O życiu z oddali, czyli z Delhi. Dzień po dniu zdrapuję lakier egzotyki z indyjskiej codzienności, aby pokryć ją patyną własnych doświadczeń. Czasami jednak muszę uciec stąd i o tym również piszę.
Blog > Komentarze do wpisu

Nudna, (bo) niekończąca się historia

Tak, wiem, już pisałam, że z internetem się mamy na bakier. I wygląda na to, że pisać nadal będę, bo akcja się rozwija w zgoła nie najbardziej pożądanym kierunku.

Trzeba Wam bowiem wiedzieć, że NIC, ale to NIC nie jest mnie w stanie tak wyprowadzić z równowagi, jak brak łącznosci ze swiatem :) Wyłączają prąd - proszę bardzo, nie ma wody - no trudno, poczekam, aż dowiozą. Natomiast brak internetu znoszę fatalnie. Tak, zdaję sobie sprawę, że to objaw uzależnienia, ale mnie to wcale nie martwi. Bywają gorsze. Wszystkie te żale i ubolewania, jak to internet niszczy więzi i życie towarzyskie, można między bajki włożyć. U mnie jest dokładnie odwrotnie! Gdyby nie internet, po pierwsze: nie poznałabym w realu połowy znajomych. Po drugie: nie mogłabym być na bieżąco z (prawie) wszystkimi ploteczkami - zupełnie, jakbym nigdy nie wyjechała. Jednoczesnie więc jestem i mnie nie ma. To mi odpowiada. Jesli chodzi o przeprowadzki i podróże - nie wyobrażam sobie, jak kiedys funkcjonowano bez niego. Nie mówiąc już o natychmiastowym dostępie do wiadomosci. Gdy ostatnio wyłączyli nam internet na kilka dni, miało miejsce pamiętne lądowanie kpt. Wrony. Bodajże na BBC mignęła sylwetka LOTowskiego samolotu i serce podeszło mi do gardła! Taki widok nie zapowiadał nic dobrego. Informacje były lakoniczne, a ja odruchowo włączyłam komputer. No i skucha! Brak połączenia. W takich momentach po prostu czuję, że jestem daleko.

Tymczasem indyjska telekomunikacja nas nie rozpieszcza. Telefonowanie, owszem, jest bardzo tanie, ale jakosć połączeń jest adekwatna.

Tuż po przyjeździe zdecydowalismy się na Tata Photon - mobilny internet na kartę. Tu go zakupilismy:

 Aby stać się szczęsliwym (lub nie) posiadaczem łącza internetowego lub telefonicznego w Indiach, należy się uwiecznić, a podobiznę swoją razy 3 tudzież kopię paszportu dołączyć do formularza. W formularzu należy odpowiedzieć na różne dziwne pytania, np. czy się jest zamężną, nazwisko ojca LUB męża. Standardowa procedura (nawet u lekarza) a ja ją standardowo ignoruję. Robię przy tym taką minę, że nikt raczej nie nalega na uzupełnienie. Po tych wszystkich formalnosciach sprzedawca gwizdnął na plączącego się nieopodal chłopaczka, wręczył mu nasze papiery i pieniądze, a ten pobiegł, aż kurz się za nim uniósł. Wrócił po chwili z pudełeczkiem zawierającym nasz zestaw. Zostalismy pouczeni, co i jak. Internet miał zadziałać następnego dnia (bo to akurat swięto państwowe było). Jednak nie zadziałał. Dzwonilismy po helplinach, dzwonili nasi znajomi - nic! Trudno, wzięlismy netbooka, zestaw i udalismy sie do sklepu z reklamacją. Sprzedawca pogrzebał w ustawieniach i bezradnie rozłożył ręce. Powinno działać! Ale nie działa. Chwycił za słuchawkę, podzwonił i zapewnił, że JUTRO to już na pewno. "Jutro" niestety też nie działało. ZNOWU wzięłam komputer pod pachę i pognałam grożąc Rejtanem. Pan podrapał się w głowę, gwizdnął na chłopaczka i kazał mi isć za nim. Tak dotarłam do sklepu, z którego mój zestaw pochodził. Wytłumaczyłam po raz enty, o co chodzi. Podsunięto mi krzesło i szklankę wody. Zrozumiałam, że prędko stamtąd nie wyjdę. Panowie dzwonili i dzwonili, kręcili głowami i grzebali w bebechach mojego netbooka. Aż mu się baterie skończyły. Mi zresztą też. Więc ZNOWU poprosili mnie, żebym przyszła następnego dnia. Musiałam chyba zabijać wzrokiem, bo szef zapewnił mnie: "Obiecuję, że będzie działać! W końcu jestesmy sąsiadami!"  Mieszkalismy w nowym miejscu zaledwie od kilku dni, ale, jak widać, przed bystrym wzrokiem sąsiadów nikt się nie uchroni. No cóż, ma to pewne zalety. Jak obiecał, tak zrobił. Następnego dnia INTERNET ZADZIAŁAŁ!!! Do dzis pamiętam, że pierwszą wiadomoscią, która po tylu trudach ujrzałam na ekranie, był Nobel dla Mario Vargas'a Llosy. Myslę, że moja radosć z końca tej Golgoty  wcale nie była mniejsza, niż jego z Nobla :)

