O życiu z oddali, czyli z Delhi. Dzień po dniu zdrapuję lakier egzotyki z indyjskiej codzienności, aby pokryć ją patyną własnych doświadczeń. Czasami jednak muszę uciec stąd i o tym również piszę.
Blog > Komentarze do wpisu

Moje pierwsze indyjskie wesele

Od początku pobytu tutaj miałam nadzieję, że kiedys będzie mi dane wziąć udział w prawdziwym indyjskim weselu. Nie spodziewałam się, że okazja nadarzy się tak szybko! No cóż, zaproszenia są po prostu rozdawane w ilosciach hurtowych, a cudzoziemcy to dodatkowa atrakcja i nobilitacja, zwłaszcza w rodzinach, które do indyjskich elit nie należą i nie mają częstego kontaktu z obcokrajowcami. Mi w to graj i poproszę o więcej! :)

Oczywiscie zaproszenia są "na bogato". Ponoć nie jest mile widziany czarny druk, preferowane złoto. O tym, jak ważny to element weselnych przygotowań, można poczytać na blogu pewnej Amerykanki z Delhi przygotowującej się do slubu ze swoim indyjskim narzeczonym.

 

 

Program imprezy obejmował dwa dni, ale my, za namową R., wybralismy tylko jeden. Bylismy gosćmi pana młodego, więc w "naszym" programie nie było "mehndi party", czyli ceremonii malowania henną stóp i dłoni panny młodej.  Za to mielismy tajemniczo brzmiące punkty: Sehra Bandi i Departure of Barat. Sehra to specjalne nakrycie głowy pana młodego (z girlandami zakrywającymi twarz), a sehra bandi to ceremonia jego nałożenia. Odbywa się w domu pana młodego, skąd wyrusza jego orszak weselny. On sam jedzie na białym koniu, a w "bogatszej" wersji - w ozdobionej kwiatami karocy:

 

 Orszakowi towarzyszy orkiestra...

... oraz chłopcy podtrzymujący lampy podłączone przewodem do generatora na kółkach, który zamyka pochód. Tańcom nie ma końca, stąd też dotarcie do miejsca zaslubin (najczęsciej ogromny namiot) może trwać kilka ładnych godzin.

Bylismy oczarowani serdecznoscią gospodarzy. Na początku zaserwowano nam cos, co nazywano kawa, ale bylo raczej cieplym i supersłodkim kakao. Na weselach hinduskich nie podaje się alkoholu, aczkolwiek, patrząc na ich pląsy i nieco "mętne" oczy, podejrzewam, że był tam jakis substytut :) Dla nas (specjalnie i wyłącznie dla naszej grupki!) przyniesiono parę puszek piwa. Mniejsza o to piwo, ale miłe było to, że tak się starali wyjsć naprzeciw temu, co w ich rozumieniu, jest częscią NASZEJ kultury.

Oczywiscie nie mogło zabraknąć sztucznych ogni i fajerwerków...

Generalnie był niezły chaos. Te wszystkie rytuały trwają wiecznosć, większosć gosci ich nie sledzila od początku do końca. Niektóre częsci były tylko dla rodzin (ponoć ostatnie negocjacje). Nas posadzono w drugim rzędzie krzeseł przed sceną, na której stały dwa trony i czekalismy... Zgromadzone wokół dzieci oglądały nas ze wszystkich stron, w końcu któres odważyło się podejsć i dać nam kwiatka. Wzięlismy, podziękowalismy i chwilkę pogadalismy z brzdącem. Widząc to, pozostałe dzieci rzuciły sie również w naszą strone z kwiatkami, które, jak się później okazało, po prostu wyciągnęły z dekoracji tronów młodej pary. Na szczęscie ktos je powstrzymał, a nas zaproszono do sąsiedniej sali zastawionej stołami.

