O życiu z oddali, czyli z Delhi. Dzień po dniu zdrapuję lakier egzotyki z indyjskiej codzienności, aby pokryć ją patyną własnych doświadczeń. Czasami jednak muszę uciec stąd i o tym również piszę.
czwartek, 26 września 2013

Nowe wpisy już na nowym blogu:

www.asiaya.pl

Zapraszam!!

11:14, asiaya , W drodze
Link
niedziela, 13 stycznia 2013

Kerala jest szczególnym miejscem na mapie Indii. Reklamowana jako God's own country (kraj należący do Boga) może nie jest rajem na ziemi, nie jest najbogatszym stanem, a na dodatek jednym z najgęściej zaludnionych, ale zdaje się, że udało się tam zwalczyć przynajmniej niektóre problemy trapiące indyjskie społeczeństwo. Przede wszystkim Keralczycy nie są analfabetami. Według ostatniego spisu powszechnego sprzed dwóch lat 94% z nich potrafi czytać i pisać, w tym 96% mężczyzn i 92% kobiet. Tak mała różnica jest ewenementem na skalę Indii. W Radżastanie np. wskaźniki te wynoszą odpowiednio 81% i 53%, co wyraźnie pokazuje wagę, jaką się tam przykłada do edukacji dziewczynek.

niedziela, 23 grudnia 2012

Pomimo tego, że Keralę opuściliśmy tydzień przed świętami, zdążyliśmy poczuć jeszcze świąteczną atmosferę. Prym w bożonarodzeniowych stylizacjach wiodą świecące papierowe gwiazdy. Trzeba przyznać, że są bardzo efektowne, zwłaszcza w nocy.

sobota, 22 grudnia 2012
W Delhi protesty nadal trwają. Na stronie Wszystkich Kolorów na FB będę starała się śledzić rozwój wypadków na bieżąco, na blogu wracam do "swoich" tematów. Jest ich trochę.
piątek, 30 listopada 2012

Kiedy dostałam zaproszenie na spektakl Federico Garcii Lorki w tutejszym Instytucie Cervantesa, uświadomiłam sobie, że ostatni raz byłam w teatrze w czerwcu 2011 roku! W Delhi istnieją co prawda teatry, ale jakoś do tej pory żaden mnie nie zaprosił ;)) Swoją drogą - nie pamiętam, kiedy płaciłam tutaj za wstęp na imprezę kulturalną - pomijając oczywiście kino, do którego chodzę w Delhi bardzo rzadko. Mnóstwo koncertów, pokazów tańca, nie mówiąc już o wystawach, jest za darmo, ewentualnie na zaproszenia, o które wcale nie tak trudno. 

poniedziałek, 12 listopada 2012

Diwali tuż, tuż! Co prawda oficjalne święta przypadają na jutrzejszy dzień, ale próby petard i sztucznych ogni trwają od kilku ładnych nocy! Póki co jeszcze sklepy otwarte, wszyscy gorączkowo załatwiają ostatnie sprawunki. W tym roku przypadła nam rola gospodarzy, więc mamy pełne ręce roboty. Póki co, zostawiam Was z kilkoma widokami z naszego balkonu z ostatniej nocy.

HAPPY DIWALI 2012!!!

środa, 07 listopada 2012

Następne do kolekcji. Pozostałe można obejrzeć tu i tu. I owszem, wybieramy się, bo znamy pana młodego. Panny młodej nie, ale widzieliśmy foto w telefonie (oczywiście wyraziliśmy uznanie ;), chociaż zdjęcie bardzo niewyraźne ). No to teraz mam problem: Co założyć?

sobota, 03 listopada 2012

Zacznijmy od tego, że takiej pory roku nie ma w mojej lodówce! W ciągu zaledwie kilku dni temperatury spadły o ok. 10 stopni - z 30 do ok. 20. "A gdzie te najfajniejsze 27-26-25?" - się pytam! Wiatraki już nie mielą powietrza pod sufitami, z szafy wyciągnęłam wciśniętą tam w marcu kołdrę, przeprosiłam się z długimi rękawami i skarpetami. Nareszcie można oddychać, można odciąć pępowinę od klimatyzacji, można jechać samochodem z uchyloną szybą.

niedziela, 28 października 2012

Ostatnio mój znajomy rzucił w rozmowie: "Świat, który znaliśmy, już nie istnieje". Zapadło mi to w pamięć. Nie jestem jednak pewna, który świat miał na myśli. Prawdopodobnie jego świat dosyć się różni od mojego, a mój teraźniejszy od mojego wcześniejszego. 