Internet działał na netbooku, działał na stacjonarnym. Połączenie było baaaardzo, ale to baaaaardzo wolne. Zdjęcia ładowały się kilka minut, obejrzenie nawet krótkiego filmiku na You Tube było torturą, słuchanie radia również. Ale działał. Aż do maja. Któregos pięknego dnia przestal bowiem działać, ale tylko na stacjonarnym. Sprawdziłam wszystkie ustawienia, odinstalowałam i instalowałam modem 200 razy. Nic! Zadzwoniłam na help line (pisałam o tym TUTAJ), wytłumaczyłam, o co chodzi  i że wyskakuje mi Error 6. Usłyszałam, że NIE MA TAKIEGO ERROR'U, a modem nie jest kompatybilny z Vistą. Od kiedy to? Jeszcze parę godzin temu był! Ale już nie jest. "W czym mogę jeszcze Pani pomóc, madame??" Miałam parę sugestii, ale wszystkie niecenzuralne, więc tylko wyłaczyłam telefon.

Zbliżał się nasz wyjazd do Europy i machnęlismy na to ręką, zadowalając się netbookiem. Po powrocie z wakacji temat jednak odżył i zaczęlismy się rozglądać za alternatywą, która, owszem, byłaby w stanie dogadać się z naszą Vistą. Pomimo niechęci do stałych umów, zdecydowalismy się na internet "kablowy". Napisałam maila z zapytaniem do serwisu Reliance i był to początek naszej miesięcznej korespondencji, której towarzyszyły od czasu do czasu rozmowy telefoniczne. Pani np. 4 razy dzwoniła z zapytaniem o adres. Znam, znam swój adres, umiem nawet wytłumaczyć, jak dojechać z północy, południa, wschodu i zachodu! Znam też swój kod pocztowy i potrafię go podać. Tym bardziej nie rozumiałam, dlaczego muszę to robić 4 RAZY!!! Pani uparcie pytała o jakis charakterystyczny punkt. Stacja metra może? Rynek? Na litosć boską, mieszkam blisko centrum! Nie, pani moje podpowiedzi nie satysfakcjonowały. Zasugerowałam jej więc wprost: " Dlaczego nie sprawdzi Pani w Google?" Nawiasem mówiąc, googlowskie mapy Delhi są fatalne, jesli chodzi o szczegóły, ale owszem, pozwalają się zorientować MNIEJ WIĘCEJ. I o to tu chodziło.  Co kilka dni dostawałam maila, że "moja sprawa została przekazana do odpowiedniego działu". W końcu (po jakichs 3 tygodniach) nie wytrzymałam i napisałam, że bardzo ładnie forwardują, naprawdę swietnie opanowali tą technikę bezbłędnego forwardowania, więc może czas na następny krok w karierze i naukę ROZWIĄZYWANIA problemów. Dostałam odpowiedź, że z technicznych względów nie mogą nas podłączyć. Nawet mnie to bardzo nie zmartwiło, tylko dlaczego po miesiącu?