Stoły może się nie uginały od obfitosci potraw, ale było z czego wybrać: rotipuri, dal, murgh makhani, czyli kurczak w sosie, a na deser nasączane wodą różaną gulab jamun. Kuzyn pana młodego osobiscie wytarł nasze talerze niesprecyzowanego koloru serwetą :) Nałożylismy sobie jedzenie i przycupnęlismy w kąciku, ale zaraz pojawił się jeden z gospodarzy, który stanowczo stwierdził, że absolutnie-jak to-nie możemy jesć na stojąco i od razu zarządził poszukiwanie wolnego stołu dla nas :)

Niebawem też pojawiła się długo wyczekiwana panna młoda, którą nam przedstawiono:

Wyglądała na bardzo wystraszoną i, zdaje się, nie bawiła się tak dobrze jak my :) Jak to powiedział kiedys mój kolega, gorączkowo wiążąc krawat przed własnym slubem: Za drugim razem będzie lepiej :) wykrakał... Chociaż w Indiach, jak wiadomo, drugiego razu nie ma :)

Państwo młodzi głównie pozowali do zdjęć. My również musielismy wejsć na scenę i zrobić sobie, nie jedno, lecz całą serię pamiątkowych zdjęć i to w pozach dokładnie okreslonych przez fotografa: tu ręka, patrzeć tu... A flesze błyskały i błyskały...

W końcu R. stwierdził, że powinnismy już pójsć, gdyż budzimy zbyt wielkie zainteresowanie i "kradniemy" uwagę przeznaczoną dla pary młodej, a to, jak wiadomo, wielkie faux pas, niezależnie od szerokosci geograficznej :)

W sumie też już bylismy zmęczeni, bo ten mały urywek całego obrządku, w którym wzięlismy udział, trwał... 4 godziny!

Po dotarciu do domu zakończylismy uroczystosci kieliszkiem przemyconej Żubrówki. Dla dezynfekcji oczywiscie :)

 