Ostatnio dość niespodziewanie nadarzyła się okazja, abym przez ok 3 tyg. spojrzała na tutejszą rzeczywistość z perspektywy biura i luksusowego hotelu. To naprawdę inny świat.

czwartek, 04 października 2012

Temperatura w Stambule w lipcu była mniej więcej taka, jaką mamy teraz w Delhi, czyli ok. 30 stopni. Gdyby ktoś jednak wyjrzał przez okno i próbował wywnioskować po ubraniach przechodniów, co powinien przyodziać, stanąłby przed nie lada problemem. Stroje Stambulczyków (i ich gości) oscylowały od niemal plażowych szortów i topów po szczelnie zasłaniające i wielowarstwowe płaszcze, abaje, hidżaby czy nikaby. Burki też by się pewnie znalazły. Najczęściej jednak było widać bardzo kolorowe chusty. I pomyśleć, że to właśnie one stały się symbolem ścierania się świeckich i religijnych sił politycznych w Turcji, a dla wielu sprawdzianem tureckiej "europejskości". Nie minęło jeszcze 5 lat, odkąd zniesiono zakaz ich noszenia w szkołach i urzędach. 


20:16, asiaya , W drodze
Link
czwartek, 06 września 2012

Guru nie należy do moich ulubionych słów. Myślę, że zbyt wiele osób daje się wodzić za nos zbyt niewielu, a wrodzony sceptycyzm nie pozwala mi być bezkrytyczną fanką czy to osób, czy to instytucji, formacji politycznych lub religijnych. Ten typ tak ma i nie będę się nad tym rozwodzić.

Natomiast jest kilka osób, które mnie fascynują podejściem do swojej pracy, umiejętnością porzucenia schematów - myślowych lub estetycznych. Większość ludzi, gdy ma wybrać a lub b, zdecyduje się na jedną z tych opcji. Są jednak osoby, które powiedzą: "Tutaj jest jeszcze c!" i potrafią to udowodnić. Sprawiają, że czuję się jak mała dziewczynka z otwartą ze zdziwienia buzią na przedstawieniu magika, uporczywie usiłująca zgłębić jego sekret swoim małym rozumkiem: "Jak on to robi???".

Taką osobą jest dla mnie Ferran Adrià, legendarny już hiszpański szef kuchni. Zaczynał na zmywaku w prowincjonalnej knajpce, w obecnej chwili jest lauretaem chyba wszystkich najważniejszych laurów w dziedzinie gastronomii. Ba! W 2007 roku reprezentował hiszpańską sztukę na 12ej edycji Documenta w Kassel!

Mówi się, że reprezentuje kuchnię molekularną, on sam woli określenie "dekonstrukcja". Bawi się smakiem, teksturą, temperaturą. Posiłek w jego wydaniu to raczej spektakl odbierany wieloma zmysłami niż pragmatyczne zaspokajanie głodu. 

No dobrze - zapytacie- ale co to ma wspólnego z Indiami??

Dla mnie ma dużo. Jeść trzeba codziennie, więc codziennie stajemy prze dylematem: "Co by tu?" Miłośnicy kuchni indyjskiej zapewne się zdziwią: "Jak to? Tyle świetnej kuchni dookoła, a oni nie mają co jeść!" Prawda jest taka, że do nich nie należymy, a jeśli już się na nią decydujemy to raczej od święta i w wydaniu restauracyjnym. Jakoś nie pociąga nas wizja smażenia ćapati i mieszania masali. Zresztą właśnie masale są główną tego przyczyną. Dla mnie te mieszanki są i zbyt podobne do siebie i zbyt wiele składników zawierają. Za dużo wszystkiego z wszystkim! Osobiście wolę, gdy potrawy mają niewiele, ale charakterystycznych przypraw, np. zupa fasolowa to majeranek, grzane piwo to goździki, cynamon itp. Oczywiście chętnie eksperymentuję, ale nie - dokładając inne smaki, a zamieniając je. Najgorsze jest jednak to, że te przyprawy w kuchni indyjskiej są tak intensywne, że często zabijają smak produktów. Mam zresztą uprzedzenie wynikające z przeświadczenia, że maskuje się głównie produkty nieświeże, złej jakości. Moim zdaniem przyprawy powinny jedynie podkreślać ich smak. Kiedyś pewien krytyk kulinarny stwierdził, że ta kuchnia jest "zamulająca" i myślę, że w nadmiarze - owszem.

Dlatego uważam, że kuchnia indyjska sprawdza się jako jedna z wielu alternatyw od czasu do czasu, natomiast nie widzę jej na swoim stole dzień w dzień (a już tym bardziej nie widzę siebie codziennie według niej gotującej :)) 

Poza tym myślę, że kuchnia jest też częścią kultury, tożsamości, której nie da się (i nie należy) wyrugowywać z codziennego życia ot tak, z dnia na dzień i zastąpić ją inną.

Następna trudność, na jaką napotkałam, to brak produktów, do których jestem przyzwyczajona. Niektóre, banalne i powszednie w Europie, wiktuały, potrafią tutaj nieźle nadwyrężyć kieszeń! Paczka najzwyklejszego makaronu nie schodzi poniżej 10 PLN!