Bylismy więc w punkcie wyjscia. W międzyczasie pytalismy znajomych o ich doswiadczenia i naprawde nie odbiegaly wiele od naszych. Narzekali też, że te kablowe połączenia wcale nie są tak dużo lepsze. Zdecydowalismy się więc po prostu na inny mobilny internet. Tym razem poszlismy do lepiej wyglądającego sklepu w sąsiedniej dzielnicy. Polecono nam... RELIANCE. No trudno. Wzięlismy, sprawdzając uprzednio na opakowaniu, że działa z Vistą. Zainstalowalismy na netbooku - działa, na stacjonarnym - NIE!!! Oszczędzilismy sobie dzwonienia na infolinie, zadzwonilismy po informatyka. Próbował, próbował, w końcu stwierdził, że musi sformatować dysk. Super, gdyby nie to, że uprzednio musiałam uporządkować i skopiować całą jego zawartosć: setki dokumentów, tysiące zdjęć. Bo to był bardzo pojemny dysk :). Poswięciłam na to kilka godzin, ale udało się. Reliance działał! Niestety tylko 30 minut. Na dodatek nie działał już też na netbooku. Informatyk twierdził, że to wina Reliance, więc ZNOWU wzięłam komputer pod pachę i do sklepu marsz! Znowu dostałam krzesło, wodę i obserwowałam zaciekłe telefoniczne dyskusje w hindi. W końcu oswiadczono mi, że moje konto jest puste. Mówię: "Jak to? przecież wpłaciłam 1500 rupii i to miało starczyć na cały miesiąc." No tak, ale tam są dwa konta - tłumaczą mi - na pierwszym jest te 1500 rupii, na drugim, PODSTAWOWYM, było na początku 200 rupii, ale już nie ma. Z tego konta zasila się roaming. Ale ja przecież nigdzie nie wyjeżdżałam, więc dlaczego?? WHY??? Wzruszenie ramion. Ok, mówię, Aska, tylko spokój może Cię uratować. Wyciągam następne 200 rupii i pytam: Tyle starczy do oblokowania konta? Starczy. Sprawdziłam, działa. Lecę do domu cała w skowronkach. W domu sprawdzam pocztę, już myslę, z kim to pogadam na Skypie, a tu po pół godzinie ZONK! Dostaję SMSa, że konto ZNOWU puste iiii KONIEC BALU PANNO LALU! Liczę do dziesięciu. I jeszcze raz. I jeszcze raz...

Dzwonię do sklepu. Konsternacja. Własciciel podał mi nr telefonu do goscia z Reliance, który powinien mi pomóc. Dzwonię, tłumaczę. Ok, on się postara, tak, odezwie. W międzyczasie wyciągnęłam z szuflady Tata Photon, doładowałam, działa na obu komputerach. DZIAŁA Z VISTĄ!!!!!!!

OK, OK, myslę, jaki mamy status sprawy? Mam na stanie dwa zestawy do mobilnego połączenia, opłacone korzystanie z nich na ten miesiąc na obu. Działa, choć kiepsko, jeden, ale za to na obu komputerach.  Do bilansu należy dodać (a raczej ująć)zmarnowaną kupę czasu i nerwów.

Nadal (od 2 tygodni) walczę na polu Reliance. Walczę na 3 (!) fronty. Przez poleconego pana, sprzedawcę i oficjalną infolinię. Wszyscy mówią jedno: moje konto jest puste i nikt nie wie, dlaczego. Codziennie dzwonię do sprzedawcy (Give me 2 hours, madame), polecony pan sam z siebie wypisuje mi sms'y, najchętniej o godzinie 21.00, zapewniając o tym, jak on się strasznie czuje, że mam taki problem. Bo techniczne problemy się zdarzają, ale oni się bardzo starają i na pewno znajdą rozwiązanie i może wtedy przestanę być taka zła. A w ogóle to skąd jestem i czym się zajmuję, DEAR???

OK, ręka do góry, kto dotrwał do końca! Kto mysli, że zmyslam, druga ręka do góry. A kto wątpi w moje zdrowie psychiczne - trz... tfu! tfu! tfu!

PS. Przepraszam za brak ś, ale tak się mój szanowny komputer po resecie przestawił, że ś nie produkuje. Znowu spędzę miłe ( i niee, wcale nie stracone chwile) na grzebaniu w ustawieniach :)

czwartek, 17 listopada 2011, asiaya
Tagi: internet

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
almajomos
2011/11/17 13:13:58
Asiayo - dotrwałam z ledwo biedą na piśmie ha ha. Wyobrażam sobie więc jak to trwa w realu... ufff. Mój M. jednak wcaaale by się nie zdziwił takiej opowieści ;-). Ale co tam - on stamtąd - aczkolwiek jak na tamtejszego jest słowny, punktualny i rzetelny.