wtorek, 30 listopada 2010, asiaya

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: Agradabla, *.78-98-112.t-com.sk
2010/12/01 16:44:46
Uff a ile bylo gosci tak "na oko"?
-
2010/12/01 19:50:56
Myslę, że ok. 250, taki sredni festyn :)
-
2010/12/01 20:33:34
niezla impreza, ja widzialam tylko w filmie Monsunowe wesele, ktory btw polecam:)
-
2010/12/01 20:54:03
Ogladałam ten film bardzo dawno temu w warszawskim Muranowie, a teraz go kupilismy na DVD, więc będzie powtórka :) Tylko, że tam wyższe sfery były, niż to "nasze".
-
la_polaquita
2010/12/05 22:37:30
Ale weselisko. Jacy obstrojeni ci państwo młodzi, wyobrażam sobie, że musieli padać ze zmęczenia po tylu obrządkach. Serdecznosc gospodarzy, to wychodzenia naprzeciw waszej kukturze naprawdę fascynujące. Fajnie, że tak szybko wchodzicie między miejscowych, jesteście zapraszani... super:).
-
2010/12/07 18:31:42
No tak, myslę, że dla nich to srednia przyjemnosć. Ani nie tańczą, ani nie jedzą... zresztą gdzies czytałam o tym, co powinien zawierać podręczny kuferek panny młodej i był tam, między innymi, batonik :)
-
chihiro2
2010/12/07 18:56:03
Cudownie! Marzylam o zaproszeniu na takie wesele, a tymczasem nadarza sie podobne - choc nie wesele, a zareczyny, ale trwajace trzy dni i tez ze wszytkimi atrakcjami (jak wesele), w Bangladeszu. Pierwszego dnia impreza w domu panny mlodej, drugiego dnia - mehndi, trzeciego dnia wielkie przyjecie wlasciwe. Alkoholu tez nie bedzie, w Bangladeszu obywatelom nie wolno posiadac alkoholu, ale w domu panny mlodej bedzie. "Moja" impreza zdecydowanie bedzie z wyzszych sfer, w najbardziej luksusowym ogrodzie hotelu w Dhace, zreszta tata panny mlodej jest wysoko postawionym ministrem. Ale tez impreza niewielka - zaledwie 500 gosci :) Nie sadze, bysmy byli duza atrakcja, bo bedzie sporo gosci z calego swiata, w tym rodzina pana mlodego z Malezji. Panna mloda i pan mlody mieszkaja razem w Londynie i robia wielkie kariery, sa, ze tak powiem, bardzo swiatowi, ale ciekawa jestem tez dzieci bengalskich. I pewnie flesz mojego aparatu tez bedzie trzaskal co chwila :) Bluzeczka pod sari i petticoat juz mi sie szyja. Czy Ty mialas na sobie sari?
PS. "Monsunowe wesele" widzialam dziesiatki razy, znam na pamiec, muzyke takze, ale teraz sobie obejrzalam po raz kolejny, by sie nastawic choc troche :) Choc Bangladesz i Indie to rozne kraje i kultury, to jednak wiele elementow weselnych jest takich samych, z tego, co czytalam.
-
2010/12/07 20:46:22
Nie waham się powiedzieć, że, jak na razie, to było najfajniejsze doswiadczenie w Indiach. Nie ubrałam sari, bo sari w ogóle jeszcze nie mam :) W ogóle z ubraniem miałam problem, bo nie wiedziałam własnie, czy popełnię gafę, ubierając się zbyt skromnie, czy zbyt "efektownie". U Ciebie na pewno będzie inaczej, bo i sari dostaniesz, i samo miejsce narzuca pewne zasady. Widziałam kiedys z daleka wesele w ogrodzie pięciogwiazdkowego hotelu i rzeczywiscie to jest feeria barw i olsniewający blask :) No własnie, wydaje mi się, że bardzo ważna jest biżuteria, im bardziej błyszcząca, tym lepiej! Chociaż oczywiscie nic na siłę...
Jestem pewna, że doswiadczysz niesamowitej serdecznosci ze strony gospodarzy i gosci i to w sumie jest najfajniesze wspomnienie. Mam nadzieję na mnóstwo zdjęć i szczegółową relację na Twoim blogu! Czy te imprezy pierwszego i drugiego dnia są tylko dla kobiet?
A propos filmu: znalazłas jakies pozycje ksiązkowe czy filmowe związane z Bangladeszem?
-
chihiro2
2010/12/08 10:42:14
Z bizuteria mam maly "problem", bo nie mam wiele zlota i nie obwieszam sie, ale jedna ukochana bransoletke (ze zlotem!) na pewno zaloze, nawet specjalnie wybralam kolor sari pod nia :) Sandalki na szpilce tez mam blyszczace, takie sa podobno najlepsze.