Z drugiej strony są tu oczywiście dostępne produkty, których wcześniej nie znałam i nie mam za bardzo pojęcia, jak je przygotowywać,  na przykład zboża czy strączkowe, które chyba nawet nie mają odpowiedników w języku polskim.

Codziennie muszę więc kombinować, łączyć, rozpracowywać nowe produkty, poszukiwać sklepików z żywnością importowaną itp. Zajmuje mi to sporo czasu, muszę przyznać.

Z tym większym więc zainteresowaniem zgłosiłam się na kurs pod wdzięcznym tytułem "Hiszpania - Indie. Fuzja techno-emocjonalna" w tutejszym Instytucie Cervantesa. Prowadził go Guillermo Torino, były uczeń Ferrana Adrii, który od 4 lat mieszka w Delhi i wykorzystuje inspiracje zaczerpnięte z kuchni indyjskiej w swojej pracy. Nie kopiuje indyjskich potraw, a stara się wyabstrahować ich smak w zupełnie nowych, zaskakujących formach.

Chciałam głównie podpatrzeć, jak pracuje z lokalnymi produktami i dopytać, czy jego doświadczenia w tym zakresie pokrywają się z moimi.

Warsztaty były dosyć intensywne, odbywały się w dwóch czterogodzinnych sesjach. Po każdej z nich wychodziliśmy nieco skołowani i zmęczeni, ale za to nieźle ZAINSPIROWANI :)

Guillermo Torino - kilka słów teorii i historii

Asystent badający właściwości wody (oczywiście nie z kranu!) - to ponoć podstawa



Tak przygotowywał makaron z ciecierzycy. Nietypowy, bo zamiast ciasta raczej coś żelowego. Ten akurat pomysł nie przypadł mi do gustu...

 ... ale prezentował się ładnie na talerzu - trzeba przyznać. 

Delhi cocina 8 

Interpretacja znznego indyjskiego dania - palak paneer, czyli ser panir w sosie szpinakowym. Podstawą były te śmieszne szpinakowe kuleczki.

Tak wygląda efekt końcowy - szpinakowe kuleczki w sosie serowym, oprószone zmielonymi prażonymi ćapati.

Moja próbka. Doooobre!

CDN.

środa, 05 września 2012

Delhijskie Targi Książki to skromna wersja Międzynarodowych Targów Książki w Delhi, które odbywają się w tym samym miejscu w lutym. Przy okazji wystawia się również branża artykułów piśmienniczych i biurowych.

 

 W ciągu tygodnia większość zwiedzających to wycieczki szkolne.

Nie miałam dużo czasu na zwiedzanie, ale i oferta niezbyt ciekawa była. przeważały dziecięce, ale dosyć tandetne książki w śmiesznych wręcz cenach (od 2 PLN)

 



Stało się już tradycją, że na tych targach zaopatrujemy się w zapas torebek i papierów do pakowania prezentów.



Ktoś dźwiga, żeby czytać mógł ktoś...

Mam jeszcz kilka zdjęć, ale zdaje się, że znowu wykorzystałam limit i muszę prosić  blox o zwiększenie. Póki co wrzucam je na fejsbukowy profil. Chyba nie muszę mówić, jak tam trafić? :)

poniedziałek, 03 września 2012

W Pradze jeździłam Porsche, w Delhi musiałam się przesiąść na BMW. No dobrze, to była Škoda, model 14 T - wprost ze studia Porsche Design. W Delhi za to za parę marnych rupii mogę sobie pojeździć BMW ;) 

 

Muszę tylko zadbać o odpowiedni look. Plus muzykę (technobolywood na cały regulator).

niedziela, 02 września 2012

W poszukiwaniu kawiarni. Wejść czy nie wejść - oto jest pytanie

To było twarde wczesnoporanne lądowanie po całonocnym locie. Pamiętam jak dziś mój szok po tym, gdy zamknęly się za moimi plecami drzwi lotniska im. Indiry Gandhi, a przede mną ukazał się widok... no właśnie - żaden, okulary mi zaparowały. Zamiast powietrza, otaczała mnie szara wilgotna wata o specyficznym zapachu. Wśród kartoników z nazwiskami, którymi wymachiwał tłumek ciemnookich mężczyzn przed nami, usiłowaliśmy znaleźć nazwisko Sir'a. Nie widzieliśmy. Ale znaleźliśmy coś, co brzmiało jak daleka jego reminescencja. Zapytaliśmy o nazwę hotelu. Zgadzała się. Kierowca zdziwiony, że się zawahaliśmy: "Sir, nie zna Pan swojego nazwiska?". W takiej wersji przyznam, że nie.

