O życiu z oddali, czyli z Delhi. Dzień po dniu zdrapuję lakier egzotyki z indyjskiej codzienności, aby pokryć ją patyną własnych doświadczeń. Czasami jednak muszę uciec stąd i o tym również piszę.
Blog > Komentarze do wpisu

Stambuł - styl ulicy

Temperatura w Stambule w lipcu była mniej więcej taka, jaką mamy teraz w Delhi, czyli ok. 30 stopni. Gdyby ktoś jednak wyjrzał przez okno i próbował wywnioskować po ubraniach przechodniów, co powinien przyodziać, stanąłby przed nie lada problemem. Stroje Stambulczyków (i ich gości) oscylowały od niemal plażowych szortów i topów po szczelnie zasłaniające i wielowarstwowe płaszcze, abaje, hidżaby czy nikaby. Burki też by się pewnie znalazły. Najczęściej jednak było widać bardzo kolorowe chusty. I pomyśleć, że to właśnie one stały się symbolem ścierania się świeckich i religijnych sił politycznych w Turcji, a dla wielu sprawdzianem tureckiej "europejskości". Nie minęło jeszcze 5 lat, odkąd zniesiono zakaz ich noszenia w szkołach i urzędach. 

 



Myślę jednak, że tak naprawdę wszyscy zazdrościli temu panu (to nawet lepsze stanowisko, niż goniec, chociaż nie wiem, na czym dokładnie polega jego praca):

Jedynym miejscem, gdzie nie widzieliśmy ANI JEDNEJ chusty był koncert jazzowy w ramach Stambulskiego Festiwalu Jazzowego. Wybraliśmy występ zespołu w iście kosmopolitycznym składzie: Tunezyjczyk, Estończyk, kilku Turków, Norweg, Kanadyjczyk, a nawet Amerykanka o polsko-afroamerykańskim pochodzeniu. Koncert miał miejsce na świeżym powietrzu, tuż przed wejściem do Muzeum Archeologicznego. Gdy rozległy się wieczorne adhany z pobliskich (i całkiem odległych też) minaretów, trzeba było go przerwać. Tłum ruszył do baru, a Dhafer Youssef zabawiał pozostałą resztę, żartując z ... muezzinów. Widownia wcale nie zdawała się tym gorszyć, wprost przeciwnie, co chwila wybuchała salwą śmiechu. 

Turcy manifestują swój patriotyzm z wielkim zapałem. Wszędzie, gdzie nie spojrzeć, powiewa przynajmniej jedna gwieździsto-księżycowa flaga, a sprzedawcy uliczni noszą całe ich naręcza. Tym bardziej uderzał fakt, że nad głównym deptakiem stolicy, İstiklâl Caddesi wisi całkiem pokaźnych rozmiarów flaga... grecka. No cóż - tam właśnie znajduje się grecki konsulat.



Nakaz pozbycia się obuwia przed wejściem do Błękitnego Meczetu. Roznegliżowani turyści dostają również chusty do przykrycia ramion czy nóg - oczywiście błękitne. Lütfen znaczy po turecku proszę, ale tu mi się skojarzyło bardziej z niemieckim lüften (wietrzyć).

Zaskoczyło mnie, że niezależnie od stroju, pary bez skrępowania okazują sobie uczucia, trzymając się za ręce czy przytulając. Również robiąc karczemne awantury, jak na poniższym zdjęciu. W tle Topkapı Sarayı.

Ten pan chciał za rękę przeprowadzić panią przez ulicę, ale wyrwała mu się i odsunęła. Foch!



Bardzo często widziałam też mężczyzn zajmujących się dziećmi - prowadzących je, niosących czy popychających wózek. 





czwartek, 04 października 2012, asiaya

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Wszystkie zdjęcia i teksty, o ile nie zaznaczono inaczej, są mojego autorstwa i do mnie należą prawa autorskie. Jeśli chcesz skorzystać - zapytaj.