O życiu z oddali, czyli z Delhi. Dzień po dniu zdrapuję lakier egzotyki z indyjskiej codzienności, aby pokryć ją patyną własnych doświadczeń. Czasami jednak muszę uciec stąd i o tym również piszę.
Blog > Komentarze do wpisu

2 lata temu

W poszukiwaniu kawiarni. Wejść czy nie wejść - oto jest pytanie

To było twarde wczesnoporanne lądowanie po całonocnym locie. Pamiętam jak dziś mój szok po tym, gdy zamknęly się za moimi plecami drzwi lotniska im. Indiry Gandhi, a przede mną ukazał się widok... no właśnie - żaden, okulary mi zaparowały. Zamiast powietrza, otaczała mnie szara wilgotna wata o specyficznym zapachu. Wśród kartoników z nazwiskami, którymi wymachiwał tłumek ciemnookich mężczyzn przed nami, usiłowaliśmy znaleźć nazwisko Sir'a. Nie widzieliśmy. Ale znaleźliśmy coś, co brzmiało jak daleka jego reminescencja. Zapytaliśmy o nazwę hotelu. Zgadzała się. Kierowca zdziwiony, że się zawahaliśmy: "Sir, nie zna Pan swojego nazwiska?". W takiej wersji przyznam, że nie.

Zaczęła się jazda. Prawdę mówiąc oczy mi się kleiły (w samolocie nie zmrużyłam oka) i najchętniej ucięłabym krótką drzemkę, ale jak tu spać, gdy za oknem widoki, jakich w życiu nie doświadczyłam! Na dodatek kierowca najwidoczniej również miał za sobą ciężką noc, bo widziałam w lusterku, że oczy mu się od czasu do czasu zamykały. Musieliśmy zatem zapewnić mu konwersację. Radośnie poinformował nas o ilości potomków, ubolewając nad kosztami generowanymi przez nie i dodając, żebyśmy wzięli to pod uwagę, decydując o wysokości napiwku. On również zadał nam kilka pytań, z których najbardziej wprawiło mnie w zdumienie to o cenę walizki. "Walizki?" - upewniłam się, że nie mam omamów ze zmęczenia i że dobrze zrozumiałam jego subkontynentalny angielski. "Tak, tej walizki" - pogładził z czułością mój bagaż rozpostarty na przednim siedzeniu obok niego. 

Widok Connaught Place mnie nie zachwycił. Poprosiłam R., sympatyczną Induskę, która towarzyszyła nam pierwszego dnia, żeby zaprowadziła nas do  centrum miasta. "To jest centrum" - odparła nieco urażona.

Były to pierwsze z długiej serii naszych "zdziwień". W ciągu dwóch lat oczywiście do wielu rzeczy się przyzwyczailiśmy, zdarzyło się kilka miłych niespodzianek. 

W ramach podsumowania zebrałam 15 rzeczy na TAK i 15 na NIE. Oto one:

15 rzeczy, które polubiłamw Indiach:

  1. Prasa, książki, stare indyjskie kino w cenach bardzo miłych dla portfela. Powszechność angielskiego jest wielkim ułatwieniem na codzień
  2. Herbata z Darjeeling i kawa z Kerali
  3. Goa 
  4. Old Delhi, Hauz Khas i Muzeum Indiry Gandhi
  5. Holi i ogólnie kolory na ulicach
  6. Mango i woda kokosowa
  7. Indyjskie wesela i zaproszenia na nie
  8. Riksze 
  9. Ayurwedyczne kosmetyki Khadi, zwłaszcza ich szampony
  10. Mehendi
  11. Podgladanie życia codziennego Delhijczyków
  12. Świetlne dekoracje przed Diwali
  13. Delhijski Festiwal Jazzowy 
  14. Tanie rozmowy telefoniczne
  15. Prowadzenie bloga!! Gdyby nie Indie, nie byłoby bloga!