Zaczęła się jazda. Prawdę mówiąc oczy mi się kleiły (w samolocie nie zmrużyłam oka) i najchętniej ucięłabym krótką drzemkę, ale jak tu spać, gdy za oknem widoki, jakich w życiu nie doświadczyłam! Na dodatek kierowca najwidoczniej również miał za sobą ciężką noc, bo widziałam w lusterku, że oczy mu się od czasu do czasu zamykały. Musieliśmy zatem zapewnić mu konwersację. Radośnie poinformował nas o ilości potomków, ubolewając nad kosztami generowanymi przez nie i dodając, żebyśmy wzięli to pod uwagę, decydując o wysokości napiwku. On również zadał nam kilka pytań, z których najbardziej wprawiło mnie w zdumienie to o cenę walizki. "Walizki?" - upewniłam się, że nie mam omamów ze zmęczenia i że dobrze zrozumiałam jego subkontynentalny angielski. "Tak, tej walizki" - pogładził z czułością mój bagaż rozpostarty na przednim siedzeniu obok niego. 

Widok Connaught Place mnie nie zachwycił. Poprosiłam R., sympatyczną Induskę, która towarzyszyła nam pierwszego dnia, żeby zaprowadziła nas do  centrum miasta. "To jest centrum" - odparła nieco urażona.

Były to pierwsze z długiej serii naszych "zdziwień". W ciągu dwóch lat oczywiście do wielu rzeczy się przyzwyczailiśmy, zdarzyło się kilka miłych niespodzianek. 

W ramach podsumowania zebrałam 15 rzeczy na TAK i 15 na NIE. Oto one:

15 rzeczy, które polubiłamw Indiach:

  1. Prasa, książki, stare indyjskie kino w cenach bardzo miłych dla portfela. Powszechność angielskiego jest wielkim ułatwieniem na codzień
  2. Herbata z Darjeeling i kawa z Kerali
  3. Goa 
  4. Old Delhi, Hauz Khas i Muzeum Indiry Gandhi
  5. Holi i ogólnie kolory na ulicach
  6. Mango i woda kokosowa
  7. Indyjskie wesela i zaproszenia na nie
  8. Riksze 
  9. Ayurwedyczne kosmetyki Khadi, zwłaszcza ich szampony
  10. Mehendi
  11. Podgladanie życia codziennego Delhijczyków
  12. Świetlne dekoracje przed Diwali
  13. Delhijski Festiwal Jazzowy 
  14. Tanie rozmowy telefoniczne
  15. Prowadzenie bloga!! Gdyby nie Indie, nie byłoby bloga!

15 rzeczy, których (nadal) nie lubię w Indiach:

  1. New Delhi i Agra - miejskości w Delhi jest tyle, co kot napłakał, Agra poza murami Taj Mahal to dramat i masakra
  2. Brud i niechlujstwo, zanieczyszczenie powietrza, wody, żywności
  3. Bieda. Trudny temat, do tej pory nie wiem, jak go ugryźć.
  4. Hałas - ten na codzień na ulicy i ten od święta
  5. Brak ruchu - relaksujący spacer po delhijskiej ulicy jest nie do pomyślenia. Na spacery tudzież jogging trzeba udać się do parku.
  6. Taksówkarze, którzy nie mają pojęcia o mieście i nie umieją czytać map
  7. Fauna różnego rodzaju biegająca po ulicach, a czasem wchodząca też do domów (no, może z wyjątkiem tego kota, który nas odwiedza)
  8. Silna hierarchia i brak szacunku dla tych, którzy stoją niżej na tej drabinie, zwłaszcza dla służby. Nadal, gdy jestem tytułowana per ma'am, czuję się jak stara bogata matrona.
  9. Targowanie, pazerność i różne tam takie machlojki
  10. Trzęsienia ziemi, upały i zamachy terrorystyczne oraz związane  z tym środki bezpieczeństwa
  11. Notoryczne przerwy w dostawie prądu, wody, internetu, ogólnie stan techniczny mieszkań i warunki wynajmu
  12. Eve teasing, czyli gówniarski stosunek do kobiet wielu młodych Dehijczyków
  13. Hipokryzja - traktowanie alhoholu jak diabła wcielonego, a publicznego okazywania uczuć jak przestępstwa
  14. Bollywood i wiecznie te same twarze w reklamach wszystkiego
  15. I że jest tak daleko od Europy!

A Indusi? Często słyszę, że największym pozytywem Indii są ludzie. Muszę stwierdzić, że rzeczywiście - za najfajniejszymi momentami naszego pobytu stoją nasi indyjscy przyjaciele i znajomi, ale za najgorszymi niestety również ich rodacy. Czyli normalnie :)

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Kolejne miłe zaskoczenie w Stambule. Ilość kotów porównywalna chyba tylko z Grecją. Wchodzą wszędzie, rozkładają się z jedzeniem (nie zawsze miłym wizualnie) na środku ulicy. I widać, że są u siebie.