Gospodarze juz sie wykazuja goscinnoscia, z przyjaciolmi (w tym przyszla para mloda) spedzimy prawdopodobnie kilka dni w prowincji Sylhet na plantacjach herbaty w willi ciotki panny mlodej. Az sie obawiam, by nie dbali o nas za bardzo...
Impreza pierwszego dnia jest dla wszystkich (domyslam sie, ze bedzie podobna jak w "Monsunowym weselu", oficjalne zapoznanie sie rodzin, masa slodyczy, ogolny harmider i chaos). Mehndi nie wiem, czy jest tylko dla kobiet, na filmie jest, ale w Bangladeszu moze to inaczej wygladac. Mimo, ze panna mloda nie jest muzulmanka, to jednak tradycje sa poniekad muzulmanskie i mysle, ze w tradycyjnych rodzinach rozdzielenie plci na te ceremonie nastepuje.
Przeczytalam juz bangladeska "A Golden Age"Tahmimy Anam i obejrzalam tez jeden film, "Clay Bird" (Matir Moina) Tareque'a Masuda. Wiecej dobrych filmow trudno zdobyc, choc w Londynie w bangladeskich sklepach jest ich strasznie duzo (ale te, ktorym sie przygladalam, wygladaly raczej na imitacje kiepskich indyjskich filmow, a nie kino choc troche artystyczne). Z ksiazek mam jeszcze "Hungy Tide" Amitava Ghosha, ktorego "akcja" rozgrywa sie w Sundarbanach - indyjskich, ale my jedziemy do bangladeskiej czesci teg rejonu. Mam tez pare ksiazek autorow indyjskich, ale bengalskich, z Kalkuty, w tym "Chowringhee" Sankara, pisarza, ktory pisal w latach 60., ale dopiero teraz zaczeto tlumaczyc go na angielski. Kwestia tlumaczenia jest najpowazniejsza przeszkoda, w mojej bibliotece np. jest 91 ksiazek po bengalsku, ale ja ich nie moge przeczytac. Urzednik w konsulacie bangladeskim wymienil mi paru swoich ulubionych pisarzy, ale oni tez nie sa dostepni po angielsku.
Czy Ty czytasz lit. indyjska? Masz swoich ulubionych pisarzy?
-
2010/12/09 14:02:32
Chihiro, na pewno będziesz wyglądała fantastycznie! Ja też wolę rzeczy o wiele bardziej minimalistyczne na codzień, zarówno w stroju, jak i we wnętrzach, ale już się powoli otwieram na tą estetykę, z tego, co zauważam. Na początek zaczyna mi doskwierać, że pół szafy wypełniają mi czarne i szare ciuchy :) Z ciuchami indyjskimi mam o tyle problem, że nie podoba mi się ich krój - trochę workowaty i zniekształcający sylwetkę. Oczywiscie nie mówię o sari, bo to jednak nie jest opcja na codzień (dla mnie). Może z czasem znajdę jakąs sprytną krawcową i będę mogła połączyć indyjski kolor i szlachetne tkaniny z moim wyobrażeniem o fasonie :)
Widzę, że czeka Cię mnóstwo wrażeń, już się cieszę na Twoje wpisy!
Wynotowałam sobie skrzętnie tytuły, dzięki! Prawdę powiedziawszy, nigdy się za bardzo Indiami nie interesowałam, nie dobierałam lektur pod tym względem. Owszem, kiedys tam sięgnęłam po Rashdiego czy Kunzru, ale to były epizody. Tak samo, jesli chodzi o filmy. Przed przyjazdem zdążyłam zdobyć parę pozycji po polsku, a resztę dokupię na miejscu po angielsku. Zauważyłam, że większosć książek tutaj to edycje do sprzedaży tylko w Indiach, trochę tańsze niż w Anglii czy USA (chociaż mało promocji, z tego, co widziałam). W każdym bądź razie przy wyborze posiłkowałam się m.in. Twoimi recenzjami, więc raczej żadne to odkrycia dla Ciebie. Mam nadzieję, że z czasem uda mi się znależć jakąs perełkę :) W każdym bądź razie, nic, tylko usiąsć i czytać!!!
