O życiu z oddali, czyli z Delhi. Dzień po dniu zdrapuję lakier egzotyki z indyjskiej codzienności, aby pokryć ją patyną własnych doświadczeń. Czasami jednak muszę uciec stąd i o tym również piszę.
sobota, 29 stycznia 2011

Agradabla mi właśnie przypomniała, że nie pisałam jeszcze o transporcie. A nie pisałam, bo temat ten przyprawia mnie o palpitacje. Każde wyjście musi być poprzedzone przygotowaniami strategicznymi: czym, jak, skąd, dokąd, za ile, o której... Muszę naprawdę wykrzesać z siebie wszystkie zasoby dyplomacji, przywołać zasady kindersztuby i technik relaksacyjnych, żeby nie rzucić tu stekiem bluzgów. No dobrze... oooommmm... oooommm...

Zacznę od metra, bo mam z nim stosunkowo dobre doświadczenia. Po pierwsze sieć metra jest dosyć rozwinięta; oprócz kilku stacji w centrum  - naziemna. Bardziej jednak służy połączeniu centrum z przedmieściami niż poruszaniu się po samym centrum. Główną wadą metra jest to, że trzeba dotrzeć jakoś do stacji, a potem się wydostać. Wejście może wyglądać np. tak:  

   

Dodam, że jest to zdjęcie zrobione 3 tygodnie po otwarciu tej stacji, obecnie (po 4 miesiącach) uprzątnięta jest mniej więcej połowa i zaczęto malować ścianę. Często więc trzeba wziąć rikszę, żeby jakoś się tam dostać. Potem trzeba się dopchać do  kasy...

Można kupić żeton na jednorazową jazdę (16 rupii/ok. 1 PLN) lub kartę magnetyczną (wtedy 10% taniej i 5000% mniej kolejek):

Następnie przejście przez bramkę i prześwietlienie bagaży (czyli jeszcze jedna kolejka - oddzielnie dla panów i pań) - zupełnie jak na lotnisku, tylko w temacie bagaży większe urozmaicenie...:

 foto: www.gurgaonscoop.com

 ...i hop na peron:

Największy plus metra? Specjalny przedział dla kobiet! Trzeba kierować się śladem różowej naklejki :))

PHOTO: Shiv Kumar Pushpakar (The Hindu)

Biada temu, kto nie dostosuje się do tej zasady!!! Kara 200 rupii (ok.13 PLN) to drobnostka w porównaniu z tą, jaką mogą wymierzyć rozjuszone pasażerki:

Podziemna stacja w centrum (Khan Market):

Podsumowując: DA SIĘ! Najlepiej będąc kobietą podróżującą samotnie lub w damskim towarzystwie . Wagony "mieszane" budzą też mieszane uczucia - zdecydowanie za dużo testosteronu!!! Na krótkich trasach raczej nie opłaca się tracić czasu na wszystkie procedury. No i ta koniecznośc dojechania rikszą! Ale o tym następnym razem...

wtorek, 25 stycznia 2011

Jeszcze na początku stycznia, gdy wróciliśmy do Delhi po kilkutygodniowej nieobecności, zaskoczyły nas niskie temperatury i niesamowita mgła. W dzień było ok. 15 stopni, w nocyi 7-8. Wiem, w porównaniu z polskimi mrozami brzmi jak bajka, ale znowu potwierdziła się reguła, że pewne rzeczy nie mają bezpośredniego przełożenia. Przy takiej temperaturze wymarz łam bardziej niż w święta w Europie. Przede wszystkim nie istnieje wynalazek centralnego ogrzewania, a powszechne kamienne (w mieszczańskich domach marmurowe) podłogi potęgują wrażenie "lodówki". Chociaż uciążliwa, zima tutaj jest zbyt krótka i zbyt "ciepła", aby inwestować w drogie instalacje. Jednocześnie 15 stopni ciepła w mieszkaniu to zdecydowanie za mało (chyba nie tylko dla mnie).  Niektóre instytucje i hotele mają opcje ogrzewania w systemach klimatyzacyjnych. Jako, że czeka nas zakup AC (w lecie bez tego ani rusz), postanowiliśmy poszukać czegoś w tym stylu. Spędziliśmy pół dnia, biegając od Annasza do Kajfasza. Nigdzie takich nie znaleźliśmy, za to dostaliśmy ofertę z rodzaju tych "nie do odrzucenia". Mogą nam zamówić w fabryce, 100% zaliczki, a wyglądać będzie mniej więcej tak (tu machnięcie w stronę zakurzonej ekspozycji). Taa, a świstak siedzi i zawija je w sreberka...