A przy okazji przedstawiam azjatyckiego tygrysa, który nas czasami nawiedza w Delhi - zwłaszcza po rybnej kolacji.

piątek, 17 sierpnia 2012

Straż miejska w Stambule. Strach podejść!

czwartek, 16 sierpnia 2012

Jak powszechnie wiadomo, życie turysty jest bardzo ciężkie, pełne wyrzeczeń i poświęceń. Ileż to się trzeba nachodzić, ile nazwiedzać, aby z czystym sumieniem oddać się przyjemnościom konsumpcji, uprzednio starannie selekcjonując lokalną ofertę.

W Stambule oczywiście wybór jest ogromny, ale trochę trzeba odsiać ziarna od plew. Most Galata np. ma na dolnym poziomie co najmniej kilkanaście restauracji z widokiem na Złoty Róg specjalizujących się w rybach. Niestety, zamiast sielskiej atmosfery relaksu oferują taśmowe paśniki dla homo turisticus. Zamów, zjedz, zapłać, zapomnij. A zresztą, jeść w sumie nie musisz, najważniejsze, żeby zapłacić. Przed każdym takim lokalem stoi naganiacz, a naganiacz na nas działa jak płachta na byka. Może niech ktoś im w końcu powie, że ich starania przynoszą skutek wprost przeciwny! Czy tylko mi się tak źle kojarzy ten natrętny marketing?

Za to tuż koło mostu znajdują się bardzo oblegane przez miejscowych rybne fast foody. 

Kanapki ze smażoną rybą są przygotowywane na zacumowanej do brzegu, chyboczącej się na falach łódce. 

Muzealne kawiarnie lubię, a jeśli jeszcze są na świeżym powietrzu - tym bardziej. Te stambulskie, wnosząc po jednolitym designie, należą do jednej sieciówki. Müzenin Kahvesi - czy to nie brzmi pięknie? :) Poniżej kahvesi podnosi nas na nogi po zwiedzaniu Hagii Sofii.

Stambuł to na pewno raj (i wyzwanie) dla cukroholików. 

Natomiast na samym szczycie rankingu naszych wakacyjnych przyjemności jest przesiadywanie na ulicy i gapienie się na to, co wokół. A w Stambule (w odróżnieniu od Delhi) to możliwe.

... najchętniej w towarzystwie innych leniwców...

... przy mocnej tureckiej herbacie. Coraz bardziej zaczynam się przekonywać do picia herbaty w szkankach. Jak inaczej podziwiać jej kolor?? Te tureckie są bardzo wygodne, ale podobają mi też się rosyjskie w metalowych (srebrnych ;)) uchwytach.

...lub kawie. Raki też spróbowaliśmy, w końcu nie byliśmy tam dla przyjemności! ;)

Jeszcze nie skończyłam ;)

środa, 15 sierpnia 2012

Dzisiaj jedno z dwóch świąt narodowych Indii: Święto Niepodległości. Dzień wolny oczywiście, chętni mogli sobie pójść pod Czerwony Fort, podziwiać parady i posłuchać premiera. 

Po naszych doświadczeniach z paradą z okazji Dnia Republiki stwierdziliśmy, że raz nam w zupełności wystarczy. Tamta, styczniowa parada odbywała się na bulwarach Rajpath naprzeciwko Bramy Indii. Środki bezpieczeństwa były tak surowe, że nie mogliśmy wziąć ze sobą nie tylko aparatu foto, żadnej torby, plecaka, ale nawet komórki!! Co ja mówię, nawet butelki wody nie można było ze sobą wziąć, a Sir'owi skonfiskowano... gazetę. 

W przemówieniu premier poskarżył się na brak deszczu (=inflacja) tudzież pokręcił nosem na zwalniającą gospodarkę. W 2011 Indie miały najniższy wzrost PKB od 9 lat i rok 2012 wcale nie wygląda lepiej. Za to zapowiedział loty na Marsa. Jest to jakieś wyjście. Pardon, wylot.

22:01, asiaya , Religia i święta
Link
poniedziałek, 13 sierpnia 2012
niedziela, 12 sierpnia 2012

Beyoğlu (zwanego też Pera) po drugiej stronie Złotego Rogu mniej widać turystów, którzy giną w tłumie Stambulczyków. Mniej też chust na głowach, więcej szortów, mniej meczetów, więcej barów. Sercem tej dzielnicy jest plac Taksim - rozległy, ale niezbyt piękny, z powiewającą wysoko ogromną flagą Turcji. Wcześniej czy później każdy tutaj trafi. 

