O życiu z oddali, czyli z Delhi. Dzień po dniu zdrapuję lakier egzotyki z indyjskiej codzienności, aby pokryć ją patyną własnych doświadczeń. Czasami jednak muszę uciec stąd i o tym również piszę.
Blog > Komentarze do wpisu

Tak wygląda riksza!

Przed przyjazdem dostaliśmy plik kartek. Taka niby instrukcja obsługi Indii. Oprócz telefonów lekarzy, adresów poleconych hoteli itp., był rozdział o transporcie, z czego strona poświęcona rikszom. Z czego pół strony zajmowało zdjęcie pojazdu pięknie wycięte z tła ulicy i wklejone na białą kartkę z dumnym podpisem: "Tak wygląda riksza!" "Mhm"- mruknęłam - "chyba nie mają zbyt dobrego mniemania o naszej inteligencji... ale może to i dobrze..."

 A teraz co robię? Sama pokazuję Wam, jak wygląda riksza :). Nie wyciągajcie jednak zbyt pochopnych wniosków, gdyż ja - owszem - chcę ją Wam pokazać w pełnym kontekście delhijskiej ulicy! Bo riksza bez ulicy, to jak... karp bez wanny... jak kofeina bez kawy... jak... jak drogowcy bez zimy...

Są motoriksze (zwane też autorikszami), riksze rowerowe i - o zgrozo!- riksze napędzane siłą ludzkich mięśni. Tych ostatnich w Delhi nie widziałam i nie wyobrażam sobie z nich korzystać. Nawet tych rowerowych unikam, jechałam zaledwie 2 razy z braku innych opcji, ale nie przekonałam się. Z jednej strony wiem, że ci ludzi dzięki mnie zarabiają jakieś pieniądze na przeżycie, ale z drugiej strony to tortura patrzeć, ile wysiłku ich to kosztuje.

Motoriksze, chociaż trzęsące się niemiłosiernie i brudne, mają swoje zalety. Najczęściej korzystamy z nich na krótkich dystansach, w obrębie dzielnicy lub dwóch sąsiadujących. Niektórzy dojeżdżają do pracy rikszą i po 10 km, ale ja nie czuję się w tym bezpiecznie na miejskiej autostradzie, gdzie  ze wszystkich stron pędzą samochodami szaleńcy i obowiązuje prawo silniejszego. Oczywiście riksza jest w tym przypadku najsłabszym ogniwem (z racji konstrukcji, ale również dedukując, że rikszą jedzie biedniejszy, autem - bogatszy) i, mając do wyboru - stuknąć w samochód lub w rikszę - żaden kierowca nie będzie się długo zastanawiał. Poza tym klaksony z wszystkich stron i wdychanie spalin oraz kurzu - to nie jest to, co misie lubią najbardziej!

Za to w poruszaniu się na krótkie dystanse są lepsze od taksówek. Po pierwsze łatwiej je złapać, po drugie kierowcy znają swoją dzielnicę - często taksówkarze zatrzymują się, żeby zapytać ich o drogę. Motoriksza teoretycznie powinna jeździć z włączonym taksometrem i naliczać 15 rupii za km (ok.1 PLN), w praktyce ciężko ich do tego zmusić, więc pozostaje z góry ustalić stawkę. Najbardziej popularna to "fifty", przynajmniej dla obcokrajowców. Spytaliśmy kiedyś pracownicę Muzeum Narodowego, jak się dostać stamtąd do Muzeum Sztuki Współczesnej. "Rikszą" - odparła - "dla nas 25 rupii, dla Was nie powinno być więcej niż 50". Na bardzo krótkich trasach (np. 300 metrów) słyszymy "as you like".

Jest jednak jedna rzecz, której szczerze nienawidzę w tym środku transportu. Poruszając się po centrum, jest się często narażonym na to, że stojąc na czerwonym świetle, staniemy się celem wszystkich ulicznych żebraków. W taksówce zamkniesz szybę i po krzyku - tutaj się tak nie da. Szczególnie przerażają mnie narkomani, których najwięcej spotykam przy Connaught Place.

  

czwartek, 03 lutego 2011, asiaya

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
la_polaquita
2011/02/19 14:36:10
Widzę, że kierowcy wszelkich nacji są przesądni i lubią mieć obrazki swoich świętych/bogów pod ręką.
Pisałas juz, ze w Indiach się za dużo nie chodzi, ale to i tak dziwne, łapać rikszę, żeby podjechać 300m. Choć w upale i kurzu ulicy potrafię sobie wyobrazić, że i tych 300m może być uciążliwe...
-
2011/02/19 20:51:13
Słuchaj, nawet raz jechaliśmy taksówką z kierowcą chrześcijaninem! Oczywiście dekoracja też była bardzo swojska, choć w tych okolicznościach - egzotyczna!
No niestety te 300 metrów czasami jest niepodobna przejść. Może nie być chodnika, albo może być dużo psów itp. A jeśli te 300 metrów wymaga przechodzenia przez ruchliwą ulicę, to już w ogóle się nie waham! Przynajmniej mogę ją przejechać z zamkniętymi oczami :)
-
Gość: Ola, 124.153.92.*
2011/02/23 08:11:59
W Mumbaju nie ma problemu z płaceniem, bo jednak często 'meter' jakoś działa. Czasem zdarza się tylko przedłużanie drogi, zapewne żeby pokazać nam okolicę ;) I często mimo włączonego licznika i tak kierowcy próbują ze swoim 'One hundred, ma'am', ale po kilku dniach pobytu tutaj łatwo można sobie z nimi poradzić. O ile tylko się wie, że mają obowiązek wożenia cennika, na którym wszystko jest ładnie rozpisane. Rzadko kiedy ociągają się z jego pokazywaniem.

A ludzkie riksze działają bodajże w Kalkucie... Też nie wyobrażam sobie być ciągnięta przez jakiegoś wychudzonego staruszka, brr! Raz mnie taki wiózł rowerową, ale po kilkuset metrach go zatrzymałam, zapłaciłam nawet więcej, niż powinnam, i znalazłam normalną, autorikszę :) Nie mogłam po prostu na niego patrzeć...

Ciekawy blog, tak poza tym! :)
-
2011/02/23 11:52:25
Dzięki i witaj u mnie :) Ja już nawet wolę, jak mi z góry powie cenę, bo wiem przynajamniej, że nie będzie nabijał "metra" wożąc mnie po wybojach wokół :) Jestem ciekawa, jak wygląda Mumbaj, czy jest bardziej "miejski" niż Delhi. Pozdrawiam!!
-
Gość: kakoon, *.dip.t-dialin.net
2011/03/13 19:42:33
Asiu, najbardziej zaintrygowalo mnie prawe lusterko zewnetrzne, bo prawie (niestety tylko) zobaczylam Cie " nazywo" :D
-
2011/03/13 20:03:26
Jaka spostrzegawcza!! :)) Ale to nie mój film :)) Wzięłam go z YouTube, bo bardzo oddaje tą rzeczywistość!!
Wszystkie zdjęcia i teksty, o ile nie zaznaczono inaczej, są mojego autorstwa i do mnie należą prawa autorskie. Jeśli chcesz skorzystać - zapytaj.