15 rzeczy, których (nadal) nie lubię w Indiach:

  1. New Delhi i Agra - miejskości w Delhi jest tyle, co kot napłakał, Agra poza murami Taj Mahal to dramat i masakra
  2. Brud i niechlujstwo, zanieczyszczenie powietrza, wody, żywności
  3. Bieda. Trudny temat, do tej pory nie wiem, jak go ugryźć.
  4. Hałas - ten na codzień na ulicy i ten od święta
  5. Brak ruchu - relaksujący spacer po delhijskiej ulicy jest nie do pomyślenia. Na spacery tudzież jogging trzeba udać się do parku.
  6. Taksówkarze, którzy nie mają pojęcia o mieście i nie umieją czytać map
  7. Fauna różnego rodzaju biegająca po ulicach, a czasem wchodząca też do domów (no, może z wyjątkiem tego kota, który nas odwiedza)
  8. Silna hierarchia i brak szacunku dla tych, którzy stoją niżej na tej drabinie, zwłaszcza dla służby. Nadal, gdy jestem tytułowana per ma'am, czuję się jak stara bogata matrona.
  9. Targowanie, pazerność i różne tam takie machlojki
  10. Trzęsienia ziemi, upały i zamachy terrorystyczne oraz związane  z tym środki bezpieczeństwa
  11. Notoryczne przerwy w dostawie prądu, wody, internetu, ogólnie stan techniczny mieszkań i warunki wynajmu
  12. Eve teasing, czyli gówniarski stosunek do kobiet wielu młodych Dehijczyków
  13. Hipokryzja - traktowanie alhoholu jak diabła wcielonego, a publicznego okazywania uczuć jak przestępstwa
  14. Bollywood i wiecznie te same twarze w reklamach wszystkiego
  15. I że jest tak daleko od Europy!

A Indusi? Często słyszę, że największym pozytywem Indii są ludzie. Muszę stwierdzić, że rzeczywiście - za najfajniejszymi momentami naszego pobytu stoją nasi indyjscy przyjaciele i znajomi, ale za najgorszymi niestety również ich rodacy. Czyli normalnie :)

niedziela, 02 września 2012, asiaya

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2012/09/02 19:29:45
Ja tu znam tylko jednego Indusa - mówi po angielsku bardzo płynnie i zapewne poprawnie, co nie zmienia faktu, że ja go ni w ząb nie rozumiem. Ile razy do mnie dzwoni, wpadam w panikę, bo słyszę tylko uporczywe terkotanie z prędkością karabinu i z przedziwną intonacją. Na szczęście każda rozmowa z nim przypomina mi Twojego bloga i wiem, że mogło być gorzej! Przynajmniej nie pyta mnie o dzieci i męża. Za to ustawicznie zadaje mi pytania dotyczące zatkanych rur w jego mieszkaniu. Nie mam nic wspólnego z rurami w ogóle, a z jego własnymi tym bardziej. Widocznie Indie mają to do siebie, że mijają się z logiką.
-
asiaya
2012/09/02 19:55:02
:DDD Proponuję, żebyś pokazała mu 4te zdjęcie od góry w tym poście asiaya.blox.pl/2012/05/Chamstwo-i-drobnomieszczanstwo-ze-mnie-wylazlo.html i powiedziała, że w jego kraju załatwia się to tak.
A może rury to taki pretekst? ;) Może Ty nie odczytujesz jego przekazu właściwie :))
-
2012/09/02 20:11:52
No to i jego żona też najwyraźniej czegoś nie odczytuje właściwie. Ale przynajmniej nieco wyraźniej mówi. Tłumaczyłam im obojgu, że muszą powiadomić właściciela, a ten im wezwie hydraulika, ale widocznie napatrzyli się w swoim kraju na hydraulików i zdecydowanie wolą, żebym to ja zdalnie i parapsychicznie opiekowała się ich instalacjami.
-
asiaya
2012/09/02 20:39:01
I na właścicieli się pewnie też napatrzyli :)
Własnie mi wpadło do głowy, że może byś nam mogła zdalnie i parapsychicznie wymienić żarówkę na klatce schodowej? My nie sięgamy nawet z naszej drabiny, a właścicielowi zgłosiliśmy w grudniu i tak się biedny przejął, że do dziś wieczorem musimy otwierać mieszkanie z latarką ;)
-
Gość: , 46.7.7.*
2012/09/02 23:27:06
Drugie okrążenie ukończone - chylę z pokorą głowę, a szczękę uchylam z podziwu. Pytanie rodzi się następujące: biegniecie w biegu na 5000m z przeszkodami? na 10000m? pół-maraton?

Po przeczytaniu obu list 15 rzeczy "na tak" i "na nie" mam pewne nieodparte wrażenie. Mianowicie wydaje mi się, że, mieszkając tam, każdego dnia idziesz na kompromis w o wiele większej ilości aspektów egzystencji aniżeli dostajesz w zamian. Dlatego chylę czoła jeszcze niżej.