Pozdrawiam - Amisha
-
agradabla
2011/11/17 13:41:22
ha ha :) zgadzam sie, ze Internet to podstawa. dzieki niemu spedzam z Siostrunia wiecej czasu niz jak mieszkalam w Polsce. Dotrwalam oczywiscie do konca:)
-
Gość: AskaG, 119.154.133.*
2011/11/17 14:12:11
my tez miewamy cyrki z netem, chociaz od roku niewielkie. jesli cos nie dziala, dzwonimy na infolinie i narzekamy - ja, szwagier, maz, co kilka minut. i to my ich wykanczamy. i naprawiaja usterke :) ale znam ten bol i wspolczuje. i tez jestem uzalezniona od neta, nei tylko dlatego, ze wszyscy moi znajomi w nim zamieszkuja, ale net to bardzo wazny element mojej codziennej rutyny i moja ochrona przez 'zwariowaniem', zbytnim zanurzeniem sie w subkontynencie :)
do konca historii nie doczytalam :) lacze sie jednak w bolu :)
-
2011/11/17 14:25:02
na pytanie, czym sie zajmujesz, odpowiedź masz jedną - załatwiasz internet - pełen etat!!
-
asiaya
2011/11/17 19:12:39
Amisho, naprawdę długo zastanawiałam się, czy to opisywać. Gdyby mi ktos takie historie opowiadał w Polsce, to bym się popukała w głowę. Poza tym to nudne do czytania, ze tak w kółko chodziła i działało nie działało. Ale sobie pomyslałam: kwękam znajomym, że mam problemy z łącznoscią, więc powiem im dokładnie, co mam na mysli, bo czasami wyobraźnia zawodzi :)
Co do M. - ja w ogóle nie wątpię!!! Tylko dlaczego najlepsi ludzie z tego kraju uciekają? (Jak nasz przyjaciel 3 miesiące temu?) I zobacz, w tej całej historii ludzie nie zawinili. To ich wina, że system nie zadziałał? Każdy z tych sprzedawców się starał, informatyk to w ogóle złoty chłop. To są błędy na poziomie procedur (np. podejrzewam, że nie działa przepływ informacji od dystrybutora do operatora). Inna sprawa, że często chaotyczni są, rozwalają papiery po całym biurze, więc nietrudno, żeby się cos przy tym zgubiło (rejestracja użytkownika np.). Facet w infolinii Taty też nie powinien wymyslać, że "nie działa z Vistą". Że nie miał błedu w instrukcjach - wina producenta modemu Huawei itd.
Gdy mieszkałam w Niemczech narzekałam, że na wszystko mają procedury (i nie myslą), w Indiach wprost przeciwnie. No nie dogodzisz kobiecie (znaczy mi) :)
Pozdrawiam, Amisho!
-
asiaya
2011/11/17 19:16:07
Agradablo, dokładnie mam to samo! Jesli siedze przy kompie i mam wszystkich w zasięgu Skype'a, czuję się bliżej ludzi, niż gdy jestem w Polsce i spotkam się (góra!!) raz na tydzień/miesiąc/rok! I często jest też tak, że łatwiej jest co napisać na Skypie, niż powiedzieć w cztery oczy.
-
asiaya
2011/11/17 19:24:15
AsiuG, bo Ty masz tam liczniejsze zastępy :) A my tu tylko we dwoje, z tym , że Sir więcej w pracy, gdzie takich atrakcji ma aż nadto, a ja mam ambicje Zosi Samosi :) Uzależniona, owszem, jestem i odmawiam leczenia! Rzuciłam swego czasu palenie, ograniczyłam kawę, więcej nałogów nie zamierzam rzucać, dobrze mi z nimi :)
-
asiaya
2011/11/17 19:26:37
Oho, to jest mysl!! Wpisuję to sobie do CV! Oprócz internetu mam jeszcze inne atrakcje (hydraulik, elektryk), nie mniej ekscytujące, ale muszę dawkować emocje na blogu, rozumiesz ;)
-
Gość: Ola, *.office.alawar.com
2011/11/18 06:31:06
Taaaak. Przechodziłam przez podobne problemy - internet niby był, ale średnio co 10 godzin się rozlączał i trzeba było dzwonić na infolinię, która oczywiście działała tylko w godzinach, kiedy normalni ludzie są w pracy, w związku z czym byliśmy wieczorami odcięci od świata. Jednocześnie zmiana operatora specjalnie nas nie nęciła, bo przewidywaliśmy nie mniejsze problemy, dodatkowo pewnie kilka tygodni na rozruch :) W końcu jednak rozzłoszczeni nie tylko nieustannymi przerwami w połączeniu, ale też postawą pracowników infolinii (typu 'matko, znowu ci dzwonią, a niech się w końcu odwalą, i co, jeszcze chcą jakąś zniżkę za to, że z naszej winy nie mieli internetu przez tydzień???'), postanowiliśmy udać się do konkurencji. Jedni stwierdzili, że z przyczyn technicznych nie mogą u nas podłączyć internetu, ale polecili nam inną firmę. No dobra. Oczywiście 100 000 papierków do wypełnienia, zdjęcia, podpisy, zgody od właściciela lokalu, dwa dni załatwiania, opłata z góry i zapewnienie, że 'od jutra będzie'. Następnego dnia telefon - z przyczyn technicznych nie możemy założyć wam internetu, pieniądze oddamy wkrótce. WTF. Zdążyłam wyjechać z Indii, zanim oddali (ze 3 tygodnie to było), o ile w ogóle to zrobili. Dzień później zadzwoniła poprzednia firma, że może jednak mogą nam założyć... Yyy... Koniec końców wróciliśmy do Reliance'a, z którym byliśmy od początku, powitani czymś w rodzaju 'no najpierw mówicie, że rezygnujecie, a teraz znowu? To może się zdecydujcie, cholera no?' :) I w rezultacie mieliśmy internet przynajmniej przez połowę opłaconego czasu... (przeważnie wtedy, kiedy wszyscy byli w pracy, no ale zawsze ;))