Z serca, jak to z serca, odchodzi arteria, czyli główny  deptak dzielnicy, 3-kilometrowa Aleja Niepodległości (İstiklâl Caddesi). To miejsce, przez które w weekendowy dzień przechodzi ok. 3 mln osób. Cud, że nie spotkaliśmy kogoś znajomego :) 

Wzdłuż deptaku kursuje wahadłowo jeden wagonik tramwajowy. Któregoś wieczoru ciągnął za sobą drugi, który stanowił pewnego rodzaju scenę, z której dobiegała radosna muzyka.

Oprócz sklepów, kawiarni i restauracji mieszczą się tu liczne instytucje, np. konsulat grecki z ogromną grecką flagą powiewającą nad tłumem. Zauważyliśmy również co namniej dwa rzymsko-katolickie kościoły. Powyżej widok na ulicę od strony jednego z nich, kościoła św. Antoniego z Padwy.

Gdyby tego było mało, od ulicy odchodzi mnóstwo mniejszych uliczek i pasaży. Samą tą okolicę można by eksplorować tygodniami. Można (i trzeba!) się zgubić.

Wyobrażam sobie wieczór w tej uliczce!

Nasze mapy pozostawiały wiele do życzenia, ale nie martwiliśmy się tym zbytnio. Jednak każda pomyłka "z górki" oznaczała powrót "pod górę" :)

Na takie widoki również można trafić - żeby nie było, że tylko pocztówki wklejam.

piątek, 10 sierpnia 2012

Mieszkanie w Sultanahmet miało jednak kilka zalet. W czasie Ramadanu właśnie tam, na Hipodromie, zbierają się po zapadnięciu zmroku tłumy Stambulczyków, aby z czystym sumieniem porzucić dzienny post i delektować się świątecznymi smakołykami - zazwyczaj w licznym gronie, ale wiele też było zakochanych par, nawet kilkunastoletnich ;)

Te ławki, specjalnie ustawiane na czas Ramadanu, zapełniają się po zmroku do ostatniego centymetra.

Słodycze i bakalie, bakalie i słodycze...

Obrazki tworzone z kolorowych nici owijanych wokół wbitych gwoździków. Nie mam pojęcia, czy to tradycyjna, czy raczej autorska technika :)

Większość biesiadników przybyła z własnym prowiantem, ale sklepiki były też okupowane.

Ucztowanie w cieniu, a raczej blasku minaretów



serowy börek i inne wypieki

środa, 08 sierpnia 2012

Przyznam się, że do Stambułu pojechaliśmy kompletnie "nieprzygotowani". Nie zakupiliśmy nawet przewodnika, a hotel zarezerwowaliśmy kilka dni przed przyjazdem. Uwierzyliśmy zapewnieniom w serwisie internetowym, że Sultanahmet to to najwłaściwsze miejsce, skąd turysta może wygodnie eksplorować miasto. Większość zabytkowych budowli i turystycznych must-do'sów (albo raczej must-see'sów) mieści się właśnie tutaj.  

 

 

Hagia Sofia stoi naprzeciwko Błękitnego Meczetu, za nią mieści się Muzeum Archeologiczne i Pałac Topkapi. Poza tym są tu jeszcze Cysterna Bazyliki, Muzeum Sztuki Tureckiej i Islamskiej w Stambule i mnóstwo jeszcze innych punktów wartych obejrzenia, wejścia czy dotknięcia. Po przestronnym, centralnie położonym placu zwanym Hipodromem biegają, zamiast koni, turyści z całego świata w uprzężach swych aparatów fograficznych. No właśnie - mnóstwo tu zabytków, ale jeszcze więcej ich amatorów. Tysiąc dwieście kolumbów, a "ameryka" jedna i już dawno odkryta. Mimo to się nie poddajemy, wszędzie kolejki, wzajemne-sobie-włażenie w obiektyw. Hagia Sofia nie jest już świątynią, ale nawet w Błękitnym Meczecie trudno sobie wyobrazić, że służy do czegoś innego, niż pozowanie w błysku fleszy. Dopiero po dłuższej chwili zauważyłam 3 młode kobiety ukryte za kratką usiłujące się tam modlić. 

Nie chcę ujmować urody tej dzielnicy. To oczywiste, że każdy nowoprzybyły skieruje tutaj swe pierwsze kroki. Jest jednak aż nadto widoczne, że stała się turystycznym gettem. Jeśli pojedziemy drugi raz do Stambułu, to oczywiście pójdziemy tam na spacer, ale na pewno się już tam nie zatrzymamy.

Kolejki do kasy biletowej w Hagia Sofia

Wnętrze Hagia Sofia - oszałamia skalą, ujmuje stonowaną, konsekwentną kolorystyką.

Polecam przepiękną panoramę jej wnętrza tutaj.

Freski w Hagia Sofia.

Widok na Błękitny Meczet od strony Hagii Sofii.

Tuż przed wejściem...

... i w środku - panorama.