Co do Kalkuty, to poznałam parę Bengalczyków, którzy opowiadają o intensywnym życiu intelektualnym w kalkuckich kawiarniach, ale zauważyłam też, że lekko trąci to snobizmem. Kiedys powiedziałam, że lubię malarstwo Amrity Sher-Gil, a w odpowiedzi usłyszałam, że w ich kręgu to obciach :) Mam wrażenie, że zatrzymali się na etapie francuskiej Nowej Fali i egzystencjalizmu. Mi jest obce traktowanie kultury jako obowiązku i przymusu. Powiedziałabym za Gombrowiczem: "Jak zachwyca, skoro nie zachwyca..." :) Tzw. kino artystyczne jest fajne, jesli przy okazji swieże i odkrywcze, ale często grzeszy sztucznoscią i nadęciem.
O rany, ale sie rozpisałam. Muszę lecieć, pozdrawiam!
-
chihiro2
2010/12/09 18:14:30
Ha, jak patrzę na swoją szafę pod kątem Subkontynentu Indyjskiego to też szokuje mnie obecność czerni, szarości i granatu w mojej szafie. Rozweselam to kolorowymi szalami, które przywożę (albo ukochany mi przywozi) z niemal każdej podróży, czy to Rosja, Turcja czy Syria. Z Indii mam kilka strojów, ale takich, które tu też mogę nosić. Przepiękną bluzkę znanej indyjskiej projektantki mody (Ranna Gill) dostałam od ukochanego na urodziny i zakładam na szczególne okazje. Bardzo polecam jej butik (jak masz na zbyciu kilka tysięcy rupii), ja akurat byłam właśnie w filii w Delhi w Khan Market. Indyjskie ubrania z dobrych materiałów, ale w mniej indyjskich krojach, że tak powiem, znaleźć można w Fab India (np. w N-Block Market, Greater Kailash 1) i Anokhi (albo na Khan Market albo w Santushti Shopping Complex). Uwielbiam te sklepy, jest tam tyle cudnych rzeczy także do domu (i tanich!), że żałowałam, że jeszcze podróżujemy i nie mamy dużo miejsca w plecakach. Wiele bym kupiła. Polecam też (nie tylko dla mody, ale też) lekturę indyjskich Elle i Marie Claire, bywają tam ciekawe artykuły na tematy społeczne i różne fajne polecanki restauracji - tych z wyższej półki, ale to dla mnie też było ciekawe, gdzie chodzi wyższa klasa średnia. Do jednej polecanej przez Elle restauracji w Mumbai poszliśmy i było naprawdę znakomicie. Oaza zieleni i pyszne jedzenie, aż nie czuć, że to Indie :)
Ja też wiele słyszałam o intelektualnych kręgach Kalkuty (to podobno najbardziej artystyczne miasto w Indiach), ale w Kalkucie byłam przez trzy dni chora i zwiedzałam miasto tylko przez jeden dzień, więc mało widziałam. Kiedyś wybiorę się tam ponownie. Książek indyjskich wiele nie czytam, ale dużo mam i od czasu do czasu lubię sięgnąć po tę literaturę, więc na pewno na moim blogu recenzje książek indyjskich autorów będą się pojawiać. Ja też bardzo lubiłam wydania penguinowskie indyjskie, tańsze, ale świetnie wydane. I niektóre niedostępne poza Indiami. Jakbyś natrafiła, to bardzo polecam Elisabeth Bumiller "May you be a mother of a thousand sons" i Parvana Varmy "Being Indian" - te książki najwięcej nauczyły mnie o Indiach i wytłumaczyły wiele zjawisk i obserwacji. A przy tym to fascynujące lektury!
Pozdrawiam ciepło!
-
2010/12/10 08:46:45
Chihiro, przede wszystkim dzięki za następne pozycje do mojej listy książek-do-przeczytania. Co do Elle i MC, to mnie zaskoczyłas - do tej pory omijałam je szerokim łukiem, bo już w zwykłej gazecie jest pełno zdjęć z imprez "młodych, pięknych i bogatych". Za parę dni czeka mnie jednak dłuższa podróż samolotem, więc wykorzystam okazję i przetestuję jakies indyjskie czasopisma kobiece :)
Fab Indię znam doskonale (Zamówilismy tam uszycie zasłon okiennych), jak również Khan Market i N-Block Market w GK 1! Jesli chodzi o tkaniny do domu, to bardzo fajny jest też Rosebys i Apartament 9. Uwielbiam ich ręczniki, kupiłam grafitowy i amarantowy, to bardzo energetyczny kolor, zwlaszcza rano po przebudzeniu! Mhm, chyba powinnam cos o zakupach na blogu napisać :) Pozdrawiam serdecznie!
Wszystkie zdjęcia i teksty, o ile nie zaznaczono inaczej, są mojego autorstwa i do mnie należą prawa autorskie. Jeśli chcesz skorzystać - zapytaj.