No i nie sposób nie skomentować jednej kwestii. "Agra poza murami Taj Mahal to dramat i masakra". Amen.

(Były już) mieszkaniec Delhi
-
chihiro2
2012/09/03 03:54:00
Asiu, czekałam na tę notkę i się nie zawiodłam. Dziękuję. Mogę się z Tobą zgodzić w kwestii większości punktów, poza tymi oczywiście, których nie doświadczyłam osobiście i nie dane mi było ani zaobserwować ani przeżyć (np. bezpieczeństwo). Do plusów dorzuciłabym Fabindię, bo uwielbiam tę sieć sklepów. Do minusów zaś brak możliwości napicia się wody z kranu i generalnie niemożność jedzenia świeżych sałatek. Kuchnia jest generalnie plusem Indii, ale poziom higieny i ryzyko zatruć wszelkiego rodzaju niestety to poważny problem.
Jako wielką zaletę Indii uważam jeszcze różnorodność i wielokulturowość tego kraju. Każdy stan różni się od pozostałych, Himachal Pradesh inny jest niż Kerala czy Radżastan, Darjeeling zapewnie nie przypomina Kaszmiru ani Goa, a wszędzie jest fascynująco i pięknie. Jak wiesz nie przepadam za Delhi, ale bardzo lubię Mumbai i jeśli musiałabym mieszkać w Indiach to widzę siebie tylko w Mumbai właśnie. To miasto bije stolicę zdecydowanie.
Świetne stwierdzenie o ludziach. Tak, oni potrafią z Indii uczynić raj jak i piekło.
-
asiaya
2012/09/03 07:29:51
BMD: Nasz "bieg" nie zaczął się i mam nadzieję, że nie skończy na Indiach. Dlatego nawet jeśli ten indyjski etap (na dzień dzisiejszy nie mam pojęcia, ile będzie trwał :)) wyjdzie nam na minus (a jeszcze nie czas na końcowe podsumowania i dużo rzeczy może się wydarzyć, a z niektórych zdamy sobie sprawę dopiero po wyjeździe), to biorąc pod uwagę całość - jeszcze jedziemy na plusie :))
Staram się mieć dystans do tego kraju i nie stać się w swoich opiniach zakładnikiem rozemocjonowanych zwolenników/przeciwników Indii. Stwierdzenie "Indie się kocha albo nienawidzi" to wyświechtany slogan. Tych opcji jest o wiele więcej i protestuję przeciwko takiemu upraszczaniu!
-
asiaya
2012/09/03 07:58:08
Chihiro, ale to jeszcze nie ta notka, o której Ci pisałam. To tylko taka wyliczanka, a mi chodziło o coś bardziej osobistego.
Fabindię też lubię, powinnam umieścić ja obok Khadi. Co do kuchni - chyba nie ma takiej kuchni narodowej, którą zaakceptowałabym w całości - zazwyczaj wybieram pojedyncze potrawy, składniki, techniki, które mi odpowiadają. Problemem w Indiach jest słaba infrastruktura transportu żywności, przez co mieszkańcy stolicy wcale nie cieszą się całym bogactwem produktów uprawianych w Indiach.
Nie da się ukryć, że patrzę na Indie z perspektywy Delhi i jest to mocno ograniczające. Z jednej strony stolica skupia wielokulturowość z całego kraju, ale z drugiej to nie to samo, co poznawać je u źródeł, sama wiesz. Nie to samo rozmawiać ze starszymi mieszkańcami himalajskiej wioski w tejże wiosce, co z ich potencjalnym wnuczkiem w Delhi. Niestety są jeszcze rejony w Indiach, dokąd wjechać się najzwyczajniej nie da (trzeba mieć specjalne pozwolenie), a czasami się da, ale nie jest to rekomendowane, jak np. Kaszmir.
-
Gość: Ola, *.devs.futuro.pl
2012/09/03 09:39:27
Mam bardzo ambiwalentny stosunek do tego kraju. Nie wiem czy chciałabym go zobaczyć na własne oczy, chyba wystarczy z opowieści.
-
asiaya
2012/09/03 18:36:13
Grunt to wiedzieć, co się chce. Albo czego się nie chce :)) Ja też mam takie kraje, o których bardzo chętnie poczytam, ale wcale się tam nie wybieram. Indie były jednym z nich :))
-
2012/09/04 07:29:22
caly czas mysle co sie stanie jak waszym nastepnym przystankiem bedzie Norwegia na przyklad. Chyba sie potniecie szarym mydlem z nudow i przewidywalnosci :)
-
asiaya
2012/09/04 07:51:54
Na 100%! Znowu by się człowiek musiał nauczyć segregować śmieci :)) Nie zapominaj, że jest jeszcze kilka krajów, które są o wiele większym wyzwaniem, niż Indie. Dla mnie to by były kraje muzułmańskie, zwłaszcza te bardziej restrykcyjne, Chiny, Afryka...
-
chihiro2
2012/09/04 10:18:26
O, a ja myślałam, że to już TA notka! W takim razie cieszę się na tę bardziej osobistą.
Ja też nie mam takiej kuchni narodowej, która by mi w 100% smakowała. Najbardziej lubię japońską, tajską i grecką (no i włoską, która jest jednak zbyt ciężka i nie zawsze mi służy), ale jeśli bym miała jadać tylko dania jednej kuchni na okrągło, znudziłyby mi się. Jakim błogosławieństwem jest możliwość wyboru.