(się rozpisałam, no! Ale mnie te problemy też do białej gorączki doprowadzały, więc Cię rozumiem...)
-
asiaya
2011/11/18 06:45:14
Ola, pamiętam, pamiętam, że czytałam o tym na Twoim blogu!! Dlatego właśnie nie chciałam kablowego internetu. Znajomi nie mogli się doprosić o odłączenie przy przeprowadzce, a taki mobilny prepaidowy przestaję doładowywać i po sprawie. No i ogólnie lubię być mobilna. Jak mi powiedzą, że jutro mam zamieszkać w Sydney czy Wąchocku, to chcę spakować walizki i jechać :) Ale muszę Ci powiedzieć, że Syberia zachęcająco nie wygląda. Może z perspektywy kolei transsyberyjskiej będzie lepiej :)
-
Gość: M, *.internetdsl.tpnet.pl
2011/11/18 11:50:13
Ja przeczytałam do końca :P
-
2011/11/18 12:05:32
"Gdy mieszkałam w Niemczech narzekałam, że na wszystko mają procedury (i nie myslą)" - dobre! Podpisuje sie pod tym!
Doczytalam do konca i lacze sie w bolu.
Papa
Marta
-
asiaya
2011/11/18 13:04:37
M, jakąś nagrodę Ci powinnam dać hehehe :))
-
asiaya
2011/11/18 13:07:21
Marta, a właśnie dziś o Tobie myślałam, że się nie odzywasz :P
Sama wiesz, że w Niemczech procedury głową nie rozbijesz :))
-
Gość: , *.echostar.pl
2011/11/19 00:29:19
A ja w Indiach korzystałem z internetu stacjonarnego. Rzeczywiście, podpisywanie umowy może wywoływać dziwne odczucia, łącznie z niechęcią, ale się skusiłem. Przedstawiciel przyszedł do domu z wszystkimi papierami. Wszystko poszło dość sprawnie. Powiedział, że monterzy zjawią się w przeciągu kilku dni. I przyszli. Wtedy nie było nawet jeszcze okablowania w mieszkaniu, gdyż byłem jego pierwszym lokatorem, ale to nie było im straszne. Zrobili okablowanie. Przynieśli router (nomen omen ciekawostka, podpisując umowę na internet stacjonarny, przynajmniej w mojej firmie, TRZEBA kupić od firmy ich router; tłumaczą to jakimiś tam względami bezpieczeństwa, że mają jego numery i identyfikatory spisane w systemie i bla, bla, bla. Dla niezorientowanych, w większości przypadków (w dużych miastach?) jeśli chce się skorzystać z kafejki internetowej, trzeba podać swoje dane, łącznie z kserem dowodu tożsamości; ma to podobno zapobiegać aktom terroryzmu, na punkcie których mają świra. Moim zdaniem, to przede wszystkim nabijanie sobie własnej kieszeni. Byłem nieugięty i wypytywałem, co by było, gdybym chciał swój router podpiąć. Przyznali, że jest taka możliwość, ale wiąże się to z dodatkową procedurą, papierkami, czasem itd. Więc zrezygnowałem. Cena ich najtańszego routera była porównywalna do tego w Polsce więc kupiłem go od nich.) i odpalili internet.