Kierując się zasadą "podążaj za miejscowymi", zapytałam babkę Veenę, jak radzi sobie z zimnem. Bardzo prosto: idzie do łóżka. No tak, kołdra nie zużywa prądu.

Wyciągnęliśmy z kartonów od lat nieużywany grzejnik, dokupiliśmy na Khan Market  drugi, nazywany przez nas dyskoteką (grzeje lampami halogenowymi i obraca się wokół własnej osi :)). Przez ok. 2 miesiące snuliśmy się po domu jak potępieńcy z kulą, tzn. z grzejnikiem u nogi (każdy ze swoim). Chcesz wziąć prysznic? Najpierw wstaw go do łazienki i poczekaj, aż temperatura wzrośnie przynajmniej o te 5 stopni. Chcesz pooglądać telewizję? Grzejnik do salonu. Sprawdzić pocztę? Do gabinetu. W rezultacie spędzaliśmy czas razem w tym samym, najmniejszym pomieszczeniu (nie, nie w łazience :)). Co dwa grzejniki, to nie jeden!

Najbardziej jednak problemem dotknięci byli ci, którzy pracują ( a nierzadko i mieszkają) na ulicy. W końcu Indie stoją handlem i innymi usługami świadczonymi pod gołym niebem. Kierowcy riksz, strażnicy, straganiarze, uliczni fryzjerzy, kucharze, ale też policjanci i żolnierze próbowali sobie radzić z zimnem rozpalając ogniska wprost na poboczach ulic. Widok jest kosmiczny, a wszechobecny dym drapał w gardło i przywodził na myśl polskie wykopki.

Tymczasem przyszła wiosna! W weekend mieliśmy 24 stopnie, słońce grzało, aż miło. W piątek zjedliśmy obiad w ogrodzie Instytutu Włoskiego (uwielbiam), a niedzielę spędziliśmy na własnym balkonie popijając Carlsberga w kubkach do kawy, rozmawiając i przeglądając prasę. To był prawdziwy zastrzyk witaminy D! No i B też oczywiście ;)

To mi przypomniało, że mam przecież parę fotek z pierwszego miesiąca w naszym mieszkaniu, który w większości spędziliśmy na balkonie, korzystając z hmm... szczodrobliwości babki Veeny w postaci pamiętnych krzeseł. Był to miesiąc bardzo intensywny, jeśli chodzi o poznawanie życia naszej nowej dzielnicy. Zdjęcia są z października, na razie jeszcze nie mamy aż tak mocnego słońca, a i ówczesna, pomonsunowo-soczysta zieleń roślin, pozostaje tylko wspomnieniem.

Niekwestionowanymi królami ulicy w dzielnicach tzw. rezydencjalnych i tzw. posh, są stróże. Na naszej ulicy prawie każdy właściciel domu zatrudnia jednego (nocnego) lub dwóch (pracują w 12 godzinnych zmianach CODZIENNIE). Spędzają całe dnie i noce walcząc z nudą i upałem/zimnem, bawiąc się komórką, czytając gazety. W zależności od prestiżu domu mają do dyspozycji plastikowe krzesło:

...lub budkę:

Często stołują się w okolicznych budkach z jedzeniem:

Są bardzo towarzyscy,"odwiedzają" się nawzajem. Założę się, że znają wszystkie najnowsze plotki z sąsiedztwa.