Brama Pałacu Topkapi

 

 

Wnętrza kompleksu pałacowego. W salach wystawowych jest nakaz oglądania eksponatów poruszając się gęsiego w ściśle określonym kierunku i rytmie. Wygląda to idiotycznie, ale nikt nie protestuje. Na tarasach widokowch każdy za to pcha się do barierki, by uchwycić ten wspaniały widok bez niepotrzebnych elementów w kadrze, czytaj: współtowarzyszy turystów.

 Na szczęście i w tej dzielnicy można uciec od "głównego nurtu". Boczne uliczki, wcale nie tak odległe od Hipodromu, nie porażają elegancją, ale są cudownie "zwyczajne". Na tym straganie obkupiliśmy się soczystymi pomidorami i brzoskwiniami, dużo zresztą taniej, niż przy głównych ulicach. Dokonawszy raz zakupu, byliśmy pozdrawiani przez właściciela za każdym razem, gdy tamtędy przechodziliśmy :)

środa, 25 lipca 2012

Po przylocie - jak zwykle - nokaut termiczny. Niby w Stambule temperatura też ok. 30-33 stopni, ale powietrze jednak zupełnie inne. W Delhi nawet do 36, a wilgotno jak w saunie. I tak jeszcze ze 2 miesiące.

W domu powitalny list na stole, włączona lodówka, a w niej zestaw "śniadaniowy"! Dobrze mieć przyjaciół i dobrze zostawić im klucze :) 

A propos śniadania: wklejam zdjęcia menu wagonu restauracyjnego czeskich kolei. Uśmiałam się ja, uśmiejcie się i Wy:

Śniadanie to podstawa. Czyli fundament.

Można wybierać. Codziennie.

Lubimy liście świeżo wyrywanych sałatków.

Polski jest trudny. Zwłaszcza po węgiersku.

Niektóre posiłki są na żądanie, zwłaszcza te z sosem pieprznikowym. Inne - domyślam się zatem - dostaję bez pytania.

To tylko kilka przykładów, cała karta jest pełna takich (nomen omen) "smaczków" i to w kilku językach. Sir padł ze śmiechu, gdy przeczytał po hiszpańsku "HAPPY LINE stosuje się na wszystkie zamówienia na odcinku Děčín - Břeclav a Domažlice - Praha - Bohumín i plecy".

Znaczy to mniej więcej tyle, że ceny poza Czechami są o wiele wyższe, a jedzenie tak samo podłe, więc zamiast jeść - lepiej poczytać sobie kartę. 

Tutaj całość, gdyby ktoś chciał.

piątek, 20 lipca 2012

Szczęśliwego Ramadanu ze Stambułu!

Wracając do indyjskiej rutyny (oksymoron!!), przycupnęliśmy na kilka dni u brzegów Bosforu.

Już za momencik wracam na blog, na maila i w ogóle do wirtualnego życia!

10:13, asiaya
Link Komentarze (20) »
piątek, 25 maja 2012

Rzeczywistość przerasta czasem najśmielsze wyobrażenia, a gdy jest to dodatkowo indyjska rzeczywistość - szaloną jazdę bez trzymanki mamy zagwarantowaną! Nie za bardzo jest czego się chwycić, gdy dotychczasowe "myślowe poręcze" okazują się zupełnie nieprzydatne w nowych okolicznościach. Nowych też nie sposób sobie przeszczepić jak chip do mózgu. 

Są jednak ćwiczenia, które przygotowują na spotkanie z "innym" i pomagają wylądować w obcej rzeczywistości. Nie jest to ani joga, ani pilates, ani nic z oferty jakiejkolwiek siłowni. Należy ćwiczyć... wyobraźnię. A czyż jest coś bardziej odżywczego dla niej, niż literatura? Dla mnie jest ona przede wszystkim wielkim symulatorem życia, gdzie bez ruszania się z miejsca mogę być gdzie chcę, kiedy chcę i, co najważniejsze, - kim chcę.

Temu fenomenowi poświęcony jest najświeższy numer "Archipelagu" - którego już nie muszę przedstawiać. Sama tym razem "odpłynęłam" literacko z Antonio Orejudo na "Chwilę odpoczynku" i możecie poczytać, czy nam było po drodze.

Z tematów indyjskich znajdziecie świetny wywiad Emilii Kustry z Pawłem Skawińskim, autorem książki "Gdy nie nadejdzie jutro". Tak się cieszę, że przybywa polskojęzycznej (i polskoperspektywicznej) literatury o Indiach! Może nie podpisałabym się pod każdym słowem tego wywiadu, ale niewątpliwie podzielam większość spostrzeżeń.

Asia Kusy zdaje relację z odbywającego się "po sąsiedzku" Karachi Literarature Festiwal i jest to też kopalnia inspiracji dla wszystkich, którzy interesują się kulturą Subkontynentu.

