zacz. Czyli przy okazji zaliczyłam kino i wizytę w sklepie muzycznym :)

Do tego świetna opcja, której nie widziałam w innym samolotach (ale może to moje gapiostwo): film z kamer z przodu i dołu samolotu. Można obserwować np. lądowanie z perspektywy pilota :)

Samoloty nówki nieśmigane. Bagaż? 30 kg. Siedzenia bardzo OK. Do tego na początku lotu podawana jest informacja, w jakich językach mówią stewardzi (np. po węgiersku, arabsku, suahili i nie wiem, co tam jeszcze).

I tylko jedną wadę mają te Emiraty: nie latają do Polski...

Ale do Pragi owszem :)

czwartek, 05 stycznia 2012

... po krótkiej, acz intensywnej przerwie w europejskim narożniku, otarciu potu z czoła i rozluźnieniu nadgarstków. Jeszcze kilka podskoków i mogę zaczynać od nowa boksowanie się z rzeczywistością :)

Tymczasem Delhi zgotowało nam królewskie powitanie - na spotkanie wyszedł cały oddział wielbłądziej kawalerii:

Niestety, zanim wyjęłam aparat, panowie (i ich rumaki) prezentowali się już tylko z zadniej strony, przez co nie widać ich imponujących zakręconych wąsów! Prawdopodobnie wracali z ćwiczeń do wielkiej parady z okazji Dnia Republiki, który przypada na 26 stycznia. Pisałam o nim rok temu tutaj. Raczej nie jest to próba kostiumowa jeszcze, bo, z tego, co pamiętam, byli bardzo barwnie ubrani (i panowie, i wielbłądy).

Wczoraj przez pół dnia odsypiałam podróż tudzież uzupełniałam lodówkę, a dzisiaj zakasałam rękawy i zaczęłam odgruzowywać mailowe i blogowe zaległości. 

Czuję, że w tym roku to się będzie działo... Zresztą w Indiach nie ma innej możliwości :)) Oby się nam - wszystkim, wszędzie -  działo tylko pozytywnie!

Wszystko będzie nowe - głosi napis na remontowanym sklepie przy Mariahilfestrasse w Wiedniu.

Wszystkie zdjęcia i teksty, o ile nie zaznaczono inaczej, są mojego autorstwa i do mnie należą prawa autorskie. Jeśli chcesz skorzystać - zapytaj.