I teraz Cię załamię, asiaya'o Przez rok czasu, jaki z niego korzystałem, przestał działać tylko jeden raz na ok. 10 minut. Wniosek: Mój internet stacjonarny w indiach działał lepiej niż w Polsce i był absolutnie niezawodny. Sam się temu dziwię i sam nie wierzę, że to w ogóle możliwe, ale tak było.
Nie wiem czy ma to jakiś związek, ale w ogóle miałem szczęście do wyboru miejsca zamieszkania; jak już gdzieś pisałem, ani razu nie miałem problemu z wodą, a z prądem w przeciągu roku zaledwie kilka razy. Mimo iż nominalnie mieszkałem w północnym Delhi, a więc w tzw. "starej" części miasta. Jakieś pomyślne duchy zdecydowanie nad nim czuwały. Ale jak to powiedział kiedyś pewien trener: "suma szczęścia w życiu zawsze równa się zero". Więc może i miałem szczęście z prądem, wodą i internetem, ale "nadrabiałem" na innych polach i co mnie cholera jasna i szlag jasny trafiał, to moje :)

Dlatego właśnie wierzę w każde Twoje słowo, asiaya'o. Tak, doczytałem do końca. I szczerze współczuję. Jak to ktoś powiedział: Indie to coś więcej niż kraj. To także stan umysłu.

(Były już) mieszkaniec Delhi.
-
asiaya
2011/11/20 17:44:02
Witaaj!!! Zdradź jeszcze, z jakiej firmy miałeś internet! Szczerze zazdroszczę. Większość znajomych ma przeboje z nim (Indusi też oczywiście).
A propos stanu umysłu - czy Indie Cię jakoś zmieniły? Nie mówię o Twoich wrażeniach nt. tego kraju (chociaż oczywiście też mnie interesują), ale czy Ciebie jako osobę zmieniły - Twoje poglądy, sposób myślenia itp.? Pozdrawiam serdecznie!
-
Gość: , *.echostar.pl
2011/11/20 21:28:11
Ta firma to Airtel. Ale jak mówiłem, możliwe, że jakość usług zależy też od miejsca zamieszkania.
Czy indie zmieniły mnie jako osobę? Zdecydowanie i bezapelacyjnie tak. Moim zdaniem, nie da się w tym kraju mieszkać na dłużej, jeśli nie zajdą konieczne "zmiany w mózgu", które pozwolą wytrwać tamtejszą egzystencję.

(Były już) mieszkaniec Delhi.
-
asiaya
2011/11/21 09:41:10
O, zapomniałam dodać, że z Airtel też już miałam do czynienia. Wysłałam im dane kontaktowe z formularza na ich stronie (mieli się skontaktować w sprawie instalacji kablowego internetu), ale odezwali się po przeszło 2 tygodniach, a ja wtedy już korespondowałam z Reliance, mając oczywiście nadzieję, że coś z tego wyjdzie :)
Ja się przed tymi zmianami bronię, aczkolwiek na pewno moje spojrzenie na indyjską rzeczywistość jest zupełnie inne, niż rok temu.
-
2011/11/21 17:21:52
Czesc,
no nie pisze za duzo i sie nie odzywam, bo pracuje jak dziki osiol...
Kurcze, coraz bardziej narasta we mnie chec "pierdykniecia" tego wszystkiego i odbycia podrozy dookola swiata na zasadzie chociazby "sabbatical". Wtedy na przyklad moglabym Ciebie odwiedzic :-)
Buziaki,
M
-
asiaya
2011/11/22 04:39:29
Ojojoj, czas na urlop!! Świetny pomysł z tym sabbatical, mam w linkach po prawej blog z takiej podróży, polecam. Ja osobiście się nie nadaję, po 2 miesiącach zaczynam tęsknić za własnym łóżkiem :) Dookoła świata czy nie - zapraszam do Delhi :))
Wszystkie zdjęcia i teksty, o ile nie zaznaczono inaczej, są mojego autorstwa i do mnie należą prawa autorskie. Jeśli chcesz skorzystać - zapytaj.