Poza tym z wielką przyjemnością przeczytałam wywiad z Katarzyną Hałaburą, londyńską bibliotekarką. Wyczytałam z niego, że łączy w sobie dwie wielkie zalety bibliotekarza: pasję do książek i ciekawość ludzi. Mam nadzieję, że teraz, gdy stadionów w Polsce w bród, ktoś pomyśli w końcu o bibliotekach!

To tyle przejrzałam tak na szybko (piękna szata graficzna!), resztę zamierzam sobie dawkować powoli. Poniżej zamieszczam kompletny spis treści i link do strony, skąd bezpłatnie można sobie ściągnąć magazyn.

Miłej lektury!

Temat numeru: ILUZJE


Mali wybrańcy na granicy światów [Anna Maślanka]
W labiryncie snów [Aneta Granda]
Nibymagia. Kilka słów o fantastach i iluzji [Aleksandra Klęczar]
Każdy z nas jest Alicją [Kamila Kunda]
Mieszczańskie iluzje Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego [Karolina Osowska-Wolińska]
Konkurs (wio)senny [Lirael i Tamaryszek]

Panteon: Miasto, masa, kobieta. O Meli Hartwig i jej Jestem zbędnym człowiekiem
[Malwina Janas]

W przybliżeniu: Palestyńko-izraelskie wędrówki [Karolina Kunda-Kuwieckij]

Wokół książki: Zapiski z końca pewnego świata. Alexis de Tocqueveille - Piętnaście dni w pustkowiu [Robert Jurszo]

Spotkanie z autorem: Xinran - kolekcjonerka ludzkich losów [Kamila Kunda]

Subiektywny punkt widzenia: A co z tą polską książką? [Anna Małgorzata Kurska]

Poza fikcją:
Kazimierz Nowak - podróżnik, pisarz, zagadka. Wywiad z Jackiem Y. Łuczakiem
[Joanna Wonko-Jędryszek]
Z pokorą w Indiach. Wywiad z Pawłem Skawińskim [Emilia Kustra]

W objęciach X muzy: Zbiorowa prywatność objawienia. Stalker Andrieja Tarkowskiego i Piknik na skraju drogi Arkadija i Borysa Strugackich [Robert Mróz]

Przez obiektyw: Dzień i noc książki. 23 kwietnia w Barcelonie i w Londynie
[Ania Ready, Milena Werner]

Ulotnie: Alchemia poezji sufickiej. Alchemia Miłości. Wybór myśli sufickich - Wyd. Barbelo [Karolina Kunda-Kuwieckij]

Pocztówka z...: Murakamiego przygoda z Grecją [Paulina Yamashita]

Stoliczku nakryj się: Płetwa rekina i syczuański pieprz. Słodko-kwaśny pamiętnik kulinarny z Chin - Fuchsia Dunlop [Klaudyna Hebda]

Książka na wszystkie strony:
Kwiaty Orientu - pomost między Polską a Koreą. Rozmowa z Marzeną Stefańską-Adams [Luiza Stachura]
Wśród koreańskich książek [Luiza Stachura]

Spotkania z książką: Biblioteka to mój świat. Rozmowa z Katarzyną Hałaburą, londyńską bibliotekarką [Kamila Kunda]

Konkursy i nagrody literackie: Nagrody literackie na przełomie zimy i wiosny
[Justyna Kowalczyk, Karolina Kunda-Kuwieckij]

Książki naszymi oczami. Recenzje książek wydanych w Polsce
Karen Gillece - Dryft
Krzysztof Tomasik (red.) - Mulat w pegeerze. Reportaże z czasów PRL-u
Jędrzej Morawiecki - Łuskanie świata. Reportarze rosyjskie
Kurt Vonnegut - Niech pana Bóg błogosławi, panie Rosewater
Alexandra Cavelius, Rebija Kadir - Szturmując niebo. Opowieść o życiu chińskiego wroga numer jeden
Joanna Olczak-Ronikier - Korczak. Próba biografii
Stefan Czerniecki - Dalej od Buenos
Chimamanda Ngozi Adichie - To coś na twojej szyi
Alexandra David-Néel - Mistycy i magowie Tybetu

Z obcego podwórka:
Relacja z III edycji pakistańskiego festiwalu literatury Karachi Literature Festiwal [Asia Kusy]

Recenzje książek niewydanych w Polsce
Wielka Brytania: Stephen Kelman - Pigeon English
Niemcy: Eugen Ruge - In Zeiten des abnehmenden Lichts
Hiszpania: Antonio Orejudo - Un momento de descanso
Japonia: Tetsuo Miura - Shinobugawa
Francja: Véronique Ovaldé - Ce que je sais de Vera Candida

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
Wszystkie zdjęcia i teksty, o ile nie zaznaczono inaczej, są mojego autorstwa i do mnie należą prawa autorskie. Jeśli chcesz skorzystać - zapytaj.