Masz rację, nie wszędzie da się pojechać. Podobno Kaszmir jest bardzo bezpieczny, ale oficjalnie nie zaleca się tam podróży i chyba ubezpieczenie turystyczne nie obejmuje osób, które podróżują tam, gdzie wojaże są odradzane. Ja sobie uzbudrałam kiedyś Arunachal Pradesh, ale to w ogóle najmniej dostępny rejon dla podróżnych, więc marzenia szybko zweryfikowała rzeczywistość.

A co do krajów do mieszkania, choćby tymczasowego, to dla mnie hardcorem byłyby właśnie kraje muzułmańskie. Nie wyobrażam sobie być postrzegana przede wszystkim przez pryzmat płci (do pewnego stopnia zawsze się jest, ale w wielu krajach muzułmańskich sytuacja jest skrajna) albo pieniędzy. Guciowi oferowano jeszcze wyjazd do Dubaju (do którego mało kto chce jechać aż na dwa lata) i Moskwy - w obu przypadkach wyraziliśmy jasne "Nie!" (dla mnie Moskwa to też masakra). Wydaje mi się, że wyjazd do krajów muzułmańskich Wam nie grozi, tam chyba jest niewielkie zainteresowanie działką, którą Sir się zajmuje. Czy się mylę?
-
asiaya
2012/09/05 05:52:44
Pytałam kilka osób jak to jest z tym Kaszmirem. Rzeczywiście organizowane są wyjazdy i jest OK. Moja koleżanka miała nawet z małymi dziećmi jechać. Natomiast ktoś mi powiedział, że najbardziej niebezpieczne są sytuacje, kiedy mały nieznaczący konflikt przerodzi się w zamieszki, co nie należy do rzadkości. W tak newralgicznym rejonie wojsko i policja się nie będą patyczkować, więc można oberwać zupełnie przy okazji. To jest po prostu pole minowe i gwarancji nie dostaniesz żadnych od nikogo.
Co do krajów - na początku napisałam właśnie "hardcorowe', ale zamieniłam później na "restrykcyjne" :)) Ale tak, są hardcorowe do mieszkania. Koleżanka wyjechała kiedyś z mężem do Algierii. Nie mogła się sama na krok ruszyć z domu. Dostała propozycję uczenia angielskiego w dobrej międzynarodowej szkole i niestety musiała odmówić, bo po pierwsze nie miała jak dojechać - sama nie mogła nawet taksówką jeździć (poza tym kosztowała więcej, niż jej płacono za lekcje, więc bez sensu) , a po drugie zasugerowano jej, że na lekcji powinien towarzyszyć jej jakiś mężczyzna z rodziny. Tylko, że jedyną rodziną był jej mąż, a on w tym czasie sam był w pracy ://
Jeśli chodzi o nas, to sytuacja się cały czas zmienia, więc nie wiem, co będzie kiedyś, ale na dzień dzisiejszy teoretycznie północna Afryka, szczególnie Maroko, wchodzą w grę. Do Dubaju bym nie chciała (nie grozi :)), Moskwa mnie intryguje, aczkolwiek obawiałabym się trochę nastrojów antypolskich.
Wszystkie zdjęcia i teksty, o ile nie zaznaczono inaczej, są mojego autorstwa i do mnie należą prawa autorskie. Jeśli chcesz skorzystać - zapytaj.