Zwróćcie uwagę na zawieszony na drzewie ołtarzyk:

Jeśli nie mają do dyspozycji większej liczby krzeseł, siadają sobie na kolanach, czesto trzymając się za ręce. Ot, taka męska przyjaźń :)

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Na długo przed podróżą odgrażałam się, że po wylądowaniu w Europie będę całować ziemię. Niestety, do dyspozycji miałam tylko kawałek betonowej nawierzchni paryskiego lotniska pokrytej rozpuszczającym się śniegiem, na którą z brzucha boeingowego wieloryba wysypywał się tłum zaspanych, przecierających oczy współpasażerów, szczęśliwych z odzyskanej wolności. Wolności ruchów chociażby. Ograniczyłam się więc do głębokiego wdechu mroźnego i, jak mi się wydawało, krystalicznego powietrza. "Zimno! Jak cudownie zimno!" Był to pierwszy z serii zachwytów, bo cieszyło mnie dosłownie wszystko: kawa i prawdziwy cieplutki francuski croissant, dziewczyna za ladą, która uśmiechała się ot tak, po prostu,  z nawyku, bez cienia uniżoności, która tak drażni w kontaktach z indyjskimi sprzedawcami, kierowcami, kelnerami.  Wiem, niektórych drażni, innym mile łechce ego, uzależniając jak najlepsza heroina, sprawiając, że już sobie nie wyobrażają życia poza Indiami. Cieszył widok słonecznego lotniska w Madrycie, które nawet ciężkie stalowe konstrukcje ukryło w łagodnych kolorowych falach sufitu. Witajcie w kraju, w którym życie podaje się w estetycznym sosie. Bo ono nie jest tu ani lepsze, ani gorsze, niż gdzie indziej (mhm, w Europie - dodałam po zastanowieniu :)). Ale ten sos, ten sos...

   

 

Nie wychodząc z lotniska, wchodzimy do metra... a może do matrixa?

Specjalnie poprosiłam o pokój od ulicy. Dzięki temu, nawet zmęczona wielogodzinnymi spacerami, mogłam chłonąć życie ulicy - w dzień...

...i w nocy. Tego mi było trzeba!

  

 W tym roku było zimniej niż normalnie, dlatego niestety musieliśmy sobie odpuścić tradycyjną kawę w ogródku na placu św. Anny. To zdjęcia z 2008 roku: 

Jak się ma fantazję, to przydałyby się jeszcze pieniądze. Hiszpanie nie wyobrażają sobie Świąt bez tradycyjnej loterii Bożonarodzeniowej, której historia sięga XIX wieku! Losowanie odbywa się 22 grudnia, jest transmitowane na żywo w telewizji, a wylosowane numery są (dosłownie) wyśpiewywane przez uczniów w mundurkach. Ten charakterystyczny śpiew  to przedsmak nadchodzących Świąt, coś jak polski karp w wannie :).

Losy są sprzedawane już od lipca, ale i tak zawsze w dniu poprzedzającym losowanie, tworzą się tasiemcowe kolejki.

Najbardziej w tej tradycji podoba mi się to, że każdy los dzieli się na 10 części (décimos). Dzięki temu całe rodziny, grupy przyjaciół, kolegów w pracy, a nawet klientów barów, kupują losy o tym samym numerze. Jeśli wygra, wygrywają wszyscy. El Gordo (Grubas), czyli najwyższa nagroda to 3 mln €, co daje 300 tys. € na décimo. Fajnie się cieszyć z wygranej, a jeśli na dodatek wygrywają nasi bliscy, to radość tym większa!

Wszystkie zdjęcia i teksty, o ile nie zaznaczono inaczej, są mojego autorstwa i do mnie należą prawa autorskie. Jeśli chcesz skorzystać - zapytaj.